Wspomnienia wojenne-9

Rozdział V NA ULICY ŁĄCKIEGO WE LWOWIE

8 lipca 1942-28 listopada 1942

(...)

Otworzyła się brama, a z nią otworzył się świat. Jechaliśmy tak szybko przez Stanisławów, że nikogo na ulicy nie widziałam. Gdy już byliśmy za miastem, minęliśmy pogrzeb, który prowadził znajomy mi ksiądz. Kiedy przejeżdżałam o krok, zrobiłam gwałtowny ruch, zwracając się ku niemu, by przyciągnąć jego uwagę. Był to ułamek sekundy, ale efekt był nadzwyczajny. Ksiądz popatrzył na mnie, cały się wzdrygnął, a potem tak silnie się potknął, że prawie upadł — a myśmy tymczasem już byli daleko. Oglądnęłam się na Stanisławów, którego wieże widniały na horyzoncie. "Tu już nie będę mogła wrócić przed oswobodzeniem. Dopiero w Polsce Wolnej przyjadę odszukać ludzi, z którymi tu pracowałam, lub bardziej jeszcze tych, którzy ze mną się męczyli w wiezieniu, lub przynajmniej ich rodziny. Wrócę tu, gdzie już krok tylko mnie dzielił od śmierci. Skoro najwidoczniej mam żyć i pracować, to doświadczenia tych ośmiu tygodni spędzonych tutaj w więzieniu będą ogromnie dla mnie cenne". Tymczasem samochód mknął szybko przez te prześliczne, żyzne okolice. Był to dzień 8 lipca, zboże dojrzałe już chyliło się w słońcu i w wietrze, a moje płuca, które tak dawno nie miały czym oddychać, wciągały z całych sił powietrze świeże i orzeźwiające. Ogarniah>| mnie wzruszenie nieopisane na widok tych pól, tych chałup i ogródków z malwami, kościołów i cerkwi, po prostu na widok stron ojczystych, których się już nie spodziewałam zobaczyć. Dojeżdżając do Halicza, przeprawiliśmy się promem przez Dniestr, przez rzekę mej młodości. Przecież ten sam Dniestr płynie pod samym Rozdolem, pomyślałam z rozrzewnieniem.

Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co będę we Lwowie robić, jak przyjadę. Nie wiedziałam, czy będziemy na czas, aby dziś jeszcze być w kościele, zastanawiałam się, czy z Komitetu, gdzie mnie zapewne zostawią, pójść prosto do przyjaciół, czy najpierw próbować telefonować do Krakowa. Z lubością nad tym myślałam i po raz pierwszy w życiu sobie uświadomiłam, jak cudowną rzeczą jest możność dysponowania sobą, decydowania o sobie. Myśli jednak ciągle wracały do celi nr 6. Zapytałam mego towarzysza siedzącego obok szofera, czy mogę posłać paczkę z prowiantem dla mojej celi, bez wymieniania nazwisk, przez tenże samochód. Odpowiedział, że jeśli dostarczę mu paczkę jutro do ósmej rano, to ją zabierze i doręczy.

Minęliśmy Przemyślany —  dojeżdżaliśmy do Lwowa. Z ostatniego wzgórza przed rogatką patrzyłam ze wzruszeniem ogromnym na to miasto ukochane, nad którym unosiły się słońcem przesiąknięte, letnie opary wieczoru. Wjechaliśmy. Zebrałam płaszcz i manatki leżące w samochodzie i trzymałam je w ręku, by wysiąść przed Komitetem, gdy stanie samochód. Minęliśmy jednak śródmieście w bardzo szybkim tempie i wówczas zrozumiałam, że jedziemy na ul. Pełczyńską. Tam też rzeczywiście stanęliśmy przed dawnym NKWD, dziś centralą gestapo. Kazano mi wysiąść i wejść do gmachu. Było mi głupio, ale myślałam, że to pewnie na załatwienie jakichś formalności. Mój towarzysz ciągnął mnie po piętrach i pytał o komisarza Kutschmanna. Wreszcie mu powiedziano, że jest pół do ósmej, że już nikogo nie ma. Zeszedł znów na parter. Wówczas telefonował do Stanisławowa, po czym szepnął parę słów urzędnikowi dyżurującemu i zbliżył się ku drzwiom, przy których siedziałam. "Co się ze mną stanie?" — zapytałam. "Zaraz pani zobaczy" — i wybiegł z pokoju. W minutę potem wkroczył strażnik ukraiński w hełmie, z bagnetem. Dał mi bardzo dobitny rozkaz pójścia za nim. Wyszliśmy na ulicę, skręciliśmy na Tomickiego, stamtąd poszliśmy na ul. Łąckiego, do głównego więzienia. Tam mi odebrano znów zegarek, pieniądze itd., i kazano wejść do celi przechodniej. Zatrzasnęły się znów drzwi. Rzuciłam się na niesłychanie brudną podłogę i zasnęłam natychmiast.

Obudził mnie dopiero tramwaj i kroki przechodniów. Choć malutkie okienko pod sufitem miało szkło matowe, zrozumiałam, że jestem tuż przy trotuarze ulicy Leona Sapiehy i że o parę metrów ode mnie ludzie chodzą sobie po Lwowie. Ucieszyłam się. Zaczęłam medytować nad swoim nowym położeniem. W ciągu niecałych 24 godzin pozornie prowadzona na śmierć, potem pozornie zwolniona, teraz w nowym więzieniu, miałam rzecz jedną prześliczną, wspomnienie wczorajszej jazdy, cudów przyrody ojczystej, ozłoconej dla mnie jeszcze blaskiem wolności. Ta fatamorgana już znikła, ale wspomnienie zostało. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego Dante uważa, że nie ma rzeczy boleśniejszej nad wspominanie w nieszczęściu o godzinach szczęśliwych. Wydaje mi się, że takie wspomnienie jest właśnie wielkim źródłem sił.

