Wspomnienia wojenne-6

W ostatnich dniach listopada byłam po raz drugi we Lwowie, tym razem w towarzystwie prezesa Ronikiera, dyrektora Seyfrieda* i prezesa Komitetu Pomocy Żydom, doktora Melcherta. Ten człowiek niezwykłej kultury duchowej i umysłowej, przede wszystkim zaś wielkiego serca i ogromnej odwagi, dokonywał cudów na tej straszliwej placówce. Miałam zaszczyt wejść z nim w kontakt już parę miesięcy wcześniej, proponując mu współpracę na terenie więzień. Komitety Żydowskie odtąd punktualnie i regularnie dostarczały nam prowiantów, a myśmy dożywiali Żydów w więzieniach. Byłam wdzięczna Dowódcy, że sprawę stawiał, gdy o to zapytałam, jasno od początku, i kazał robić wszystko co możliwe, by i Żydom przyjść z pomocą.

Tym razem we Lwowie trzeba się było zająć więzieniem przy ul. Łąckiego. Wiadomości stamtąd dochodziły nas straszne, choroby zakaźne, przede wszystkim tyfus, głód, śmiertelność olbrzymia.

Miałam jeden plan i jedną myśl. Niech się tutaj w tym jednym więzieniu, w tym moim mieście, spełni jedyne moje w tej chwili marzenie: trzeba urządzić dożywianie wspólne Polaków, Żydów, Ukraińców. Ci ostatni nie zaraz się godzili, rozpoczęliśmy więc robotę tylko polsko-żydowską, ale później przyłączyli się i Ukraińcy. Pracowaliśmy razem przez długi szereg miesięcy, co zawsze z najgłębszą wdzięcznością wobec wszystkich, którzy się do tego przyczynili, wspominać będę. Na pierwszym miejscu stoi świetlanej pamięci ks. Rękas*.

Tymczasem we Lwowie było i innej roboty dużo. Celem pobytu tutaj prezesa i dyrektora RGO było organizowanie RGO na całą Małopolskę Wschodnią i stworzenie mocnej placówki we Lwowie. Trwające nadal przygnębienie i apatia Iwowian (oraz niestety intrygi Ukraińców) utrudniały robotę na każdym kroku. Niemcy zezwalali na organizację, a potem poprzez Ukraińców przeszkadzali, jak mogli. Przychodzili też, jak "po tamtej stronie", ludzie błagający o interwencję. Na pierwsze miejsce wypłynęła oczywiście znów sprawa zaginionych profesorów. Prezes Ronikier przyjmował ich żony i matki i zbierał szczegółowe wiadomości, które oczywiście nie dawały właściwie nic. Przychodziła pani Longchamps, której w pierwszej chwili nie poznałam, bo pamiętałam pełną temperamentu i wesołości blondynkę, a przyszła cicha, siwa, starsza pani. "Takiej defilady jak ja, chyba na świecie nie odebrał nikt. Gdy ich wyprowadzali, stałam we drzwiach; szedł najpierw mąż, potem syn najstarszy, potem drugi, wreszcie trzeci. Wszyscy szli, patrząc na mnie". Spokój, z którym to mówiła, był prawie nie do wytrzymania. Przychodziły i inne. Wszystkie były na gestapo, wszystkie otrzymały tę samą odpowiedź, że tych aresztowań dokonał specjalny oddział Feldgestapo, który zaraz z wojskiem ruszył dalej na wschód i nie zostawił żadnych dokumentów. Wobec tego nikt nie może obecnie udzielić jakichkolwiek informacji. Profesorowej Nowickiej*, której również zabrano i męża, i syna, a która była z pochodzenia Niemką, powiedziano, że jeśli wyszła za Polaka, to powinna była potem się z nim rozwieść, a nie o niego się upominać. Tylko profesorowa Ostrowska i profesorowa Grekowa* nie przychodziły, znikły razem z meżami. Z tych dwóch najbardziej luksusowo urządzonych mieszkań zabrano wszystkich, nie tylko sublokatorów, ale nawet służące. Te ostatnie rano wypuszczono. Mieszkania natychmiast całkowicie ograbiono.

