Wspomnienia wojenne-14

W parę dni potem pakowałam książki, trochę angielskich, autorów łacińskich i słownik, by je odesłać do kraju. Nikt oczywiście nie zauważył, że nie były adresowane tani, skąd przyszły, tylko do Wisi Horodyskiej, tej samej, która otrzymała niegdyś Literaturę grecką. Równocześnie wystosowałam do niej list, przepraszając, że tak długo zatrzymałam jej słownik łaciński, choć wiem, jak bardzo jest jej potrzebny do studiów. Paczka poszła do osobistej cenzury komendanta. Na ostatnim spacerze pożegnałam się z Bogusiem, który tego samego dnia odchodził z powrotem do obozu męskiego. Na drugi dzień rano, gdy po raz ostatni wchodziłam do łazienki, stała tam główna bibelka bunkra, Regina. Była to dziwna niewiasta, która nigdy się nikomu nie zwierzała, była zawsze cicha i pogodna, tylko nie zawsze potrafiła opanować wyraz swoich oczu, w których nieraz widniał jakby odblask potworności tego, co ta kobieta widziała i co nigdy już nie zdołało zniknąć z jej świadomości. Dziś po raz pierwszy uśmiechnęła się do mnie, gdy ją mijałam, wchodząc do łazienki. "Frau Lange wchodzi, a za chwilę wyjdzie Lanckorońska" — powiedziała prawie głośno. W godzinę potem byłam w obozie.

Z głęboką wdzięcznością zawsze wspominać będę serdeczność, z którą zostałam przyjęta. Z wielką radością przyszyłam sobie znów numer i trójkąt do pasiaka i odetchnęłam głęboko. Pozbyłam się wreszcie nie tylko owego tak bardzo przykrego i upokarzającego wyróżnienia, lecz pozbyłam się i samej siebie; przestałam być samej sobie ciężarem i centrum własnego zainteresowania w życiu codziennym, do czego zmusza izolatka. Poczułam wówczas wyraźnie, do jakiego stopnia człowiek jest dzoónpolitikon[1], byłam po prostu szczęśliwa, że jestem w obozie. Rano, o czwartej, gdyż grupą hdftlingów maszerowałam po kawę, choć było ciemno i zimno, przechodząc koło bunkra, dziękowałam Panu Bogu, że mnie tam nie ma. Byłam wówczas przydzielona jako sztubowa do bloku Czerwonej Armii. Mieściło się w bloku mniej więcej 500 kobiet, przeważnie młodych, w ogromnej większości bardzo silnych i zdrowych, które zostały wzięte do niewoli na froncie rosyjskim. Zajmowały one w obozie miejsce jakby oddzielne, sytuacja ich była pod niejednym względem odmienna od sytuacji innych więźniarek. Przede wszystkim były otoczone szczególnymi względami ze strony wszystkich grup narodowościowych w obozie, z wyjątkiem Polek. To hołdowanie tym nieraz dość dzikim dziewczętom ze strony wszystkich nieomal hoftlingów, wśród których przodowały Czeszki, było dla mnie pierwszą oznaką, jak dalece już wówczas, jesienią 1943, obóz był skomunizowany. "Sowietki" te hołdy i prezenty przyjmowały, dla innych grup się nie wysilały, między sobą tylko były nad wyraz solidarne. Do Polek odnosiły się z ukrytą niechęcią, która w wyjątkowych wypadkach otwarcie się objawiała. Zwykle czuło się tylko bezgraniczną dzikość i obcość tych dziewcząt, których najsilniejszym znamieniem była nieufność. Ta nieufność wcale nie ograniczała się tylko do Polek, odnosiła się do wszystkich więźniarek w ogóle, przy dłuższym zaś współżyciu widziało się jasno, że panuje ona przede wszystkim między nimi. Jeśli przypadkiem się zdarzyło, że któraś z Sowietek była sama z jedną z nas, polskich sztubowych, to bywała nieraz prosta, a nawet prawie szczera. W chwili, gdy zbliżała się w czasie rozmowy druga, ton natychmiast się zmieniał, uśmiech znikał z twarzy, a spojrzeniom spode łba towarzyszyły odpowiedzi krótkie, wymijające lub wręcz niegrzeczne. Gdy zeszły się trzy, już stanowiły tłum i potrafiły w tej samej chwili zatracić wszelką indywidualność. Nie różniły się wówczas niczym jedna od drugiej, stawały się nieomal fizycznie podobne do siebie, a reakcje ich były identyczne z reakcjami przodowniczki. W każdej bowiem rozmowie z kimkolwiek, bez względu na to, czy chodziło o rzecz błahą czy ważną, czy istniała w tej chwili między nimi a daną osobą harmonia czy konflikt, miały zawsze przywódcę, który sam jeden mówił za nie, którego słuchały i za którym szły zupełnie bezapelacyjnie. Miało się nieraz wrażenie, że się wewnętrznie z nim nie zgadzają, ale że trzyma je w karbach jakiś żelazny przymus, jakiś bezmierny strach. Raz zauważyłam, że grupka ich nad czymś radzi, przy czym od czasu do czasu zerkają w moją stronę. Po chwili jedna się odczepiła i zbliżyła do mnie. Krzątając się koło stołu, który właśnie myłam, zapytała jakby od niechcenia: "Pani Karło, wy religiozna[2]?" Pytanie mnie zaskoczyło, bałam się, że prosta odpowiedź pozytywna nic nie da, nie wskaże drogi. "Tak, jestem wierząca, nie zawsze nią byłam, ale teraz już nią jestem od wielu lat i jestem bardzo szczęśliwa". — "Coś tam macie pod suknią na sznureczku" — i wskazała na moją szyję. Wyciągnęłam malutki krzyżyk z postacią Chrystusa. Popatrzyła uważnie. "A to wasz Bóg?" — zapytała. "Nie, to tylko jego obraz". — "A jak nie Bóg, to po co nosicie na sobie?" — "Przecież wiesz, że nas tu prawdopodobnie wszystkie zabiją". — "Tak jest" — powiedziała po prostu z godnością. "Widzisz, jak będę umierać, będę to trzymać w ręku i na to patrzeć". Podczas gdy mówiłam, zbliżyły się i tamte, które przedtem interlokutorkę wysłały, stanęły za nią i słuchały. Wreszcie ona odezwała się do mnie prawie szeptem: "Życie musi być łatwiejsze z tym niż bez tego". Wtem się lekko wzdrygnęła, bo teraz dopiero zauważyła, że towarzyszki stały tuż za nią; odwracając się, popatrzyła na nie spode łba i uciekła prędko. Tamte też się rozeszły, udając, że nie słyszały tych słów, tak bardzo niewłaściwych...

Innym razem musiałam wieczorem pójść do rewiru po jedną z nich, "lekarkę", a raczej felczerkę, by ją przyprowadzić na blok, miała bowiem w godzinę później wyjechać do innego obozu czy fabryki. Gdy dziewczynie zakomunikowałam, o co chodzi, widać było, że ją ten samotny wyjazd dużo kosztuje, ale zacisnęła zęby i bez słowa poszła ze mną. Brnęłyśmy przez obóz w ciemnościach absolutnych. Nagle coś mnie zatrzymało, dwa mocne ramiona mnie objęły i płaska twarz mojej towarzyszki przylepiła się do mojej; całowała mnie mocno i głośno kilkakrotnie w oba policzki. Byłam tak zdziwiona, że w pierwszej chwili nie zareagowałam w ogóle. Wtem dziewczyna zaczęła mówić do mnie szeptem: "Pani Karło, może się już nigdy nie zobaczymy, ale ja was nie zapomnę, bo was poznałam, jesteście człowiekiem". Dwa razy jeszcze powtórzyła: "Wy czełowiek". "Chciałabym wam powiedzieć dużo, bardzo dużo, ale... to niemożliwe, nie mogę. U nas jest zupełnie inaczej, niż wy myślicie, nie jest tak, jak się opowiada, jest całkiem, całkiem inaczej... ale mówić nie można".

Była bardzo podniecona, uściskałam ją, głaskałam, bąknęłam parę serdecznych słów i poszłyśmy dalej. Gdyśmy weszły do bloku, była sztywna i ponura jak zwykle — jak one wszystkie — zapakowała swoje manatki, pożegnała się z wszystkimi i ze mną na sali chłodno i oficjalnie — i poszła...

Poza Sowietkami miałyśmy na bloku cztery czy pięć bibelek, gdyż od czasu, gdy stawiły opór samemu Himmlerowi, zostały karnie rozbite i grupkami przydzielone do innych bloków. Wśród nich znajdowały się dwie "obserwantki", które nie uznawały apelu. Trzeba je było wynosić i kłaść w pierwszym rzędzie, gdzie leżały bez ruchu z zamkniętymi oczami, a po apelu znów niosło się je do bloku. Raz pamiętam, nie wytrzymałam widoku starej kobiety, leżącej godzinami w rozmokłym śniegu. Skądś zdobyłam zydelek i przy pomocy koleżanki posadziłam nań bibelkę, która się natychmiast zsunęła w śnieg. Oczu wprawdzie nie otworzyła, ale gniewnie potrząsała głową w moją stronę. Od tego czasu już ich nie ruszałam, a w czasie mroźnych wieczornych apelów patrzałam, jak gwiazdy niezliczone, najdoskonalszy może dla nas symbol dostrzegalny nieskończonej Mądrości Bożej, szkliły się tak samo nad fanatycznym sekciarstwem egzaltowanych bibelek, jak nad tępym ateizmem dzikich Azjatek.

Mnie wówczas nie wiodło się naprawdę źle, gdyż miałam czas na pracę nauczycielską. Dawałam więc lekcje prywatne, tj. uczennice przychodziły pod blok wieczorem, gdy już było ciemno, lub wieczorem spacerowałyśmy razem, podczas gdy im opowiadałam dzieje Rzymu lub tłumaczyłam kulturę średniowiecza. Przede wszystkim zaś "wykładałam" historię renesansu dwa razy w tygodniu u "królików". Chodziłam więc tam regularnie i czerpałam siły z poczucia, że jestem znów choć trochę użyteczna...

Kontakt z Polkami dawał bardzo wiele pod niejednym względem. Jedna z pań na przykład podyktowała mi z pamięci całą Wielką Improwizację. Miałam wrażenie tak wstrząsające, że mi się zdawało, jakbym ją słyszała po raz pierwszy. Wypożyczałam też od czasu do czasu na parę dni jeden z tomów "biblioteki". Były tam przede wszystkim najważniejsze utwory Mickiewicza, które przyjechały jako opakowanie chleba czy cukru w paczkach i pomimo bardzo ścisłych i bardzo częstych rewizji nigdy nie wpadły w ręce wroga.

U Polek kwitło też intensywne życie religijne. Niestety, dwukrotne przemycenie do obozu po 50 konsekrowanych hostii, których dostarczył aussenowi ksiądz francuski, odbyło się przed moim wyjściem z bunkra.

W niedzielę spotykałyśmy się nieraz na długie rozmowy; Eliza Cetkowska, blokowa, opowiadała o obozie w Stutthofie pod Gdańskiem, gdzie widziała rzeczy, których widok właściwie trudno przeżyć, np. masę mózgową swego znajomego, oficera polskiego, chlapniętą na ścianę. Pracowała tam bardzo ciężko, głównie jako praczka. Raz, sprzątając kancelarię, zobaczyła w leżącej na stole gazecie ilustrowanej na fotografii siebie samą myjącą okna, z podpisem: "Jak Rosjanie traktują swoich więźniów w obozach koncentracyjnych".

