Wspomnienia wojenne-8

W parę dni po moim aresztowaniu otworzono drzwi do celi w sposób gwałtowny i wszedł, a raczej wbiegł Krűger. Stanął przede mną i zapytał wściekłym głosem: "No więc, jeszcze nic nowego? Jeszcze się u pani nic nie zmieniło?". Patrzyliśmy sobie w oczy. "Nie, panie Hauptsturmfuhrer"'. "Tak przypuszczałem" — i wyszedł. Moja aktorka była przerażona, bo słuchając pod drzwiami stwierdziła, że zaraz opuścił budynek. "Przyszedł tylko do pani i jest wściekły".

Scena ta się powtórzyła w parę dni później. Wtedy wpadł z adiutantem, a w ręku, ale za plecami trzymał szpicrutę. Zapytał znowu o to samo, przy tym dodał, że cała prawda o mnie już wyszła na jaw. "Tym lepiej — powiedziałam — bo wyjdę prędko na wolność". — "Wcale nie, pójdzie pani na dół, do suteryn" — i poszedł.

W parę dni po moim aresztowaniu, wieczorem w niedzielę otworzono drzwi o niezwykłej godzinie. Tym razem weszła dobrze ubrana, w niebieskawy płaszcz i czerwoną, gumową pelerynę, młodziutka, bardzo przystojna blondynka. Płakała i dygotała. Sądząc po typie, nie wątpiłam, że Polka. Podeszłam, zagadałam; na razie tak beczała, że się nie można było niczego dowiedzieć.

Gdy się uspokoiła, dowiedziałyśmy się, że ją Krűger przed chwilą bił, po jej aresztowaniu. Nie pytana opowiadała, że mieszka w Krakowie, przy zamężnej siostrze, przyjechała do matki tylko na parę dni wbrew woli rodziców, którzy się dla niej bali Stanisławowa, osławionego w całej GG za ciągłe aresztowania młodzieży. Ojciec, urzędnik sądowy, znajdował się w innym mieście. Tutaj widywała bardzo wielu dawnych kolegów i koleżanek szkolnych, którzy do niej przychodzili do domu. Wreszcie dziś przyszli po nią gestapowcy i zabrali przy rewizji dużą ilość adresów tychże kolegów. Ani wtedy, ani dziś po latach nie mam wrażenia, że Łucja pracowała w konspiracji. Była to po prostu bardzo młoda, pełna życia dziewczyna, wychowana w warunkach bardzo wygodnych, bez troski i bez odpowiedzialności, która sobie przyjechała na parę dni do Stanisławowa, wbrew woli rodziców, bo "taką miała ochotę".

W dwa dni potem zabrano mnie z celi i zaprowadzono do pokoju, w którym fotografowano mnie ze wszystkich stron. Potem wyprowadzono na dziedziniec i fotografowano ponownie. Nie dość na tym, zaprowadzono przez ulicę do innego budynku i zrobiono trzecią serię fotografii, osobliwą, bo mi rym razem kazano trzymać do zdjęcia dużą tablicę blaszaną, z napisem Kriminal Polizei z przesuwalnym numerem (zdaje się 116). Trudno mi było powstrzymać się od śmiechu, trzymając tę tablicę. Gdy wrócilam do celi, obie moje towarzyszki były również wesołe. Pokazało się, że Ukrainka, korzystając z mojej nieobecności, opowiedziała Łucji, że miała w chwili mojego wejścia do celi, zaraz po moim aresztowaniu, ciężkie przejście. Myślała bowiem, że ją zamknięto z osobą umysłowo chorą, po pierwsze dlatego, że weszłam szybko i wchodząc nie płakałam, a po drugie, bo z miejsca zjadłam jajko na twardo i położyłam się spać. Ona więc zakryła twarz kocem i czekała do rana, co będzie dalej — ale nie stało się nic.

Starałam się w tym czasie być pomocna Łucji w hartowaniu się wobec pierwszego ciosu, jaki ją spotkał w życiu. Dziewczyna reagowała ładnie i z każdym dniem się prostowała. Martwiła się ogromnie o swoją matkę i opowiadała, że gestapowcy z największym zainteresowaniem oglądali się po luksusowym mieszkaniu tych państwa. Pomyślałam o mieszkaniach profesorostwa Greków i Ostrowskich... — z takich mieszkań lubią zabierać wszystkich...

W parę dni potem usłyszałyśmy nagle głosy pod naszym oknem, na malutkim, zawsze pustym podwórku. Aktorka zbielałymi wargami wyszeptała, że trzeba się modlić. Po chwili wpadli strażnicy. Zamknęli okno i zakazali surowo wejścia na łóżko i patrzenia na dwór. Tymczasem było słychać kroki na podwórku. Zrozumiałam wreszcie, o co chodzi; wyciągnęłam swój krzyżyk z Asyżu i zaczęłam się i ja modlić za tych, którzy za chwilę staną przed tronem Bożym. Było cicho, ale nie trwało to długo. Wkrótce: Dreh Dich um![1] Suchy trzask strzału i równocześnie głuchy odgłos czegoś ciężkiego, opadającego na ziemię, i znowu Dreh Dich um! — i znowu trzask i ten sam głuchy odgłos, jakby spadającego z wozu worka z kartoflami. Gdy wreszcie padło ciało piąte, kroki trzech mężczyzn się oddaliły — i cisza. Na drugi dzień o świcie było słychać zgrzyt łopat o twardą ziemię, a potem, gdy okno znów otworzono, weszłam na łóżko i widziałam na podwórku kwadrat może dwumetrowy ziemi świeżo przekopanej.

