Zofia Nałkowska. Róża Palatynu_2

III

Zmierzch szafirowy spłynął na to cudowne miejsce ziemi. Szeregi posągów wydłużały się pod szarą krepą liści. W magicznym oświetleniu przedwieczornym jawiły się rozsypane tu i tam dalekie perły lamp, od których niebo stawało się płynne, nachylone, i zielobłękitne, jak stary szmaragd peruwiański. Rzadko przemykały dnem alei głucho turkające motory, za którymi snuły się po mlecznym powietrzu rozszamotane w cichym wietrze pióropusze kobiecych kapeluszy.

Poza jedną warstwą drzew przesuwał się, prawie nie wyprzedzając nas, cichy, ledwie w zmierzchu tamtejszym widzialny jeździec. Z ciemnej sylwetki wyraźniej migały tylko przy ziemi w ruchach pełnych rytmicznej gracji przebierające białe pęciny konia.

Pani Joanna szła przy mnie, w jakichś szarozielo­nych mgłach cudowna i nieuchwytna, wyzwolona od więzów koloru, cała w tonach i cieniach, w lśnieniach matowych, niby perły albo hialitu – jak wizja Whistlera.

– Czy pani ma dobre oczy? – zapytała kapryśnie.

– Tak.

– Widzi pani tam na pniu palmy to ptaszysko? Podskakuje sobie w górę po tym pniu w pozycji zu­pełnie pionowej.

– Widzę.

– Hm – skakać tak po nocy. Doprawdy, nie rozumiem... Gdybym była taka mała i do tego jeszcze w piórach, to bym się po prostu wstydziła. A ten...

Urwała z nie skrywanym niesmakiem.

Takiego oto są kalibru wszystkie na ogół im­presje podróżnicze mojej żony – ubolewał słynny artysta.

– Takie i jeszcze inne – od niechcenia protestowała pani Joanna.

Podróż? – parsknął wzgardliwie drugi z panów, gentleman w szarym habicie nomada. – Podróż? – Cóż to jest właściwie. Obmierzłe klekotanie pociągu, zawsze jakaś kolebiąca się człowiecza twarz naprzeciwko i gdzieś pośród przestrzeni tkwi gięta strzałka – graficzna informacja, w którą stronę pociągnąć należy rączkę hamulca albo kaloryferu. Całymi godzinami świadomość otępiałą wypełnia doszczętnie napis: Nenahybejte se ven, albo w lepszym wypadku: Vietato fumare. Każda nowa stolica świata czy księstewka, to przede wszystkim pokój hotelowy: miednica w ścianie, kran z wodą ciepłą i zimną, śtora z deseczek na taśmach, lustro w mur wśrubowane i telefon, przez który można się dogadać z portierem.

– Bo nie masz nic nowego pod słońcem, a wszystko jest marność – streścił się wreszcie i momentalnie zamilkł.

Taką sowitą nudą powiało od tych słów potoczystych, że aż uważniej przyjrzałam się niedawno pozna­nemu panu. W mroku widziałam tylko neurastenicz­nie błyszczące, rozbiegane oczy i wielkie cienie “wądołków” na wygolonych policzkach. – Wedle półgłośnej relacji pani Joanny, ponury pan ów znajdował się w posiadaniu pięknego pałacu w ziemi sandomier­skiej, stawu, parku rozległego i – ponadto jeszcze – łączki, która – jako nisko położona – nie nadawała się już do rozparcelowania.

– Kiedy pierwszy raz przyjeżdżałam do Rzymu – zaczęła pani Joanna leniwie i przelewnie.

– To co? – zaniepokoił się mąż.

– To wtedy największe wrażenie zrobiły na mnie krowy, idące pośród Kampanii – tak samo poważnie i taktownie, jak u nas. Prawdziwe krowy, któ­rych nie widziałam wówczas od wielu tygodni.