Lecz były i niedziele pogodniejsze. Halina Chorążyna[3] z dużym talentem opisywała życie na swoim bloku, gdzie niedawno, gdy się oburzała na więźniarki, które tworzą osobne grupki żon oficerów i żon podoficerów, jedna z towarzyszek ją pocieszała: "Niech się tam pani Chorążyna za bardzo nie martwi, przecież chorąży to prawie oficer".

Nieraz zaś, i to najczęściej, zebrana starszyzna rozmawiała o naszych młodych koleżankach. Martwiłyśmy się nimi głęboko, bo nie mogło już być wątpliwości, że nawet jeśli wyjdą, to tak strasznie długa niewola musi pozostawić na nich głębokie ślady moralne i że te ślady w ogromnej większości będą ujemne. "Cierpienie uszlachetnia" — ale najczęściej wtedy, gdy nie trwa tak bezmiernie długo, gdy nie podkopuje sił duchowych właśnie w latach decydujących.

Poza tym nie chodziło wcale wyłącznie o problem samego cierpienia, groził przede wszystkim zanik poczucia moralnego. Stosunek do cudzej własności był zupełnie inny niż "na świecie". Tylko zabranie czegoś, co należało do koleżanki, było uważane za występek. Wynoszenie ze szwalni, z warsztatów, przede wszystkim z "kamery" koców, kołder, pierzyn, bielizny, sukien i wszystkiego, co się wynieść dało, kupowanie od koleżanek tych wyniesionych rzeczy za pomocą swoich paczek było uważane za rzecz normalną; jeśli debiutantka się dziwiła, to się jej mówiło, że głupia, że Niemcy nam więcej zabrali, niż my sobie tu organizujemy (nie mówiło się bowiem "kraść", mówiło się "organizować"). Wyraz ten nie pochodził, zdaje się, od więźniarek, tylko od samych władz, które "organizowały" sobie wszystko na wielką skalę, tak że nie mogły tego kryć przed haftlingami, bojąc się więc donosów, patrzały przez palce i tym samym uprawiały najstraszniejszą demoralizację. Faktem też było, że prawie nie było w obozie więźniarki wolnej od tej, w obliczu śmierci tak przedziwnej, chęci posiadania, a było dużo takich, które potrafiły sobie zebrać całe wyprawy. Zapotrzebowanie przy tym często — aczkolwiek nie zawsze — wzrastało w proporcji odwrotnej do przedwojennego stanu posiadania. Przodowały w tym więźniarki o zapatrywaniach komunistycznych, z Sowietkami na czele, ale i Polki przykładały do tych rzeczy dużą nieraz wagę i to nas strasznie martwiło.

Oczywiście i wśród polskich więźniarek politycznych były osoby o różnej wartości moralnej. Sam fakt, że ktoś brał udział w walce o niepodległość nie może być jedynym miernikiem jego wewnętrznego poziomu. Były tam kobiety wspaniałe, zupełnie odpowiedzialne i wyrobione, które na długo przed wojną pracowały ideowo, jak np. szereg nauczycielek czy działaczek społecznych. Z drugiej strony było i wiele takich, którym przez całe dotychczasowe życie nie był dany dostęp do horyzontów szerszych, które się dostały do Ravensbrűck za to, że do ich codziennego życia panny ze sklepu czy urzędniczki biurowej wdarła się nagle świadomość idei, droższej nad życie. Kariera bojowa tych kobiet, nieraz bohaterska, trwała czasami bardzo krótko, a one teraz za ten "występek" płaciły bardzo drogo i bardzo długo. Przyznać trzeba, że większość zaciskała zęby i płaciła bez szemrania, a blask tamtego wspomnienia był im źródłem sił. Była grupa trzecia, najbiedniejsza, tych wziętych mniej lub więcej z przypadku, jak represja w czasie łapanki czy kotła. Były i ofiary nieprzemyślanych młodzieńczych imprez czy gier z ogniem konspiracji.

Z zasług przedwojennych czy konspiracyjnych jednak nie zawsze można było wnioskować o postawie danej więźniarki w obozie. Na tę postawę składało się tyle elementów, usposobienie, wyrobienie woli silniejsze czy słabsze, większy czy mniejszy dar koleżeństwa, wytrzymałość fizyczna, odporność nerwowa oraz ponad wszystko hart ducha, który jest łaską bardziej niż zasługą.

Szczególnie wielką troską były "króliki". Owych 60 kobiet, głównie młodych dziewcząt, otaczał cały obóz pewnego rodzaju czcią, należną ich cierpieniu. Było to bardzo naturalne i byłoby źle, gdyby było inaczej, ale fakt ten mógł mieć i skutki ujemne. "Króliki", szczególnie niektóre z nich, były oczywiście bardzo rozpieszczone, jak chore dzieci, i mimo woli nasuwało się pytanie, jeśli wyjdą, czy potrafią żyć i pracować pożytecznie, gdy im po pierwszym entuzjastycznym przyjęciu Kraj da do zrozumienia, że nie są bohaterkami, lecz tylko ofiarami narodowymi, a tych ofiar najróżniejszych będą przecież miliony... Jedyne, co dla nich można było robić, to kształcenie ich — i to było naszą pociechą.

Uczył je cały szereg pań. Przygotowywano je do matury, która się miała odbyć w obozie, ponieważ wśród więźniarek znajdowała się wystarczająca ilość osób wykwalifikowanych, by stworzyć Komisję na podstawie uprawnień nadanych przez Polskie Ministerstwo Oświaty dla tajnego nauczania w Kraju. Najbardziej popularne były lekcje astronomii pani Peretiatkowicz*. Ona jedna też miała możliwości lekcji pokazowych, bo niebo gwiaździste jest wszędzie, nawet w Ravensbrűck. Dziewczęta słuchały z lubością o tajemnicach nauki, która wznosiła myśl ku nieskończoności, odrywając od ludzi i tym samym od Zła.

Prawie bezpośrednio po moim powrocie do obozu zostałam wezwana do komendanta. Nie powiem, żeby mi się zrobiło przyjemnie. Minęło zaledwie parę dni od czasu, gdy moje książki poszły do niego do cenzury, najwidoczniej więc jednak ten detektyw znalazł meldunek w słowniku. "Piaski już dla mnie pewne, ale — co gorsze — wpada i adresatka przesyłki..." Było ciężko. Toteż odetchnęłam z ulgą niewymowną, dopiero gdy się znalazłam w kancelarii obozowej. Stał tam SS-man, a na stole leżały wszystkie moje książki! "Pan Komendant kazał książki po cenzurze wysłać pod wskazany przez panią adres. Ja nie będę sam pakował i adresował. Tu jest papier i sznurek". Nie pamiętam, abym kiedykolwiek z taką gorliwością pakowała i sznurowała paczkę jak wówczas, gdy z obozu koncentracyjnego osobiście wysyłałam meldunek do generała Komorowskiego! Była to może jedyna chwila, w której musiałam robić wrażenie bardzo posłusznej i potulnej więźniarki![4]

Następne moje spotkanie z władzą miało miejsce 5 grudnia przy apelu wieczornym, gdy zostałam przeniesiona na blok 27 do Francuzek i Żydówek. Blok ten miał opinię najcięższego w obozie. Mówiło się o trudnościach tam nie do pokonania z utrzymaniem dyscypliny i czystości. Z drugiej strony, dotychczasowa blokowa, Holenderka, też dobrą opinią w obozie się nie cieszyła, dlatego nie było wiadomo po czyjej stronie jest wina.

Byłam więc w strachu, gdy zbierałam pospiesznie manatki, ale zarazem się i cieszyłam, że odchodzę z bloku sowieckiego i że będę żyła wśród kobiet reprezentujących kulturę, w której kulcie byłam wychowana. Powtarzałam też sobie, że do Francuzek, które się tutaj znalazły, nie można mieć żalu czy urazy za to, co się stało w 1940 roku, ponieważ one samą swą bytnością tutaj dają dowód, że nie należą do kapitulantów. Do Żydówek również, jako do osób szczególnie przez Niemców prześladowanych, odnosiłam się z góry optymistycznie, mając w żywej jeszcze pamięci swoją pracę sanitariuszki wwiezieniu lwowskim. Wpół godziny potem już byłam na bloku, a blokowa przydzieliła mnie do strony żydowskiej, razem z drugą sztubową, wiedenką, "zieloną", wielokrotnie karaną, poczciwą i pracowitą, a póki była z nami — bardzo uczciwą. Praca u Żydówek nie była łatwa, szczególnie z powodu niesłychanej nierówności poziomu między więźniarkami. Było tam bardzo mało kobiet z Polski, za to sporo Węgierek, Czeszek, Francuzek, Hiszpanek i bardzo dużo Niemek. Były między nimi hoftlingi mówiące słabo językiem innym niż żargon, w przyzwyczajeniach swoich niesłychanie pierwotne, jednak nieraz delikatne w obcowaniu, były przedwojenne bogaczki, nieprawdopodobnie rozpieszczone, chwalące się swoimi willami na Riwierze i nagrodami w konkursach mód, najtrudniej szew obejściu z powodu komicznych nieraz pretensji. Były też i kobiety o wysokim wykształceniu i wielkiej kulturze, cierpiące niewymownie z powodu otoczenia, z którym nic wspólnego nie miały prócz tego, że je Hitler wszystkie razem wyrzucił poza nawias społeczeństwa. Trudność pracy z Żydówkami polegała na tym, że zorientowały się w lot, iż nie posłużę się jedynym środkiem, którym dysponowała blokowa czy sztubowa, by wymusić posłuszeństwo. Środkiem tym było napisanie meldunku na winnego hdftlinga, który potem bywał karany przez władze. Jeżeli taka "niekaralność" na bloku przybierała większe rozmiary, pociągało to za sobą konsekwencje bardzo ciężkie. Jeśli np. więźniarki widząc, że przymusu nie ma, wychodziły z opóźnieniem na apel, był za to karany cały blok, za dwie lub trzy winne cierpiały więc setki i tak już udręczonych i umęczonych kobiet. Odpowiedzialna nie tylko przed Niemcami, bo to nie było ważne moralnie, ale przede wszystkim przed więźniarkami i przed sobą była blokowa i sztubowe, których pierwszym obowiązkiem było chronić blok przed karami zbiorowymi, tj. przed wielogodzinną stójką lub np. przed kasowaniem obiadu przez pięć niedziel itp.

Sztubowa, która nie biła i nie pisała meldunków, miała już tylko jedno wyjście, zmusić koleżanki własnym autorytetem i nieraz własną szorstkością do utrzymania jakiej takiej dyscypliny. Był to wysiłek bardzo duży, ale Żydówki jakoś w końcu słuchały i rozumiały życiową konieczność pewnego porządku w życiu zbiorowym dla możliwego unikania kontaktu z Niemcami. Wśród nich była jedna, której pomocy i sercu bardzo wiele zawdzięczam, pani Wera Strassner, żona prezydenta senatu sądu wiedeńskiego, osoba o wielkiej osobistej kulturze i wrodzonej delikatności, która objęła funkcję Zimmerdienst, pracowała niestrudzenie nad utrzymaniem porządku, za co oczywiście spotykała ją niewymowna ilość przykrości[5].

Niektóre Żydówki miały przy sobie dzieci mniejsze i większe. Gwiazda i numer na ramieniu kilkuletniego dziecka wydawały się ogromne i groteskowe na malutkim rękawku.

Była wśród nich 4-letnia Stella o dużych, czarnych oczach i bardzo słabym zdrowiu. Matka umarła w rewirze na gruźlicę, pani Strassner zajęła się dzieckiem. Korespondowałyśmy, podpisując Stellę, raz na miesiąc z jej ojcem, który był w Mauthausen, i przechowywałyśmy starannie w paru egzemplarzach adres dziadka małej, który mieszkał w Barcelonie.