We wtorek 26 maja, w dwa tygodnie po moim aresztowaniu, znów wpadł Krűger, znów przyskoczył do mnie i zapytał, "czy się zmieniłam". Tym razem nie odpowiedziałam wcale, tylko stałam przed nim i patrzałam mu w oczy. Zwrócił się wtedy do Ukrainki i powiedział: "Pani powinna już być zwolniona. Wyjść!" Aktorka zabrała manatki i wybiegła z celi. Potem zwrócił się do Łucji: "Zabrać rzeczy, do innej celi!" Łucja popatrzyła na mnie, zabrała rzeczy i wyszła. "Przyprowadzić tu jedną Ukrainkę" — rozkazał strażnikom, którzy nie ukrywali swego przed nim strachu. Po prostu drżeli, gdy do nich mówił. Jeden poszedł wypełnić rozkaz i przyprowadził starszą kobietę wiejską. "Nie, nie taką" — krzyknął Krűger i wybiegł. Po chwili wrócił, śmiejąc się znów do mnie dziko, jak w czasie przesłuchań. "Rzeczy zabrać i na dół! Do ciemnicy!" Poszłam ze strażnikiem, który mnie zaprowadził do dużej, nadzwyczaj brudnej celi w suterenach. Gdy wchodziłam, widziałam przez okno u góry pod sufitem, jak sam Krűger, stojąc na dworze, zamykał mi żelazne okiennice. Strażnik drzwi zatrzasnął i zamknął na klucz. Zostałam w ciemnościach, ale byłam sama i to mi było przyjemne.

Wyglądało na to, że ta ciemnica to ostatni etap przed "podwórkiem" i starałam się nastroić odpowiednio, ale nawet tutaj wracało chwilami przeczucie, że będę żyła. Egzekucje odbywały się nadal na podwórku, z mojej nowej rezydencji można było tylko liczyć strzały... Byłam sama i byłam spokojna. Ciemności nie były zresztą nieprzerwane. Trzy razy dziennie zapalano mi na chwilę światło, na jedzenie i na sprzątanie. Wkrótce się przyzwyczaiłam do nowej sytuacji i wynalazłam przyjemny sposób spędzania dnia. Przenosiłam się wyobraźnią codziennie do jednej z wielkich galerii europejskich i oglądałam obrazy. Zaczęłam oczywiście od galerii wiedeńskiej, w której się "wychowałam". Później było Prado, Louvre, Uffizi i Wenecja. Dochodziłam chwilami do zadziwiającej intensywności i mogę zapewnić, że koloryt wenecki nigdy nie wydawał mi się tak płomienny, jak wówczas w ciemnicy. Wtedy zrozumiałam sens znanej anegdoty o El Greco. Odwiedził go pono pewnego dnia znajomy Dalmatyńczyk i zastał siedzącego w ciemnym pokoju. Na zapytanie zdziwionego gościa artysta odpowiedział, że mu światło dzienne przeszkadza w widzeniu światła wewnętrznego. Mnie w sposób niestety mniej twórczy, ale nie mniej intensywny, ożywiała się w tym Krűgerowskim grobowcu pamięć kolorów i form. Przeniosłam się znowu do świata, który był niegdyś moim, i było mi dobrze. Przeszkadzały mi tylko dwie przykrości natury fizycznej. Jedna to były wszy, na które po ciemku polować nie sposób, druga to jakieś nerwowe wrażenie, że się człowiek udusi z braku powietrza, choć sobie tłumaczyłam, że przecież cela jest duża, a ja w niej zupełnie sama, więc tlenu powinno starczyć. Czwartego czy piątego dnia podczas jedzenia przyszedł ukraiński komendant więzienia, Popadyneć, i zapytał mnie, czy nie wiem, ile mam dni ciemnicy, gdyż zwykle dają dwa lub trzy dni, a ja już długo siedzę. Odpowiedziałam, że nie wiem, Ukrainiec kiwał głową i dodał przyciszonym głosem, że nawet nie może się zapytać, skoro sam Hauptsturmfiihrer zamknął mi okiennice. Tej nocy ukraiński strażnik otworzył z dworu okno na kilka godzin, zaklinając mnie, abym go nie zdradziła[2]. Nie umiem powiedzieć, czym było dla mnie to świeże, nocne powietrze, które pozwoliło zasnąć spokojnie. Raz, przez chwilę, gdy paliło się światło podczas sprzątania celi, oglądałam "meble" i stwierdziłam, że każdy nosi pieczątkę NKWD. Bezpośredniość tej tutaj tak widocznej kontynuacji zrobiła na mnie wrażenie. Było też kilka polskich nazwisk wyrytych na bocznej desce jakiejś połamanej półki, wiszącej na ścianie. Korzystając z każdej chwili, gdy miałam światło, zdążyłam w ciągu paru dni wyryć krzyżykiem z brązu nazwisko swoje i datę w miejscu niezbyt widocznym, aby pozostał po mnie ślad, który w razie mojej śmierci niewątpliwie będzie podany do wiadomości władz AK, gdy tylko tu wróci Polska.

W ciągu tych dni był znów dwa razy u mnie Krűger. Odbywała się znowu ta sama rozmowa, znowu się wściekał i wychodził. Miałam wrażenie, że ogląda zwierzę w klatce, które ma zamiar wkrótce rzucić komuś czy czemuś na pożarcie. Miałam ochotę go zapytać, czy zna operę Beethovena równie dobrze jak utwory fortepianowe, bo mi bardzo przypomina Don Pizarra z Fidelia.

