Zofia Nałkowska Dom kobiet12

Scena 6

Babka, Julia, Tekla, Joanna, Róża, później Zofia

JOANNA

(w sukni czarnej, ale bez krepy — blada, spokojna,

chłodna)

Dzień dobry, babciu.

BABKA

Ładne dzień dobry! Już słońce wysoko, niedługo wy­bije dziesiąta.

(pocałunek)

RÓŻA

(ubrana jasno. Serdeczny pocałunek z babką. Siada na poręczy jej fotela i przytulona do niej mówi z uśmie­chem)

Teraz masz, babciu, u siebie obie swoje wnuczki.

JULIA

(przestając pić)

O, ja mam dziś z Różą na pieńku. Powiedziała na ciotkę, że jest gadatliwa. Nic to dla mnie nowego, moja duszko, nic nowego. Sama najlepiej o tym wiem, że do gadania jestem jedyna.

RÓŻA

(śmieje się)

Och, wcale tak nie było! Tylko przy śniadaniu powia­dam tak do cioci: ,,Ciociu Julciu droga i miła, mów, mów naturalnie, jeżeli już tak musisz. Ale rób prze­cież przerwy, daj złapać tchu...”

JULIA

(śmieje się bez urazy)

No właśnie. Teraz będziesz się musiała dobrze prosić, żebym się chciała odezwać.

(pije)

JOANNA

(siada obok Julii)

Co ciocia pije?

JULIA

(naiwnie)

To jest dziurawiec.

JOANNA

Dziurawiec?

JULIA

Tak, to jest najzdrowsze na żołądek, na nerki, na wszystko. Matka, widzisz, niepotrzebnie namówiła mię dziś rano na jajko. Zawsze jak zjem jajko...

(mówi dalej półgłosem na ten temat)

RÓŻA

(do Babki)

Widzi babcia, tu do babci! wszystkie się ze świata zbiegamy, jak już nie możemy dłużej. Jak nam jest źle, jak jesteśmy same i niepotrzebne.

TEKLA

Tak, to prawda. Strach pomyśleć, ile to jest po świe­cie tych niepotrzebnych kobiet — jak my.

JULIA

No, zaraz niepotrzebnych!

(wesoło)

Komuś przecież jesteśmy potrzebne. Dzieciom, wnu­kom.

TEKLA

To się tak tylko wydaje. Nikomu nie jesteśmy potrze­bne. Dzieci, wnuki — wszyscy są gdzieś daleko, wszy­scy wystarczają sobie. Wciąż się o tych dzieciach mó­wi, wciąż się za nimi tęskni — ale one tu nie przy­jeżdżają, ich tu nie ma. Tu są tylko same stare ko­biety. Kobiety niepotrzebne.

RÓŻA

(śmieje się)

No, ja nie jestem stara, wujenko! Wcale nie uważam, żebym była stara.

TEKLA

Ale jesteś niepotrzebna.

RÓŻA

(zmarkotniała)

Chociaż nowa żona Piotra jest ode mnie o całe dzie­sięć lat młodsza.

BABKA

(do Tekli)

Dlaczego niepotrzebna? I Róża i Joanna mają matkę, która je kocha, która dla nich żyje.

TEKLA

Maria wolałaby nie mieć ich tutaj, wolałaby nie wi­dzieć ich wcale. Gdyby tylko wiedziała, że one — tam — daleko są szczęśliwe.

JOANNA

(patrzy na Teklę, słucha tego obojętnie)

RÓŻA

(wzdycha)

Ja jestem jakby najszczęśliwsza między wami, ja nie mogę się skarżyć, bo mnie nikt nie umarł. Tak się wydaje. Ale jest mi przecież tak, jakby umarł, skoro żyje nie dla mnie, żyje beze mnie.

(nuci z uśmiechem)

„Trwa szczęście twoje beze mnie w górach zamknięte zielonych...”