Trudniejsza okazała się praca z Francuzkami, których i w mojej izbie było sporo. Większość, aczkolwiek wszystkie nosiły czerwony "winkiel", nie miała nic wspólnego z problemami politycznymi. Były to tak zwane travailleuses libres[6], w części zawodowe prostytutki, które dobrowolnie pojechały na roboty do Niemiec i tam z powodu jakiegokolwiek przestępstwa były aresztowane. Między nimi a ich rodaczkami z Resistance stosunki były złe. Grupa więźniarek, które się tam znalazły dla Francji, była wówczas jeszcze niewielka. Były wśród nich osoby o wysokim poziomie intelektualnym i moralnym, które starając się o posłuch na bloku, napotykały bardzo bolesny dla nich opór ze strony rodaczek. Ogół odnosił się wrogo do dyscypliny jako takiej, jako do wynalazku niemieckiego, a każdy człowiek, który chciał czy musiał starać się o dyscyplinę i porządek czy czystość, "wysługiwał się Niemcom". Wiele Francuzek bloku 27 odnosiło się też nieprzychylnie do Polek. Dziś wiem, że był to objaw częsty w obozach koncentracyjnych, wówczas głowiłam się nad jego powodami na moim nowym bloku. Świadomość nie zaprzeczonej przez nikogo wyższości i starszeństwa ich kultury intelektualnej przekształciła się u wielu z tych kobiet w jakiś dziwny kompleks Herrenvolk, bardzo trudny do zniesienia dla Polek, szczególnie po wydarzeniach 1940 roku. Wkrótce zrozumiałam zaś, że właśnie wypadki wojenne silny wpływ wywierały na wiele Francuzek, które uważały, że Polacy są winni wojnie i tym samym temu, że one znalazły się w Ravensbrűck.

Do tego swego losu odnosiły się zasadniczo inaczej niż my. "Polityczna Polka" już w czasie swej pracy konspiracyjnej dobrze wiedziała, że najprawdopodobniej za tę pracę zapłaci życiem lub przynajmniej więzieniem czy obozem. Toteż o ile skarżyła się czasem na swój los Polka wzięta z przypadku lub z pomyłki, to nie czyniła tego nigdy, absolutnie nigdy, Polka aresztowana za robotę polityczną. U Francuzek było inaczej. Skarżyły się, lamentowały prawie wszystkie i same siebie w ten sposób osłabiały moralnie. Nie zdawały sobie sprawy te kobiety wypieszczone w wielowiekowym dobrobycie i wygodach życia codziennego, że przetrzymać Ravensbriick można tylko, zaciskając zęby i pięści. Gdy im to mówiła jedna spośród nich, Doria Dreyfus, kobieta o niezwykłej mocy ducha i płomiennym umiłowaniu Francji, nazywały ją brutalną.

Brutalność była też zarzutem skierowanym przeciwko wielu Polkom. Jednym z powodów było to, że na nieszczęście nasze bardzo wiele Polek miało w obozie funkcje blokowych, sztubowych, kolonek (drużynowych) i — niestety — policjantek. Szczególnie te ostatnie, ale i niektóre inne funkcjonariuszki, nie były bynajmniej wybierane spośród politycznych Polek, niektóre policjantki nawet nie były w ogóle Polkami, tylko Volksdeutsch, a haniebnym zachowaniem swoim, skoro nosiły "P", przynosiły ujmę imieniu polskiemu. Francuzki też zapominały, czy chciały zapomnieć o tym, z jakim entuzjazmem zostały przez Polki przyjęte, gdy zjechały do Ravensbrűck, jak Polki zawsze dzieliły się z nimi paczkami (Francuzki bowiem otrzymywały paczki nieliczne i skromne), jak przede wszystkim Polki z kuchni wydatnie pomagały Francuzkom w aprowizacji bloku, co było bardzo ryzykowne.

Może by się zresztą owo przykre napięcie nigdy nie zaostrzyło, gdyby nie fakt, że Polki, prawie jedyne więźniarki władające językami, zostały "władzami" Francuzek. Ja w każdym razie sytuację tę odczułam nad wyraz boleśnie i nie umiałam sobie dać rady z ich ironiczną niechęcią, z ich wiecznym oporem. Wówczas dopiero zrozumiałam, co to jest obóz koncentracyjny, wówczas dopiero dla mnie zaczynał się Ravensbrűck. Poza tym z powodu braku czasu nie mogłam kontynuować "wykładów". Miałam w tym wszystkim jedną pociechę, jedno, na co się co dzień cieszyłam. Była to wizyta w rewirze. Wieczorem lub rano po apelu spisywałam więźniarki, które się zgłaszały jako chore, i prowadziłam je do rewiru. Tam ustawiały się na dworze, na deszczu lub mrozie i czekały swojej kolejki. Z policjantką rewirową, Czeszką, łączyły mnie dobre stosunki, czasem więc, choć rzadko, udawało mi się umieścić moje chore pod dachem. Potem trzeba było czekać nieraz godzinami, nim się stawało ze swymi pacjentami przed obliczem pielęgniarki — Niemki, która decydowała o losach chorej. Schwester zwykle oglądała chorego jak najbardziej z daleka, wyrzucała go z wrzaskiem, dając najczęściej jeden proszek aspiryny. Trzeba było nieraz wiele perswazji i stanowczości, by Schwester zezwoliła na zbadanie chorej przez lekarkę więźniarkę. Najlepsze, co osiągnąć można było, to badanie u Zdenki.

Zdenka Nedvedova-Nejedla to jedna z postaci lagrowych, którą każda z nas zachowa w pamięci promiennej, a dla tych, których obdarzała przyjaźnią, przyjaźń ta pozostanie prawdziwym moralnym zaszczytem. Zdenka łączyła w sobie cechy, z których każda z osobna dość jest rzadka. Była bardzo inteligentna, bardzo dobra i bardzo energiczna. Miała poza tym usposobienie wesołe, a pogodny uśmiech rzadko schodził z jej bardzo ładnej twarzy. Osobiście była głęboko nieszczęśliwa, bo straciła w Oświęcimiu ukochanego męża, lecz uważała, że nie należy obarczać drugich bólem własnym. Później dopiero, gdyśmy się do siebie zbliżyły bardzo, mówiła mi nieraz o nim i odsłaniała wówczas swą duszę cierpieniem rozdartą. Była przekonaną komunistką, która o rzeczywistości komunizmu pojęcia nie miała i wypełniała szlachetną jego teorię własną promienną etyką. Mówiłam jej nieraz, że gdyby cały świat był komunistyczny jak ona, byłby raj na ziemi. Była jedyną lekarką Czeszką, która nigdy nie uznawała jakichkolwiek różnic narodowościowych czy klasowych, obchodziła ją tylko chora jako taka i ratowała ją ze wszystkich sił.

U Niemców miała duży posłuch, imponowała im żelazną pracą i nieugiętą postawą. Pomagała mi ratować Francuzki i Żydówki. Ratowanie polegało przede wszystkim na podrabianiu temperatury, gdyż tylko chora mająca powyżej 39 stopni miała prawo do Bettkarte na bloku rewirowym, tj. pod opieką lekarek-więźniarek. (Bettkarte na własnym bloku już były zakazane). Zdenka walczyła o Bettkarte, bo wtedy pacjentka miała parę dni w łóżku bez apelu i miała nadzieję, że lekarka koleżanka się nią zajmie. Szczególnie Francuzki chorowały często, gdyż źle bardzo znosiły klimat Ravensbrűck, zbyt odmienny od ich łagodnej aury ojczystej. Miałam nieraz wrażenie, że tu leżał jeszcze jeden powód niechęci wobec tak zdrowych Polek. Francuzki czuły się fizycznie źle i to osłabiało jeszcze ich morale; jest rzeczą zupełnie niesłuszną, ale psychologicznie może zrozumiałą, że ich drażniła odporność Polek, gdyż u nich po każdym długim i mroźnym apelu było parę pneumonii.

Był też jeszcze jeden sposób chronienia starszych i słabszych od pracy. Rewir wydawał na podstawie badania przez niemieckiego lekarza tzw. różowe kartki z napisem Bedingt tauglich (warunkowo zdolna do pracy) z numerem więźniarki i podpisem lekarza. Osoba wykazująca się taką "przepustką" nie mogła być wzięta do fizycznych robót. Blokowe czy sztubowe przedstawiały kandydatki. Większość Francuzek kategorycznie domagała się różowych kartek, a myśmy się nigdy nie chciały o nie starać, obawiając się ewidencji osób starszych i słabszych sporządzanej bardzo starannie przy wydawaniu kartek. Sprawa ta była wiecznym źródłem żalów do nas ze strony więźniarek. Dwa razy zachorowała na zapalenie płuc i Doria Dreyfus. Miałam wówczas wrażenie, że siła duchowa trzyma tę kobietę nieugiętą, której w młodości Niemcy zabili ojca i pierwszego męża, a teraz straciła zięcia i nade wszystko ukochanego syna. Drżałam o jej życie, gdy ją prowadziłam do rewiru po raz drugi, stosunkowo krótko po przebyciu pierwszego zapalenia płuc. Wróciła i tym razem, pełna wiary, że jeszcze Francję zobaczy.

Godziny spędzane codziennie w rewirze były dla mnie źródłem sił, przede wszystkim dlatego, że tam można było bezpośrednio walczyć o ratowanie więźniarek. Podczas długich godzin czekania w kolejce były one też zupełnie inne niż na bloku. Nie musiałam ich do niczego zmuszać, a one się nie buntowały, tylko przeciwnie, czuły pomoc i oparcie, były chore i nieszczęśliwe, ale serdeczne i dobre. Gdy się te rewirowe godziny kończyły, wracałam na blok, myśląc z najzwyklejszym strachem o tym, że teraz trzeba będzie pójść po chleb lub po obiad. Wyganianie więźniarek, by przyniosły sobie i tym, które za chwilę wrócą z warsztatów, chleb czy kotły z obiadem, należało do najprzykrzej szych obowiązków sztubowych. Więźniarki wyklinały nas. Wyklinały i "zieloną" wiedenkę, nazywając ją świnią niemiecką. Austriaczka obraziła się śmiertelnie, ale tylko o to drugie słowo. Przypadła do mnie rozżalona i urażona, pytając mnie, czym na to zasłużyła, że ją Niemką nazwały. Brotkamera była zamykana o dwunastej, blok, który się spóźnił, nie dostawał chleba, a więźniarek na bloku nie można było nieraz ubłagać, by poszły po chleb; trzeba je było dosłownie z bloku wyrzucać, bo inaczej nie tylko one, ale i ich koleżanki, które ciężko pracowały, pozostawały bez chleba. Walka o przynoszenie kotłów z obiadem była jeszcze trudniejsza. Kotły były ciężkie, a Francuzki słabe, opór ich więc w tym wypadku był zupełnie zrozumiały — wyjścia nie było. Potwornym zaś przedstawieniem, które się powtarzało codziennie przed świtem i po zmroku, był apel. Najpierw trzeba było wszystkie wyciągnąć z bloku i z wszystkich klozetów, "waszraumów" i trzeciaków[7], gdzie się przed apelem kryły, potem wyprowadzić na Lagerplatz, gdzie się miały ustawiać pod samymi oknami władz, jako najmniej zdyscyplinowany blok. Tam trzeba je było (zwykle po ciemku) ustawiać po dziesięć w głąb, przy czym się ciągle rzędy mieszały i słychać było, jak agitatorki nawoływały je suflerskim szeptem: "Faites neuf rangs, faites onze rangsf" Trzeba było latać, prosić, liczyć, krzyczeć, a tu już Schutzhaftlagerfuhrer, czy Binz, czy jakieś inne zwierzę nadchodziło: "Naturlich die Franzósinnen! 5 Sonntage kein Mittagessen![8]" albo "Stehen nach dem Appell!"[9] Znowu parę zapaleń płuc!

