Wspomnienia wojenne-7

Rozdział IV STANISŁAWÓW

( )

W marcu zaczęłam pracę w Stanisławowie. Szło jak po grudzie. Liczba potrzebujących była ogromna, możliwości pracy ograniczone, dowóz z zachodu niepomiernie utrudniony, a szykany ukraińskie nie do zliczenia. Lęk przed Krűgerem trwał. Mieszkańcy Stanisławowa nie zapominali nigdy o owych pierwszych aresztowaniach masowych i nie tracili nadziei, że ci ludzie, najbardziej szanowani i lubiani, najbardziej wartościowi, jednak żyją. Musiałam ciągle z nimi na ten temat rozmawiać, nie zdradzając tajemnicy, którą mi powierzył pijany prokurator. Podtrzymywały ten lęk przed katem coraz to nowe aresztowania; sporadycznie dowiadywaliśmy się, że ten czy ów został zabrany. Był to wówczas stan normalny w całej Generalnej Guberni, ale w Stanisławowie było pod tym względem inaczej, bo nikt nigdy nie otrzymał znaku życia od uwięzionych.

Pewnego dnia rano wszedł do lokalu Komitetu miody SS-man Ukrainiec i zażądał rozmowy sam na sam ze mną. Gdy się drzwi za tamtymi zamknęły, wylegitymował się i oświadczył, że przyszedł aresztować Danutę Ziarkiewicz-Nowak, która tu pracuje. Musiałam wejść z nim do sąsiedniego pokoju, z którego wywołał 21-letnią śliczną Danutę, żonę oficera lotnika, który był w Anglii. Wstała bardzo blada, zakryła twarz rękami i powiedziała tylko: "Moja matka!" Potem, stojąc pośrodku, rozglądnęła się po wszystkich, oczy jej zatrzymały się na mnie. "Pani powierzam moją matkę" — powiedziała, rzucając mi się na szyję. Obiecałam robić dla matki wszystko, co będzie możliwe. Wyprowadzono ją. Resztę pracowników ogarnęła rozpacz. Po dłuższych usiłowaniach zdobyłam adres matki. Poszłam. Ku mojemu największemu zdziwieniu zastałam tam Danutę z Ukraińcem. Pokazało się, że go uprosiła, by ją zaprowadził do matki na pożegnanie. Może niezwykła jej piękność go wzruszyła. Właśnie ją wyprowadzał, gdy wchodziłam. Danuta była przebrana w cieplejsze rzeczy, pamiętam, że miała na sobie sweter zielony czarnym przetykany i chustkę na głowie. I matka, i córka były zupełnie spokojne. Danuta ucieszyła się moim wejściem, zapewniła matkę, że to na pewno tylko przesłuchanie i że wróci niebawem. Uśmiechając się do matki, wyszła. Dopiero gdyśmy zostały same, pani Ziarkiewiczowa się załamała. Ale trwało to krótko. Po chwili się ocknęła, przeszukała rzeczy córki i spaliła jej pamiętnik.

Po aresztowaniu Danuty ogromne przygnębienie ogarnęło naszych współpracowników. Pomimo to praca się powoli organizowała. Na Wielkanoc pojechałam do Krakowa i Warszawy. W Krakowie profesor Dyboski chciał mi zwrócić ów cudem kilkakrotnie uratowany rękopis. Nie chciałam wziąć, prosiłam go o przechowanie dalsze. "Kto wie, co ze mną jeszcze będzie, a chciałabym, żeby ta książka wyszła po wojnie".

W Warszawie przedstawiłam gen. Komorowskiemu sprawę Stanisławowa i prosiłam, aby nasza propaganda w Londynie nie dała na razie tej sprawie rozgłosu, gdyż sparaliżowałoby mi to wszelką pracę na przyszłość. Rozmawialiśmy wówczas dwukrotnie i długo. Generał kazał mi za następnym razem przyjechać na parę dni, żeby był czas na nawiązanie kontaktu z Dowódcą Naczelnym (generałem Grotem), który chce mnie widzieć i mieć bezpośredni pełny meldunek o akcji więziennej. Ucieszyłam się ogromnie, gdyż od dawna pragnęłam poznać człowieka, który tyle dla nas znaczył. Musiał to być "urodzony" dowódca, skoro się go czuło wszędzie! O mojej pracy był poinformowany od dawna, skoro mi przesłał Krzyż Walecznych. Teraz szansa osobistego spotkania ucieszyła mnie bardzo. Komorowski nie był zachwycony moją nową robotą. W chwili, gdy się z nim żegnałam, powiedział nagle z niezwykłą ostrością: "Nie zezwalam pani na jakiekolwiek kontakty wojskowe na wschodzie. W tej chwili tam teren jest gorący; są wsypy. Jasne, że ludzie będą czuli zaufanie do pani i będą próbowali nawiązać z panią kontakt konspiracyjny, bo potrzebują pomocy w pracy organizacyjnej, lecz nie wolno pani tego ryzykować. Tylko proszę szybko tam sprawę załatwić i wrócić do opieki więziennej".