– Ja to rozumiem – poparł panią Joannę ponury ziemianin, którego cały inwentarz żywy składały dwa wierne pieski, a na stację kolejową woziła szkapina, wynajmowana od byłego pachciarza. – Ja jestem jak te krowy – westchnął.

No, nie taki przecież taktowny

– Należę do przeżuwających. W notorycznym smutku łykam wrażenia, nie doznając ich smaku, nie radując się z powodu ich wartości – po to tylko, by kiedyś, później, w samotne godziny, mieć ku czemu wracać wspomnieniem – rozgryzać je i paść nimi swój głód...

– Brrr! – otrząsnęła się pani Joanna.

Mówiono o wyjeździe z Rzymu. Wszyscy mieliśmy wkrótce opuścić to miasto. Artystyczne małżeństwo wybierało się do Grecji.

– Tutejsze ruiny – wykładał mąż pani Joanny – to przecież jest zawsze tylko dramat. Wyjawiają nie tylko zniszczenie wieków, ale przede wszystkim owoczesną nieprawdę piękności, niedoskonałość mi­nionego majestatu. – Z nich się wie, co kryły sobą powietrzne marmury Amphiteatrum Flavium; potwor­ny kadłub mamutowy, szkielet z pustymi oknami w niebo mienił się kiedyś pod słońce, jak koncha albo pierze gołębia i był złoty od przepychu. Dzisiejsze zakrwawione cegły, czarne wyprute wnętrzności i zdemaskowane tajemnice zadają kłam własnemu swojemu wczoraj. A Grecja... Jej ruiny stoją jak białe dusze piękna – z marmuru pantelikońskiego aż po rdzeń – złote w słońcu, a w cieniu błękitne. Nic tam nie zaprzecza cudownej swojej przeszłości – ani gładka ściana Propylejów, ani kolumny Parthenonu, prześwietlone przez niebo, morze i powietrze.         

Pan ponury protestował zjadliwie:

– Cóż może być mniej doniosłego w całej sprawie piękna niż stopień jego prawdziwości właśnie, niż jego prawda.

Wyprzedziłyśmy nieco naszych towarzyszy, pani Joanna milczała. Szła, cicho nucąc, jakby zniecierpliwiona, i parokrotnie odwróciła głowę w kierunku równoległej alei. Pośród słodkiego owalu twarzy bladej jak mleko ciemniły się głębokie oczy mauretańskie.

– Ach, to jest nareszcie nieznośne —

– Co —?

– No, niechaj pani patrzy: krok za krokiem. Ani na chwilę nie zostawi nas w spokoju. Tak jest zawsze i wszędzie, gdziekolwiek ruszę się po świecie.

– Kto taki —?

– Nie poznaje pani?

Zaprzeczyłam: — Z tej odległości dostrzegam prrzecież zaledwie nogi jego konia.

– Dawny mąż mój. Niech pani zważy, że doprawdy ani na krok nas nie wyprzedzi. Przecież to jest okropne. Takie wiekuiste memento —

– Pani się może lęka —?

– Och, nie, ten mnie nie zastrzeli, ani w ogóle nie zrobi mi nic złego. On jest taki sam zupełnie, jak dawniej – taki (zaśmiała się) – dobry –

– Zakochany… zaśmiała się znów po chwili. – Przecież on lata całe nie chciał mnie puścić od siebie. Dopiero kiedy umarła nasza mała, mogłam wre­szcie odejść. Wtedy już nie miał tego wiecznego wykrętu, że to jedynie przez wzgląd na dziecko.

Zawróciliśmy w miejscu i szliśmy znów teraz w stronę tarasu, gdzie stały powozy. Cień jeźdźca istotnie zawrócił po pewnej chwili i sunął za nami.

– Pani Joanno, co pani zrobiła z tą wspaniałą swoją parą królewską – Agron i Teuta, zabawne chimery, które biegając zawadzały nosami o zie­mię ?

– One się tam chowają gdzieś na wsi, u rodziny; nie są mi więcej potrzebne. Zresztą…     

Zniżyła głos.