Nie mogąc znaleźć wyjścia, postanowiłam się z tego piekła wydostać za wszelką cenę. Zgłosiłam się do władz, oświadczając, że nie umiejąc wpływać na współwięźniarki, proszę o zdjęcie mi zielonej opaski i o danie mi jakiegokolwiek innego przydziału, chociażby jakiejkolwiek fizycznej pracy. Napomknęłam zarazem, że ze względu na znajomość języków przydałabym się może w rewirze. To ostatnie zdanie chwyciło. Binz kazała mi iść do rewiru, zapytać się Oberschwester, czy miałaby dla mnie miejsce, i prosić ją, by, o ile to uważa za stosowne, zgłosiła zapotrzebowanie. Trudno mi opisać uczucie szczęścia, które mnie ogarnęło, gdy zapotrzebowanie o mnie wyszło z rewiru. Miałam teraz już pewność, że się dla mnie zaczyna nowa era lagrowa. Przypominały mi się dobre, krótkie dni służby sanitarnej w więzieniu lwowskim, budziły się ponownie wrodzone, bardzo duże zainteresowania pielęgniarskie, które niegdyś w młodości omal nie przerodziły się w pracę zawodową. Co to będzie za szczęście móc wymienić tę wstrętną zieloną opaskę, która pozornie wywyższa, a właściwie tak bardzo poniża, na żółtą opaskę sanitariuszki! Na domiar wszystkiego miałam tajną umowę z nowo przybyłą dr Marią Kujawską, która właśnie w tych dniach miała objąć blok rewirowy i natychmiast po moim przejściu na służbę sanitarną, zażądać mnie "z powodu znajomości języków" jako pielęgniarki. "Już ja cię wszystkiego nauczę, co cię będzie interesować, a ty mi pomożesz w robocie..."

Marysia Kujawska z dwiema córkami i z grupą około pięćdziesięciu Polek zjawiła się w lagrze w styczniu 1944. Przestępstwem, za które te kobiety były karane, był fakt, że się znajdowały w Jugosławii w chwili, gdy kraj ten dostał się pod okupację niemiecką. Zabrano je w nocy i twierdzono, że będą odesłane do Polski. Po drodze oddzielono mężczyzn i chłopców, którzy później pisali z Dachau, a kobiety przyjechały do nas. W tej grupie znalazły się dwie moje kuzynki, Zofia Potocka* i Róża Tyszkiewicz* z córkami, oraz Marysia Kujawska. Łudziłyśmy się długo, że interwencje, o których wiedziałyśmy, że są wdrożone, zdołają całą tę grupę wydobyć z Ravensbrűck. Dopiero gdy się dowiedziałam, że żona Suhrena nosi brylanty moich kuzynek, wiedziałam, że nie ma dla nich nadziei.

Cała prawie grupa wyjechała do fabryki Neu-Brandenburg; Kujawska z córkami została i rozpoczęła kampanię o bardziej ludzkie traktowanie chorych. Prowadziła ją do końca z wiarą w zwycięstwo Dobra nad Złem, w ideały, którym wierność przysięgła w dniu swej promocji doktorskiej. Była tak przekonana i tak naiwna zarazem, że nie była w stanie uwierzyć w Zło. Bałam się o nią i hamowałam tam, gdzie widziałam, że nie może być najmniejszej nadziei na sukces. "Co ty mówisz? Jak ty możesz posądzać lekarza, choć jest Niemcem, o to, by za jego zgodą tu się działy takie straszne rzeczy? Przecież ja mu to wszystko powiem, wszystko to musi się zmienić!" Dopiero po długich tygodniach ryzykownych walk o ratunek np. dla anormalnych i obłąkanych, które trzymano po kilkanaście zupełnie bez ubrania i prawie bez jedzenia w małych klitkach, dopiero gdy jej Oberschwester powiedziała, że ma Humanitatsfimmel (bzika humanitarnego), Marysia posmutniała i dziwiła się, że ludzie mogą być tak źli. Przeraziła się głęboko, gdy zaczęto mordować "wariatki" i gdy się zetknęła z ich katem, Carmen Mory[10]. Ta kobieta, więźniarka, szpieg szwajcarski, robiła i na mnie, która już wówczas miałam mniejszą wiarę w ludzkość, wrażenie wstrząsające. Miała włosy i oczy czarne jak kruk, bardzo szerokie i cienkie zupełnie usta i dużą szczękę. W pierwszej chwili wyraz tej twarzy, ani ludzkiej, ani zwierzęcej, tak mnie zaskoczył, że nie mogłam sobie przypomnieć, skąd ją znam. Później dopiero odnalazłam w pamięci jej prototyp w diablicach Hieronima Boscha, tragicznego karykaturzysty flamandzkiego renesansu.

Ale wiary i energii Marysi Kujawskiej nawet Carmen Mory nie potrafiła na długo zachwiać czy zahamować. Marzyła ciągle o rym, że stworzy chorym prawdziwą przystań, a ja marzyłam z nią, że jej w tym pomogę. Niecierpliwiłam się, bo ciągle jeszcze tkwiłam na tym strasznym bloku, jeszcze nie było rozkazu, który miał mnie stamtąd wybawić i otworzyć mi wrota rewiru. Wtem, pewnego dnia PO apelu powiedziano mi, że zostaję tam, gdzie byłam. Koleżanka pracująca w sekretariacie przeczytała w czasie sprzątania leżący na biurku list, pisany w mojej sprawie z Berlina, z kancelarii Himmlera, zakazujący kategorycznie wszelkiej zmiany przydziału dla mnie. Nie wolno mi zdjąć zielonej opaski, skoro pragnę się jej pozbyć, ale i jako sztubowa muszę pracować wyłącznie na blokach najcięższych, u Francuzek lub u Cyganek, w szczególności wykluczone są bloki polskie.

Była to niewątpliwie najbardziej bolesna chwila z całego okresu mej niewoli, jedyna, w której czułam się prawdziwie nieszczęśliwa. Zmuszając mnie do noszenia znienawidzonej przeze mnie zielonej opaski, wykluczając ze współżycia z Polkami, zmuszając do pozostania w atmosferze niechęci, Niemcy wreszcie potrafili mnie "ukarać".

Gdy się wybierałam do rewiru, myślałam, że się wyratuję, teraz ta nadzieja runęła w gruzy...

Zacisnęłam więc zęby — zresztą nic mi innego nie pozostało, brnęłam dalej w tę mokrą, zimną wiosnę 1944 roku. Przecież raz się to skończyć musi... Tymczasem przybywały transporty coraz to nowe, zjechało też wiele Francuzek politycznych, o wysokim poziomie intelektualnym, dla których opinia, którą stworzył Francuzkom blok 27 w Ravensbrűck była nad wyraz bolesna. Lecz nawet pani de Montfort, przyjaciółka Polski, którą błagałam o interwencję u Francuzek, nic poradzić nie mogła. Nie poradziła też, choć wszystkim nam ogromnie imponowała godnością i postawą, Tante Yvonne (pani Leroux, wdowa po admirale francuskim).

Jedną z największych trudności stanowił fakt, że prawie żadna z wartościowych Francuzek nie umiała po niemiecku, co utrudniało ich kandydowanie na sztubowe. Udało się warunek ten obejść tylko jeden raz, gdy chodziło o to, aby Doria już i oficjalnie pracowała z nami. Niemcy się jakoś zgodzili, a Doria się dwoiła i troiła, by pomagać i podnieść ogólny poziom. Lecz ta siłaczka moralna okazała się psychicznie bardzo wrażliwa, cierpiała niewspółmiernie od złośliwości, których jej nie szczędziły rodaczki. Przybyło nam wówczas i wiele Belgijek, wśród nich były obie panie Gommers z Brukseli, matka z córką, łacinniczką, ogromnego wzrostu, o wielkiej osobistej kulturze i o ślicznym, cichym, lecz płomiennym katolicyzmie. Niestety, te panie opuściły wkrótce nasz blokwraz z dużą grupą politycznych Belgijek i Francuzek, które zostały umieszczone razem z "królikami" na bloku 32, pod szczególną opieką bardzo brutalnej niemieckiej blokowej Kathe Knoll. Papiery tych Francuzek i Belgijek zostały naznaczone znakiem "NN" co oznaczało podobno Nacht und Nebel[11]. Istnienie ich w lagrze miało być w ich ojczyźnie otoczone tajemnicą, nie miały prawa otrzymywania paczek ani pisania listów. W więźniarkach "NN" blok 27 stracił w dużej części swój świeżo nabyty dobry element.

Wśród pozostałych najbardziej oryginalną postacią była Merę Marie, pani Skobzoff, Rosjanka-emigrantka, zamieszkała przez długie lata w Paryżu, tam zaaresztowana i dlatego przydzielona do Francuzek. Była zakonnicą prawosławną. Jako mężatka i matka rozeszła się z mężem, który został księdzem, i sama wstąpiła do kongregacji misyjnej. Merę Marie była bodaj jedyną na bloku 27 osobą, która się bynajmniej nie skarżyła na to, że się dostała do Ravensbrűck. Miała tam bowiem nadzwyczaj dużo roboty. Pracowała niestrudzenie w swym zawodzie na blokach ukraińskich i rosyjskich, przede wszystkim zaś u krasnoarmijek. Spędzała z nimi niedziele i każdą inną wolną chwilę. Miała podobno poważne sukcesy, nawróciła szereg dziewcząt, a bardzo wiele z nich dowiedziało się od niej po raz pierwszy, kim był Chrystus. Z drugiej strony zupełnie nie kryła się z faktem, że gardziła Europą, w którą nie wierzyła. Francuzkom na swoim bloku sypała prawdę w oczy ze szczerością i szorstkością niebywałą, zarzucając im brak hartu i przede wszystkim brak powagi, lekkomyślność. Przyznać trzeba Francuzkom, że pomimo to miały dla niej duży szacunek. Polkami nie gardziła, natomiast szczerze je nienawidziła, po prostu jako Rosjanka. Dla mnie osobiście była dobra i przeprowadziła ze mną kilka bardzo ciekawych dla mnie rozmów na temat iluzji, jakie mają Polacy, jeśli chodzi o Zachód. Tłumaczyła swą francuszczyzną błędną, lecz bogatą, że mieszka w Paryżu od 25 lat i wie, że ani stamtąd, ani z Zachodu w ogóle żadne twórcze prądy duchowe już przyjść nie mogą. Przyszłość przyjdzie z Azji, ściśle z Rosji, która się przemieni, nigdy z Europy, która się skończyła. Miało się wrażenie, że chrześcijaństwo, w które ta wyjątkowa osoba tak niezachwianie wierzyła, objęło tylko jej silny intelekt, natomiast pozostało zupełnie obce jej azjatyckiej duszy.