Wiadomości, które dochodziły z prowincji, były również ponure, szczególnie jeśli chodziło o nauczycielstwo. W samym Stanisławowie, zaraz po wyjściu Węgrów, którzy okupowali te okolice przez kilka miesięcy i uzyskali tam wielką popularność wśród Polaków, zaaresztowano 250 osób, właściwie całą inteligencję Stanisławowa, a raczej najbardziej wartościowe elementy z nauczycielstwa i wolnych zawodów. Od tego czasu wszelki słuch po tych ludziach zaginął. W Stanisławowie, jak referował prezesowi Ronikierowi delegat, w ogóle nic robić nie można, bo tam rządzi szef gestapo Krűger. Wtedy to po raz pierwszy padło to nazwisko w mojej obecności.

Nie tylko prowincja, ale i sam Lwów wówczas już zaczynał poznawać bliżej Niemców i orientować się w "naszych gościach". Dwa miesiące, które minęły od mego ostatniego pobytu, wiele pod tym względem przyniosły zmian. Nikt już nie mówił o europejskości okupacji, o uczciwości osobistej okupantów. Niezliczone anegdotki kursowały po Lwowie, m.in. jedna o oficerze, który ż meblami "swoimi" sprowadził się do mieszkania Iwowianki. Gdy się po paru tygodniach (znalazłszy locum lepsze) znów wyprowadzał, żołnierze wynosili też fotele klubowe właścicielki. "Przecież to są moje fotele" — powiedziała grzecznie ta ostatnia, przekonana, że zaszła omyłka. —,Ja, aber się passen gut zu meiner Garnitur" — oświadczył lokator. — "Wenigergut su Ihrer Offiziersehre"[1] — odpaliła Iwowianka. Kluby zostały.

Sprawa zaginionych profesorów, wiadomości hiobowe z więzienia na Łąckiego i z prowincji, wszystko to sprawiało, że Lwów już wiedział, że jeden okupant wart drugiego, albo raczej nie wiedział, który gorszy. Wówczas to Norwida Pieśń od ziemi naszej zaczęła kursować, wszyscy sobie przepisywali te tercyny, w których jeden z najbardziej myślących poetów polskich w paru słowach — raz na zawsze — ujął i wyraził charaktery sąsiadów naszych:

"Od wschodu — mądrość kłamstwa i ciemnota,

Karności harap lub samotrzask z złota,

Trąd, jad i brud.

Na zachód — kłamstwo wiedzy i błyskotność,

Formalizm prawdy — wnętrzna bezistotność,

A pycha pych!"

W tym czasie zrobiłam ciekawą wycieczkę poza granice GG. Krążyły wówczas uporczywie po Lwowie wiadomości o tym, że lwowianie uwięzieni przez bolszewików, a wywiezieni na wschód przed oddaniem Lwowa, znajdują się w obozie niemieckim dla ludności cywilnej, w okolicach Równego, gdzie są głodzeni aż do śmierci. Zwróciłam się więc do Prezesa z prośbą o pomoc u władz wojskowych, aby otrzymać pozwolenie na wyjazd do Równego. Znajomi dali mi długie spisy osób poszukiwanych oraz adres znanego im przed wojną lekarza społecznika w Równem, o którym jednak nikt nie wiedział, czy żyje. Koncept wydawał się szaleńczy, żeby Niemcy mieli Polce pozwolić wyjechać na Wołyń. A jednak jakoś pozwolili. Puściłam się więc w drogę. Pociąg wojskowy niemiecki w Brodach wyjechał z GG, pod wieczór dojechałam do Równego. Nie znałam tych stron Polski — jechałam więc z wielką ciekawością, choć pora roku nie sprzyjała wycieczce krajoznawczej. Z dworca poszłam do domu lekarza. Nie pamiętam niestety nazwiska tych ludzi, ale ich samych nie zapomnę nigdy. Przyjęli mnie jak człowieka bliskiego, który przybył do swoich. Była tam pani domu, miła, żywa i troskliwa, był lekarz małomówny, poważny, i jego osiemdziesięcioparoletnia matka, która nie mówiła prawie wcale. Myślałam, że jest głucha i dlatego nie bierze udziału w rozmowie. Uderzyła mnie tylko bystrość jej spojrzenia.