Wreszcie po siedmiu dniach kazano mi wyjść z ciemnicy i zaprowadzono do Krűgera. Po drodze przeszłam koło celi otwartej, na drzwiach widniał kredą napis l P (l Pole). Drzwi były otwarte, strażnik się tam krzątał. Przechodząc, zdążyłam zauważyć, że malutka ta cela nie ma okna i że w rogu (światło drzwiami wpadało) siedzi czy kuca w dziwnie skurczonej pozycji skuty łańcuchami człowiek.

Weszłam do Krűgera. Tym razem był obecny drugi oficer SS, zdaje się jego zastępca. Przesłuchanie trwało krótko. Krűger zapytał, czy odczuwam w pełni skutki tego, że odrzuciłam jego rycerskość. Nie otrzymał odpowiedzi. Zapytał, czy w ciemnicy ucierpiał mój wzrok. Powiedziałam, że nie. Zapytał, czy się u mnie coś zmieniło. Powiedziałam, że tak. Podskoczył. "Jestem już osłabiona, przypuszczani więc, że zaoszczędzę panu kłopotu wysłania mnie do obozu koncentracyjnego". Milczenie. Był zawiedziony i zły. Powiedział, że będę badana przez lekarza. Wreszcie kazał mnie odprowadzić do którejkolwiek celi zbiorowej.

Wróciłam do więzienia. Popadyneć otworzył drzwi celi nr 6. Zaduch, gorąco i zapach tłumu nieumytych i chorych uderzył we mnie. Weszłam. W tym momencie ktoś zawisnął u mojej szyi. Łucja, bardzo już wychudzona i bardzo blada, o wiele mniej ładna i zarazem o wiele mocniejsza. Usiadłyśmy razem w kącie na ziemi. Opowiedziała mi, że jest też w więzieniu, tylko w innej celi, jej matka, aresztowana w ten sam dzień co ona, że się z matką już dwa razy zdążyła na sekundę zobaczyć, gdy chodziła na obieranie kartofli czy na mycie korytarza, że od świeżo aresztowanych ma wiadomości, iż całe ich mieszkanie wyrabowane, nawet gwóźdź tam jeden nie pozostał.

Rozejrzałam się po celi. Było tam bardzo jasno, przypatrywałam się więc z zaciekawieniem twarzom nowych towarzyszek. Były to kobiety wszelkiego wieku. Przeważnie twarze o typie wyraźnie przestępczym lub wykazujące widoczne ślady syfilisu. Na mnie patrzyły z niechętną ciekawością. Słyszało się w celi głównie język ukraiński. Gdy się tak rozglądałam, odezwała się do mnie po polsku kobieta starsza ode mnie o parę lat i zapytała, czybym się zgodziła z nią spać na jednym łóżku, gdyż Łucja, jako młodsza, oczywiście ustępuje mi miejsca, i będzie spała na ziemi. Ucieszyłam się, bo moja interlokutorka wzbudziła we mnie zaufanie. Następnie przystąpiła do mnie więźniarka dość młoda, o wielkich kruczych warkoczach, bardzo wystających kościach policzkowych, dużych wulgarnych ustach i wielkich, bardzo czarnych, namiętnych i dzikich oczach. Miała na sobie szlafrok czarny z jedwabistego barchanu w duże czerwone róże. Zapytała po ukraińsku, jak się nazywam i powiedziała, że jest komendantką celi. Gdy odeszła, Łucja mi szepnęła do ucha, że z nią trzeba bardzo uważać, bo od niej ogromnie dużo zależy, jest to komunistka ukraińska, która pozostaje w bardzo dobrych stosunkach ze strażnikami i nienawidzi Polaków.

Zasadniczą teraz zmianą w stosunku do izolatki był głód, który panował w celi. Otrzymywałyśmy już tylko brunatną wodę zamiast kawy zbożowej rano i wieczorem, w południe wodę z odrobinką mąki kartoflanej. Głównym pokarmem był chleb, każda dostawała jedną dwunastą części bochenka.

Po jednym dniu też wiedziałam, że w naszej celi tylko dwie osoby grają ważną rolę, tj. właśnie komendantka Katia oraz owa starsza Polka, Michalina Kordyszowa, żona werkmistrza kolejowego. Katii bały się wszystkie Ukrainki i bardziej jeszcze nieliczne Polki. Wychodziła codziennie parę razy z celi, to na obieranie kartofli, to na mycie korytarzy lub na sprzątanie u gestapowców, z którymi zdawała się być w bardzo dobrych stosunkach. Wracając, zwykle wyciągała spod szlafroka coś do jedzenia i dzieliła się z rodaczkami. Pani Kordyszowa mi wytłumaczyła, że prowianty te pochodzą albo z jadalni gestapo, albo z paczek. "Z jakich paczek?" — zapytałam. "Przecież pani wie, że rodziny tu przynoszą masami prowiant dla swoich!" Wtedy mi się przypomniało, że rodziny aresztowanych przeszłego roku, np. pani Kochajowa, regularnie tu przysyłały paczki, gdy pracowałam w Komitecie.