Wiadomości ze świata dochodziły nas dość regularnie. Wiedziałyśmy, że idą wielkie wypadki, ale że idą powoli, bo się Niemcy bronią twardo, do Rzymu nie puszczają, chwalą się, że Monte Cassino pozostaje ciągle w ich rękach. Ze wschodu docierały do nas wiadomości raczej skąpe, tym bardziej niepokojące. Jak się będą Rosjanie zachowywać, gdy wkroczą na tereny Rzeczypospolitej? Co uczynią alianci, aby bronić naszych praw? Ciągle sobie te pytania zadawałyśmy i zapewniałyśmy jedna drugą, że przecież wszystkie państwa zachodnie oparte są na prawach moralnych, przecież nie mogą siebie samych przekreślić i na domiar puścić Rosjan w głąb Europy! Nad tym wszystkim górowało jedno: wierzyłyśmy w bliski koniec...

Indywidualnie też zaczynałyśmy sobie zdawać sprawę, że niejedna z nas już bardzo długo nie wytrzyma, że siły fizyczne zaczynają się kończyć. Puchły nogi i ręce, wstawałyśmy rano zlane potem. Wreszcie gdzieś w maju wylądowałam i ja w rewirze, z gorączką (niepodrobioną) i z kurczami krtani, które oddychać nie dawały. Dusiłam się i zarazem zdawało mi się ciągle, że moje haftlingi nie chcą wyjść na apel, że już krzyczeć nie mogę i że Binz już do nas idzie. Ten śmieszny "sztubowski" koszmar jednak wkrótce ustąpił, została parotygodniowa gorączka i osłabienie. Opiekowała się mną Marysia Kujawska, przychodziły inne Polki, chociażby pod okno, przy którym leżałam. Wewnątrz bloku kobiety wszystkich narodowości żyły w zgodzie, nareszcie był czas na niejedną ciekawą rozmowę lub na "swobodną" wymianę zdań. Było wokoło i cierpienia dużo, bardzo dużo, ale fakt, że kobiety miały minimum opieki, na wszystkie działał kojąco. Oczywiście i to odprężenie było bardzo względne. Blokową tego bloku rewirowego była sama Carmen Mory, która bezustannie wszystkich śledziła i o wszystkim Niemcom donosiła. Toteż wizyty znikały spod okna na dany sygnał, a rozmowy między chorymi były zawsze prowadzone szeptem. Pomimo Mory i jej protektorki Oberschwester, która coraz to przez Mory wzywana zjawiała się niespodziewanie, wrzeszczała, karała, wyrzucała — jednak chore odpoczywały.

Doria przychodziła co dzień, bo jako sztubowa znajdowała zawsze jakiś pretekst służbowy, by wejść na blok. Wyglądała bardzo źle, ale była pełna nadziei, jak my wszystkie. Wiedziałyśmy, że tym razem się nie łudzimy, że kończą się Niemcy, bo padło Cassino[12], że inwazja północnej Francji oczekiwana jest lada chwila.

Wtem pewnego dnia gruchnęła wieść nieprawdopodobna, niepojęta, prawie niezrozumiała. Polki latały między piętrowymi pryczami i chorym rodaczkom coś do ucha szeptały, coś wstrząsającego, bo chore, które przed chwilą bezsilnie leżały, nagle na łóżkach siadały, gwałtownie chciały kolporterkę wiadomości zatrzymać, lecz ta już biegła dalej, a chora pochylała się do innej już pryczy. Cały blok szeptał, lecz po chwili Polki już mówiły głośno i ciągle powtarzały sobie i drugim trzy słowa, w których się zamykało nowe i nieoczekiwane ich szczęście: Monte Cassino wzięli Polacy!

W dwa tygodnie potem wpadł do przychodni rewiru nabitej w owej chwili chorymi lekarz naczelny, dr Treite, wołając głośno, że inwazja się rozpoczęła. W pięć minut później wiedział cały obóz. W ciągu następnych tygodni i miesięcy grupy narodowościowe zachodnie, Francuzki, Belgijki i Holenderki, jedne po drugich doczekały się uwolnienia swych krajów spod okupacji niemieckiej. Polki też czekały, ale ich lęk o losy Ojczyzny rósł z każdym dniem...

Wkrótce potem mówiła mi Doria, że się czuje bardzo źle z powodu straszliwych bólów głowy. Byłam przerażona samym faktem, że się ta nieugięta Doria w ogóle skarży, i namawiałam ją, by poszła do rewiru. Twierdziła, że poczeka, aż ja wyzdrowieję, abym ją zaprowadziła, bo się wtedy wszystko dobrze skończy, jak poprzednio, gdy dwa razy już prawie umierała. Mówiła o Francji i zapraszała do siebie na odpoczynek. Wreszcie poszła, pożegnawszy się jeszcze serdeczniej niż zwykle. Na drugi dzień dała znać, że się dziś zbyt źle czuje, by móc przyjść, ale że jutro już mnie odwiedzi na pewno. Nazajutrz rano zaniosły ją nieprzytomną do rewiru. W parę godzin potem była u mnie Zdenka, by mi powiedzieć, że Doria umiera. Sprawa mózgowa. Nie minęła doba, a już jej nie było między nami.

Gdy wróciłam gdzieś w lipcu na blok, zastałam Bortnowską jako blokową, bardzo zapracowaną, a przykro mi było, że jej nie mogłam wiele pomóc, bo sił nie miałam. Wkrótce dostałam suchego zapalenia opłucnej, ale bez gorączki, więc i bez rewiru. Był to jedyny okres, gdy przypuszczałam, że umrę tam śmiercią naturalną.

Tymczasem coraz więcej przybywało więźniarek, coraz liczniejsze nadchodziły zewsząd transporty, zugangi zapowiadały coraz to szybszy koniec Niemiec. Nadszedł 20 lipca i wiadomość, że się zamach na Hitlera udał. Dopiero na drugi dzień dowiedziałyśmy się prawdy. W parę tygodni potem przybyło do lagru kilka Niemek, które pośrednio były wmieszane w sprawę zamachu. Poważne te osoby twierdziły, że mord katyński jest dziełem niemieckim. Zrozumiałyśmy wtedy, jak wielkie powodzenie musi mieć w Niemczech propaganda komunistyczna u wszystkich przeciwników Hitlera, zupełnie bez względu na ich przekonania osobiste, jeśli te kobiety, nie mające nic z komunizmem wspólnego, przyczyniły się w ten sposób do odciążenia Moskwy z jednej z najokropniejszych zbrodni w jej historii.

Transportów z Polski przybywało dużo. Wszystkie kobiety mówiły o atmosferze naładowanej elektrycznością, wszystkie spodziewały się wielkich wypadków w najbliższej przyszłości. Wiedziałyśmy od dawna, że generał Grot był aresztowany zeszłego roku, że następcą jego, dowódcą Armii Krajowej, jest generał Komorowski, że Armia Krajowa spodziewa się wielkich walk. Wszystkie zugangi też twierdziły, że postawa Rosji jest niejasna, że nie wiadomo, co się dzieje po tamtej stronie frontu...

Siedziałyśmy nieraz z Bortnowską nocą w pokoju służbowym i usiłowałyśmy z tych urywków i fragmentów odtworzyć sobie obraz Sprawy Polskiej. Mówiłyśmy ciągle, że czegoś najważniejszego chyba nie wiemy, skoro wszystkie nasze wiadomości zdają się ze sobą, z punktu widzenia logiki, sprzeczne... Nie mogłyśmy wówczas jeszcze przypuszczać, jak niezmiernie optymistyczne były najgorsze nasze obawy.

Wtem koło 8 sierpnia gruchnęła w obozie wieść przywieziona przez ausseny, początkowo zagadkowa, niepotwierdzona, mglista, w parę dni później już nie pozostawiająca żadnej wątpliwości — wieść o walczącej Warszawie. Od tego dnia przez długie tygodnie żadna z nas, pracując ciężko i coraz ciężej, nie miała jednej minuty, w której wypędzając kobiety na apel, walcząc o nie w rewirze, przyjmując nowe transporty, nie byłaby bez przerwy słyszała tego wewnętrznego akompaniamentu, jednego słowa, jakby młotkiem bez końca wbijanego w mózg, Warszawa, Warszawa, Warszawa...

Z końcem sierpnia przyszedł rozkaz natychmiastowego opróżnienia bloku 27, przeznaczonego na blok przejściowy dla transportów świeżo przybyłych. W ciągu 24 godzin Francuzki i Żydówki zostały przeniesione na inne bloki, i tak już przepełnione, nasz blok oczyszczono i jako tako odwszawiono.

Podczas tej gorączkowej roboty, w ostrym upalnym słońcu sierpniowym, przybył nowy transport. Pozostał za drutami, na tyłach rewiru. Stamtąd przez dwa dni i dwie noce dochodziły wołania o pomoc, o wodę, o strawę, o ratunek. Krzyczano, że jest coraz więcej chorych, że nie wiadomo, co im jest. Wołania były przerywane szczekaniem psów, które pilnowały. Uradziłyśmy z Niutą, że ze względu na moją niemczyznę pójdę znów do Binz. Po drodze nach vorne[13] układałam sobie, co powiem. Weszłam do jej biura i widząc, że się moim widokiem nie ucieszyła, zameldowałam się bardzo głośno. Był to bowiem okres, w którym nasze władze już zaczynały tracić głowę. Rozłożyła ręce: Was ist denn schon wieder los?[14]. Odpowiedziałam (z miną bardzo uroczystą), że obóz jest w najwyższym niebezpieczeństwie ze względu na grożącą epidemię, której druty powstrzymać nie potrafią. Widząc blady strach w oczach mojej interlokutorki, opowiadałam coraz barwniej, co wiemy z krzyków, które nas dochodzą, i dodałam, że tu chodzi o największy pośpiech.

"Ale co robić?" — pytała władza z rozpaczą. "Przede wszystkim kazać zamknąć psy. Potem pozwolić mi zabrać z sobą kilka Polek, dać nam odpowiednią straż, byśmy mogły wyjść poza obóz. Pójdziemy z wiadrami z wodą, z kotłami z kuchni, zorientujemy się, co się tam dzieje, a ja zaraz wrócę, by złożyć meldunek". Tu się żachnęła. "Co to, to nie" — krzyknęła. Już wiedziałam, że strach przed zarazą sytuację uratuje. Wydała wszystkie rozkazy, tak jak chciałam, a gdy odchodziłam, tylko się zastrzegała, bym pod żadnym warunkiem potem do niej nie wracała.

Poszłyśmy. Zastałyśmy parę kobiet w stanie bardzo ciężkim. Rewir nie mógł ich przyjąć, ponieważ nie miały numerów. Nowa awantura. Znowu władze skapitulowały — ze strachu. Porwałyśmy nosze, zaniosłyśmy chore do rewiru. Później okazało się, że chodzi o szkarlatynę; parę umarło, parę wyszło z życiem. Zdrowe wówczas dostały jeść i pić oraz wykopano im jamę na ustęp. Zasypywałyśmy je podczas roboty pytaniami. Pokazało się, że to przyjechała Wola, element bardzo mieszany, handlarki i przekupki, zapewniające nas nieustannie, że są "zupełnie niewinne", że "nie mają nic wspólnego z tą polityką", błagające tylko o przechowanie im złota przywiezionego w bardzo dużych ilościach, oraz kobiety wszystkich stanów i wszelkiego wieku, milczące, z zaciśniętymi zębami, które, gdy wreszcie otworzyły usta, zadawały tylko jedno pytanie: "Czy tu będzie trzeba pracować dla Niemców?". Jedno tylko było im wszystkim wspólne: gdy pytałyśmy o to, co się dzieje w Warszawie, otrzymywałyśmy odpowiedź jedną jedyną: "Warszawy nie ma". — "Jak to nie ma? Co to znaczy?" — "Proszę pani, Warszawa się pali, cała w ogniu, stamtąd nikt żywcem nie wyjdzie, to już nie jest miasto, to są gruzy. Warszawy nie ma". Wracając z Niutą Bortnowską na blok, oburzałam się na te kobiety: "Co to zbiorowa histeria zrobić może! Ciągle w kółko gadają, że Warszawy nie ma, zamiast powiedzieć, co się tam dzieje!" Mądrzejsza ode mnie Niuta milczała. Popatrzyłam na nią, w twarzy jej nie było jednej kropli krwi.