 

Zaczęli pytać, skąd, z czym przyjeżdżam. "Ze Lwowa? Aż z Krakowa! Jezus, Maria, niech pani opowie, co się tam dzieje!" Opowiedziałam trochę, słuchali z widocznym wzruszeniem, ciągle przerywali pytaniami, na które nie wiadomo było, jak odpowiadać, tak były niedostosowane do rzeczywistości, o której ci ludzie pojęcia nie mieli. "Czy pani wie, co to dla nas znaczy, że po raz pierwszy ktoś do nas przybył z serca Polski?" — zapytał nagle lekarz. — "Czy pani sobie potrafi w ogóle wyobrazić, czym to dla nas jest? My tu na Kresach jesteśmy od roku 1939 odcięci od reszty Rzeczypospolitej, najbliższych nam wywieźli, potem bolszewicy w ostatniej chwili urządzili masowe rozstrzeliwania, myśmy się jakoś uchowali, niektórzy wyszli cudem, jak ksiądz prałat, do którego strzelali Moskale, ale chybili, a ksiądz po paru godzinach wydobył się spod zwału trupów". "Trzeba go uwiadomić i innych także!" — zawołała pani domu i znikła w kuchni. Po chwili wróciła, mówiąc, że rozesłała gońców. Wkrótce zebrało się parę osób, spośród których pamiętam inteligentną, pełną wiary i polotu nauczycielkę gimnazjalną, starszych, trochę kwaśnych małżonków z ziemiaństwa i wreszcie młodego prałata, tryskającego zdrowiem i energią po swej makabrycznej przeprawie. Przyszedł w pasie fioletowym, a astronomiczna ilość guzików tego samego koloru na jego sutannie żywo przypominała mi Rzym i czasy zamierzchłe. Uroczysty jego strój wywołał zdziwienie. "Czy może być dla Równego większa uroczystość, jak przyjazd gościa z Krakowa?" — zapytał, witając się ze mną. Trzeba było zacząć od nowa opowiadanie. Wreszcie zaczęłam pytać ja. Chodziło mi przede wszystkim o obóz z więźniami cywilnymi, dla którego przyjechałam. Niestety niewiele się dowiedziałam. Jedno tylko było pewne, że taki obóz parę miesięcy temu był i że go zabrano — dokąd, tego nie wiedział nikt. Ogólna sytuacja Polaków na Wołyniu była zasadniczo odmienna niż w Generalnej Guberni. Prześladowania w prawdziwym tego słowa znaczeniu właściwie nie było, gdyż tam Polacy po ogromnych deportacjach bolszewickich nie stanowili już poważnego niebezpieczeństwa. Na razie więc traktowano ich tylko źle — nie dręczono. Żydów natomiast prześladowano w sposób dotąd niesłyszany, po prostu mordowano już wtedy masami. Jeden z nich, młody inteligent, ukrywał się w domu moich gospodarzy. Po raz pierwszy wówczas spotkałam się z masowym tępieniem Żydów i wrzucaniem rannych, zemdlonych i trupów do wspólnej jamy. Gospodarze opowiadali o tych wypadkach najświeższych ze zgrozą, szczególnie że mieli dość dokładne dane i z innych miejscowości Wołynia. Twierdzili zarazem, że podobno na Ukrainie, w samym Kijowie i innych miastach, jest jeszcze gorzej.