Tymczasem obudziły się dwie wymalowane Niemki, które spały w kącie na wspaniałym materacu, i zaczęły szwargotać. Obie były urzędniczkami. Jedna wpadła za czarny rynek, druga za ukrywanie przyjaciółki po zabiegu. Dwie lwowskie ulicznice w drugim kącie, bez materaca, spały dalej. Po chwili wszedł gestapowiec, przyniósł "kawę" i kawałek chleba. Wkrótce wrócił po mnie. Czekając ze mną przez chwilę na korytarzu, zapytał, po co się było bawić w czarny rynek czy też coś podobnego, skoro z tego zawsze bywają kłopoty.

Tymczasem przyszedł Ukrainiec i zabrał mnie ze sobą. Schodziliśmy znów ulicą Tomickiego. Znów był dzień śliczny, letni, słoneczny. Oglądałam się pilnie, ale nikogo znajomego nie widziałam. Weszliśmy do Centrali na Pełczyńskiej. Trzeba było się drapać na trzecie piętro, co po Stanisławowie było pewnym wyczynem fizycznym. Stanęliśmy przed drzwiami 310 z napisem „Polizei Komissar Kutschmann. Polnische politische Angelegenheiten[1]". Weszliśmy.

Siedziało tam parę osób piszących na maszynach. Ukrainiec oddał kartkę. Zaprowadzono mnie do drugiego pokoju. Tam nie było nikogo. Po chwili kazano mi wejść do trzeciego. Gdy wchodziłam, zza biurka wstał mężczyzna może 40-letni, wzrostu średniego, blondyn o siwych już skroniach i siwych matowych oczach. Podszedł do mnie, zapytał, czy jestem tą a tą, przeprosił (!), że będę musiała trochę poczekać, musi mnie raz jeszcze przesłuchać w mojej sprawie stanisławowskiej. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, kazał usiąść przy oknie. Zapytałam, czy jestem właściwie aresztowana, czy wolna. Osłupiał. Powiedziałam, że zostałam wczoraj oficjalnie zwolniona, że wobec tego zupełnie nie rozumiem, co teraz znów ze mną robią. Mówił, że nic o zwolnieniu na razie nie wie. Popatrzyliśmy na siebie uważnie. Uderzył mnie dziwnie melancholijny wyraz jego oczu i ust, i jakby zażenowanie w obcowaniu ze mną. Musiał w tej chwili zauważyć, że nie wyglądam świetnie, bo mnie zapytał, czy dziś jadłam. Powiedziałam, że jadłam. Poszedł. Po chwili wrócił i przyniósł na talerzu (!!) pięć kawałków chleba i margarynę. Poprosił, abym zjadła, i wszedł do siebie. Zaczęłam jeść, ale wkrótce przestałam, bo mi się ta porcja wydała olbrzymia. Siedziałam więc przy oknie i czekałam.

Minęła może godzina, Kutschmann znowu wyszedł i poprosił mnie do siebie. Zamknął za mną drzwi. Kazał mi usiąść po drugiej stronie biurka. Przed nim leżała gruba teczka. Nim ją otworzył, zdążyłam odczytać napis dużymi literami Yollstdndig unbelastet[2]. "Skąd moje akta mogą być takie grube?" — pomyślałam. Wreszcie zapytał o moje przesłuchanie w Stanisławowie. "Czy pani oświadczyła Krűgerowi, że uznaje tylko niepodległe Państwo Polskie?" — "Oświadczenie takie odpowiada moim przekonaniom — odpowiedziałam — ale go nigdy nie złożyłam". — "Jak to?" — "Byłam pytana jak sędzia przysięgły i zmuszona do odpowiedzi «tak» lub «nie». Pytał mnie, czy jestem wrogiem Niemiec". — "O to pytanie bardzo mi chodzi" — powiedział komisarz. "Zapytał w ten sposób, a gdy unikałam odpowiedzi, pytanie powtórzył, nie miałam więc wyjścia, nie mogąc narazić honoru. Tak samo zapytał, czy uznaję rozbicie Państwa Polskiego". W ciągu przesłuchania wyczułam dużą niechęć Kutschmanna do Krűgera oraz rosnące zaufanie do mojej prawdomówności. Poza tym miałam wrażenie, jakby mu ta cała sprawa była dziwnie nieprzyjemna. W toku mówienia wspomniałam, że Krűger bardzo pogardliwie wyrażał się o Polakach i o ich postawie. Tu komisarz odrzekł z irytacją: "Przecież jest wprost przeciwnie. Nie możemy waszej postawy nie uszanować". Nagle zadał pytanie: "Kogo pani zna z włoskiej rodziny królewskiej?". Osłupiałam. "Nikogo" — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. "A jednak wstawiła się za panią u Himmlera". Myśl moja przeniosła się błyskawicznie do ukochanych Włoch. "Jeśli pani nie zna nikogo z Sabaudów, a interwencja pomimo to miała miejsce, to znaczy, że pani ma we Włoszech potężnych przyjaciół". Przed oczyma moimi stanęła wysoka postać Roffredda Caetani*, mego dalekiego krewnego, wnuka Polki, córki Emira Rzewuskiego — "Farysa". Caetani był zaprzyjaźniony z księżną Piemontu, żoną następcy tronu, która grała na skrzypcach, a Roffreddo, sam kompozytor, akompaniował jej na fortepianie. Oboje byli bardzo niechętni Mussoliniemu[3]. Tymczasem komisarz mówił dalej: "Mówię to pani, choć nie mam do tego prawa, niech pani to zachowa przy sobie. Chcę, aby pani o tym wiedziała, bo interwencja jest bardzo potężna, a pani aresztowanie najwidoczniej nicht zu verantworten[4] «A Himmler jest zły na tę całą sprawę [5]— oczywiście przyjemne mu to nie jest, kazał panią przewieźć do Lwowa. Teraz muszę protokół, który dziś razem spiszemy, przesłać do Berlina — zobaczymy, co będzie". — "Krűger mi obiecał obóz koncentracyjny" — powiedziałam. „Wiem o tym. Mam nadzieję, że mój protokół i moje naświetlenie sprawy dojdą do Berlina na czas, nim Krűger potrafi przeprowadzić pani wyjazd. Ale nawet gdyby się to udać nie miało, musi pani być jak najlepszej myśli. Mam nadzieję, że w parę tygodni będzie pani zwolniona". — "Czy Krűger nie robił trudności przy wydaniu mnie?" — zapytałam. Kutschmann popatrzył na mnie bystro. "Bronił się, jak mógł, wreszcie ustąpić musiał". Tu urwał nagle, jakby wyczekiwał, co jeszcze powiem. Milczałam, patrząc mu w oczy. Wreszcie odezwał się on: "Z rozkazu Reichsfuhrera ma pani być możliwie dobrze traktowana i odżywiona. Otrzyma pani osobną celę, pościel, pewną swobodę poruszania się po korytarzu. Jak zrobić z odżywianiem?" — "Proszę o pozwolenie otrzymywania paczek z Komitetu Polskiego". — "Jak to zorganizować? Czy można tu kogoś sprowadzić?" — "Proszę sprowadzić urzędniczkę sekcji więziennej, wszystko można z nią omówić". Posłał samochód do Komitetu.