Od owego dnia aż do połowy września dniami i nocami tłoczyły się transporty z Warszawy. Teraz już czekały nie tylko za rewirem pod gołym niebem, ale także w namiocie. Nie mogąc podołać napływowi więźniarek, władze wzniosły bowiem olbrzymi namiot na jedynym wolnym miejscu w obozie. Tam nieraz do tygodnia, bez powietrza i bez wody, tłoczyła się "ewakuowana" Warszawa. Władze już się nie przeciwstawiały pewnej grupie polskich sztubowych i blokowych, które tam do nich docierały. Wpadałyśmy więc z jedzeniem czy z wodą, wyciągałyśmy chore czy zmarłe, zarzucałyśmy przybyłe pytaniami, szukałyśmy wśród nich krewnych czy przyjaciół. Poziom nadal był nadzwyczaj nierówny. W niektórych transportach znajdował się poważny procent kryminalistek, które zdążyły uciec z więzień cywilnych i porwać nieprawdopodobną ilość złota czy biżuterii z płonącej Warszawy. Lwia część tych olbrzymich wartości materialnych dostała się Niemcom, trochę wsiąkło w obóz — i zdemoralizowało go do reszty. "Organizowanie" w ogóle wówczas zakwitło na nowo. Wzbogacały się od dawna przy każdym transporcie łaźnie i wszyscy, którzy się potrafili zbliżyć do zugangów. Było to nieraz trudne, bo aufzejerki bardzo pilnowały i rezerwowały lepsze rzeczy dla siebie. Zresztą dawniej własność świeżo przybyłej szła do "efektów"[15], skąd olbrzymie składy złożone z naszej prywatnej odzieży dopiero w zimie 1944-45 zostały zabrane "na rzecz Niemców, którzy stracili mienie przez naloty wroga". Teraz zaś transporty warszawskie przywoziły taką ilość rzeczy, że nieomal każdy, przechodząc przed łaźnią po kąpieli transportu, mógł coś sobie wybrać. Leżały tam ryngrafy i puderniczki, zegarki i suknie wieczorowe, książki do nabożeństwa i garnki kuchenne, łyżki srebrne i całe sztuki cennych materiałów, lustra, kołdry puchowe i skrzypce, piękna jedwabna bielizna i chustki chłopskie — wszystko razem, potworny, makabryczny fragment minionych dni stolicy. A kobiety ciągle napływały.

Przyjechała raz grupa nieprawdopodobnie złośliwych staruszek białoruskich z jakiegoś schroniska warszawskiego. W porównaniu z nimi Sybilla Cumaea z Kaplicy Sykstyńskiej pełna jest uroku młodości. Przyjeżdżały kobiety z dziećmi i ciężarne, które rodziły w Ravensbrűck. Czynność ta była już teraz w obozach dozwolona, lecz większość dzieci umierała po prostu z osłabienia. Gdy przyjechały ciężarne, wydębiłam od Binz wydanie mleka dla nich, motywując swe żądanie tym, że te kobiety są tylko ewakuowane, "nie są jak my zbrodniarkami". Takie postawienie sprawy pomogło — mleko przyszło, lecz dostarczane było skąpo i nieregularnie.

Kobiety nieraz przyjeżdżały w stanie takiego rozstroju nerwowego, że trudno się było z nimi dogadać. W drodze matka czy córka, czy siostra zostały przypadkiem wtłoczone do innego wagonu, przy wyładowywaniu pokazało się, że tego wagonu już wcale nie ma, pojechał do innego obozu. Niejaka pani Baranowska opowiadała mi, że zostawiła dwoje dzieci w Warszawie, bo ją Niemcy bez nich zabrali. Sąsiadki tej pani mi szepnęły, że 8-letni jej synek zginął na ich oczach od bomby. Zaklinałam je, aby matce na razie nie mówiły, kto wie, czy stąd wyjdzie z życiem. Nie pomogło. Po południu słychać było przerażający krzyk w sypialni. To pani Baranowska się dowiedziała o śmierci dziecka. Inna kobieta co noc raz czy dwa razy budziła wszystkich zwierzęcym prawie wrzaskiem. Wreszcie komuś zdradziła, o co chodzi. Zwykle oka nie może zmrużyć, leży bezsennie w zupełnej ciszy, ale gdy tylko zaśnie, to śni jej się natychmiast ze wszystkimi szczegółami to, co widziała na własne oczy, gwałcenie jej 17-letniej córki przez własowców48 i następnie zamordowanie dziewczyny. Innym razem, gdy w czasie apelu młoda osoba dostała wymiotów, stojącej obok matce zrobiło się słabo. Przyniosłam zydelek, by mogła usiąść. "Moja córka pewnie w ciąży — szepnęła — ciągle ją mdli, a była kilkakrotnie napadnięta przez własowców[16]..."

Transporty napływały w miarę jak padały dzielnice Warszawy. Wola, Stare Miasto, Mokotów, Żoliborz, Śródmieście. Więcej niż połowa pociągów skierowanych do Ravensbrűck przeszła przez nasz blok i z niego znów wyjechała. Minimalny tylko procent warszawianek otrzymywał pracę na miejscu, ogromną większość wysyłali Niemcy do różnych fabryk względnie do budowy lotnisk. Zapotrzebowanie na robotnika mieli ogromne w owej chwili ostatecznego wysiłku w wojnie totalnej.

Ażeby uchronić od transportu osoby, które z powodów ideologicznych nie chciały pracować w niemieckim przemyśle wojennym, trzeba było dokonać różnych, nieraz dość karkołomnych sztuk, w czym niektóre blokowe i sztubowe były szczególnie wykwalifikowane. Do nich należała w pierwszym rzędzie Bortnowska, dla której narażanie się Niemcom było, poza spełnianiem obowiązku, jednym ze źródeł własnych, zdawałoby się niekończących się sił moralnych. Te ostatnie dziwnie kontrastowały z jej słabym zdrowiem. Już gdy na bloku 24 miała polityczne Francuzki, uratowała wiele spośród nich od fabryki amunicji. Była między nimi młoda bratanica generała de Gaulle, którą Bortnowska kilkakrotnie, raz w ostatniej godzinie, uchroniła przed wyjazdem. Cała sztuka polegała na tym, aby dana osoba nie znalazła się na liście transportowej. Procedura była następująca: przychodził na blok spis numerów wezwanych na pewną godzinę do Arbeitsamtu[17]. Trzeba było możliwie osób, które nie miały jechać, teraz już tam nie prowadzić, ale było to wykonalne tylko wtedy, jeśli spis przychodził 24 godziny wcześniej i jeśli się kandydatkom udawało "rozchorować ciężko" tego samego dnia i zniknąć na 1-2 dni na blok rewirowy. W tym celu były stosowane najróżniejsze środki wywoływania gorączki, np. wsuwanie czosnku do kiszki stolcowej i inne.

Gdy blokowa lub sztubowa ustawiała więźniarki według spisu piątkami przed Arbeitsamtem, zjawiali się (czasem natychmiast, czasem po kilku godzinach oczekiwania) kupcy w towarzystwie oferującego swój żywy towar Arbeitsfuhrera Pflauma. Ordynarny ten grubas obdarzał i Bortnowska, i mnie specjalną awersją. Gdy mnie widział, wywijał pięściami i wrzeszczał: "Ty kręcisz przy transportach, ja wiem, że ty kręcisz, razem z tą twoją małą blokową! Poczekaj, aż ja was kiedyś złapię!" Na szczęście katastrofa Hitlera nie czekała, aż mózg Pflauma zdąży pojąć nasze sztuczki.

Na jesieni 1944 aktywność Arbeitsamtu była wzmożona skutkiem dużego napływu więźniarek. Nasze zadanie było tym trudniejsze, że przy "ewakuacji" Warszawy znalazły się u nas całe rodziny, siostry, najczęściej jednak matki z córkami, po prostu osoby, które się pod żadnym warunkiem rozstać nie chciały. Liczne kobiety nie mające hamulców ideologicznych chętnie jechały do fabryk, ponieważ wiedziały, że warunki życia będą tam lepsze, ale chciały za wszelką cenę zabrać stare matki ze sobą. Zdarzył się raz "kupiec" tak ludzki, że jeśli mu córka odpowiadała na pracownicę, zabierał i matkę, ale był to wypadek odosobniony, który się nie powtórzył. Czasem też, gdy Pflaum bywał bardzo pijany, można było fabrykantowi bezpośrednio wytłumaczyć, że dana matka lub, jeśli wybrał matkę, słabowita córka jest specjalnie zdolną pracownicą, i udawało się to tylko przy bardzo dużym zapotrzebowaniu, ale i to było rzadkością. Zjawiskiem normalnym było oglądanie dokładne rąk i nóg, wybór zdatnego towaru i eliminacja gorszego wśród scen znanych nam dotąd tylko z Chaty wuja Toma. Branki szły do rewiru na "badanie". Musiały się rozebrać do naga i czekać swojej kolejki nieraz pod gołym niebem przez parę godzin. Nigdy nie widziałam, żeby się zdarzyło, aby w tym czasie nie przechodzili raz lub kilka razy koło nich mężczyźni SS — oczywiście nielekarze. Po paru godzinach defilowały przed doktorem Treite, który prawie nigdy nie zatrzymywał nikogo przeznaczonego na transport. Teraz rewir ustalał listy i Polki z rewiru na naszą prośbę, bez względu na narodowość wysyłanych, opuszczały na spisie numery osób, które z przyczyn ideologicznych jechać nie chciały. Akcja ta była połączona i dla nich z dużym ryzykiem. Trzeba też przyznać, że Austriaczki z Arbeitsamtu i jedna pracująca tam Niemka Ilse kilkakrotnie zrobiły to samo i "gubiły" w ostatniej chwili więźniarkę, o którą prosiłyśmy.

W ten sposób w jesieni 1944 sporo żołnierzy Armii Krajowej uniknęło pracy dla niemieckiego przemysłu wojennego. "Obijały się" nadal po lagrze. Były wśród nich kobiety, które nam powiedziały, że żyć nie będą, jeśli nie potrafimy ich wyratować, bo prosto z tajnej, warszawskiej fabryki amunicji lub z barykady do niemieckiej fabryki wojennej nie przejdą. Niestety nie wszystkie potrafiłyśmy uchronić —  i to było najboleśniejsze.

Wedle ostatecznej listy transport o ustalonej godzinie (zwykle około jedenastej w nocy) szedł do łaźni. Tam zdzierano z każdej więźniarki wszystko, absolutnie wszystko, co miała na sobie, w sposób o wiele dokładniejszy niż przy jej debiucie. Aufzejerka Knopf, tzw. wróbel z dziwnym piskiem i ogromną brutalnością pilnowała transportów. Odbywały się nieraz regularne bójki. Pamiętam Ukrainkę, która się dała pokopać do krwi, nim oddała różaniec, kobiety nieraz heroicznie walczyły o fotografię dziecka. Przechowywanie własności osoby wyjeżdżającej w czasie kąpieli przez sztubową było połączone z dużym niebezpieczeństwem dla obu stron, toteż trzeba było wybierać sprytne tylko partnerki do tej ostatniej machinacji.