Było to we wtorek 8 kwietnia. W parę dni potem byłam znów w Stanisławowie, tym razem w towarzystwie Maryli Dmochowskiej z Tarnowa, która przyjechała, by mi pomóc. Dzięki jej ogromnym wysiłkom praca postąpiła znacznie naprzód, tak w samym Stanisławowie, jak w Kałuszu i w Kołomyi. Komitety się utworzyły, dożywianie dzieci się rozpoczęło. Liczyłyśmy z Marylą, że w połowie maja będzie można wyjechać i wrócić do normalnej pracy. Wiosna była późna, zimno było i ciężko. Przy tym dużo mnie wówczas kosztowało posłuszeństwo wobec Dowódcy. Nie wolno mi było wejść w końtakt z organizacją wojskową, choć przewidywania jego się sprawdziły, próby w tym kierunku były robione kilkakrotnie, musiałam więc udawać, że mnie obchodzi praca wyłącznie legalna, a to było szczególnie przykre, bo wiedziałam, że mogłabym im być pomocna. Atmosfera w Stanisławowie jak zawsze była ciężka. Jedyną pociechą była robota i Maryla, z którą się wówczas związałam głęboką  przyjaźnią. Próbowałam raz czy dwa dostać się do Kruigera, żeby go "poinformować o moich osiągnięciach", jak tego zażądał wówczas, gdy udzielił zgody na mój pobyt w Stanisławowie, lecz mnie nie przyjął. Wreszcie zaniechałam tych starań i pracowałam dalej.

Wtem Krűger wezwał mnie do siebie na sobotę 25 kwietnia na godzinę dziesiątą. Poszłam. Kazał mi czekać, jak zwykle, na malinowym krześle w przedpokoju. Po chwili weszłam. Tym razem Krűger nie był sam; blisko biurka, przy stoliku, siedziała sekretarka. Krűger nie wstał, nie patrząc na mnie, wskazał mi zza biurka krzesło naprzeciw siebie i powiedział: „Ich muss Się sicherheits polizeilich verhoren"[1]. Siadłam i zapytałam o przyczynę. "Pani tu w Stanislawowie rozwija akcję niedozwoloną" — powiedział bardzo głośno. Pokazałam mu swoje pełnomocnictwa i zwróciłam uwagę, że są one znacznie szersze od mojej dotychczasowej czynności oraz że mi władze niemieckie we Lwowie, które się zajmują aprowizacją, już zwróciły uwagę, gdy przyszłam do nich w sprawie należących się nam prowiantów, że akcja, którą prowadzę, rozwija się zbyt wolno. Zmienił front i oświadczył, że "właśnie chodzi o to, że pani ma system nie tyle robienia rzeczy nielegalnych, ile że pani wykorzystuje akcję charytatywną dla celów innych". "Nie wiem, o co panu chodzi". Otrzymałam odpowiedź: Ihr Geistgefdllt mir nicht — Się passen mir nicht in mein Reich[2] ". To ostatnie zdanie widocznie bardzo mu się podobało, bo je powtarzał kilkakrotnie w ciągu dalszej rozmowy, waląc za każdym razem pięścią w stół. "Muszę pani zadać kilka pytań: Czy pani uznaje rozbicie Państwa Polskiego?" Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że widzę, iż postanowił mnie aresztować, bo przecież nie może mieć wątpliwości co do mojej odpowiedzi. "Dlaczego pani jest taka spokojna?" — pytał z rosnącą irytacją. — "Przecież znajduje się pani w największym niebezpieczeństwie. Sie schweben in hóchster Gefahr. Pytam na nowo, niech pani pilnuje swoich odpowiedzi! Czy pani jest wrogiem Niemiec?" — "Pan wie, że jestem Polką, i wie pan również, że Polska jest w wojnie z Niemcami". — "Pani ma odpowiedzieć na moje pytanie. Czy pani jest wrogiem Rzeszy Niemieckiej? Tak czy nie?" — "Oczywiście, że tak". —„Also endlich!"[3] — i rzucił triumfalne spojrzenie na sekretarkę. Notieren!"[4] — dodał dobitnie. Dziewczyna, pisząc, kiwnęła głową. Zwrócił się znów do mnie. "Seit wann?"[5] — "Odkąd patrzę na bezmierne cierpienia moich braci". Wówczas zaczął mówić o swojej nienawiści do Polaków i o prześladowaniu Niemców przez Polaków. Myślę, że rozpoczął to przemówienie z zamiarem straszenia mnie, w miarę zaś, jak mówił, miałam wrażenie, że sam siebie podnieca, aż wreszcie krzyczał, tupał nogami i walił pięściami w stół, przy czym i tak już wysunięte bardzo usta zamieniały się prawie w ryj i nadawały mu wyraz zwierzęcy. Wysłuchałam tego wszystkiego spokojnie, bo mi nic innego nie pozostało. Coraz to sam sobie swój potok złorzeczeń na Połaków przerywał, robiąc mi wyrzuty za ten mój spokój i obiecując mi, że mnie wyprowadzi z równowagi. To mnie oczywiście jeszcze bardziej uspokajało. Powiedziałam mu, że zrozumieć nie mogę, dlaczego Niemcy, którzy swą narodowość cenią tak bardzo wysoko, nie potrafią uszanować poczucia honoru narodowego u innych. Spuścił oczy i powiedział innym głosem: "Przecież to jest coś innego". — "Na pewno, to jest coś całkowicie innego" — odpowiedziałam. Zamilkł. W innym momencie zarzucił mi, że zachowanie moje jest szczególnie oburzające, gdyż jest mu wiadomo, że moja matka jest Niemką.

Nie pamiętam dziś, po latach, wszystkich szczegółów tego dialogu, który trwał trzy godziny i trzy kwadranse[6]. Wiem, że kilka razy wpadł w furię, wykrzykując na Polaków jako na jedynych i prawdziwie niebezpiecznych wrogów Rzeszy. Nie Francuzi, nie Anglicy, tylko wy, wy, wy...