Tymczasem wszedł mężczyzna starszy, wyższy wzrostem i widocznie i rangą od Kutschmanna. Ten ostatni wstał, powiedział moje nazwisko. Tamten jakby się przedstawił: Kriminalrat Stawitzky. "Winszuję — pomyślałam — to kat sanocki". Zapytał, czy mam jakieś życzenie. Powiedziałam, że proszę, aby mi Komitet mógł przysłać trochę bielizny i rzeczy do mycia, bo wczoraj, gdy mi powiedziano, że jestem zwolniona, rozdałam te rzeczy współwięźniarkom. "Co to znaczy — zwolniona?" — zapytał Stawitzky. Gdy powiedziałam, jak było, zmienił temat. Zapytał, jak byłam traktowana w Stanisławowie. "Normalnie — powiedziałam — wolałam jednak ciemnicę od celi wspólnej". — "Ciemnicę?" — powtórzył za mną Kutschmann. "Przecież mi pani nie powie — odezwał się Stawitzky — że pani siedziała w ciemnej zupełnie celi?" — "Owszem, siedem dni". Stawitzky pożegnał się krótko i poszedł. "Zajmę się panią, wykonam rozkaz samego Himmlera — powiedział Kutschmann. — Przypuszczam, że pani jest chyba jedyną Polką, dla której Himmler wydał taki rozkaz. Pani po tym chyba zrozumie, jak potężna jest interwencja Sabaudów. Co by to można dla pani zrobić? Cela, pościel, odżywianie... Książki?" — zapytał. "Czybypani chciała mieć książki?" — "Książki były niegdyś treścią mego życia, panie komisarzu" — powiedziałam. "Ale skąd je wziąć? Mogę, o ile o mnie chodzi, pożyczyć pani tylko Strindberga i Nietzschego. Więcej nic nie mam tu we Lwowie". —  to nie są autorzy, za którymi tęsknię. Ale jeśli pan zezwala mi na książki, to może Komitet mógłby je przysłać z jedzeniem". — "Dobrze".

Właśnie w tej chwili wszedł SS-man i oświadczył, że przyszła urzędniczka Komitetu. Komisarz kazał mi przejść do drugiego pokoju, gdzie stała Lesia Dąmbska*, bliska mi współpracownica i przyjaciel. Zrobiłam koleżance znak głową, by uważała, co mówi. Należało przypuszczać, że był podsłuch. W jej oczach stanęły łzy radości. Zaczęłam mówić o paczkach żywnościowych i dodałam prędko i cicho, by dała znać do Krakowa, że jest dobrze. "Baliście się o mnie?" — "Tak i nie. To ostateczne po prostu stać się nie mogło, za wiele się o ciebie modlono. Było, jak w Dziejach Apostolskich, pamiętasz, po uwięzieniu Piotra". Przypomniałam sobie ten ustęp. Wtedy i ja się wzruszyłam.

Wtem wszedł komisarz. Zwrócił się do świeżo przybyłej i oświadczył, że mam prawo otrzymywania paczek, tak żywnościowych, jak i odzieżowych. Kazał jej zapisać, czego mi trzeba. Następnie prosił ją o przesyłanie mi książek, które w miarę potrzeby będę mogła zamawiać przez komendę więzienia. Prosiłam ją, aby mi przysłała Shakespeare'a w oryginale oraz historię rzymską. Dodałam, że te książki otrzyma z Ossolineum. Prosiłam, by się o nie zwróciła do profesora Mieczysława Gębarowicza*. Był to serdeczny mój przyjaciel, dyrektor Muzeum w Ossolineum, za którego pośrednictwem książki oczywiście otrzymam, a co najważniejsze — Gębarowicz zawiadomi, kogo trzeba. Po czym Lesia Dąmbska poszła.

Komisarz zwrócił się do mnie. "Muszę teraz iść. Wracam za półtorej godziny. Pani tu poczeka. Przyślę jej obiad. Niech się pani jeszcze dobrze namyśli — po obiedzie spiszemy protokół". Poszedł. Zostałam sama w pokoju. Drzwi były otwarte. W kancelarii ktoś siedział. Było się nad czym namyślać. Przynieśli obiad. Byłam straszliwie głodna, ale mogłam zjeść tylko troszeczkę. Siadłam znów w otwartym oknie i starałam się skupić. Było trudno. Tyle wrażeń, a byłam słaba bardzo. Jedno było jasne. Kutschmann nie cierpi Krűgera i — może właśnie dlatego — chce mi pomóc. Dotychczas wyrażałam się wstrzemięźliwie o Krűgerze. Może to był błąd. Trzeba, by mu powiedzieć o całej tej mojej przeprawie, o rycerskości, o prowadzeniu na rozstrzał itd. Wtedy zrozumie, że mnie Krűger prześladował osobiście, to mu doda może ochoty do pomagania mi również osobiście. Potem myśl moja przeniosła się do ukochanych Włoch i pomyślałam ze wzruszeniem, że temu krajowi zawdzięczam swe życie — i że życie to jednak coś bardzo pięknego.