Ta Teuta przecież to było coś okropnego. Pani nie ma pojęcia, co ona na świat wydawała. Raz kiedyś tam w życiu zbłądziła i zawsze odtąd jej młode były nierasowe zupełnie. Takie to dziwne jest u zwierząt.

Szła znowu, nucąc. Była to jedna cantylena z mo­rskiej sonaty – pogodna i śliczna.

– Cóż nam pozostaje – sarkał poza nami pan posępny. Dla nas pozostaje tylko filozofia Antisthenesa: nie mieć potrzeb. Jest to najpraktyczniej pojęty eudajmonizm.         

– Więc czemuż pan do licha nie zmieni hotelu?

– Ale… Toż zmieniłem właśnie. Teraz mam całe ściany powleczone deseniem, wyobrażającym do­kładnie sieć organicznych komórek – każda z gwiaź­dzistym, jasnozielonym jądrem pośrodku.

IV

Nazajutrz spotkałyśmy się na Palatynie.

Pani Joanna czekała na mnie, stojąc w północnym rogu tarasu, przechylona przez poręcz balkonu, z którego pono Kaligula przerzucać miał w przestrzeń jeden ze swoich słynnych mostów. Ujrzałyśmy się już z da­la.

Ubrana była tym razem w jasną sukienkę o liniach – przy całym uwzględnieniu mody – antycznych – i jasny niewielki kapelusz. Jej ruchy, gdy osła­niała się od słońca małym wachlarzem, pełne były tanagryjskiego wdzięku.

Szłyśmy wąską, cienistą uliczką w stronę kasyna.

– Dawniej, kiedy patrzyłam na ten ogród, to mnie to po prostu przerażało, że on rośnie ponad próżnią – mówiła, przechylając się przez ocembrowania jakby studni.

– A dziś?

– Nie – uśmiechnęła się. – Swoją drogą, straszliwe to jest, jak we śnie... Widzi pani: w tej studni nie ma wody. Tam jest tylko pusta ciemność jakichś sklepień – i głęboko w dole półświatło boczne, idące chyba z jakiegoś potwornego korytarza. Och, tam jest zupełnie sucho. Tam pewno żyją lary, lemury i many.

Odeszła z tego miejsca i znowu rozglądała się po kwiatach.

– Gdyby nie ten drab, tu chodzący, narwałabym sobie róż. Pomyśleć: jedna taka róża, wzięta do ręki jest przecież skarbem nad wszelkie najświetniejsze kwiaty lasów wiecznie zielonych, które w epoce trzeciorzędowej pono rosły na Grenlandii. I każda jedna perła wodna, w tej chwili opadająca z fontanny do kielichów kalii, przewyższa ceną wszystkie bogactwa bezmierne Neronowego domus aurea, Złotego Domu, co się tu ongi rozrastał po Palatynie i wzgórzu Velii – i przepychem swoim przerażał świat.

– Pani, którąśmy wszyscy, wówczas nazywali – Pelomyksą.

– Wiem – uśmiechnęła się znowu. – Jestem in­na.

Zapuściłyśmy się w głąb ogrodu – aż do miejsc, gdzie zaczynają się rozkopane i obnażone zwaliska. Nie ma tu już kwiatów, a z ogrodów dawnych po­została tylko płytka murawa, zawalona stosami bia­łych kamieni.

Zszedłszy po schodkach, znalazłyśmy się wewnątrz murów domu chytrej i podstępnej Liwii. Malowidła słynne tych ścian są jakby uchyleniem zasłony wie­ków na świat pobladły i daleki marzeń antycznych.

Pani Joanna oglądała z bliska barwy przyciszone, a przecież trwałe, jakby już na wieczność wessane w kamień.

– … To, o czym zapomniałam – snuła półgłosem.