(wstaje z poręczy, przechadza się po pokoju) (w pobliżu drzwi z prawej spotyka się z Zofią, która

wchodzi)

JOANNA

(powoli, ściągając brwi)

Bo śmierć nie jest najważniejsza.

TEKLA

Co?

RÓŻA

(odwraca się niespokojnie)

Co? Co ty mówisz, Joanno?

JOANNA

Mówię tylko, że to nie jest najważniejsze — śmierć.

ZOFIA

(rozgląda się)

Szukam wciąż pani Łanowej. Gdzie pani może być?

RÓŻA

Mama jest na górze, dostała listy. A o co chodzi?

ZOFIA

(szepce do Róży parę słów, pociąga ją za sobą)

JULIA

(do Joanny, pogodnie)

Jeżeli się kocha, Joasiu, to śmierć jest bezsilna. Śmierć wcale nie jest rozstaniem. Są chwile, że czuję obec­ność twego wuja tak, jakbym słyszała jego głos, jego słowa. Wiem, że się jeszcze spotkamy, że się spotkamy już na zawsze — więc jestem spokojna.

(kładzie rękę na ręce Joanny)

RÓŻA

(do Zofii)

Dobrze. To ja sama zaraz idę na górę.

(Róża i Zofia wychodzą)

JOANNA

(całuje z roztargnieniem, krótko rękę Julii, wstaje, idzie ku drzwiom w głębi)

Różo!

(ogląda się)

Ach, Róża wyszła. Chodźmy stąd na powietrze. Czy babcia nie przeszłaby na taras?

BABKA

(porusza się, ogląda za kijem)

Dobrze, Joasiu, zaraz.

(wstaje z pomocą Tekli i Joanny)

BABKA

(wyprostowana, mocna, przechodzi na taras, czarna na

tle kwitnących gałęzi. Znika. Za sceną)

Dziękuję, dziękuję, ja sama.

 

Scena 7

TEKLA

(wraca ode drzwi, zatrzymuje się przy Julii, która wypija resztę ziółek)

Julio!

JULIA

(wstaje)

No, już wypiłam, teraz muszę się trochę przejść. Mały spacer jest konieczny, jak się napije dziurawca.A przed obiadem akurat sobie zdążę poukładać gu­ziczki i pozwijać tasiemki. Jak tylko mam porządek w szufladach, zaraz się czuję lepiej na nerwy.

TEKLA

Poczekaj, Julio. Zapewne nie zwróciłaś uwagi, że Ma­ria ma jakieś troski szczególne z powodu Joanny, że tam się u nich po prostu coś dzieje. Ona drży o tę córkę jakby jej coś groziło, jakby ją mogło spotkać jeszcze coś po tym, ją spotkało. Faktem jest, że nikogo do niej nie dopuszcza. Że nie oddaje jej poczty, tylko sama naprzód ogląda listy — i niektóre zatrzymuje. To wiem z pewnością, że dwa listy zatrzymała.

JULIA

(bez niepokoju)

Tak? Nie wiedziałam. Widocznie uważa, że tak trze­ba, ponieważ lekarz radził największy spokój dla Joan­ny. Pobyt tu na wsi jest dla niej jedynym lekar­stwem. Musi się wzmocnić, żeby teraz, po śmierci męża, samej zająć się interesami. Ma obowiązki. Po­byt Oleńki w Szwajcarii dość jest kosztowny, a środ­ki skromne. Krzysztof nie był praktyczny, myślę, że po prostu nie zostawił jej nic. A co gorsza, że z po­sagu Joanny też zdaje się niewiele zostało. Cóż dziw­nego, że Maria się troska. Trudno, matka.