Wreszcie wrócił komisarz. Kazał mi wejść do swojego biura. Tam już siedziała daktylografka. "Teraz spiszemy protokół". — "Chciałabym przedtem złożyć zeznanie dodatkowe, ale na to poproszę, abym mogła pozostać sama z panem" — powiedziałam. Kazał sekretarce wyjść i zamknął drzwi. Usiadł i popatrzył na mnie z wyraźnym zaciekawieniem. Milczał. "Ponieważ widzę, że pan chce moją sprawę bez reszty wyświetlić, chciałam podać panu pewne szczegóły, które wyjaśnią panu, że Hauptsturmfuhrer Krűger czuł jakąś osobistą do mnie niechęć czy nienawiść". — "Przecież ja to przypuszczałem" — zawołał z ożywieniem. Opowiedziałam mu wtedy cały przebieg mego ośmiotygodniowego "stażu" u Krűgera. Mówiłam o rycerskości, o głodzie, o otwartym syfilisie w celi, o ciemnicy, o egzekucjach pod celą, o wizytach Krűgera w celi i o prowadzeniu mnie w ciągu jednej doby pozornie to na śmierć, to na wolność. Mówiłam możliwie rzeczowo, obojętnym tonem. Kutschmann słuchał uważnie. Z początku mogłam wyczuć u niego w silniejszym jeszcze stopniu niż poprzednio i wstyd, i upokorzenie, później rosnące wzburzenie. Wstał, chodził po pokoju i zaciskał zęby. Wtedy zaczęłam mówić o traktowaniu Polaków w Stanisławowie w ogóle. Mówiłam, że cała prawie inteligencja przez niego aresztowana znikła bez śladu, że sądząc po tym, co widziałam w więzieniu, nie mogę mieć cienia nadziei, aby ci ludzie byli jeszcze przy życiu. Wtem mi Kutschmann przerwał, głośno wołając: "Przecież on ma jeszcze inną straszną rzecz na sumieniu tu, we Lwowie!" Wówczas wstałam i ja i postanowiłam powiedzieć mu wszystko, co wiem o Krűgerze. Nawet dziś, po latach, trudno mi jest wytłumaczyć rozumowo swe postępowanie. Wiem dziś tyle co wtedy. Czułam, że ten akt pozornie szaleńczy jest koniecznością, że trzeba temu człowiekowi dać wszelką możliwą broń do ręki, by mógł zwalczyć swego osobistego przeciwnika, a naszego kata. Działałam w owej decydującej chwili zupełnie na zimno, na jakiś rozkaz wewnętrzny, w przekonaniu, że taki jest mój obowiązek. Gdy więc Kutschmann wspomniał, że Krűger ma inną straszną rzecz na sumieniu, tu, we Lwowie, odpowiedziałam spokojnie: "Wiem o tym". — "Co pani wie?" — "Ze Krűger zastrzelił lwowskich profesorów uniwersytetu". — "Skąd pani to wie?" — "Od Krűgera" — i powtórzyłam mu słowa tegoż z 13 maja.

Kutschmann stał tuż przede mną, oko w oko, i zapytał trzykrotnie z rosnącym napięciem: "On to pani powiedział???". Na moją trzykrotną odpowiedź twierdzącą oświadczył: "Przecież ja byłem przy tym! Służyłem pod nim. Kazał mi owej nocy przyprowadzić drugą część profesorów uniwersytetu, według spisu, oraz szereg innych osobistości lwowskich. Oświadczyłem, że nikogo w mieszkaniach nie zastałem, dlatego ci ludzie żyją". — "Skąd mieliście spisy skazanych?" — zapytałam. "Naturalnie od marnych (hergelaufen) studentów ukraińskich". Tu zasłonił twarz rękami. "Gdy myślę o Wyższej Sprawiedliwości (die ausgleichende Gerechtigkeit), pytam się zawsze, co nas kiedyś spotka za ten czyn". Wtem się opamiętał i zapytał zmienionym głosem: "Chyba pani nie pójdzie powtórzyć tego, co jej mówię?". — "Może pan być bardzo spokojny" — odpowiedziałam. Po chwili zapytał: "Czy pani jest gotowa dać mi to na piśmie, co mi pani teraz powiedziała?". — "Tego mi zrobić nie wolno, bo jeślibym to zrobiła, Krűger zamordowałby wszystkich Polaków w Stanisławowie i w całej okolicy". — "Nie, to by się nie stało, a ja dotąd nie miałem świadka, a teraz może by się udało, może jednak wreszcie... Ale pani tego nie chce napisać" — dodał. Mnie wzięła złość: "Chyba pan nie przypuszcza, że bym się zawahała założyć swoje marne życie, gdyby zaistniał jeden procent szans uwolnienia szmatu mojej ziemi ojczystej od tego kata, ale nie wolno mi sprowokować jego zemsty, która się nie skupi na mnie, bo już nie jestem w jego rękach, tylko na tych nieszczęsnych, pozostałych Polakach stanisławowskich!" — "Mogę ręczyć, że to się nie stanie, a szansy, jest o wiele więcej niż jeden procent" — odpowiedział. "Napiszę". Odprężył się, usiadł. Dał mi wszystkie przybory do pisania, zatelefonował przy mnie na Łąckiego, że mam mieć osobną celę, pościel itd., że otrzymam paczki — żywność, odzież oraz książki — że mam mieć stół, ponieważ otrzymałam polecenie złożenia pewnych zeznań na piśmie, aż do następnego przesłuchania. Wówczas już był uspokojony zupełnie. "Teraz oczywiście nie mogę już pani obiecać szybkiego załatwienia jej sprawy — mówił z uśmiechem — nawet wolę z góry powiedzieć, że ta rzecz musi potrwać, gdyż pismo pani muszę przecież zawieźć do Berlina osobiście. Dziś mamy 9 lipca [1942] — za parę tygodni dopiero tam pojadę, nie wiem dokładnie kiedy". Zapewniłam go, że w obecnym stanie sprawy moje osobiste losy stały się zupełnie nieważne. Dodałam też, że nie mogę teraz już przypuszczać, że wyjdę z więzienia. Popatrzył na mnie intensywnie i powiedział, że ma nadzieję, iż będzie inaczej. "No, a teraz spiszemy protokół, bo ten muszę w każdym razie wysłać natychmiast".