Nagle, w środku tej sceny, widocznie sobie przypomniał, że mi jeszcze nic konkretnego nie udowodnił. Powiedział, że nigdy nie uwierzy, że osoba taka jak ja nie należy do organizacji konspiracyjnej. Powiedziałam, że się przekona, jak sprawę zbada. Zapytał wtedy, jak się odnoszę do polskiej pracy podziemnej. Wiedziałam, że jeśli na to stereotypowe pytanie odpowiem negatywnie, nie uwierzy. Powiedziałam więc, że do tej pracy odnoszę się z entuzjazmem. Podskoczył na krześle, przechylił się przez biurko i zapytał: "Gdzie pani pracowała, jakie pani miała funkcje?". — "Nigdzie nie pracowałam, żadnych funkcji nie miałam". Żachnął się. "Co to znaczy! Raz pani mówi, że się do tej pracy odnosi z entuzjazmem, a potem znów wypiera się jej!" — "Jestem Polką, jak panu wiadomo. Nationalpolin — trudno więc przypuszczać, abym się do pracy, która dąży do uwolnienia mego narodu, nie odnosiła z entuzjazmem". — "A więc pytam po raz drugi: gdzie pani pracowała?" — "Nigdzie, powtarzam, bo do pracy konspiracyjnej potrzeba czegoś więcej niż entuzjazmu". — "Czego?" — "Potrzeba przede wszystkim człowieka, który proponuje tę prace, a mnie nikt nigdy niczego nie proponował". Widziałam, że mi nie wierzy i że się losy moje ważą w tej chwili. Mówiłam więc dalej: "Myślę, że są dwie po temu przyczyny. Ludzie, którzy te pracę prowadzą, zapewne wiedzą, że pracuję w legalnej organizacji charytatywnej. Widocznie są tego samego co i ja zdania, że spełniam w ten sposób swój obowiązek narodowy i niczego więcej ode mnie nie chcą. Poza tym być może, że dla zbyt szczerego usposobienia i dlatego, że jestem bardzo wysoka, mówię dużo i głośno, silnie gestykuluję, uważano, że się nie nadaję na konspiratorkę, co jest słuszne, bo nie widzę siebie np. rzucającej bomby pod pociągi".

Krűger słuchał z rosnącym zdziwieniem. Raz, podczas gdy mówiłam, zwrócił się do sekretarki i powiedział: „Sioch nie gehórt. Notieren!"[7]. Wreszcie popatrzył mi w twarz, co podczas tej całej przeprawy robił bardzo rzadko, przymrużył oczy i zapytał: "Oder sind Się am Ende ganz gescheti?"[8] Uśmiechnęłam się głupio. Ruszył ramionami — czułam, że uwierzył. Wiedziałam, że Niemcy w swej bezgranicznej zarozumiałości nie użyliby nigdy wykrętu, który by ich samych ośmieszył. Dlatego mi Krűger uwierzył, gdy mu powiedziałam, że mnie w konspiracji nikt nie chciał, bo za dużo gadam, gdyż Niemiec by nigdy tego o sobie nie powiedział. Był zaskoczony, dlatego wygrałam.

Zmienił temat. Wrócił do mojej pracy w Stanisławowie i zarzucił mi, że moi współpracownicy są konspiratorami. Zapytał o nazwiska osób pracujących w Komitecie. Powiedziałam, że wszystkich nazwisk na pamięć nie powiem i zaproponowałam sprowadzenie Maryli Dmochowskiej ze spisami osób współpracujących ze mną pośrednio czy bezpośrednio. Zależało mi oczywiście bardzo na zobaczeniu się z Marylą. Kazał mi zatelefonować w swojej obecności. Po dłuższej chwili Maryla przyszła. Gdy weszła, widać było, że nie ma pojęcia, w jakiej się znajduję sytuacji, dopiero gdy już podała Krűgerowi spis, postarałam się ją informować spojrzeniem, bo innego sposobu nie miałam. Zbladła jak papier. Krűger, czytając nazwiska, liczył je na własnych palcach, przy czym zauważyłam, że jego kciuk był prawie równej długości z palcem wskazującym. Oświadczył w końcu, że jest wśród wyliczonych na spisie szereg osób podejrzanych. Kazał Maryli wyjść. Ta zwróciła się do mnie z zapytaniem, czy ma na mnie czekać. Kazałam jej wrócić do roboty. Krűger po jej wyjściu zaczął się znów rzucać i przeklinać Polaków. Nagle sam sobie przerwał i oświadczył mi, że mnie nie aresztuje, żebym to, co zaszło, przyjęła jako ostrzeżenie i że mogę jechać do Lwowa. Następnie sam mnie ze schodów sprowadził, idąc krok za mną po stronie lewej.

Wyszłam na ulicę — zostałam sama. Słońce świeciło — wiosna. Popędziłam do Komitetu; wiedziałam, że Maryla tam czeka i jak czeka. Gdy weszłam, widziałam, że była mocna i spokojna. Uściskałyśmy się, potem zapytała, czy zauważyłam, że kciuk Krűgera jest prawie równie długi jak jego palec wskazujący.

W godzinę potem jechałam do Lwowa, co było poprzednio już w moim programie. Już na dworcu ledwie się na nogach trzymałam ze zmęczenia, w pociągu usnęłam jak kamień pomimo przepełnienia.