(śmieje się)

On miał doprawdy zabawne usposobienie, Krzysztof. Wydawał nie wiadomo na co, pożyczał, pomagał każ­demu, kto chciał, wprost sam nie potrafił powiedzieć, sam nie wiedział, gdzie mu się te pieniądze podziewały. Ale miał tę ambicję, że tylko on umie rządzić — nigdy nie powierzył Joannie żadnej sumy, musiała mu się z każdego wydatku tłumaczyć. Nie, nie miała i ona tak lekkiego życia, jak się zdaje. Ale szczęście nie od takich rzeczy zależy.

TEKLA

(pochmurnie)

Tak, szczęście nie od takich rzeczy zależy, łatwo ci to mówić. A jednak gdybym ja wówczas, gdyby były na to środki, żeby ratować Andrzeja... Od tych błahych, poziomych spraw pieniężnych zależało jego życie.

JULIA

(prędko)

Moja droga, już widocznie tak miało być, tak było przeznaczone. On był dość wątły od dziecka. Mama robiła wszystko, co mogła, to przecież było najuko­chańsze dziecko.

TEKLA

Tak, mama robiła wszystko, co mogła, ale już wtedy później mogła bardzo niewiele.

JULIA

 (zatroskana)

Tak mówisz, Teklo, jak gdybyśmy wtedy, ja i Wło­dzimierz... Doprawdy, ty się uprzedzasz. Przecież, gdy Andrzej był chory i twój malutki jednocześnie choro­wał, gdy ty byłaś młoda i miałaś tyle troski, to cała rodzina i my, i Włodzio − −

TEKLA

(poważnie)

Tak, Julio, niewątpliwie. Ja to pamiętam. Nie myśl, że ja o czymkolwiek zapomniałam.

JULIA

(serdecznie)

Ja wiem, że czasami mówi przez ciebie nie żal, nie uraza — tylko takie rozgoryczenie. Cóż dziwnego? Życie cię przecież nie oszczędziło.

TEKLA

Nie uraza, nie żal. To prawda. Tylko wspomnienia. Myśl o tym, że gdyby nie był tak pracował, że gdyby nie to biuro i warunki... To wszystko przyspieszyło je­go śmierć.

JULIA

(ociera łzy, prędko się krzepi)

Taka była wola Boska, tak musiało być, na to już nie było rady.

TEKLA

(milczy)

JULIA

Jego strata była ciężka dla całej rodziny, to był nasz najmłodszy w domu, ukochany brat.

(po chwili)

Ja mam, Teklo, czyste sumienie.

TEKLA

Tego jestem pewna, o tym wcale nie wątpię, że su­mienie masz czyste. To się rzuca w oczy.

JULIA

(bierze laskę, szal z włóczki lila, laskę i wychodzi na

taras)

TEKLA

(chwilę stoi z gorzką twarzą)

GŁOS BABKI

(za sceną)

Tekluniu!

TEKLA

Idę, mamo!

(wychodzi drzwiami na taras)

 

Scena 8

Maria i Róża, później Zofia

RÓŻA

(wchodzi żywo pierwsza)

Tu niech ją Zofia wprowadzi, tu można. Joanna jest w ogrodzie. Ja będę pilnowała drzwi.

MARIA

(wchodzi za nią zaaferowana)

Dobrze, Różo, dobrze.

RÓŻA

Jak mama myśli, czy to ta sama, co pisała?

MARIA

Pewnie ta.

(patrzy przez okno na lewo, niespokojna)

Ta, co pisze, nazywa się Ewa Łasztówna. Ale pisze tak niejasno, że nie wiadomo, czego chce. Jednak uważa, że Joanna z jakichś przyczyn, powinna jej pomóc, że to jest jakby jej obowiązek. Te pogróżki wygląda­ją na to, jakby Joanna zrobiła jej kiedyś coś złego. Nie ma żadnej wątpliwości, że Joanna wie, kto to jest.

RÓŻA

Ach, po co ona tu przyjechała! Jeżeli chce pieniędzy, to trzeba jej dać — byle tylko Joanna jej nie zobaczyła.