Na drugi dzień rano powędrowałam do komendy wojskowej. Po dłuższych staraniach dostałam się do generała — jowialnego, bardzo austriackiego starszego pana, który mnie przyjął z wielką uprzejmością. Wysłuchał mnie uważnie, zamyślił się, posmutniał, po czym sprowadził szereg adiutantów i referentów. Wynikiem całej konferencji było stwierdzenie faktu, że więźniowie polityczni, przywiezieni przez Rosjan pod Równe, znajdowali się tam w obozie, gdzie ich zastały wojska niemieckie. Po jakimś czasie, gdy front się już przesunął daleko na wschód, więźniowie ci zostali przekazani przez wojsko władzom gestapo. Zapytałam, co Niemcom zawinili ci ludzie, którzy zostali zaaresztowani przez Moskali, dlaczego się nimi zajęło gestapo. Na to zapytanie nie otrzymałam odpowiedzi, generał tylko patrzał na mnie bardzo długo, wśród ogólnej ciszy, która nagle zapanowała w pokoju. "Wobec takiego stanu rzeczy muszę się zatem dostać do władz gestapo, aby się zapytać o tych ludzi" — odezwałam się znowu. "Tak, a ja pani w tym pomogę" — odpowiedział generał. Kazał swoim oficerom przynieść mapy Ukrainy i wskazał mi na nich trzy miejscowości, gdzie się znajdowały obozy cywilne.

Kazał spisać o tym notatkę i wręczył mi ją. Wreszcie zapytał, czy jestem gotowa jechać jutro do Kijowa. Zgodziłam się oczywiście z entuzjazmem. Trudno było o bardziej kuszącą propozycję. Prosił mnie, abym za dwie godziny wróciła do niego. Wyszłam. Była niedziela. Poszłam do kościoła i trafiłam na sumę. Kościół nabity i rozśpiewany świadczył jednak o dużej jeszcze wówczas ilości Polaków w Równem. Po mszy wróciłam do generała. Powiedział mi, że za chwilę przyjdzie oficer SS, z którym mój wyjazd ma być ustalony, ponieważ tam, w Kijowie, mam być u generała SS doktora Thomasa, najwyższej tego rodzaju władzy w tym kraju. Po chwili wszedł bardzo wysoki i bardzo pruski oficer SS, który się chłodno przywitał z generałem. Ten ostatni przedstawił moją sprawę i oświadczył, że jadę jutro rano jego samochodem do Kijowa. Gestapowiec jeszcze wyrósł na swoim krześle i odpowiedział bardzo charczącą niemczyzną, że jest rzeczą wykluczoną, aby "osoba cywilna" jechała do Kijowa. "Pojedzie, bo chcę, aby osobiście przedstawiła swą sprawę generałowi Thomasowi. Wystawię jej odpowiednie papiery, proszę tylko uwiadomić swojąwładzę w Kijowie o jej przyjeździe jutro w południe. O nocleg starać się będą władze wojskowe".

Popołudnie spędziłam znów wśród swoich, wieczorem zaś przyszła wiadomość od generała, że do Kijowa nie jadę, ponieważ generał SS Thomas jutro przypadkiem będzie w Równem. Byłam wściekła i bezradna. Thomas przyjął mnie koło południa. Przedstawiłam mu sprawę w obecności dwóch czy trzech innych gestapowców. Powiedziałam (jak mi poradził generał), że wiem od władz wojskowych, że w tych miejscowościach wymienionych w notatce są obozy cywilne itd. Thomas słuchał w milczeniu. Nagle zapytał: "Jak się pani tu dostała?" — "Otrzymałam pozwolenie od generała Rotkircha ze Lwowa". — "Proszę pokazać". Gdy wyciągnęłam papierek, Thomas kazał komuś ze świty go przepisać. Następnie oświadczył, że mi nie może dać natychmiastowej odpowiedzi, że musi zasięgnąć dokładnych informacji i powiadomi prezesa RGO. Wiedziałam, że sprawa, w której zresztą od początku nie pokładałam wiele nadziei, jest przegrana. Poszłam na wieczór do przyjaciół, gdzie zastałam trochę listów do Lwowa i Krakowa. Zegnaliśmy się ze szczerym żalem. Stary doktor twierdził, że tej mojej wizyty nikt z nich do śmierci nie zapomni. Staruszka matka ciągle siedziała i patrzyła. Wreszcie w ostatniej chwili synowa się do niej zwróciła: "No, niechże mama powie, co o tym wszystkim myśli". Staruszka tylko machnęła ręką i odezwała się po raz pierwszy: "To nic nowego, zawsze były te kłopoty. Pamiętam dobrze, że w sześćdziesiątym trzecim też nie było lepiej, miałam wtedy dziewięć lat".