Zawołał daktylografkę, a mnie powiedział, że dyktuje najpierw brulion, do którego mam ewentualnie zgłosić poprawki. Protokół był bardzo krótki. Zaczynał się od deklaracji, że nigdy nie pracowałam w organizacjach tajnych. To zdanie powtórzył dwa razy, patrząc mi mocno w oczy, ja także możliwie mocno patrzyłam na niego, a o ile chodzi o mój "tak zwany wrogi stosunek do Niemiec", to oświadczam, że jestem Polką i jako taka uznaję oczywiście jedynie niepodległe Państwo Polskie, i jestem gotowa ponieść wszelkie tego konsekwencje. "Czy panią ten protokół zadowala?" — zapytał. "Chciałabym zgłosić jedną tylko poprawkę i skreślić słowo sogenannt, tzn. «tak zwany” przed słowami «wrogi stosunek*. Komisarz uczynił zadość memu życzeniu". Następnie kazał tekst przepisać i dał mi do podpisania. Wreszcie kazał mnie znów odprowadzić na Łąckiego.

Tam zastałam już celę przygotowaną, w niej stół, krzesło itd. Strażniczka, nie wiem czy Polka, czy Yolksdeutsch, przyjęła mnie, oświadczając, że ma co do mnie szczególne rozkazy ("czego jeszcze nie było"). Gdy zostałam sama, byłam nieprawdopodobnie zmęczona i oszołomiona. Z podziwem oglądnęłam czystą białą pościel i położyłam się spać. Na drugi dzień zabrałam się do pisania. Siły wracały mi nieomal z każdą godziną, przy ostrożnym, ale dobrym odżywianiu. Opisałam wszystko, moje przesłuchania i wszystkie wypadki, których byłam świadkiem w więzieniu. O poprzednich mordach stanisławowskich też wspomniałam.

Po paru dniach byłam znów u Kutschmanna, który mnie zapytał, czy piszę i kiedy skończę. Powiedziałam, że za dwa dni będę mogła przynieść mu całość. "Ma tu dziś znowu przyjść urzędniczka Komitetu, by pani mogła wyrazić ewentualne dalsze życzenia w sprawie paczek, ale ona tu będzie dopiero za godzinę". Popatrzył najpierw na zegarek, potem bardzo uważnie na mnie. "Może by panią tymczasem posłać na spacer, ale..." Nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale miałam ochotę przejść się przez Lwów, choćby pod eskortą. Milczałam. "Co by pani zrobiła, gdybym panią puścił na spacer samą?" — zapytał nagle. "Jak to? samą?" — musiałam zrobić minę niezbyt inteligentną, bo pytanie powtórzył. Wreszcie zrozumiałam. Uśmiechnęłam się. "Cóż z tego, że będę sama, przecież jeśli mnie pan wyśle na spacer, to mnie pan i tak trzyma na łańcuchu honoru". —.Wiedziałem, że pani tak odpowie. Wyprowadzę panią z gmachu. Daję jej tu oto mój zegarek". (Mam wrażenie, że pożyczenie złotego zegarka dawało mu pewną gwarancję).

Staliśmy na Pełczyńskiej. "Za godzinę (nie wcześniej) proszę tu znów być, w miejscu niezbyt widocznym, tu pod drzewami". W chwili, gdyśmy się rozchodzili, zwrócił się do mnie raz jeszcze: "Jeżeli pani nie wróci, zastrzelą mnie". Śmiałam się. Poszłam. Przypuszczając, że mam jednak opiekuna, nie poszłam do miasta, tylko w lewo, do góry, między wille. Tam ze zdumieniem stwierdziłam, że jestem absolutnie sama. Zaszłam aż do łąki nad starym łożem Pełtwi. Byłam zmęczona bardzo i usiadłam na trawie. Słońce świeciło. Rękami dotykałam ziemi, patrzałam w zieleń i w niebo. Wkrótce wstałam, bałam się spóźnić na Pełczyńską. W> drodze powrotnej zabawiałam się wymyślaniem sobie tysiąca możliwości ucieczki, tu we Lwowie, we własnym mieście, gdzie miałam tylu przyjaciół. Jedna tylko myśl mi nie przyszła, a mianowicie myśl wykonania jednego z tych projektów. Podjęta w tak przedziwny sposób walka z Krűgerem zaoszczędziła mi wszelkich konfliktów. Wróciłam na Pełczyńską. Było za wcześnie. Przeszłam się więc jeszcze przez ul. Nabielaka, gdzie miałam zabawną przygodę. Spotkałam tam jednego pana, ktorego znałam z widzenia i który na mój widok wydał wzruszający zresztą okrzyk radości: "Pani Lanckorońska! Więc pani jest wolna?!" Uśmiechnęłam się słodko i poszłam dalej. Nic nie pomogło. Nieznany bliżej przyjaciel zawrócił z drogi i zaczai iść za mną. Wreszcie zapytał: "Czy pani pozwoli, że ją odprowadzę?". (Ładna historia — pomyślałam — pójdziemy razem na Pełczyńską!) "Przepraszam pana, mam zakaz kontaktowania się z kimkolwiek" — powiedziałam, uśmiechając się do niego. Jegomość został w tyle, a ja się nie oglądałam więcej. Nieraz w późniejszych latach bawiła mnie myśl o tym poczciwym człowieku, który musiał z czasem dojść do przekonania, że miał halucynacje. Doszłam na Pełczyńską, w oznaczone miejsce, równocześnie z komisarzem, który nie ukrywał swej radości na mój widok. Weszliśmy. Byłam znów więźniem, jakby nigdy nic.