Sztuka… twardy trud tworzenia i później smutek sławy… Tutaj przecież, po tych samych miejscach chodziła sławna Gorinna z lordem Nelvill, którego na próżno kochała... I cóż tu mówiła – ona... I ona także… O wszelkiej wielkości i sławie... en cherchant la glorie, j’ai toujurs espéré qu'elle me ferait aimer…

Odwróciła się do mnie i w nagłym jakby przeskoku myśli zapytała surowo:

– Czy pani boi się słów?

Podniosłam głowę.

– No, co?

– Czy pani boi się słów? – powtórzyła,

Patrzyłam wyczekująco.

Bardzo powoli, jak gdyby nie dowierzając sama sobie, wymówiła:

– Ta jej śmierć – tamtej mojej córki – potrzebna mi była, abym mogła stać się – szczęśliwą.           

V

– Nie wiem, czy pani sobie przypomina. – Mó­wiłyśmy już kiedyś – tam, nad morzem – o tym dziwnym jakby odkrywaniu sobą na nowo dawnych – i nawet odrzuconych – prawd. Pani pamięta?

– Pamiętam.

– Bo niczego na świecie nie można się ze słów cudzych nauczyć, niczego nie można się dowiedzieć.. Wszystko trzeba sobą przeżyć – i wtedy słowa zna­ne, formuły zwietrzałe nagle rozbłyskują oślepiającą nową treścią. Czasami szuka się wyrazu dla czegoś zupełnie dotąd nieznanego, od czego pękają piersi i kipi krew – i poprzez zmaganie się z bryją formy wszelkiej znajduje się wreszcie w mękach ten najukochańszy kształt – tę właśnie, o dziwo, jakąś prawdę dawną i nieświeżą, zdeptaną, jak zwiędły liść, w dniach młodej pychy. I wtedy zjawia się skrucha: ach, więc tamto to znaczyło... Skrucha i może rzewna wdzięczność do świata, że są oto rzeczy, które się potwierdzają.

Słuchałam milcząc.

– Nazywaliście mnie wtedy Pelomyksą, że jakoby nie umiałabym żyć pośród światła, że jedynym medium były dla mnie ciemności życia. A dziś – oto właśnie powrót taki do prawdy starej, wyczytanej kiedyś w nudnym poemacie Lukrecjusza: że szczęście jest jedynym dobrem... I zresztą – nie wiem, czego pragnęłam, ale zdobyłam – szczęście.

Rzekłam z uśmiechem:

– Może jednak – zamieniła się pani w kulkę na swoim słońcu.

– Poznaliśmy się tak prosto – ciągnęła. – Niechaj pani sobie wyobrazi: w windzie, jadąc z Piazza di Spagna na Trinita... Powiedziałam tylko: ja wiem, kto pan jest…

– Kulkę?... – usłyszała teraz dopiero moje słowa.

– To wyobrażałoby właśnie harmonię i skończenie: Jestem teraz okrągła, jak kulisty bóg Parmenidesa. Powróciłam do mego początku.

Ściągnęła brwi.

– Pani wie? Ja nie kochałam jej zupełnie, Ali...

– Wiem.

– I ona nie mogła żyć. To było dziecko – niechcia­ne. Powinno się mieć tylko te dzieci, które się pragnie. Wtedy macierzyństwo jest rzeczą cudną.

Milczałam znowu. Dawno już odeszłyśmy z domu Liwii. Miałyśmy teraz przed sobą rozległe, zagłębione ruiny pałacu Augusta, a dalej cyprysy willi Mills.

Pani Joanna mówiła:

Jest to do dna ważna sprawa kobiecego życia. I o tym także nie wie się na początku, lekceważy się wszystko takie – w imię “człowieczeństwa” kobiety.  Ten frazes, że macierzyństwo jest rozkoszą... A przecież później, a przecież…

Myślałam uparcie o tej małej umarłej, która nie mogła żyć z braku miłości. I pani Joanna wydała mi się nagle w swej jasnej sukni, jak tamte róże, obok kasyna Farnese, kwitnące pogodnie nad ziejącą próżnią i ruiną.