Katia przynosiła też nieraz wiadomości "ze świata", tj. zwiezienia. Wiedziała zwykle, czy "on" jest, czy go nie ma w Stanisławowie — nazwiska Krűger nie wymawiała nigdy — tylko po lęku w jej oczach zaraz poznawałam, o kim mowa. Wiedziała, ilu umarło tej nocy na tyfus plamisty lub ilu "wywieziono do lasu". Po jej nastroju wiedziałyśmy wiele. Gdy była niespokojna i co chwila spoglądała na drzwi, to przygotowywały się egzekucje; gdy Krűgera na miejscu nie było, była pogodniejsza, bo wtedy więźniów nie mordowano. Działo się to bowiem tylko i wyłącznie pod jego osobistym nadzorem. Jeśli zaś, wracając do celi, rzucała się na łóżko i godzinami płakała, oznaczało to nowe cofnięcie się frontu bolszewickiego, nowe zwycięstwo niemieckie. Polek nienawidziła żywiołowo, ale z całym właściwym jej fałszem uśmiechała się nieraz słodko do nas. Wyjątek jeden stanowiła pani Kordyszowa. Przed nią to nawet Katia miała bezwzględny respekt, żadna też inna Ukrainka nie śmiała się do niej odezwać inaczej, jak tylko bardzo grzecznie. Pani Kordyszowa zaś była uprzejma dla wszystkich, nigdy wobec nikogo się nie unosiła. Była, po Katii, najdawniejszą mieszkanką tej celi, w której przebywała od przeszło czterech miesięcy za to, że znaleziono u niej stare spodnie, które zostawił Moskal tam zakwaterowany. Była bardzo wstrzemięźliwa w sądzie i ostrożna, w stosunku do mnie po paru dniach absolutnie szczera, zwierzyła mi się, że nie ufa prawie nikomu po tym wszystkim, co widziała i słyszała w tej celi. Pomimo to była bardzo dobra dla każdej więźniarki bez różnicy, bo wiedziała, jak bardzo wszystkie są nieszczęśliwe. O sobie nie myślała wcale, tylko o wszystkich innych, przede wszystkim o ukochanym mężu i o jego dzieciach, dziś już dorosłych, które mu wychowała i kochała jak matka rodzona. Wyszła młodo za mąż za wdowca, własnych dzieci nie miała, bo uważała, że nie potrafiłaby wówczas traktować pasierbów na równi z rodzonymi. O tej ofierze mówiła dziś jeszcze ze łzami w oczach. Była muzykalna, wieczorem prowadziła śpiewy w celi. Śpiewały wszystkie — Polki i Ukrainki, inteligentki i prostytutki. Ulubioną pieśnią pani Kordyszowej było "Jezu, Jezu, uczyń z nami cud". Mocnym głosem, z wiarą równie mocną, ta prosta kobieta, fizycznie do ostatka wyczerpana, prowadziła chór i prowadziła nas wszystkie, bo nie było wśród nas jednej, która by nie była przed nią chyliła czoła.

Z rozkazu władz więziennych większość kobiet robiła skarpetki czy swetry na drutach dla gestapowców. Dowiedziawszy się o przeznaczeniu tych rzeczy twierdziłam, że mam zbyt osłabiony wzrok i nie mogę pracować. Włóczkę brano z rozprutych swetrów i chustek po zabitych. Raz pani Kordyszowa pokazała mi kłębek włóczki czarnej z zielonym i zapytała, czy nie poznaję, czyj to sweter.,W pierwszy dzień pani mnie zapytała o Danutę Nowak, tę śliczna, młodą żonę lotnika. Jeszcze wówczas pani nie znałam i powiedziałam, że nic nie wiem. To jest sweter Danuty. Udowodnili jej, że należała do organizacji. Przed śmiercią powiedziała Krűgerowi, że wierzy, że Polska będzie wkrótce. Potem poszła... tak jak tyle innych już stąd poszło..."

A głód był coraz straszniejszy, słabłyśmy szybko. Cela się przy tym zapełniała. Zawsze, gdy Krűger wracał z parodniowej niebytności, przywoził szereg osób aresztowanych na prowincji. Przybyło parę Ukrainek i większa ilość Polek. Te ostatnie prawie wszystkie za "kontakty z Węgrami". Okupacja ziemi stanisławowskiej przez Węgrów zaraz po ustąpieniu bolszewików trwała bowiem szereg miesięcy, w tym czasie nastąpiło bardzo duże zbliżenie polsko-węgierskie, wiele Polek zaręczyło się z Węgrami, u innych gościli Węgrzy. Te wszystkie osoby teraz wyławiał Krűger i wrzucał do więzienia. O ile chodziło o osoby ze sfer zamożniejszych, aresztował je osobiście i własnoręcznie wynosił na ich oczach cenniejsze rzeczy z mieszkania, przede wszystkim garderobę męską i zapasy, ale nie gardził też srebrem czy bielizną. Osoby te, zwykle przez Krűgera własnoręcznie bite, przychodziły do więzienia silnie zszokowane, tak że dopiero jeden czy dwa dni potem można się było czegoś od nich dowiedzieć. Ukrainek zaś było w celi znacznie więcej, a współżycie z nimi było strasznie ciężkie dla wszystkich Polek, w szczególności zaś dla mnie, gdyż Katia, która ze mną była zawsze słodka, nastawiała je bardzo wrogo do mnie, opowiadając im wzięte z bolszewickiej propagandy bajki związane z moim pochodzeniem klasowym. Przez Niemców była o mnie poinformowana. Pomimo to niektóre z tych biednych istot odnosiły się jednak do mnie po ludzku, tak że czasem można było pogadać z nimi o różnych sprawach ważniejszych od powszednich. A trzeba się było nastawić na to ważniejsze, bo pominąwszy dużą szansę, jaką się miało na rozstrzelanie, rosło też z każdym dniem prawdopodobieństwo śmierci głodowej. Przyznaję, że ta druga perspektywa jest tysiąc razy przykrzejsza od pierwszej, bo głód jest w ogóle rzeczą okropną, której nikt, kto nie głodował, nie zrozumie. Nikt też ze wszystkich doktrynerów i reformatorów społecznych nie rozumie i nie docenia moralnie destruktywnej siły głodu. Zdawałam sobie pomimo całego osłabienia jasno sprawę, że widok Ukrainki, która dostała kartofle przy sprzątaniu jadalni u gestapowców, wywołuje we mnie zupełnie niskie uczucie zawiści i zazdrości, że ona ma, a ja nie mam kartofla, że nienawidziłam kucharza, który czerpiąc z kotła zupę, tj. wodę z odrobiną mąki kartoflanej, jeśli przypadkiem, wydając zupę Polce, miał w chochli kawałek kapusty czy innych odpadków, wrzucał z powrotem do kotła, by te smakołyki przypadły tylko Ukrainkom. Byłam przerażona i podzieliłam się tym z panią Kordyszową, która mi powiedziała zupełnie spokojnie, z wielkim smutkiem, że ona już od paru miesięcy wie, że nikt, kto jest głodny, nie jest wolny od tych uczuć, nikt nie jest naprawdę dobry.