Po paru dniach wróciłam do niego z całym tekstem pisma, redagowanego jak gdyby w obronie własnej. Kutschmann kazał je sobie czytać na głos. Było tam sporo faktów, o których mu w owej gorącej, pierwszej chwili nie mówiłam. Słuchał jakby z wysiłkiem i z ogromnym smutkiem. W trakcie czytania otworzyły się nagle drzwi i wszedł Stawitzky. Stawitzky zapytał: "Was geht hier vor[6]?" Kutschmann odpowiedział, że mu czytam notaty, które na jego polecenie spisałam w celi. Łatwo było wyczuć w tej chwili silne napięcie między obu gestapowcami. Stawitzky zawahał się przez chwilę, patrzył to na Kutschmanna, to na mnie, wreszcie wyszedł bez słowa. Kutschmann siadł z powrotem, ale milczał. Dopiero gdy kroki Stawitzkiego oddaliły się na korytarzu, odprężenie stało się u Kutschmanna widoczne, kazał mi czytać dalej. Po odczytaniu kazał mi na drugi dzień przyjść raz jeszcze i podyktować cały tekst maszynistce. Maszynopis obejmował 14 stron. Następnie kazał mi podpisać trzy egzemplarze i schował je do swojego biurka, które się zamykało w sposób bardzo skomplikowany. Był w tej chwili wyraźnie przejęty i może dlatego zapomniał mi odebrać brulion dosłowny, pisany w celi. Poprosiłam go wówczas o pozwolenie na pracę jako sanitariuszka więzienna. Zgodził się i uwiadomił dyrekcję więzienia.

 

Od tego czasu zaczai się dla mnie jeden z najlepszych okresów ze wszystkich lat wojennych. Otrzymałam zamiast celi na tymże II piętrze pokoik o dużym, normalnym oknie, które wychodziło na dziedziniec więzienny i na słońce, i nie miało krat, co należy do największych przyjemności, jakie sobie więzień wyobrazić może. Drugą podobnie wielką radość sprawiły mi drzwi, normalne drzwi z klamką, którymi mogłam wchodzić i wychodzić według własnej, nieprzymuszonej woli. Wolno mi bowiem było cyrkulować po oddziale kobiecym swobodnie. Dwa razy dziennie musiałam chodzić po celach i rozdawać lekarstwa lub robić drobne opatrunki. Reakcja tych kobiet na fakt, że opiekę tę sprawuje teraz nad nimi kobieta i Polka, była wzruszająca.

Pewnego rana przyszła strażniczka i powiedziała mi, że musi mnie na parę godzin zamknąć do celi wspólnej, na rozkaz komendanta więzienia. "Pani rozumie — dodała ciszej — pani tu nie może być przy oknie dziś, bo będzie Himmelfahrtskommando[7]''. Poszłam więc do wspólnej celi. Kobiety nic nie wiedziały i ucieszyły się, że dziś tak długo można siedzieć razem na ziemi i rozmawiać, podczas gdy zwykle mogłam tylko wchodzić na krótki czas, aby rozdać lekarstwa. Po chwili otworzyły się drzwi, wywołano dwa albo trzy nazwiska. Zapanowało milczenie, kobiety wstały i wyszły z podniesionymi głowami. Drzwi się zamknęły, aby się po jakimś czasie znów otworzyć. Znów padły nazwiska, znów ubyło parę spośród nas. Przypominało się więzienie w Tempie[8], brakowało tylko menueta. Dostałam tego dnia obrzydzenia do samej siebie, bo sobie doskonale zdawałam sprawę, że gdzieś w głębi duszy jestem zadowolona, że dziś na pewno po mnie nie przyjdą.

Następnego dnia życie znów płynęło normalnie. Rano poszłam po lekarstwa do sanitariusza i zapytałam go, czy nie wie, jak się tutaj odbywają egzekucje. Opowiedział mi wówczas, że ładują na dziedzińcu do otwartych ciężarówek i każą siedzieć w kucki. Jeśli kto podniesie głowę, to dostaje po niej karabinem. W czterech rogach wozu stoją SS-mani z nabitymi karabinami. Tak się jedzie przez Lwów, aż za miasto na Wólkę. Tam odbywa się rozstrzelanie...

Bardzo się zżyłam z sanitariuszem w owych dniach. Był to Ukrainiec, człowiek bardzo inteligentny i wykształcony, Andrej Piaseckyj, asystent Politechniki Lwowskiej, jak się pokazało, mąż jednej z moich uczennic. Niemców nienawidził szczerze, było w tym uczuciu coś z zawiedzionej miłości, była głęboka troska o przyszłość narodu ukraińskiego, bo i do bolszewików odnosił się zdecydowanie negatywnie. Mówiłam mu, że w moim przekonaniu nawet przyjaźń ukraińsko-bolszewicka, a potem ukraińsko-niemiecka nie potrafi zmienić faktu, że między Polakami i Ukraińcami musi się znaleźć modus vivendi. Widziałam, że ten człowiek uczciwy i szlachetny nie może nie uznać słuszności moich wywodów, ale że nie może się zarazem wyzbyć przesądów nacjonalistycznego wychowania ukraińskiego. Praca z nim układała się idealnie. Był inteligentny i sumienny, nie robił najmniejszych różnic między więźniami, ratował jak mógł i Polaków, i Żydów, i Ukraińców. Miał za dużo roboty, bo ilość mężczyzn uwięzionych była ogromna, a ja miałam jej za mało. Otrzymałam więc dodatkowe pozwolenie opiekowania się jednym piętrem męskim, tak że miałam roboty bardzo dużo. Udało mi się wówczas uwiadomić Komitet, że mi potrzeba o wiele więcej prowiantu w prywatnych moich paczkach, co zostało zrozumiane i wykonane. Ponieważ ilość prowiantów była dla mnie nieograniczona, więc władze więzienne nie oponowały przeciwko tym zabawnym górom jedzenia, przeznaczonym dla jednej osoby. Jak tylko paczki przychodziły — zwykle około piątej po południu, Piaseckyj miał ważny powód do przyjścia do mnie, by mi służbowo coś powiedzieć i obładowywał sobie kieszenie prowiantami. Cała trudność polegała na tym, aby SS-man, który nas oprowadzał po celach, nie widział, co robimy, ale się to jakoś udawało. Na kobiecym oddziale było łatwo, bo strażniczki, wyłącznie Polki, same pomagały i same roznosiły jedzenie. Zostały one dopuszczone niedawno, z braku personelu niemieckiego. Poprzednio była żeńska straż niemiecka, którą kobiety źle wspominały. Nie pozwalała nosić wody do cel, kobiety w okresie epidemii nie miary możliwości umyć się wodą, używały na to maleńkich ilości kawy, którą dostawały na śniadanie. Odmawianie wody nie było nakazane przez władze, było to, jak wiele innych rzeczy, wyrazem pilności niemieckiej strażniczki.