Wcześnie rano poszłam na dworzec. Czekając na pociąg, stwierdziłam, że mam opiekuna; gestapowiec w mundurze, którego już w przeddzień spotykałam, również czekał na pociąg. Pojechaliśmy. Opiekun przy każdej stacji spacerował pod oknem mego przedziału. Pokazywałam mu się w oknie stale, żeby się mną nie niepokoił.

Wreszcie gdyśmy minęli "granicę" koto Brodów, wlazł do mnie. Zażądał notatki generała, którą oczywiście dawno umiałam na pamięć. Kategorycznie zażądałam w zamian pokwitowania odbioru notatki, ponieważ ją wiozę służbowo. Trzymał ją jedną ręką, drugą złapał się za głowę, pomrukując: "Wie konnte nurder Herr General..."[2]), ale pokwitowanie dał. Na drugi dzień zaniosłam je do gen. Rotkircha we Lwowie, bo uważałam, że szkoda tracić okazję rozzłoszczenia jednego Niemca na drugiego. Rotkirch był zabawnie przerażony i ogromnie dziękował za uprzedzenie go.

Cała sprawa miała jeszcze epilog w Krakowie, gdzie gestapo przesłuchało prezesa Ronikiera i groziło moim aresztowaniem za to, że prezes Ronikier wziął pozwolenie od wojska na mój wyjazd do Równego.

W pierwszych dniach grudnia wróciłam do Krakowa. Tam trzeba było, poza więzieniem na Montelupich, zająć się więzieniem św. Michała, karniakami, ponieważ zależało mi na udowodnieniu Niemcom, że rzeczywiście dożywiamy wszelkiego rodzaju więźniów. Było zresztą z tym sporo trudności w samym społeczeństwie. Nieraz mi zarzucano, że dożywiam złodziei, podczas gdy dzieci są głodne. W Radomiu na przykład te trudności były tak duże, że mogłam dożywiać więźniów tylko konspiracyjnie. Nie wszyscy rozumieli, że dla więźniów politycznych innego ratunku nie było, jak potraktować ich na równi ze złodziejami.

Miałam jeszcze i inne trudności. Moje stałe wizyty na gestapo żywo komentowano, wreszcie władze były kilkakrotnie ostrzegane przede mną, tak że się musiałam zwrócić do Dowódcy z prośbą o oczyszczenie mojego nazwiska po wojnie w razie mojej śmierci... Jak łatwo stracić dobre imię — dowiedziałam się wówczas o tym po raz pierwszy.