Wreszcie nad ranem te kobiety, wyzute ze wszystkiego, odziane do listopada włącznie jedynie w dziwaczne, krzyżem znaczone, malutkie, kwieciste sukienki letnie — pasiaków dawno nie starczyło — bez pończoch i bez płaszczy, opuszczały obóz piątkami. Jeśli odchodziły do ośrodków pracy odległych, przynależnych organizacyjnie do innych obozów, traciłyśmy je z oczu, jeśli szły do fabryk stale obsługiwanych przez Ravensbrűck, wracały później nieraz, zmasakrowane potwornie przy bombardowaniu warsztatu pracy.

A naloty stawały się coraz częstsze. Były one radością "nocki", która coraz częściej miała po parę godzin przerwy w pracy. Myśmy siedziały w pokoiku służbowym, patrzyły i słuchały. "Może to synowie moi właśnie przelatują nade mną" — odezwała się raz wśród milczenia Krystyna Dunajewska, sztubową, matka dwóch lotników. Kilka razy w czasie przelotów obóz cały był oświetlony. Przypuszczałyśmy, że nas fotografują. Niebawem miałyśmy potwierdzenie w formie czterech zielonych balonów, jakby zawieszonych w powietrzu nad czterema rogami obozu. Dokoła padały bomby. Skutki tej widocznej opieki "z nieba" były nieprzewidziane. Dygnitarze gestapo przyjechali z Berlina i zamieszkali w Komendanturze. Byłyśmy wściekłe...

Nawet gdy już ustały transporty z Warszawy, ruch w obozie bynajmniej nie osłabł. Im bardziej się kurczyły granice panowania hitlerowskiego, tym liczniej przybywały transporty z różnych stron. Niemcy przysyłali do obozu więźniarki zewsząd, skąd się wycofywali. Przyjeżdżały Francuzki i Belgijki, Holenderki i Jugosłowianki, Włoszki, Polki i Węgierki, cała Festung Europa.

Późną jesienią przybył raz transport pięćdziesięciu kilku Greczynek. Sytuacja była kłopotliwa, bo nie mówiły żadnym językiem poza swoim własnym. Uderzyło nas, że pokazują jedna drugiej "P" na naszych rękawach i odnoszą się do Polek serdecznie, ale z dużym respektem i dyscypliną. Wyglądały na kobiety raczej proste, z wyjątkiem jednej, której rozkazów słuchały w okamgnieniu. Nazywała się Sula, była studentką prawa z Salonik, miała lat 19. Subtelnością sylwetki, wrodzoną dumą postawy, czystością profilu i proporcjami rysów przypominała najwyraźniej nieśmiertelnych swych przodków. Dowiedziałyśmy się później, że była dowódcą tej małej jednostki wojskowej, wziętej do niewoli w górach greckich, z bronią w ręku. Sula była też tłumaczką, bo "umiała" po francusku. Rozumiała mało, za to mówiła prawie płynnie. Komplikacja polegała na jej przedziwnej wymowie, w którą się wreszcie zdołałam wsłuchać. Nie skarżyła się nigdy, choć i ona, i jej towarzyszki na apelu tej meklemburskiej jesieni stały w letnich sukienkach i siniały wprost z zimna.

Pewnego dnia, żeby jej sprawić przyjemność, powiedziałam jej parę wierszy z Homera. Reakcja Suli była nieoczekiwana. Śliczną głowę o czarnych lokach odrzuciła w tył. Oczy zabłysnęły niewypowiedzianą dumą, poczuła się w tej chwili przedstawicielką wieczystego dziedzictwa Grecji. Stanęła przede mną i zaczęła deklamować długie ustępy z Iliady. Tłumy kobiet wokoło nas ucichły, ustały kłótnie i wrzaski. One słów nie rozumiały, lecz patrzyły ze zdumieniem na wyniosłą postać dziewczyny, na wyraz jej twarzy uroczysty i promienny zarazem. Odczuły wyraźnie, że głos ten i obce te wiersze nie mają już nic wspólnego z otaczającym nas światem poniżenia i brzydoty. Myśmy zaś słuchały spiżowych heksametrów poematu bohaterstwa, a wokoło nas zdawało się w tej chwili nie istnieć to wszystko, co nosiło piętno niewoli.

Innym razem wytłumaczyła mi Sula, że Greczynki czują się dobrze w Ravensbrűck, bo się znajdują pod kierownictwem Polek.

Wiedziały od instruktorów swej organizacji wojskowej, że naród polski najwięcej poniósł ofiar dla wspólnej sprawy wolności i że jedynie Polacy stawiają opór totalny wobec najeźdźcy. Wiedziały też, że Polska poniosła ogromne straty w ludziach, że zginęło tyle najbardziej wartościowych jej synów i córek. W pierwszej chwili nie bardzo wiedziałam, co na to wszystko odpowiedzieć, chociażby ze względu na istniejące trudności językowe. Wreszcie zacytowałam jedyne zdanie, jakie umiałam na pamięć z Tucydydesa, z mowy Peryklesa: "Mężów świetlanych grobowcem jest ziemia cała". Sula rzuciła mi długie, intensywne spojrzenie, następnie uciekła w głąb bloku, aby po chwili wrócić w towarzystwie paru Greczynek. Mogłam zrozumieć, jak im tłumaczyła, że Polacy, tak bardzo daleko od Greków na północ mieszkający, dobrze jednak wiedzą, kim był Perykles i czym wolność Aten stała się dla świata. Następnie recytowała najważniejsze ustępy z mowy, która po dwóch i pół tysiącach lat nie straciła nic na swej sile, proklamując miłość Wolności i Ojczyzny jako najwyższe dobra ludzkości.

Tym razem prawie wszystkie Greczynki zostały przeznaczone na transport, poza paru chorymi. Wśród nich znajdowała się Sula, która wówczas niedomagała. Gdyśmy wróciły na blok, rzuciła mi się na szyję, błagając, abym ją "na lewo" do transportu dołączyła. Tego się nie spodziewałam. Tyle kobiet wszystkich narodowości trzeba było ciągle i za wszelką cenę ratować od transportu, aby nie musiały lać kuł na własnych braci, a Sula chciała jechać! Widząc, że jej nie rozumiem, dziewczyna przez zaciśnięte zęby wycedziła jedno, jedyne słowo — "sabotaż". Przymrużyła przy tym oczy, a ja w owej chwili zobaczyłam ze zdziwieniem wyraz obcej zupełnie dzikości na jej szlachetnej twarzy. Po chwili dodała, że za wszelką cenę jechać musi, bo ma taki rozkaz. Nie wolno jej rozstać się z towarzyszkami... Są one dobre i odważne, ale pewnych rzeczy nie wiedzą, a tu przecież chodzi o honor Grecji... Udało się spełnić jej prośbę.

Przed wyjściem transportu, wieczorem, gdy władz już w pobliżu nie było, zaśpiewały Greczynki na pożegnanie, na cześć Polkom, swe pieśni wolnościowe. Twarze ich zalały się łzami, ale głosy im podczas śpiewu nie drżały. Pieśni były tęskne i namiętne zarazem.

Przepełnienie na blokach spowodowało dodatkowe ustawienie trzech piętrowych pryczy w jadalniach, tak że mieszkanki jadały i cały czas wolny spędzały na pryczach, gdzie sypiały po trzy na jednej, co przy ogólnym ich owrzodzeniu było niewymownie przykre. Tylko pracownice rewiru i kuchni, blokowe, sztubowe oraz najstarsze haftlingi miały do końca prycze dla siebie. Był to, przyznać trzeba, przywilej olbrzymi, tym większy, im większe było przepełnienie.

W tych warunkach walka z zawszawieniem bloku była walką tonącego z falą.

Kanalizacja, obliczona na 15 000 osób, musiała służyć dla ilości potrójnej i była skutkiem tego prawie nieprzerwanie nieczynna. Więźniarki załatwiały się więc na dworze, pod jakimkolwiek blokiem, byle nie pod własnym, bo mieszkanki były surowo karane, jeśli przechodząca przypadkiem władza miała właśnie ochotę ukarać blok zanieczyszczony.

Wszystko to jednak było niczym wobec tego, co się działo w namiocie. Umieszczono tam późną jesienią przeszło 4000 kobiet z ewakuowanego Oświęcimia, głównie Żydówki węgierskie. Nie było tam czym oddychać, bo nie było powietrza, nie było gdzie się położyć, bo nie było miejsca, nie było gdzie się załatwić, bo nieliczne, prowizoryczne ustępy były nie do użycia. Wyciekały więc spod namiotu strumienie moczu i kału, tworzące wokoło jakby wieniec cuchnących kałuż. Poza tym wydobywały się stamtąd wycia i krzyki 4000 kobiet, nieprzerwane ani dniem, ani nocą, które się rozlegały na cały obóz. Spokojna niegdyś i pogodnego usposobienia blokowa namiotu, Hanka Zaturska, miała dziwny wyraz w szeroko rozwartych z przerażenia oczach. Opowiadała mało o tym, co się u niej dzieje. Wspominała tylko o dużych technicznych trudnościach, jakie nastręcza wyciąganie zwłok — o ich identyfikacji już marzyć nie mogła. Raz mi powiedziała mimochodem: "Dziś była sprawa dodatkowa. Młoda, bardzo ładna Węgierka dostała nagle ostrego szału i pomimo zupełnego braku miejsca potrafiła skakać po zwłokach, przemawiając do nich i tańcząc".

Gdzieś z końcem października zaszła u mnie zmiana. Zostałam przeniesiona jako blokowa na blok 32 do "NN", do Sowietek i przede wszystkim do "królików". Cieszyłam się szczerze, bo "króliki" były bardzo szykanowane przez dotychczasową blokową Kathe Knoll. Byłam szczęśliwa, że będę z nimi, gdy mogły przyjść dla nich czasy niebezpieczne.

Niełatwo nam było rozstać się z Niutą Bortnowską. Przeżyłyśmy szereg miesięcy w najbliższej współpracy i choć tak bardzo różne, zgrałyśmy się ze sobą niezwykle. Niesłychanie mi imponowała inteligencją, tak rzadko połączoną z charakterem niezłomnym. A Niuta była bodaj najtwardsza z nas. Stawiała opór Niemcom i narażała się im wszędzie, zawsze i na każdym kroku. Toteż nienawidzili jej szczególnie. Chłodna duma, z którą się do nich odnosiła, drażniła ich, bo godziła w ich kompleks niższości. Niemców bowiem, którzy mają ze wszystkich bodaj narodów najwięcej pychy i najmniej dumy, nic u nas bardziej nie złościło niż właśnie owa wrodzona duma, którą zwykle nazywali impertynencją, choć im głęboko imponowała. Nie pamiętam, którą z naszych dziewcząt spotkał zarzut: "Się brauchen ja nicht sofrech sein, weil Się ein P tragen!"[18] Cała grupa wówczas przyjęła ten komplement z dużą satysfakcją.

Wśród hщftlingów miała Bortnowską wiele życzliwych i oddanych koleżanek, ale były i nieżyczliwe, szczególnie że Niuta była w obejściu szorstka, nieraz oschła zewnętrznie i nigdy wygodna dla wszystkich. Wstydziła się przed nią niejedna, bo wiedziała, że Bortnowską nie wie, co to kompromis. Toteż w parę dni po moim odejściu Niemki z kancelarii oskarżyły ją o to, że szykanuje Niemki na bloku. Nie odpowiadało to prawdzie, natomiast prawdą było, że Niemki nie były w żaden sposób na jej bloku faworyzowane, co je złościło. Nie pamiętam dziś wszystkich szczegółów sprawy, wiem tylko, że dostała od aufzejerki w twarz na apelu, wobec całego bloku, a potem przez kilka dni musiała stać vorne przy kancelarii, gdzie jej podrzucałam pastylki Sympatolu, ukradzionego z rewiru, bo się strasznie bałam, czy jej serce wytrzyma. Była twarda jak zawsze. Groził jej transport. Ukryłyśmy ją wówczas na bloku rewirowym jako chorą, jaką rzeczywiście była po ostatnich przejściach.