We Lwowie załatwiłam sprawy służbowe, potem spotkałam się z najbliższym przełożonym z Krakowa. Miałam więc możność przekazania Dowódcy sprawozdania o zajściu w Stanisławowie. Spędziłam we Lwowie dwa dni i wróciłam do roboty. Tam się wkrótce przekonałam, że jestem pod obserwacją. Ponieważ nic "nielegalnego" nie robiłam, raczej się tym faktem cieszyłam. Myślałam, że się Krűger może uspokoi, jak się przekona, że tu w Stanisławowie robię wyłącznie robotę jawną. Pracowałam więc spokojnie. Raz tylko miałam chwilę osobliwą. Szłam ulicą wieczorem, o zmierzchu, po pracy, rozmawiając z Marylą o sprawach bieżących. Nagle miałam wrażenie, że między nami z tyłu idzie ktoś trzeci i szepce mi coraz to do ucha: "Krűger cię zamknie, Krűger cię zamknie..." Zrozumiałam, że to po prostu chodzi o ordynarny strach, i byłam wściekła na siebie. Zresztą roboty było dużo i przykrości nie mniej, na nic innego nie było czasu, bo przecie już się nam pobyt kończył. Na Zielone Święta, z końcem maja, miał przyjechać dyrektor Seyfried na inspekcję, chciałyśmy się czymś wykazać, a potem — odjazd na zachód.

Robota postępowała nie tylko w Stanisławowie, ale i w Kałuszu i Kołomyi. Tam nareszcie zestawiłam Komitet. 12 maja rano ciężarówką przybyłą ze Lwowa jechałam do Kołomyi. Było pochmurno, ale ładnie. Późna w tym roku wiosna nareszcie rozwijała się w pełni. Wszędzie było zielono. Nie zapomnę kawałka drogi prowadzącej przez wiosenny las. Dojechałam w południe do Kołomyi. Otrzymałam nareszcie w starostwie kwity na żywność, o które tyle walczyłam. Za dwa dni rozpocznie się dożywianie dzieci szkolnych i w Kołomyi! Byłam szczęśliwa. W ciągu popołudnia wyszło słońce. Miałam dużo spraw do załatwienia. Pod wieczór wpadłam do księdza dziekana, starego doświadczonego społecznika, którego nazwiska nie pamiętam[9], żeby się z nim podzielić dobrymi wiadomościami. Z radości dał mi kolację, co wówczas w Kołomyi było wielkim prezentem. Zjadłam, choć już byłam po jednej (oczywiście niezbyt obfitej) kolacji, potem siedziałam ze staruszkiem na jego werandzie, w pogodny wieczór wiosenny, patrzałam na zachód słońca i myślałam z wdzięcznością o tym, jaki dobry miałam dzisiaj dzień. Rano ową śliczną jazdę, potem ostateczne rozpoczęcie pracy w Kołomyi, a teraz ten cichy wieczór, gdzie w złocistym świetle zachodzącego słońca stawało przed nami całe piękno tej ziemi, jedynego kawałka naszych Kresów, który nam był dostępny. Wreszcie się pożegnałam i poszłam do pani Pawłowskiej, nauczycielki gimnazjalnej, u której mieszkałam i gdzie o ósmej miało się odbyć zebranie organizacyjne Komitetu. Złożyłam sprawozdanie z działalności przygotowawczej, zdałam odpowiedzialność na nowy Komitet i oddałam mu karty żywnościowe. Byliśmy w bardzo dobrym nastroju. Wtem ktoś zadzwonił do drzwi. Pani Pawłowska wyszła i po chwili wróciła z trzema mężczyznami, z których jeden był ubrany po cywilnemu, dwaj inni w mundurach SS. Zapytali o mnie i wylegitymowali mnie. Krzyczeli, że jest to tajne, nielegalne zebranie. Zaprzeczyłam. Niech się informują w starostwie. Kazali się wszystkim rozejść, tylko mnie zaaresztowali. Wychodząc, zwróciłam się do jednego z członków Komitetu i poprosiłam go po niemiecku, by jutro wcześnie rano zatelefonował do Krakowa do RGO, że jestem aresztowana, żeby mogli kogoś przysłać na moje miejsce, by praca nie uległa przerwie. Choć było dość ciemno, starałam się bardzo intensywnie patrzeć temu panu w oczy, by rozumiał wielką wagę misji, jaką składam na niego. Wiedziałam bowiem, że jeśli zostanie uwiadomiona RGO, dowie się prędko Dowództwo, przecie tylu tam było moich "podwójnych" kolegów.