Gdy już głód zdawał się nie do zniesienia, postanowiłyśmy prosić niemieckiego komendanta Maesa o to, aby łuski z kartofli obieranych przez nasze towarzyszki codziennie w ogromnych ilościach dla gestapo mogły być wrzucane do naszej zupy i ugotowane. Ja, jako jedyna mówiąca po niemiecku, musiałam w imieniu wszystkich wyrazić tę prośbę. Maes wysłuchał, potem odpowiedział spokojnie: "To jest niemożliwe, ponieważ łupiny z kartofli są nam potrzebne dla naszych świń".

Pewnego dnia Katia przyniosła wiadomość, że ksiądz ma tyfus. "Jaki ksiądz?" — zapytałam. "No, ksiądz Smaczniak z Nadwornej, który tu już jest tak dawno". — "Tyleśmy go szukali" — pomyślałam. Od tego czasu starałam się usilnie o wiadomości o tym bohaterskim bojowniku o Sprawę. Było raz lepiej, raz gorzej. Ukrainki chodziły do jego celi sprzątać (oczywiście Polki nie miały dostępu) i opowiadały, że leży zupełnie spokojnie, z pogodnym wyrazem twarzy. Gdy już było bardzo źle, Niemcy zaczęli mu dawać mleko. Widocznie był im jeszcze potrzebny, by się czegoś dowiedzieć, bo ich podobno doprowadzał do szału tym, że nigdy niczego nie zdradził. Ale mleko przyszło za późno. Ksiądz Smaczniak zmarł 17 czerwca. Ta wiadomość o śmierci człowieka, którego nigdy w życiu na oczy nie widziałam, podziałała na mnie straszliwie przygnębiająco. Ubywa ich ciągle, ubywa, któż pozostanie, aby stanąć do roboty, gdy wreszcie wróci Ona? Na razie od blisko trzech lat najlepsi bez przerwy dla Niej umierają, któż będzie dla Niej żył?

Korytarz przed naszą celą był bardzo szeroki. Toteż na nim odbywało się często bicie "okazyjne", bo bicie "przepisane", z torturami, odbywało się przy przesłuchaniach. To okazyjne bicie uprawiali wszyscy strażnicy z Maesem na czele. Więzień nieraz wzdłuż korytarza obstawionego strażnikami biegał tam i z powrotem wśród razów z biczów skórzanych, które gradem na niego spadały. Nieraz było słychać jego dziki, zwierzęcy wrzask, nieraz zaklinał: Zabijte mene!, a czasem nie odzywał się wcale, słychać było tylko bicie, potem nieraz padające ciało. Wtedy Katia mówiła półgłosem: "Znowu Polak!" Potem się cela otwierała, strażnik kazał jej wyjść ze ścierką i wiadrem, po chwili wracała bardzo blada z wiadomością, że tym razem było aż pół wiadra.

Tymczasem w celi męskiej obok nas zaczęło się umieranie śmiercią "naturalną". Ściana była cienka, tak że słychać było, co się tam dzieje. Śmierć głodowa przybiera zresztą różne formy. Często przychodzą w ostatnich godzinach kurcze. Pamiętam taką noc, w której na zmianę było słychać krzyk i rzężenie. Kilkakrotnie w nocy weszła straż i nakazała milczenie, ale agonia była dziwnie niezdyscyplinowana, nawet wobec gestapo.

Dopiero nad ranem nastąpiła zupełna cisza. Katia w tych dniach mówiła, że spośród mężczyzn co rano wynoszą 1-2 trupy. Popadyneć przyszedł raz do nas i zapytał, co to właściwie jest, że u nas jeszcze wszystkie żyją. "Baby chyba czort trymaje". Ale już nas jakoś bardzo mocno nie trzymał. Przejść przez celę prosto na przełaj bez opierania się o ściany stawało się rzeczą coraz trudniejszą, a zataczanie się było irytujące. Było i duszno straszliwie, choć okno było otwarte. Ale naprzeciw stał wielki gmach więzienia cywilnego, tak że widziałyśmy tylko malusieńki skrawek nieba, który w owych dniach był ciemnobłękitny — przypominał mi Włochy i niezmiernie wiele piękna, które mi życie dało. Śpiewów przy pacierzu też Niemcy zakazali, zresztą już nie było sił śpiewać, odmawiałyśmy wiec wieczorem litanię do Matki Boskiej. Słabszy już, ale jeszcze pełen wyrazu glos pani Kordyszowej — "Różo duchowa, Wieżo Dawidowa, Wieżo z kości słoniowej" — górował nad odpowiedzią naszą chóralną, bo modliły się wszystkie bez wyjątku, te kobiety stare i młode, Polki i Ukrainki, ulicznice sponiewierane i dziewczęta czyste, w beztrosce pieszczone... wszystkie zwracały się z błaganiem o ratunek przed śmiercią tak bliską i przed tym życiem wśród głodu, choroby, wszy i brudu, do najwyższego kobiecego ideału kultury naszej.