 

O tym, co się tu w zimie działo, opowiadali podówczas wszyscy, i więźniowie, i personel, bo nikt zapomnieć nie mógł. Tyfus plamisty szalał w tym więzieniu, gdzie rano, po nocy, wynoszenie trupów stanowiło dużą trudność techniczną, z powodu konieczności przeskakiwania przez chorych, by z trupem, pokrytym nieraz wrzodami, dostać się do drzwi. Brak wody, brud fenomenalny, miliony wszy i innego robactwa oraz głód ostateczny panowały w tym gmachu, adaptowanym z Dyrekcji Policji dopiero przez Niemców nawiezienie. Miasto wiedziało, co się tam dzieje. Interweniował metropolita Szeptycki*, ale oczywiście bez skutku. Teraz było mniej ciasno, epidemii nie było, dawano wodę do cel i przede wszystkim skończył się skrajny głód, szczególnie w porównaniu ze Stanisławowem. Porcja chleba była znacznie większa, zupy trochę lepsze. Trzy razy w tygodniu zaś przychodziła bardzo wydajna pomoc z opieki więziennej Komitetu, która w formie zup mięsnych oraz cebul itd. ratowała sytuację. Stan moralny też był o wiele lepszy. Walk klasowych czy narodowościowych nie było, wszyscy byli równomiernie prześladowani. Oczywiście, każda cela miała swojego "kapusia", ale to normalne. U kobiet nasze strażniczki były dla nas dobre i pomagały w miarę możliwości. Prosiły mnie na przykład, abym sobie swojej celi sama nie sprzątała, na to, aby dać możliwość "rozrywki" jednej z więźniarek, Józi. Krawcowa Józia była mała, młoda i łagodna, o regularnych rysach i gęstych, czarnych lokach. Podobno cztery i pół miesiąca temu, gdy została arezsztowana, była bardzo ładna. Teraz miała cerę żółtą i dziwnie zgasły wyraz twarzy. Nie była nigdy przesłuchiwana, została aresztowana wraz z bratem, prawdopodobnie dlatego, że oboje mieli pole nad granicą węgierską. Trzeba było Józi przemocą wtykać jedzenie. "Proszę lepiej dawać innym, dla mnie nie potrzeba". Józia się nigdy z nikim nie kłóciła, ale i z nikim nie zbliżała. Wprost unikała wszystkich.

Pewnego dnia wezwano mnie na pomoc jako sanitariuszkę. W składziku, który miała czyścić, wisiała Józia. Odcięliśmy ciało. Kucharze, którzy właśnie w tej chwili przynieśli kotły z zupą, rzucili się na sznur, pocięli i podzielili skwapliwie między sobą — powróz wisielca przynosi szczęście. Zaczęłam stosować sztuczne oddychanie, choć nie mogłam od pierwszej chwili mieć żadnej nadziei — widziałam, że jest za późno. Przybył lekarz, ale i ten już nic nie poradził. Strażniczka była przerażona i bała się kary za niedopilnowanie. Wróciła uspokojona. Powiedzieli jej Niemcy, że szkoda, iż nie zdarza się to częściej, mniej by wychodziło jedzenia. Po chwili przyszła może 18-letnia ładna brunetka w bardzo eleganckiej, jasnej, kwiecistej sukience, córka komendanta więzienia[9], w towarzystwie SS-mana. Weszła do składziku, gdzie leżała jeszcze Józia. Tam zaczęła szykownie obutą nóżką huśtać głowę zmarłej. Krucze loki Józi staczały się to w jedną, to w drugą stronę. Nawet SS-manowi, który pannie asystował, było tego za wiele. "Chodźmy stąd" — powtarzał, ciągnąc ją za rękaw. "Ależ dlaczego, to bardzo ciekawe (sehr interessant)" — odpowiadała, nie przerywając swego zajęcia. "Co to jest? — pomyślałam znowu, po raz setny. — Co to są za instynkty, tkwiące w tym narodzie?..."

Śmierć Józi miała jeszcze krótki epilog, gdy w dwa dni później zjawił się w jej celi komisarz gestapo, który miał jej sprawę. Zapytał współwięźniarki o powody samobójstwa, gdyż mu tego trzeba dla zamknięcia protokołu. Kobiety powiedziały, że Józia nie wytrzymała, że aresztowana przeszło cztery miesiące temu, nie mogła się doczekać przesłuchania, o którym z początku mówiła z dużą nadzieją. "Nie było co przesłuchiwać, skoro nie było w ogóle oskarżenia" — mruknął komisarz i zamknął protokół. W ten sposób została ostatecznie zakończona sprawa Józi.

Życie więzienne płynęło dalej. Codziennie rano i wieczorem otwierano mi cele męskie i kobiece; spełniałam tam swe drobne, ale liczne funkcje i szłam dalej — długimi, wąskimi korytarzami. Mając ciągłe możliwości porównania, mogłam się wówczas przekonać, o ile więcej wytrzymałości mają kobiety od mężczyzn, tak pod względem fizycznym, jak i moralnym. Kobieta jest stworzona do roli pasywnej, która podkopuje siły mężczyzny.