Poszliśmy. Zaprowadzono mnie do wygodnego samochodu osobowego, kazano siąść w głębi, obok pana w cywilnym ubraniu. Tamci poszli. Sąsiad mi się przypatrywał. Dziś po latach, gdy to piszę, zdaję sobie sprawę, jak bardzo byłam w owej chwili uprzywilejowana wobec milionów rodaków. I przedtem, i potem słyszałam niezliczone opisy aresztowań, za każdym razem opis podkreślał fizyczny i psychiczny wstrząs przeżywany w owej chwili. Szok ten został mi zaoszczędzony dzięki mej własnej naiwności. Byłam bowiem prawie przekonana, że gestapo w Kołomyi rzeczywiście przypuszcza, że, chodzi o zebranie nielegalne i że się za chwilę wszystko wyjaśni. Przyjemnie mi wprawdzie pomimo to nie było, ale byłam bardzo zmęczona, zasnęłam więc głęboko. Po dłuższym czasie gestapowcy wrócili, tzn. wyszli w stanie dość wesołym z restauracji, przed którą stało "nasze" auto. Siedli, pojechaliśmy. Z ich rozmowy wywnioskowałam, że jedziemy do Stanisławowa. Nie bardzo się ucieszyłam. Po drodze, jadąc tym samym wiosennym lasem, którym się rano tak zachwycałam, pomyślałam, że to było już jakby bardzo dawno. Samochód w drodze się zepsuł. Czekaliśmy tak długo, że znów zasnęłam. Gdy się obudziłam, byłam sama z milczącym sąsiadem, jego weseli koledzy pomagali naprawiać wóz. Sąsiad jadł kanapki. Wówczas przypomniałam sobie, że mam zapasy, które mi rano dała Maryla, i zaczęłam jeść. Sąsiad mi się przypatrywał z nieukrywanym zdziwieniem, które mnie bardzo rozweseliło. Wreszcie tamci wóz naprawili, wsiedli, ruszyliśmy. W Stanisławowie pojechaliśmy wprost przez miasto do więzienia. Brama przy bocznej ulicy się otwarła, wjechaliśmy na podwórze, brama zamknęła się za nami. Kazano mi wysiąść i zaprowadzono do budynku głównego, w którym na I piętrze urzędował Krűger. Wprowadzono mnie do kancelarii na parterze, tam mnie zapytano o nazwisko, imię itd. i wylegitymowano mnie. Zapytałam, co to ma właściwie wszystko znaczyć. "Sie sind doch verhaftet"[10] — brzmiała odpowiedź.

Za chwilę prowadzono mnie znowu przez podwórze do niższego, podłużnego domu, na długim korytarzu otwarto pierwsze drzwi i zapalono światło. Stały tam dwie żelazne prycze. Na jednej leżała mała, czarnowłosa kobieta, druga była wolna — dla mnie. Drzwi za mną zamknięto. Zjadłam jajko i kawałek chleba, który miałam jeszcze przy sobie, i położyłam się, okrywając się kocem, który poznałam jako jeden z tych, które tu przysłałam w lutym. Zauważyłam, że towarzyszka patrzyła na mnie z rosnącym przerażeniem i wreszcie zakryła kocem twarz. Zasnęłam po tym wszystkim jak kamień.

Rano kazano wstać, umyć się i zaprowadzono mnie do kancelarii w tym samym budynku. Tam przyjął mnie szef więzienia, nazwiskiem Maes czy Maas. Powiedziałam mu, że proszę, aby mnie jak najprędzej przesłuchano, bo jestem przekonana, że zostałam aresztowana przez pomyłkę. Odebrano mi wszystko, co miałam przy sobie, z wyjątkiem rzeczy do mycia oraz maleńkiego brązowego krzyżyka z Asyżu, który zdążyłam ukryć, i kazano wrócić do celi. Towarzyszka okazała się ukraińską aktorką z Czerniowiec. Robiła wrażenie osoby sprytnej, obserwowała mnie uważnie. Po chwili strażnik wrócił i kazał mi iść ze sobą. Szliśmy znowu przez podwórze do głównego budynku na ul. Bilińskiego, schodami do góry, do Krűgera. Kazano czekać w dobrze mi znanym przedpokoju. Siadłam na jednym z malinowych krzeseł. Sekretarka weszła do Krűgera, po chwili wyszła i oświadczyła mi, że Hauptsturmfiihrer zabrania mi siedzieć na krześle, mam wstać. Wstałam więc i dopiero teraz — tyle mi potrzeba było czasu i dowodów — dopiero teraz zrozumiałam, że mnie Krűger zamknął! Człowiek, który nigdy nie był po tamtej stronie życia, prawdopodobnie tego zrozumieć nie może, trudno mu to wytłumaczyć, natomiast zrozumie człowiek, który wyszedł z bardzo ciężkiej choroby fizycznej; ten też zapewne wie, że w chwilach zagrożenia życia nadzieja jest tysiąc razy silniejsza od logiki. Dziś wiem, dlaczego nieraz nawet chorzy lekarze prawie aż do samej godziny konania wierzą, że wyzdrowieją, choć wszystkie doskonale im znane symptomy zbliżającej się śmierci dawno by im otworzyły oczy, gdyby nie chodziło o nich samych. Więzień jest w położeniu bardzo podobnym — CHCE ŻYĆ — i tu potężny instynkt zwierzęcy jest silniejszy od ludzkiej logiki czy rozumu.

Z drugiej strony pewność, że jestem aresztowana — i to przez Krűgera — dała mi w tej chwili dużą siłę i dużo spokoju. Kazano mi wejść. Tym razem byliśmy sami, bez sekretarki. Gdy weszłam, Krűger znów oczu nie podniósł, tylko powiedział: "A więc widzimy się znowu, a zwyciężyłem ja. Pani pojedzie do obozu koncentracyjnego Ravensbrűck, bei Fűrstenberg, Mecklenburg". — "Kiedy?" — zapytałam. Uderzył pięścią w stół i znów zaczai z miejsca krzyczeć: "Co? Jeszcze! Jeszcze pani ma odwagę!" Roześmiałam się. "A cóż mi innego pozostaje?" — zapytałam. — "Chcę wiedzieć, kiedy jadę". — "Nie wiem. Zależy to od terminu transportu zbiorowego; stąd do Krakowa, a z Krakowa do Rzeszy". (Gorzej, pomyślałam. — Bo jak mnie zamkną po drodze na Montelupich — tam jest sporo naszych, wśród nich paru sypiących). "Chcę, żeby pani wiedziała, że decyzja ta zapadła wskutek odpowiedzi, które mi pani dała przeszłym razem. Gdyby mi pani była odpowiedziała inaczej, nie byłaby pozbawiła swego kraju tej pracy, którą mu pani dawała". Tym razem po raz pierwszy mu się udało. Było mi ciężko bardzo. Pomyślałam o więzieniach i zapytałam raz jeszcze siebie samej, czy dałam jakąkolwiek odpowiedź brawurową lub niekonieczną. Wydawało mi się, że nie. "Nie mogłam odpowiedzieć inaczej, bo nie mogłam stracić szacunku dla siebie samej, bez którego i tak nie potrafiłabym pracować — odpowiedziałam — choć jestem tylko ein polnischer Unter-mensch, zechce mi pan pozwolić zacytować mu Schillera, który mówi:

Das Leben ist der Gtiter hochstes nicht, Der Ubel grosstes aber ist die Schuld"[11].