Mnie się na nowej placówce początkowo źle nie wiodło. Skład bloku był bardzo odmienny od wszystkich innych w obozie. Zasadnicze trzy jego grupy, hdftlingi, "NN", Sowietki i "króliki" trzymały się raczej z daleka jedna od drugiej. Wśród "NN" — jak zresztą w całym obozie — wybijały się Norweżki, poziomem, dyscypliną, godnością — słowem — kulturą. Była to jedyna grupa narodowościowa, nieliczna zresztą, która się składała wyłącznie z więźniarek politycznych. Były też traktowane z zasłużonym ze wszech miar respektem przez cały obóz. Francuzki i Belgijki były również na wyższym o wiele poziomie niż na bloku 27, były silnie skomunizowane, ale wówczas w obejściu osobistym stosunki między nami były poprawne. Oczywiście wyprowadzanie ich rano na apel było rzeczą przykrą, ale właściwie jedyną prawie przykrością dnia. Blok 32 bowiem nie musiał sobie przynosić jedzenia czy chleba, przywoziły wszystko Sowietki, z których stworzono kolumnę dostarczającą jedzenie blokom rewirowym, no i oczywiście blokowi własnemu. Po apelu groziło hdftlingom jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Te bowiem, które stałej pracy nie miały, a nazywały się "ferfugami" (od verfugbar — do dyspozycji) musiały przemaszerować piątkami przed władzą z Arbeitsamtu na placu lagrowym i były stamtąd brane do pracy. Ferfugami były u mnie wyłącznie Francuzki i Belgijki, "króliki" nie pracowały, inne miały przydziały stałe. Trzeba więc było prowadzić Francuzki na plac lagrowy, nigdy się nie oglądając, aby mogły uciec, by wreszcie dojść tam prawie bez nikogo. Było dużo o to awantur i donosów, ale na moje dictum, że w egipskich ciemnościach porannych (apel był wówczas o 4.30) nie umiem pilnować pracownic, bo ich nie widzę, wyklinano mnie przeważnie tylko jako niezaradną, grożono, ale nie karano, bo bałagan wówczas wzrastał z każdym dniem. Wreszcie znalazła się dla ferfugów robota. Chętnie tam chodziły, bo praca była lekka, a można było niejedno zorganizować, szczególnie z odzieży. Francuzki w pierwszych dniach opowiadały, że każą im porządkować olbrzymie ilości towarów nowych, pochodzących najwyraźniej ze sklepów, to garnki kuchenne, to odzież, to meble, to buty. Zdołały wynieść kilka par bucików. Nosiły one nazwy firm warszawskich. Po dłuższym czasie porządkowanie towarów nowych zakonczono i wzięto się do segregowania najróżniejszych przedmiotów używanych, które potem wysyłano wagonami. W tej nowej grupie rzeczy nie brakowało absolutnie niczego, od firanek do porcelany, od kołder jedwabnych do zabawek dziecięcych.

Jedna z zajętych tam Polek, pani Anna Lasocka, natknęła się na urządzenie własnego warszawskiego mieszkania. Właścicielka niczego ze swych rzeczy nie tknęła, lecz wiele kobiet tam się ubrało i uratowało w ten sposób przed śmiercią. Wówczas już nikt nie pytał, rozprzężenie było ogólne. Ciągły napływ nowych transportów, dezorganizacja wszystkiego skutkiem nieprzerwanych prawie nalotów na okolicę i przede wszystkim rosnący strach Niemców tworzyły atmosferę, w której o dawnej, drakońskiej dyscyplinie już mowy być nie mogło. Lecz więźniarkom przez to lepiej się nie działo. Niesłychanie dręczące przepełnienie, wieczny i tak wrzaskliwy tłok pociągał za sobą i dotkliwy brak wszystkiego, i niesłychane zabrudzenie i zawszawienie całego lagru. Pościel dawno znikła, koców już prawie nie było, jedzenia nieraz nie wystarczało, nie mówiąc o tym, że kartofle się kończyły, została tylko brukiew na wodzie, a sobotnich porcji kiełbasy i margaryny już nie było. Jedyne prawdziwe źródło aprowizacyjne — paczki — też nadchodzić przestały w miarę cofania się Niemców. Tylko Międzynarodowy Czerwony Krzyż jeszcze o nas pamiętał, ale przez szereg miesięcy Niemcy zarządzili dla nas Packetsperresl[19] i założyli w komendanturze olbrzymi skład z naszych paczek, które potem w ostatniej chwili skwapliwie i z trudem ze sobą wywozili. W tym okresie tylko donosicielki, przyjaciółki Ramdohra, dostawały prowianty szwajcarskie w zamian za usługi. Kiedyś zaś w zimie zaczęli Niemcy nagle znowu paczki wydawać. Niektóre z nas więc znowu były trochę mniej głodne i stan naszych dziąseł też się trochę poprawił, ale była to kropla w morzu tego olbrzymiego obozu.

W związku z tym wszystkim stan ogólny zdrowia coraz to się pogarszał, kobiety najwyraźniej słabły, wreszcie przyczepiła się jakaś biegunka, przypuszczalnie zaraźliwa, która ogarnęła cały nieomal obóz. Choroba polegała na zupełnym osłabieniu kiszek, tak że wszelki pokarm wprost przelatywał przez organizm, nie odżywiając go zupełnie, skutkiem czego chore stawały się coraz głodniejsze. Ponieważ biegunka ta nie wywoływała gorączki, kobiety nie były przyjmowane do rewiru, chorowały na blokach i musiały stawać na apelu. Po apelu cuchnący kał pokrywał plac, a po nocy całe ścieżki łączyły sypialnie z niefunkcjonującymi ustępami. Nieraz w nocy słychać było krzyk i kłótnie, to z trzeciaka kapało na dolne prycze. Na zewnątrz bloki były ubrudzone dookoła na wysokość 80 centymetrów.

Teraz rozpoczęła się ta rzecz potworna, którą było umieranie Francuzek. Gasły bez walki, bez agonii, nieraz we śnie. Coraz częściej rano, tuż przed apelem przybiegała sąsiadka:,Madame XY umarła!" — "Kiedy?" — "Nie wiem, rano jeszcze rozmawiałyśmy, potem wstałam, a teraz ją zastałam stygnącą!" Wówczas goniłam nach vorne, zmienić podaną poprzednio cyfrę apelu. Nie wolno zaś było pisać: jedna zmarła, bo zasadniczo umieranie na bloku było zakazane, od tego był rewir. Musiało się więc pisać, że jedna jest "odkomenderowana". Prawdę wolno tylko było umieścić w nawiasie: l Kommandiert (t o t). Rozwiązanie to było uważane za idealne. Niektórym blokom kilkakrotnie nie udało się zgłosić na czas śmierci hdftlinga, musiały iść z trupem na apel.

Raz, pamiętam, w niedzielę, umierała staraMadame de Ganay, dawna więźniarka, zawsze zdyscyplinowana i pełna życzliwości, przypominająca postawą i godnością damy francuskie z czasów Wielkiej Rewolucji. Była zupełnie przytomna i prosiła mnie, bym jej nie zanosiła do rewiru, bo pragnie do końca pozostać między swymi. Wiedziałam, że stan jej jest już taki, że rewir ją przyjmie, choć nie ma gorączki, ale że żadną miarą osoba, która już ma tylko kilka godzin życia, łóżka nie dostanie. Na wszystkich blokach rewirowych chore konały półnagie na podłodze. Francuzki błagały, by zatrzymać na bloku panią de Ganay. Wiedziałam, że o drugiej po południu jest apel generalny, na który wszystkie więźniarki, żywe i nieżywe, z jednym wyjątkiem rewiru, musiały się stawić. Poza tym chore nie zaniesione do rewiru rano nie mogły tam już być przyjęte w ogóle. Wahałam się więc w ciężkiej rozterce i sprowadziłam Dorę Riviere, zaprzyjaźnioną lekarkę francuską. Dora zbadała chorą i wyraziła przypuszczenie, że drugiej godziny nie dożyje. Zaryzykowałam więc i zatrzymałam staruszkę. O godzinie pierwszej jeszcze żyła, już się zaczynałam liczyć z prawdopodobieństwem, że trzeba ją będzie wynieść na apel, gdy zaś o pierwszej trzydzieści przybiegła aufzejerka z vorne z wrzaskiem i rozkazem o apelu generalnym, pani de Ganay już była odkomenderowana do nieba.

Nie dziwię się, że całą grupę ogarniał jakby przedśmiertny lęk. Nawet najtwardszym wśród nich było bardzo ciężko, lecz mężny Zimmerdienst, przede wszystkim Simone Lahaye i inne walczyły do końca o utrzymanie grupy na poziomie. Zupełnie co innego jest patrzeć śmierci w oczy, a co innego żyć w ciągłym kontakcie z trupami. Na domiar nieszczęścia przyjeżdżały świeże transporty Francuzek z więzień, w których przebywały od roku. Te kobiety, w większości starsze, fizycznie i psychicznie nieodporne, stawały do apelu dwa lub trzy razy, dostawały zapalenia płuc lub biegunki, lub jednego i drugiego, i ginęły jak muchy w jesieni. Przyjechały z nimi też dwie czy trzy Angielki wzięte we Francji. Z nimi był kłopot szczególny, bo gdy zachorowały, zażądały kategorycznie specjalnej opieki i pielęgnacji im należnej. Na wszystkie moje i Simone Lahaye tłumaczenia i perswazje, że jesteśmy w Ravensbrűck, że na to rady nie ma, odpowiadały zawsze jednym i tym samym zdaniem: But I am British. Wreszcie umarły i one.

 


[1] istota społeczna

[2] Mówiłyśmy językiem obozowym, straszną mieszaniną polsko-ukraińsko-żydowską.

[3] Halina Chorążyna ze Starczewskich, bojowniczka POW, w Ravensbruck przygotowywała dla więźniarek tzw. dziennik mówiony.

[4] Łączniczka Jadwiga Horodyska dostała zapalenia oczu, które Bogu dzięki minęło, ale owych 180 słów wykropkowanych odczytała i dostarczyła generałowi Komorow-skiemu, który mi o tym po wojnie powiedział (K.L.).

[5] Pani Strassner zginęła później w Belsen (K.L.).

[6] robotnice dobrowolne

[7] Trzecie piętro pryczy (K.L.).

[8] Naturalnie, Francuzki! Przez pięć niedziel nie dostaną obiadu!

[9] Stać po apelu!

[10] Carmen Mory została w procesie norymberskim skazana na śmierć i popełniła samobójstwo w celi.

[11] noc i mgła

[12] Wzgórze Monte Cassino zostało zdobyte przez wojska alianckie 4 VI 1944 r.

[13] tam

[14] Co się znowu dzieje?

[15] Effektenkammer — magazyn przedmiotów zabieranych więźniarkom (K.L.).

[16] Tj. żołnierzy utworzonej przez gen. A. Własowa armii przy boku Wehrmachtu, znanej ze szczególnego okrucieństwa.

[17]  urząd pracy

[18] Niech pani nie będzie taka bezczelna tylko dlatego, że nosi pani literę P!

[19] Tu w znaczeniu: zakaz otrzymywania paczek.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.