Przed Bożym Narodzeniem wypadła mi znów "tura na Pińczów". Nauczona doświadczeniem i tym razem obarczona jeszcze bielizną i ciepłą garderobą dla więźniarek, zdobyłam ciężarówkę PCK, ledwie się na kołach trzymającą, ale jednak jeszcze jadącą i wyruszyłam w południe dnia przedwigilijnego. Samochód kilkakrotnie się psuł, wreszcie, gdy już ciemniało, stanął w jakimś miasteczku. Kierowca mi powiedział, że tym razem naprawa potrwa przynajmniej półtorej godziny, i radził pójść do restauracyjki, żeby się rozgrzać. Wysiadłam na kwadratowym typowym rynku i zapytałam, gdzie jesteśmy. "W Wodzisławiu" — odpowiedział przechodzień. Jezus, Maria — w Wodzisławiu! Toż moja rodzina tu siedzi od wieków[3], a przodkowie leżą pod kościołem! Trzeba tam dobrnąć. Było dość ciemno, wicher bił w oczy mokrą śnieżycą. Z trudem przeszłam krótką drogę. Stanęłam przed portalem, nad którym mnie witał energiczny nasz herb Zadora, lew ogniem ziejący. Kościół był otwarty, dekorowali go choinkami. Po chwili wyszli, zostałam sama. Stanęłam przed czarnym marmurowym pomnikiem grobowym Macieja, wojewody bracławskiego, pradziadka mego ojca[4]. Czytałam, jakby po raz pierwszy, długi, łaciński napis, chwalący zasługi zmarłego, który odszedł, złamany upadkiem Ojczyzny. Czytałam z rosnącym napięciem. Ten znany mi napis, podobny do tylu innych mu współczesnych, dziś nabierał dla mnie, dalekiego wnuka, przejmującej aktualności. W okresie ponownego upadku Ojczyzny byłam żołnierzem i znalazłam się tutaj w drodze służbowej. Przez chwilę nie mogłam dać sobie rady ze świadomością, dla mnie w tej chwili jakby nową, tej bezprzykładnej kontynuacji tragedii naszej. Wreszcie się otrząsnęłam i wróciłam do samochodu. W godzinę czy dwie później mało nie złożyłam swych kości na wieczny spoczynek w pobliżu kości przodków, bo złamała nam się oś samochodu. Wyszliśmy jednak cało, oś powiązaliśmy drutem i pojechaliśmy dalej. Przed północą zbudziłam przyjaciela w Pińczowie, oddałam mu wszystko, co przywiozłam, odebrałam relacje o ostatnim okresie jego doskonalej pracy, pokazał mi grypsy potwierdzające odbiór pieluszek i prowiantów, a rano byłam znów w Krakowie. Tego samego jeszcze dnia pobyt w Wodzisławiu wspominałam j akby j akąś nierealną sytuację kinową, chyba po prostu jako kicz, a jednak była to tylko prosta rzeczywistość. Wigilię spędziłam, chodząc po różnych domach, gdzie kogoś brakowało..., a sylwestra wśród przyjaciół we Lwowie.

Tym razem dotarłam aż do Stanisławowa. Pamiętam, że mróz był tego dnia ostry, minus 27 stopni. Siedzieliśmy w wagonie we Lwowie na dworcu cztery czy pięć godzin, potem jechaliśmy sześć czy siedem godzin. Gdy o jedenastej w nocy wysiadłam w Stanisławowie, czułam się jak zamrożony zając. Po dłuższej wędrówce przez nieoświetlone oczywiście miasto dotarłam do fantastycznego "hotelu", w którym doczekałam się rana. W Komitecie zastałam dziwny nastrój. Wszyscy tam mówili cicho i patrzyli przy tym na drzwi. Pytałam, o co chodzi. Powiedziano mi, że nie można mówić normalnie, bo ludzie Krűgera są wszędzie. Powtórzono mi wówczas w formie bardziej obszernej całą sprawę zniknięcia owych 250 osób z inteligencji Stanisławowa, których zabrał Krűger, gdy tylko objął "rządy" w Stanisławowie. Była to dosłownie cała elita tego miasta, przede wszystkim nauczyciele szkół średnich i powszechnych, ale i wszelkie wolne zawody. Było tam sporo inżynierów i adwokatów. Był znany bardzo dyrektor szpitala, chirurg dr Jan Kochaj. Rozmawiałam z jego żoną, która mi przyniosła listy dziękczynne lotników niemieckich, którym jej mąż uratował życie, narażając własne, bo ich operował w sowieckim jeszcze Stanisławowie, gdzie ich zestrzelono. Przyszło nawet na skutek meldunku tychże lotników podziękowanie dla doktora Kochają z Reichsluftfahrtministerium, podpisane przez Goeringa, ale dr Kochaj był już wówczas aresztowany. Zapytałam, czy ów dokument znajduje się w rękach żony. Odpowiedziała, że znikł w biurach niemieckich, dokąd został zaniesiony dla poparcia interwencji o zwolnienie. Od czasu tego aresztowania masowego znikali nadal Polacy, pojedynczo lub w większych grupach. Pytałam, czy więzienie jest duże i czy wywożą stamtąd transporty do Rzeszy. Powiedziano mi, że nic nie wiadomo o wywozach i że więzienie jest obszerne, składa się z dwóch gmachów sąsiadujących ze sobą, zwiezienia pod zarządem władz sprawiedliwości i z więzienia gestapo. Tym ostatnim zarządza sam Krűger, pierwszym — prokurator Rotter, od którego postanowiłam zacząć, ponieważ mi powiedziano, że nie jest wrogo do Polaków nastawiony.