Tu zrobił minę komicznie zrozpaczoną, powiedziałam mu więc: "To bowiem jest zakończenie Braut von Messina". —,Ja, ja" — kiwnął głową skwapliwie. "Życie nie jest najwyższym dobrem, złem największym jest tylko wina, i jako winę byłabym odczuła jakąkolwiek inną postawę wobec pana". Milczenie. Potem przeszedł na inny temat i powiedział, że poza tym spotka mnie ta kara za postawę, którą zajęłam, choć jestem córką Niemki. "Pani jedzie do obozu jako renegatka". — "To jest nominacja" — odpowiedziałam. Znowu nastąpiła przerwa i powiedział, że takiej odpowiedzi jeszcze nie słyszał i nie bardzo wie, co ona ma znaczyć. Potem zaczął znowu krzyczeć i wymyślać na Polaków, którymi gardzi, bo nie mają hartu i postawy. Tym razem też roześmiałam się. "Tego to nawet wy nie potraficie powiedzieć na serio". Nagle mnie zapewnił, że dysponuje wszelkimi sposobami, żeby mi uniemożliwić samobójstwo. Powiedziałam, że mu to przyjdzie łatwo, bo nie mam najmniejszego zamiaru targnięcia się na własne życie — raz, bo tego uczynić nie mogę, skoro mi na to nie pozwalają moje przekonania katolickie (tu wyszczerzył zęby), po drugie, bo nie chcę. Mając bowiem końskie zdrowie, gotowam nawet wytrzymać obóz koncentracyjny. Znowu mi zaczął obiecywać, że mnie złamie. Powiedziałam, że oczywiście mogę za siebie ręczyć tylko póki będę przy zdrowych zmysłach, w razie choroby umysłowej — co innego. Był wyraźnie zły, że omawiam z nim wszelkie możliwości, więc powiedziałam, że przypuszczam, że to wszystko będzie nieaktualne, gdy sprawa moja będzie załatwiona w sposób prostszy i szybszy. "Co pani chce przez to powiedzieć?" — "Ze nie przypuszczam, że stąd wyjdę z życiem". — "Pani od chwili, gdy jej powiedziałem, że jest aresztowana, liczy się ze śmiercią?" — "No, oczywiście". — "Dlaczego?" — "Dlatego, że tu jestem". Żachnął się. Wreszcie zapytał o szczegóły aresztowania. Powiedziałam, że wzięto mnie w Kołomyi, na zebraniu RGO, o którym twierdzono mylnie, że jest nielegalne. "To był tylko pretekst. Posłałem po panią do biura pani tu, w Stanisławowie, tam powiedziano, że wyjechała pani do Kołomyi. Nie mogłem ryzykować, że ją uwiadomią, posłałem więc tam po nią". Kamień mi z serca spadł, bo dopiero teraz byłam pewna, że się członkom powstałego wczoraj Komitetu w Kołomyi nic nie stanie.

Byłam już zmęczona. Wtem Krűger zapytał, co o nim myślą w Stanisławowie. Odpowiedziałam wymijająco. Zaczął się znowu pienić i powtórzył pytanie. "Boją się pana. Z pana nazwiskiem łączą aresztowanie 250 osób — nauczycieli, inżynierów, lekarzy". — "Po prostu inteligencji polskiej" — przerwał mi, śmiejąc się i potakując głową. "Szczególną uwagę zwraca się na fakt aresztowania chirurga, doktora Jana Kochają, który uratował życie czterech lotników niemieckich, narażając własne, bo uważał to za swój obowiązek lekarski. I ten znikł bez śladu. Podziękowanie z Reichsluftfahrtsministerium nawet przyszło, lecz go już nie zastało". — "Podziękowanie Kochaj otrzymał. Przeszło przez moje ręce" — powiedział Krűger. "I tego człowieka pomimo to nie zwolniono?" — zapytałam. "Co to ma jedno do drugiego?" — zapytał zdziwiony. — "Przecież my, kiedy wkraczamy, zawsze już mamy gotowe spisy tych osób, które mają być aresztowane. To zawsze tak jest. Wie pani, gdzie również tak było?" — tu się roześmiał dziko. Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam, do czego zmierza, a on już mówił dalej. "We Lwowie! Czy pani wie, o czym mówię w tej chwili? We Lwowie!" — znowu dziki śmiech. — "Tak, tak. Profesorowie Uniwersytetu! Ha, ha, to moje dzieło, moje! Dziś, gdy pani już nie wyjdzie, mogę jej to powiedzieć![12] Tak, tak, w... (tu wymienił jakiś dzień tygodnia, wydaje mi się, że czwartek) — kwadrans po trzeciej rano..." Teraz patrzał mi w oczy. Mam wrażenie, że widział, że tym razem mu się udało, że strzał był celny, bo się wyraźnie cieszył. Mnie się tymczasem zdawało, że mi ktoś wbija młotkiem w mózg takie słowa: "A więc oni nie żyją, a mordercą jest TEN!" I szybko, jak we śnie, mignęły mi postacie Renckiego, Dobrzanieckiego, Ostrowskiego i tylu innych. Widziałam zgasłą twarz pani Longchamps... pomyślałam o Wólce, o tym, jak tam prowadzono o świcie grupę osób, w tym jedną kobietę kulawą... Pani Ostrowska miała chorą nogę... A Krűger tymczasem mówił dalej, ciągle patrząc na mnie. "Tak, wtedy byłem we Lwowie krótko, z oddziałem gestapo, przydzielonym do Wehrmachtu". (Przypomniałam sobie Feldgestapo). "Poszliśmy zaraz dalej na wschód, później wróciłem tutaj".