MARIA

Tak, Joanna nie może jej zobaczyć

(stukanie do drzwi z lewej)

RÓŻA

To ona.

(wybiega na taras i zamyka za sobą drzwi)

MARIA

Proszę?

ZOFIA

(otwiera drzwi i wpuszcza Ewę Łasztównę)

 

Scena 9

Maria, Ewa, później Zofia

MARIA

Z moją córką nie może się pani widzieć. Córka nie przyjmuje nikogo, jest cierpiąca. Ale może ja mogę pani coś pomóc.

EWA

(szczupła, bardzo młoda, ubrana do drogi, śmiała. Nie

przedstawia się i nie wita)

Tylko pani Nielewiczowa może mi pomóc w tej spra­wie, która jest nie tylko moją sprawą. Nikt inny, tylko ona!

MARIA

Ale właśnie jest cierpiąca i nie może pani przyjąć.

EWA

 (twardo)

Tylko ona, ponieważ jest wdową po Krzysztofie Nielewiczu!

MARIA

(zaskoczona)

Co takiego?

EWA

Ponieważ jest wdową po Krzysztofie Nielewiczu.

MARIA

A może pani była jego urzędniczką, może pani u nie­go pracowała?

EWA

(śmieje się)

Nie, na szczęście nie. Ale pracowałam u kogoś inne­go — niestety! I już nie pracuję. Czy pani stanowczo nie chce mnie dopuścić do swojej córki?

MARIA

Tak, pani jej nie zobaczy, to właśnie jest niemożliwe.

EWA

To bardzo przewidująco, to bardzo ostrożnie z pani strony.

(śmieje się)

A czy wiadomo pani, że ja umyślnie po to tylko przy­jechałam z daleka?

MARIA

Bardzo żałuję.

(siada. Po pewnym wahaniu wskazuje krzesło Ewie)

EWA

Dziękuję.

(nie siada)

I oświadczam pani, że jednak ja panią Nielewiczową muszę zobaczyć i zobaczę!

(rozpaczliwie)

Ona, tylko ona jest obowiązana mię ratować.

MARIA

Czy ona panią zna?

EWA

Tego nie wiem tak z pewnością, ale myślę, że tak. Że powinna mię znać.

MARIA

Może jednak pani powie mi swe nazwisko i o co pani chodzi. Jest zupełnie możliwe, że będę mogła zrobić to samo, czego pani oczekuje od mojej córki.

EWA

Swoje nazwisko powiem tylko osobiście wdowie po Krzysztofie Nielewiczu. Pani nie. Pani może mego nazwiska nawet nie zna.

MARIA

(nagle wstaje, grzecznie)

Jeżeli pani nie może inaczej postąpić, to oczywiście dalsza rozmowa jest zbyteczna i do niczego nie dopro­wadzi.

EWA

(stoi chwilę w milczeniu, patrzy na Marię z gniewem i wyrzutem, nie może jeszcze odejść)

MARIA

 (waha się)

Może pani szuka posady, może pani potrzeba pienię­dzy. Niech pani po prostu powie, o co chodzi.

EWA

Posady!

(śmieje się)

Nie, nie szukam posady, chociaż utraciłam swoją po­sadę przed tygodniem. Chociaż ją po prostu rzuciłam! Tak, wyszłam z biura i nie wróciłam więcej!

MARIA

Widać miała pani jakieś powody, aby tak zrobić.

EWA

Naturalnie, miałam powody. Po prostu szukałam spo­sobów ratunku. Nie mogłam przecież, nie chciałam iść na to samo — iść na zgubę!

MARIA

(zniechęcona)

No cóż, sama pani widzi, że nic z tego nie wyniknie, skoro...

EWA

Tak, to wszystko nie może pani obchodzić, naturalnie. Toteż ja nie do pani tu przecież przyszłam, nie z pa­nią chcę mówić.

(idzie ku drzwiom na lewo)

MARIA

Proszę, niech pani się zatrzyma na chwilę.