W tym czasie otrzymałam raz paczkę. Otworzyłam — zawierała piżamę, sweter, trochę bielizny, suknię letnią i parę pantofli. Poznałam moje rzeczy, przysłane mi z Krakowa. Dziwnie mnie ich widok nastrajał. Trudno jest opisać, czym jest dla więźnia "rzecz wolnościowa", tj. przedmiot, który jest namacalnym dowodem tego, że poprzednie życie było realnością, a nie snem, że tam są jeszcze ludzie, którzy żyją i pamiętają... i chodzą po świecie...

Pewnego dnia Łucja była znów na przesłuchaniu, gdzie się dowiedziała, że jej ojciec też tu jest. Widziała go później przez okno, gdy z towarzyszami tłukł kamienie. Był już tak zmieniony, że go w pierwszej chwili nie poznała. Biedna dziewczyna męczyła się straszliwie, bo sobie dokładnie zdawała sprawę z faktu, że to jej lekkomyślny przyjazd do Stanisławowa sprowadził nieszczęście na rodziców.

Żydów wówczas zaczęli grupować na dziedzińcu, gdzie ich trzymano bez względu na pogodę. Ciągle było słychać, jak ich komendant ostrym, charczącym głosem nawoływał do porządku. Przez kilka dni też docierało do nas stamtąd kwilenie i płacz chorego dziecka, co dzień słabszy, aż pewnej nocy ustał zupełnie.

O tym wszystkim mówiło się między nami szeptem, gdy nikt nie słyszał. Głośne natomiast rozmowy w celi dalekie były od naszego życia. Obracały się stale wokoło dwóch tematów. Omawiano i tłumaczono od świtu do południa sny, które każda miała ostatniej nocy, a reszta dnia schodziła na opisywaniu najróżniejszych potraw i sposobu ich przygotowywania. Przyznaję, że ten ostatni rodzaj rozmów, ciągle się powtarzających, straszliwie mnie denerwował, bo podniecał jeszcze głód, który i tak był dość dokuczliwy. Ale na to rady nie było, nawet pani Kordyszowa "gotowała" z zapałem i twierdziła, że jej to dobrze robi. Starałam się czasem opowiedzieć coś wesołego. Raz jedna z dziewcząt mnie zapytała, jak to się dzieje, że sobie tak nic z niczego nie robię. Odpowiedziała za mnie Katia: "Tak, ona sobie nic z tego wszystkiego nie robi, ale jej włosy to się jednak martwią, aż im się kolor zmienia".

Zresztą o czymże miały te kobiety mówić między sobą? Kłóciły się oczywiście często, okradały się, jeśli było co kraść. Czasem się też modliły w ciągu dnia, a czasem, choć to było zakazane, grały w karty, czasami nawet potrafiły połączyć oba zajęcia. Pamiętam raz Katię, w kwiecistym szlafroku, która na wpół leżąc i na wpół siedząc na pryczy, śpiewała po polsku Godzinki do Matki Boskiej z książeczki, którą jedna z towarzyszek potrafiła ukryć przy rewizji, i równocześnie kładła sobie kabałę. Właśnie wówczas weszła Janka[3]. Ukazała się w drzwiach celi blondynka w selskinowym futrze, a więc aresztowana w zimie, o inteligentnej, zmęczonej twarzy. Janka była nauczycielką. Siedziała już szereg miesięcy, wzięli ją, bo szukali jej narzeczonego. Przyjechała ze Lwowa, z więzienia na ulicy Łąckiego. Zapytałam natychmiast, czy tam do dziś dnia funkcjonuje opieka więzienna, i ku największej mej radości dowiedziałam się, że działa dobrze. Janka bowiem należała do wybranych, pracowała w kuchni i widziała parę razy w tygodniu z okna, jak nasze panie z Komitetu przywoziły zupę, lekarstwa i różne inne rzeczy. W parę dni potem Janka wróciła promienna z przesłuchania. Z zadanych jej pytań wynikało jasno, że jej narzeczonego nie mają. "Teraz już nieważne, co się ze mną stanie, nie tylko dla mnie, ale i dla Sprawy; o to tylko chodzi, że jego nie mają". Od tego dnia Janka, z którą dużo rozmawiałam, siedziała cicho i pogodnie w kącie sali na ziemi i słabła z głodu, jak my wszystkie. Cela coraz bardziej się zapełniała. Była wówczas znów raz duża wsypa w konspiracji. Wiem, że pytano wielu z aresztowanych o mnie. Nikt nic o mnie nie wiedział, poza moją pracą w RGO. Pomyślałam o Dowódcy i o jego ostatnim zakazie.

Katia przynosiła coraz bardziej ponure wiadomości o większych "wyjazdach do lasu" (egzekucje bowiem bardziej liczne nie odbywały się na podwórku, tylko w lesie).

Pewnego dnia przyszła kobieta z okolicy, nazwiskiem Sitarska. Pokazało się, że jest rodem z Rozdołu, że znała mojego ojca. Trudno opisać, jak bardzo mnie wzruszył ten niespodziewany kontakt z przeszłością. Zaczęłyśmy razem wspominać rodzinne strony. Ze wzruszenia zrobiła mi królewski dar, ofiarowała mi surowe jajko, które wraz z dzbankiem mleka przyniosła ze sobą. Wydawało mi się, że po tym jajku wracają mi siły.