Nie pamiętam dokładnie dalszego przebiegu rozmowy, bo mnie pochłaniała myśl o profesorach, wiem tylko, że w chwilę później zaczął znów krzyczeć, że mu stawiam opór, że mnie jednak ziarnie itd. Po dwóch godzinach mi powiedział, że muszę już być zmęczona, ale że mi nie proponuje, abym siadła, gdyż przypuszcza, że nie przyjęłabym tej uprzejmości i nie chce się narażać na odmowę. Wedle przepisu bowiem więzień stoi. "Siadłaby pani?" — "Oczywiście, że nie". — "Wiedziałem o tym. Pomimo to i pomimo traktowania, na jakie zasługują Polacy, z panią będę się obchodził inaczej" — tu się ukłonił — "ich werde Się ritterlich behandeln" — powiedział dobitnie. Na to słowo się wzdrygnęłam. W tym momencie dostał szału. Myślałam, że rozbije masywne biurko, przy którym siedział. Walił rękami i nogami i wył zupełnie jak zwierzę. "Co? Moją rycerskość pani odrzuca? Ja do pani przemówiłem jako oficer, a pani widzi we mnie gestapowca! Po prostu gestapowca pani we mnie widzi. Nieprawda?" — "Oczywiście" — odrzekłam. "A pani myśli, że gestapo nie ma honoru?" To ostatnie zdanie powtórzył kilkakrotnie, krzycząc coraz nieprzytomniej. "Ale ja pani mówię, że gestapo ma swój honor, wbrew temu wszystkiemu, co pani o nas myśli. A wie pani, co to jest za honor? Deine Ehre heisst Treue. Twojemu honorowi na imię wierność. Czy pani to rozumie? Gestapo ma swój honor. Deine Ehre heisst Treue. — Więc Pani odrzuca moją rycerskość?!" — "Przecież pan rozumie, że byłoby to dla mnie upokorzeniem". — "A więc czego pani chce?" — "Chcę być traktowana na równi z innymi Polakami". — "Dobrze!" Wstał, zadzwonił, kazał mnie wyprowadzić.

Wróciłam do celi. Przesłuchanie tym razem trwało dwie godziny i trzy kwadranse. Ale byłam zmęczona straszliwie; rzuciłam się na łóżko — zasnęłam. Gdy się obudziłam, pierwsza myśl, która doszła do mojej świadomości, była: Profesorów zamordował. Druga była inna, egoistyczna: Jeśli ci to powiedział, to ma zamiar z tobą zrobić to samo — to jasne. Gdyby cię chciał wypuścić po jakimś czasie, po "kuracji zastraszającej", lub nawet, gdyby cię chciał wysłać do Ravensbrűck, to by ci tego nie mógł powiedzieć. Trzeba się więc szykować na drogę. Od tej chwili zaczęłam to robić. Starałam się tak nastawić, aby mnie chwila odwołania zastała możliwie gotową. Ale miałam z tym — przez ten bardzo długi okres, który się tego dnia dla mnie zaczął — trudności prawie nie do pokonania. Nieomal zawsze, gdy już dochodziłam do pewnego stopnia wewnętrznego skupienia w modlitwie i oderwania od życia, coś we mnie zaczynało krzyczeć: "Nie zanudzaj Pana Boga. On wcale jeszcze na ciebie nie reflektuje. On całkiem czegoś innego chce od ciebie. Pilnuj się, aby ci się charakter nie rozlazł w tej niewoli, a nie wybieraj się na tamten świat, bo będziesz żyła". To przeczucie, powiedziałabym nawet — przeświadczenie, było tak silne, że zagłuszało wszelkie rozumowanie i ogromnie przeszkadzało w wewnętrznym oddaleniu się od świata.