Poszłam. Przyjął mnie człowiek może czterdziestoletni, raczej niski. Wyszedł na moje spotkanie, strasznie dużo mówił i z przesadną grzecznością zaprowadził do gabinetu. Szedł krokiem chwiejnym. Był pijany. Przedstawiłam mu sprawę, z która przyszłam. Słuchał, widziałam, że pomimo swego stanu dobrze rozumie. Gdy skończyłam, odpowiedział, że akcja mnie powierzona jest mu znana, że nie miałby nic przeciwko prowadzeniu jej wwiezieniu, które mu podlega, ale że w tym więzieniu nie ma Polaków. Tu sam sobie przerwał: "Bardzo panią przepraszam za stan, w którym mnie pani zastała. Pewnie pani już o mnie opowiadali jako o pijanym prokuratorze. Rzeczywiście, znów za dużo wódki wypiłem, ale wiem, co mówię. Ja Polaków nie zamykam. Przyjechałem tu z Rzeszy jako wasz wróg, nauczyłem się tutaj was szanować, więzienie swoje rezerwuję dla Ukraińców. Jest tam zresztą paru, bardzo nielicznych Polaków-przestępców". — "Więc wszyscy więźniowie polityczni są w tamtym więzieniu?" — zapytałam. "Jacy wszyscy, co to znaczy wszyscy?" — pytał z rosnącym podnieceniem. "Ci wszyscy, których tutaj aresztowano od początku, od wkroczenia Niemców, przede wszystkim owych 250 osób, nauczycieli, inżynierów, lekarzy, których zabrano natychmiast, a potem długi szereg tych, którzy po nich nastąpili". — "Sporo więźniów tam zapewne Krűger ma, ale wątpię, czy się zgodzi na dożywianie". Czułam, że prokurator nie mówi wszystkiego, co myśli, i że ze względu na silne zamroczenie można wyciągnąć więcej. "Tam musi być ogromne więzienie, przecież zaaresztował wieleset Polaków" — ciągnęłam dalej. Milczenie. "Tam jest mało ludzi" — odrzekł wreszcie szczerze. "Pytam więc pana, panie prokuratorze, gdzie jest reszta, gdzie jest cała inteligencja Stanisławowa?" — powiedziałam głośno. Prokurator wstał, oparł się o fotel, pochylił się ku mnie przez poręcz. Chwila ciszy. „Die sindalle langst tot![5] — wrzasnął nagle. — Tot, ja tot!" — ciągle powtarzał, gdy milczalam. „Krűger hat się erschossen, vor ich kam, ohne Recht, ohne Gericht. Wissen Się, was das fur einen Staatsanwalt ist?[6] Może pani pójść do niego, to wszystko mu powiedzieć, mnie już obojętne, co mi zrobią". Wreszcie usiadł z powrotem, zapanowała głucha cisza po tych jego krzykach. Po chwili powiedziałam, że muszę się dostać do Krűgera i starać się o zaprowadzenie dożywiania dla tych, którzy tam obecnie są. "Pójdę z panią do niego, inaczej się pani do niego nie dostanie".