Po paru dniach wróciła Sitarska z przesłuchania nieprawdopodobnie pobita. Polek teraz było znów o wiele więcej. Stale chodziły na przesłuchanie i wracały w strasznym stanie. Raz, zamiast wywołać jedną czy dwie naraz, strażnik wywołał całą grupę Polek i Ukrainek. Wywołał i Nacie, Ukrainkę o bardzo złych obyczajach i o bardzo dobrym sercu, którą wszystkie lubiłyśmy; wywołał Sitarską i Jankę. Ta ostatnia się rozpromieniła. "To na wolność, nareszcie!" Uściskałyśmy się, przypomniałam jej obietnicę, że jeśli wyjdzie przede mną, to da znać o mnie do lwowskiego Komitetu RGO. Wcisnęła mi swoją prawie nienaruszoną jeszcze porcję chleba do ręki i wybiegła za tamtymi. Ustawiono je parami na korytarzu — czekały. Wtem przez okno doszedł nas hałas zajeżdżających samochodów ciężarowych. Popatrzyłam na panią Kordyszową. Kiwnęła nieznacznie głową. Znowu się otworzyły drzwi, znowu wywołano parę kobiet. Te już wychodziły w grobowym milczeniu. Strażnik ciągle wracał, ciągle padały nowe nazwiska. Wreszcie wszedł rudy komisarz o dziwnie szatańskim wyrazie twarzy, którego przyjście zawsze zwiastowało nowe nieszczęście. Nazywałyśmy go końską śmiercią. Wywołał jeszcze kogoś, a nam wszystkim kazał siąść na ziemi, nikomu i pod żadnym pozorem nie pozwolił wstać ani przede wszystkim patrzyć przez okno. Siedziałyśmy więc i czekałyśmy na następne otwarcie się drzwi, a właściwie czekałyśmy za każdym razem na wywołanie własnego nazwiska. Ktoś zaczął odmawiać "Kto się w obronę odda Panu swemu". Dosłowny sens tych słów zrobił na mnie w tej chwili wrażenie jakby czegoś dla mnie zupełnie nowego... "Stąd wedle ciebie tysiąc głów polezę, stąd drugi tysiąc, ciebie nie dosięże miecz nieuchronny, a ty przecież swymi oczyma ujrzysz pomstę nad grzesznymi..." Wreszcie samochody ruszyły. Słychać było, że jest ich sporo. Po pół godzinie wróciły i za chwilę stos sukien i ubrań leżał na korytarzu, gdzie go segregowali gestapowcy, zabierając co lepsze dla siebie. Było tam i futro Janki, widziałam je przez uchylone na chwilkę drzwi.

Katię wieczorem wywołano z jakiejś przyczyny, której nie pamiętam; gdy wróciła, powiedziała, że to jeszcze nie wszystko, że dalsze jeszcze "wyjazdy" w przygotowaniu. Tej nocy długo nikt nie spał, wszystkie czekały, wreszcie straszliwe zmęczenie nas ogarnęło — zasnęłyśmy bardzo mocno. W środku nocy otworzyły się drzwi. Strażnik zawołał głośno: "Karolina Lanckorońska!" Obudziłam się i zrozumiałam, że mam zginąć, ale w pierwszej chwili nie mogłam otrząsnąć się ze snu. Wtem odezwał się spokojny głos pani Kordyszowej: "To nic, to kolej do Lwowa, o świcie idzie pociąg". Wiedziałam, że pani Kordyszowa sama nie wierzy w to, co mówi, ale głos jej kompletnie postawił mnie na nogi. Ubrałam się, strażnik kazał zabrać rzeczy, a ja chciałam je zostawić towarzyszkom, pozwolił więc na to. "Módlcie się" — poprosiłam i wyszłam. Sięgnęłam do kieszeni, upewniłam się, że krzyżyk z Asyżu tam jest. Miałam w tej chwili tylko jedno, jedyne uczucie wielkiego żalu, że muszę ginąć w nocy, w ciemnościach, a nie w dzień, w świetle, w słońcu. "Ojcze Jowiszu, dajże nam, skoro już umierać musimy, w świetle ginąć i w słońcu!" — woła Ajaks w Iliadzie. Dziś wiem, z tego jednego choćby wiersza, że Homer jest wielkim, bardzo wnikliwym znawcą duszy ludzkiej. Wiem też, że dulce et decorum jest olbrzymim źródłem sił. Byłam zupełnie pewna śmierci i zupełnie spokojna.

Wychodząc na korytarz, stwierdziłam, że Krűgera tam nie ma, a wiedziałam, że w momencie egzekucji powinien być, bo sobie nigdy nie odmawia tej przyjemności. Zdziwiłam się. Mój towarzysz, oficer SS, skręcił z korytarza w prawo. "Dlaczegóż nie w lewo, przecięż podwórko jest tam" — pomyślałam. W tej chwili po raz pierwszy poczułam jakiś związek miedzy sobą a tymi, co śpią w Wodzisławiu. Zapewniłam ich, żeby się nie bali, że "wstydu nie będzie". Tymczasem wyszliśmy na główny dziedziniec. Świeże nocne powietrze dodało mi sil. Idąc, obejrzałam się wokoło — nic, żadnej ciężarówki. Teraz już nic zrozumieć nie mogłam. Wprowadził mnie do głównego gmachu i kazał iść na górę schodami. Wylazłam łatwiej po tych schodach, niż się w ostatnich czasach kręciłam po celi. Jakoś nie czułam tego osłabienia, zbyt byłam ciekawa, co będzie dalej.