Tymczasem rozpoczęłam żywot więzienny. Warunki początkowo miałam doskonałe. Byłyśmy we dwie, każda miała swoją pryczę, umywalka była czysta, okno duże. Towarzyszka zachowywała się przyzwoicie. Ponieważ miałam od pierwszej chwili podejrzenie (nigdy nie potwierdzone), że ma mnie ona szpiegować i pilnowałam się, więc nic mi z tej strony nie groziło. Jedzenie też było znośne: (rano i wieczór kawa zbożowa, w południe zupa z kartoflami czy z kaszą, kilka razy nawet z kawałkami mięsa i, co najważniejsze, pół bochenka chleba dziennie. Nie byłam więc głodna. Jedyną większą przykrością były wszy, rzecz dotąd mi nieznana i dziwnie dotkliwa, ale nie było ich zbyt wiele, miało się też możność walki z nimi. Miało się przede wszystkim czas i to była rzecz dla mnie zupełnie nowa. Nie tylko podczas wojny, ale i przez długie lata, które ją poprzedziły, życie moje tak się układało, że musiałam się zawsze spieszyć, by podołać choć w części zadaniom i postawionym celom. Krótki okres braku intensywnej pracy pod okupacją sowiecką dawno poszedł w zapomnienie wśród najróżniejszych zajęć i napięcia dwóch ostatnich lat, a od czasu pracy przy więzieniach życie moje stało się już tylko gonitwą bez tchu. A teraz nagle było zupełnie inaczej. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale ta nowość w pierwszych dniach po aresztowaniu, w dobrych stosunkowo warunkach, w jakich siedziałam, nie była mi przykra. Byłam ogromnie zmęczona i po raz pierwszy od wielu lat — odpoczywałam. Nie miałam obowiązków, nie musiałam się spieszyć. Wówczas też było raczej cicho w więzieniu. O rym, co się w rzeczywistości wokół mnie działo, nie wiedziałam początkowo nic. Starałam się drogą pośrednią dowiedzieć czegoś o stosunkach w więzieniu od mojej towarzyszki, ale ta za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na te tematy, zmieniała się na twarzy i milkła. Na słowo "Krűger" trzęsła się cała. Mówiła o nim tylko, że cudownie gra na fortepianie, szczególnie Beethovena... Nie mogąc się więc niczego dowiedzieć, zabrałam się do zajęcia bardzo w ostatnich latach zaniedbanego — do myślenia.

Z życia powszedniego, z pochłaniających mnie całkowicie zajęć codziennych gwałtownie wyrwana, przeszłam i pod tym względem to, co prawdopodobnie daje w pewnym stopniu nagła, ciężka choroba. Nigdy nie chorowałam i wiedziałam, że to jest duży brak w moim rozwoju wewnętrznym. Postanowiłam więc wykorzystać swą nową sytuację w kierunku zebrania sił, uczuć, myśli i woli. Ale rzeczywistość chwilami wracała i przybierała z czasem nawet na intensywności. Jedno było mi szczególnie bolesne. Dręczyła mnie świadomość, że nie za więziennictwo wpadłam, z czym się zawsze liczyłam, za tę ukochaną pracę, za którą byłam tak bez granic wdzięczna Panu Bogu. Wiedziałam doskonale, że gdyby w którymkolwiek z wiezień dwutorowość mojej roboty raz była wyszła lub gdyby się gestapo wreszcie zorientowało, o co chodzi, byłabym co najmniej tak samo aresztowana, ale wiedziałabym, że się sprzedałam bardzo drogo i czułabym się inaczej niż tu, gdzie powodem mojej prawdopodobnej śmierci będzie właściwie szermierka słowna ze zwyrodniałym katem. Z drugiej strony, powtarzając sobie treść obu przesłuchań, nie mogłam dostrzec ani jednej prowokacyjnej odpowiedzi z mojej strony. Przeciwnie, walczyłam cały czas z pokusą powiedzenia raz wszystkiego, co myślę, chociażby za cenę życia. Jest to zresztą objaw znany, że jest straszliwie trudno opanować się w czasie przesłuchania i nie wybuchnąć, raz jeden dać wyraz tym wszystkim nagromadzonym od lat uczuciom nienawiści, wstrętu i przede wszystkim — pogardy bez granic. Wielu Polaków w ten sposób — chcący czy niechcący — przyspieszyło sobie śmierć. Ponieważ tego nie zrobiłam, nie czułam się winna. Jednak myśl, że cała ta moja praca jest narażona, a może nawet jej dalszy rozwój uniemożliwiony (opieka nad więźniami w tej chwili obejmowała 27 000 osób), była bardzo ciężka. Dziękowałam tylko Bogu, że zdążyłam Dowódcę uwiadomić o pierwszym przesłuchaniu, tak że powód aresztowania był mu znany. Myśl o nim i o pracy była bardzo bolesna jeszcze z innego powodu. Przy drugim przesłuchaniu Krűger ze szczególną natarczywością znów pytał o pracę podziemną i powtarzał, że sobie nie może wyobrazić, że w niej nie brałam udziału. Mówił, że sprawa jest w badaniu. Wiedział, że miejscem mojego zamieszkania jest Kraków. Jeśli więc przyjdzie mu na myśl kazać zapytać o mnie tych sypiących z Montelupich, może być bieda, bo wtedy mógłby stosować narkozę, której zaczęłam się bać panicznie, bo wiedziałam, że Niemcy często stosują specjalny rodzaj narkozy, pod którym się odpowiada podobno najdokładniej na każde pytanie, bo wola jest wyłączona. Przeklinałam w owych dniach dwie rzeczy: dzielenie się niepotrzebnymi dla mojej pracy wiadomościami ze strony niejednego współpracownika oraz własną bardzo dobrą pamięć. O wiele za dużo wiedziałam, a to mnie gnębiło straszliwie.

 


[1] Muszę panią policyjnie przesłuchać.

[2] Pani duch mi się nie podoba; nie pasuje mi pani do mojego państwa.

[3] A więc, nareszcie!

[4] Notować!

[5] Od kiedy?

[6] Zegar wisiał na ścianie. (K.L)

[7] W życiu czegoś takiego nie słyszałem. Notować!.

[8] Może nie jest pani taka nierozgarnięta

[9] Zginął w Oświęcimiu (K.L.).

[10] Jest pani aresztowana.

[11] Życie nie jest najwyższym dobrem, ale wina jest największym złem.

[12] W ten sposób dowiedziałam się, że mam już wyrok śmierci (K.L.).

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.