EWA

(odwraca się)

Słucham panią?

MARIA

(niepewnie)

Czy pani nazywa się Ewa Łasztówna?

EWA

(jak uderzona biczem)

A więc to tak?

(z wybuchem)

Więc pani wie, kto jestem, pani wie wszystko — i mi­mo to! I nawet − −! To jest przecież potworne!

MARIA

(cofa się zdumiona)

Co to znaczy?

EWA

(idzie do drzwi)

ZOFIA

(staje w otwartych drzwiach)

Proszę pani.

EWA

(odwraca się jeszcze, tonem pogróżki)

A jednak ja stąd nie odjadę, uprzedzam panią. Ja mu­szę ją zobaczyć — i zobaczę!

(wychodzi bez ukłonu)

 

Scena 10

Róża, Maria, później Joanna

RÓŻA

(wchodzi prędko drzwiami od tarasu)

No co, już poszła? Chwała Bogu! I czegóż od Joanny chciała?

MARIA

(ciężko)

Nie wiem, nic właśnie nie wiem. Nie chciała powie­dzieć. Ja nie rozumiem, ale to jest coś niedobrego dla Joanny. To nie jest zwykła sprawa. Myślę, że ona może się mścić, jest jakaś taka zuchwała i zarazem... Nie, sama nie wiem.

RÓŻA

Kto ona jest?

MARIA

To jest ona, ta sama, co pisała.

RÓŻA

Łasztówna?

MARIA

Tak.

RÓŻA

 (wzdycha)

Ojej, co to może być.

(zamyślona przysuwa się do Marii, która usiadła, przy­tula się do niej)

A może to, mamusiu, nic nie jest. Może my to sobie tylko wyobrażamy, tylko niepotrzebnie się denerwujemy.

MARIA

Może, czy ja wiem.

RÓŻA

Bo przecież w tych listach nie było nic konkretnego, same tylko jakieś aluzje wcale niezrozumiałe. Co Joan­na mogła jej zrobić złego? Oddaliła ją ze służby, czy nie wzięła do szycia?

MARIA

Nie, to nie jest taka zwykła sprawa. I to nie jest prze­cież prosta dziewczyna.

RÓŻA

Więc tym bardziej, cóż Joanna mogła zrobić złego ta­kiej dziewczynie? Sama widzisz, że to jest niemożliwe. Ja nie tak często u nich bywałam, zawsze żyłam gdzieś daleko — ale przecież to wiem, że oni oboje, ona i Krzysztof, robili dużo dobrego. Ona to musi wie­dzieć, ona to właśnie widocznie chce wyzyskać.

MARIA

Może być, może być.

RÓŻA

(wstaje)

O, idzie Joasia.

JOANNA

(wchodzi drzwiami z tarasu)

Tu jesteście?

(stoi pośrodku jakby zmęczona)

Czy to stąd z domu ktoś teraz wychodził?

MARIA

Widziałaś kogo?

JOANNA

Tak. Jakaś młoda dziewczyna biegła po drodze i pła­kała.

MARIA

(nieopanowana)

Tyś ją zobaczyła?

JOANNA

Tak, byłam z ciocią Julcią w alejce. Tam na końcu widać drogę.

MARIA

(spokojniej)

I ona ciebie widziała?

JOANNA

Nie.

(milczenie)

MARIA

(ostrożnie)

Czy ty może wiesz, Joasiu, kto to jest? Czy ty ją znasz?

JOANNA

(niepodejrzliwie)

Nie, nie, to ktoś obcy. Tylko że tak płakała w biały dzień na drodze.

RÓŻA

Tak że jej nie znasz wcale, nigdy jej nie widziałaś?

JOANNA

Nie.

RÓŻA

(do Marii, nieznacznie, uspokajająco)

No, widzisz, mamo, widzisz.

 

 

KONIEC AKTU PIERWSZEGO

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.