Wprowadzono mnie do jakiegoś biura. Siedział tam oficer i daktylografka. Spisali ze mną protokół. Kazali opowiedzieć cały życiorys, nieomal od urodzenia, gadali i pisali długo. Zmęczona już byłam bardzo. Przyniesiono kawę z mlekiem i z białą babką. Daktylografka zaczęła zajadać w najlepsze. Czułam wtedy, że słabnę, i oparłam się o stół. Oficer ryknął jak zwierz, że mi nie wolno się opierać. Potem pytał dalej. Pytania odnosiły się do treści przesłuchań Krűgerowskich, ale ton był znacznie bardziej rzeczowy. Wreszcie mi kazano protokół podpisać i wrócić do celi. Gdy wracałam przez dziedziniec, właśnie świtało. Pomyślałam, że to pewnie wschodzi ostatni dzień mojego życia, gdyż tak Katia, jak i pani Kordyszowa mówiły nieraz, że nikt nie bywa stracony, nim nie podpisze protokołu, gdyż akt ten oznacza zakończenie "sprawy". Tym też teraz sobie tłumaczyłam, że nie poszłam wczoraj z tamtymi i że mnie w nocy sprowadzono do kancelarii. Pewnie należę do tej drugiej partii dzisiejszej, o której mówiła Katia — pomyślałam.

Gdy wróciłam do celi, przyjęto mnie z największym zdziwieniem. Radość Łucji i przede wszystkim pani Kordyszowej była wzruszająca. Byłam straszliwie zmęczona i głodna, ale miałam chleb Janki — zjadłam więc i zasnęłam. Rano było cicho wokoło nas. Sąsiednie cele męskie bardzo opustoszały, krzyków komendanta Żydów na dziedzińcu też już nie było. Katia przyniosła wiadomość, że wczoraj poszło bardzo, bardzo wielu, dziś też ma być coś jak wczoraj, pewnie będą znów potem duże aresztowania, dlatego opróżniają więzienie.

Po południu drzemałam na podłodze, gdy wszedł strażnik i znów zawołał moje imię i nazwisko, dodając: "Na wolność". Cela się zerwała. Nie chciałam wierzyć i powiedziałam, że się nie dam oszukać. Ten się zaklinał, że jestem zwolniona. Łucja i pani Kordyszowa rzuciły mi się na szyję i błagały o uwiadomienie ich rodzin. Tymczasem cała cela krzyczała, bo każda miała jeszcze coś do powiedzenia. Strażnik naglił mnie do wyjścia. Porwałam więc swoje rzeczy i rozdałam je w okamgnieniu. Raz jeszcze się pożegnałam i obiecałam przysłać paczki dla celi. W chwili, gdy się zbliżałam do drzwi, jedna z dziewcząt ukraińskich rzuciła się na mnie i odwróciła mnie ku celi. "Tyłem trzeba wychodzić, bo to nas wszystkich wyciąga i na szmatę trzeba nastąpić!" — i rzuciła mi szmatę pod nogi. Zwrócona więc raz jeszcze, po raz ostatni, ku tym nieszczęśliwym kobietom, wyciągnęłam ku nim ręce, stanęłam jedną nogą na szmacie i drugą idąc w tył, przekroczyłam próg. Gdy wyszłam, zatrzasnęły się drzwi. Stałam na korytarzu, byłam półprzytomna. Szłam tym korytarzem tak samo jak 12 godzin temu, tylko wtedy szłam na śmierć, a teraz idę nie tylko na życie, lecz na wolność, a to jest tysiąc razy więcej.

W kancelarii przyjął mnie Maes. Był bardzo uprzejmy. ”Widzi pani, przyszedł pani czas". Pomyślałam: "Czy on w tej chwili pamięta, że mi powiedział, iż obierki z kartofli nie mogą być dla nas, bo są potrzebne dla świń?". Kazał mi dokładnie przejrzeć papiery, które mi zwrócił, oraz pieniądze. Papiery przejrzałam skwapliwie i stwierdziłam z ulgą, że kartka od Heinricha jest, że można więc będzie natychmiast wrócić do roboty nad opieką więzienną. Przeliczając pieniądze — było ich około 4000 złotych — śmiałam się w duchu, były to bowiem pieniądze Delegatury Rządu. Kazano mi podpisać sławny cyrograf zakazujący mi udzielania jakichkolwiek wiadomości o tym, co widziałam w więzieniu. Zapytałam, czy to już wszystko, czy już mogę iść? "Za chwilę. Pani pojedzie samochodem". Aha — pomyślałam — znowu ta sama komedia, co w innych miastach, gdzie nie chcą, aby się zwolniony pokazywał tam, gdzie! był uwięziony. Się passen mir nicht in mein Reich — przypomniałem mi się. Czekałam chwilę, aż wreszcie przyszedł nieznany mi gęstapowiec i zapytał grzecznie, czy mam wszystko, czy mi nic nie zginęło. Oświadczyłam, że mi niczego nie brakuje. Wyszłam na podwórze, tam czekał otwarty samochód osobowy. Wsiadłam. Gestapowiec usiadł przy szoferze. Wtem przyszedł jeszcze zastępca Krűgera i zapytał, czy mi wszystko zwrócono. Odpowiedziałam pozytywnie, samochód ruszył.

 


[1] Odwróć się!

[2] Robił to każdej nocy. Nigdy mu tego me zapomnę (K.L.).

[3] Zapomniałam jej nazwiska, pamiętam tylko, ze jej ojciec, urzędnik kolejowy, mieszkał w Przemyślu, Rzeczna 28 (K.L.).

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.