Przyszły niebawem czasy gorsze. Zapanowała w więzieniu, skutkiem upałów, ciężka biegunka zakaźna, która szczególnie szalała w celach żydowskich. Widzę jeszcze przed sobą nieludzko wychudłą twarz jednej pani o znanym, nobliwym nazwisku żydowskim, które zapomniałam — nazwę ją panią Rapaport. Ta kobieta, która miała w tymże więzieniu i męża, i 16-letniego syna jedynaka, umierała na zupełny już brak sił, osłabienie serca i nieustanną biegunkę. Lekarz więzienny (również Żyd) mówił, że ratunku nie ma. Sama chora zaś, leżąc na ziemi tuż przy drzwiach, czekała ciągle na mnie i za każdym razem błagała, bym ja ratowała, bo musi żyć dla syna. Komitet wtedy przysyłał dużo środków, strażniczki zezwalały na gotowanie u nich różnych napojów — zabrałam się więc do roboty, a lekarzowi po tygodniu z największą radością zgłosiłam, że pani Rapaport wraca już do sił. Ta kobieta miała być dla mnie powodem najstraszliwszych wyrzutów sumienia w parę miesięcy później. Zamordowano jej bowiem tego syna i męża, o czym się dowiedziała, a dopiero na końcu zginęła sama. Zdawałam sobie jasno sprawę, że to ja, przez przedłużenie jej życia, naraziłam ją na męki najgorsze, jakie przejść może kobieta. Ale wtedy jeszcze o tym pojęcia nie miałam.

Bardzo duże zainteresowanie dla spraw medycyny, które zawsze miałam, oraz namiętności pielęgniarskie, dyletanckie wprawdzie, ale bardzo intensywne, wyżywały się w tej robocie. Byłam prawie szczęśliwa, bo widziałam, że mam placówkę, na której mogę dużo zrobić, i miałam za co dziękować Panu Bogu. Niewymownie odpowiadała mi ta nowa forma opieki więziennej.

Wtem, 4 sierpnia, przyszła do mnie strażniczka, wyraźnie bardzo zmieszana, i powiedziała mi, że ma rozkaz przeprowadzenia mnie na "oddział niemiecki". Oddział niemiecki to był osobny budynek na dziedzińcu, świeżo przebudowany i adaptowany, zupełnie od reszty oddzielony, pilnowany wyłącznie przez Niemców, gdzie też siedziało sporo Niemców oraz najciężsi więźniowie polityczni, zupełnie odosobnieni.

Zapytałam o przyczynę, strażniczka mówiła, że nie wie, tylko ma surowy rozkaz odebrania mi poprzednio wszelkich lekarstw i zrewidowania mnie, abym nic ze sobą nie wzięła. "Chyba pani różumię, czego się boją. W takich warunkach łatwo o samobójstwo. Ma pani swoje rzeczy ze sobą wziąć". Zapakowałam więc manatki i przeszłam do oddziału niemieckiego. Tam mi dano dużą, jasną celę. SS-man zatrzasnął za mną drzwi i zamknął je na klucz, oznajmiając mi, że klucz będzie u komendanta, a kontakt ze mną (przynoszenie jedzenia i paczek) tylko przez okienko. Popatrzyłam przez zakratowane okno na inne zakratowane okna oddziału ogólnego naprzeciwko. Pomyślałam o moich chorych, zrobiło mi się bardzo przykro. Wieczorem, gdy SS-man wsunął mi jedzenie przez okienko, poprosiłam o wiadro, bym mogła wymyć celę. Poszedł, wrócił i powiedział, że władze więzienne nie uznały tego za potrzebne. Na drugi dzień jednak od innego Niemca zdobyłam duży dzban (wiadro się nie mieściło w okienku).

Zastanawiałam się, co robić dalej. Kutschmann powiedział mi swego czasu, że w razie potrzeby mam prosić o przesłuchanie u niego. Uczyniłam to; w dwa dni potem przyszedł SS-man z kluczem. Prowadzono mnie przez dziedziniec, cały wybrukowany żydowskimi kamieniami grobowymi. Chyba dla każdego normalnego człowieka, wychowanego nie tylko w poszanowaniu śmierci, ale i religii obcych, to deptanie płyt z napisami i rzeźbami byłoby niewymowną przykrością. Poszłam do Kutschmanna, który, zdaje mi się, o niczym nie wiedział. Przeprowadził parę rozmów telefonicznych, chodził po jakichś biurach, wreszcie wrócił, aby mi oświadczyć z pewnym smutkiem, że nic zrobić nie może, że owe zmiany zaszły na rozkaz wyższy, ale że zatrzymuję prawo do paczek żywnościowych i do książek. Wróciłam do celi. Rozpoczęłam nowy okres swej niewoli — jedyny, z którego posiadam notatki oryginalne, spisane w zeszycie, który się zachował. Zeszyt ten zaczyna się od słów:

 

 


[1] Komisarz policji Kutschmann. Polskie sprawy polityczne

[2] Zupełnie nieobciążona.

[3] Dopiero po wojnie miałam odkryć, jakim niepojętym sposobem Caetani mógł się dowiedzieć o moim aresztowaniu. Otóż mój brat, w Genewie, został o tym fakcie poinformowany przez radio ukraińskie! Zawiadomił przyjaciół rzymskich (K.L.).

[4] nieusprawiedliwione

[5] W liście z 21 VII 1942 r. Himmler pisał, że K. Lanckorońska zawiodła zaufanie władz niemieckich, otwarcie deklarując się wrogiem Niemiec. Wobec jej "antyniemiec-kiego jątrzenia" uznał areszt za konieczny.

[6] Co się tutaj dzieje?

[7] Dosl: komando wniebowzięcia.

[8] W więzieniu tym w czasie rewolucji francuskiej oczekiwał na ścięcie Ludwik XVI i jego żona Maria Antonina.

[9] Zapomniałam nazwisko, zaczynało się na "Q" (K.L.).

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.