Mówiła, przymykając w słońcu powieki porcelanowe.

– Później dopiero przekonałam się, że nie przeży­łam wcale macierzyństwa, że niby we śnie, przeszłam przez cały świat cudowny, przez jakieś zaczarowane państwa Możliwego, że byłam na mostach, po pustce przerzuconych “rzutem taśmy” do szczęścia – i na­wet nie wiedziałam.

– ...Że nie przeżyłam miłości... – ciągnęła jakby z przymusem... – Tego straszliwego momentu, gdy upojenie przekręca się nagle w dziką żądzę niebez­pieczeństwa i cierpienia, kiedy się pieści marzeniem – zgubę siebie. Och – umierać, długo konać z bólu – dla niego. I żeby nawet nie wiedział... Być mu niemą i kwitnącą, jak gałąź sponad ostatniej krawę­dzi rosnąca w jutro świata. Rodzić małe dzieci i wi­dzieć, że do niego podobne mają oczy, usta, uśmiech, że są zaklęte w kształt pamięcią miażdżącej zmysły rozkoszy, przewleczoną bez uszkodzenia poprzez ognie tortury i szalu. Myśli się wtedy: niechaj pozdrowiony będzie twój uśmiech, chociaż to będzie zguba, niechaj przepłynie ciałem idea twego kształtu, sens twej piękności i woli, twoje marzenie o doskonałej rasie  człowieka. I w hipnotyzmie miłości twej, nadam mu sobą, bezwiedna, sobą i poprzez siebie, nadam mu życie.

Mówiła bez uniesienia – jak gdyby po to jedynie, aby dać świadectwo prawdzie. Stała nad tymi zwaliskami spokojnie i po prostu, jak kwiat. Jej oczy barwy miodu spod nasuniętych powiek patrzyły pochyło na jakiś punkt murawy. Pełne usta domknęły się w wyraz pogody i słodyczy.

VI

Obskurnymi ulicami dzisiejszego Rzymu, omijają aż na brzeg trotuaru wyległe kawiarnie, szłyśmy w stronę jej domu.

– Zobaczy pani mego małego Giani – dziecko chciane, żywy kształt miłosnego marzenia.

– Musi być ładny.

– Och! Każdą mą myślą, każdym chceniem po prostu leżę u jego nóg.

Weszłyśmy do jednej z kamienic na Via Nazionale. Otworzyła nam służąca, w której poznałam ową Niem­kę, dawną opiekunkę Ali.

– Giani, Giani – wołała w głąb mieszkania pa­ni Joanna.

– Oto jest mój syn, mój mały Giani – prezen­towała dziecko.

Zanim zdążyłam przywitać chłopca, pani Joanna podniosła go do góry i mocno całowała w usta.

Patrzyłam zdziwiona na owo dziecko uwielbiane, dziecko chciane.

Na rachitycznym, krzywonogim ciałku chwiała się niedołężna głowa duża i niekształtna. Wśród bladej, tłustej twarzy, wokoło ust i uszu, ciemniały strupy skrofulozy.

I patrząc na tę gorącą macierzyńską pieszczotę, musiałam bezustannie przypominać sobie tamtą małą, umarłą princessę z obrazu Van Dycka, smutną dziewczynkę w diademie cudnych loków, o oczach jak modre szafiry i porcelanowych powiekach, grubo złoconych rzęsami.

Odchodząc stamtąd, natknęłam się tuż za bramą na człowieka o twarzy znajomej. Wczorajszy jeździec z Monte Pincio złożył mi ukłon niechętny i przeszedł na drugą stronę ulicy.

Przez świadomość mą przemknęło spostrzeżenie dzi­waczne i aż odrażające. W tej chwili, widząc tę twarz ponurą, odkryłam to, czego nie wiedziała pewno pani Joanna w swym zaślepieniu matki: że jej ukochany syn, Giani, podobny jest zupełnie do jej pierwszego męża.

 

Ze zbioru opowiadań Lustra, 1913 r.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.