Zatelefonował w mojej obecności i zapytał Krűgera, czy może przyjść ze mną. Zamówił u niego wódkę, aby — jak mówił — wypić we trójkę. Odłożył słuchawkę. "Zgodził się. Idziemy". Gdy wychodziłam, jego zastępca o polskim nazwisku podał mi futro i szepnął mi przy tym szybko do ucha: "On jest wprawdzie pijany, ale to, co powiedział, jest prawdą. Słuchałem z drugiego pokoju". Wyszliśmy na mróz. Rotter otrzeźwiał. Idąc, patrzał na mnie i zaczął mówić zupełnie spokojnie, że się nie dziwi, jeśli jestem wstrząśnięta tym, co mi powiedział. Nie odpowiedziałam. Dochodziliśmy do drugiego gmachu na ul. Bilińskiego, obecnie Strasse der Polizei czy Strasse der SS (nie pamiętam). Przy wejściu puszczono nas bez trudu. Weszliśmy na górę. Tam w przedpokoju pracowała maszynistka. Siedliśmy na obitych malinowym adamaszkiem krzesłach. Po chwili otworzono nam drzwi. Weszłam pierwsza, za mną prokurator. Z drugiej strony dużego podłużnego pokoju zza biurka wstał człowiek bardzo wysoki, raczej otyły, młody, lat miał może trzydzieści dwa lub trzy, o włosach bardzo jasnych. Miał usta bardzo duże, silnie naprzód wysunięte, wargi grube, szczękę masywną. Ta dolna część twarzy była bardziej akcentowana od górnej, od wybitnie bladych, wypukłych, jasnostalowych oczu patrzących przez okulary bez oprawy. Kazał nam usiąść na fotelach. Prokurator mu wytłumaczył, z czym przyjechałam. Krűger przejrzał moje papiery uważnie, potem popatrzył na mnie jeszcze uważniej, lekko przymrużając niesamowite, blade oczy. Patrzyłam i ja, możliwie spokojnie. Ale dziwnie trudno mi było tym razem zachowywać się obojętnie i ukryć prawie żywiołowy wstręt, jaki mnie ogarnął przy wejściu. Przecież dopiero parę minut wcześniej dowiedziałam się, kim jest ten człowiek, a zaraz potem musiałam normalnie z nim mówić. Było ciężko. Wreszcie się odezwał, mówiąc krótko, że ponieważ nie sposób rozgraniczyć więźniów polskich, ukraińskich czy żydowskich, osobnego dożywiania Polaków być nie może. Odpowiedziałam, że może być dożywianie wspólne, jak we Lwowie. Oświadczył, już bez podania powodu, że to nie jest możliwe. Zezwolił jedynie na przysłanie koców, grzebieni, szczotek do zębów itd. Było to pierwsze i jedyne więzienie, do którego dożywianie RGO pomimo naszych starań nigdy nie dotarło.

Wyszliśmy, pożegnałam się z prokuratorem i zostałam sama. Było już ciemno, przeszłam się przez miasto, ochłonęłam na mrozie i wróciłam do Komitetu. Noc spędziłam już nie w hotelu, tylko u bardzo gościnnej działaczki społecznej, która siedem swoich odznaczeń ukryła przed okupantami, zaszywając je w kołdrę, którą mnie nakryła. Przed spaniem zaś kazała mi wymacać ordery, opowiadając zarazem szczegółowo, przyjakich okazjach je otrzymała. Na mnie to opowiadanie działało kojąco. Zrozumiałam, że słabostki ludzkie się nie zmieniają pomimo ogromu wydarzeń, które przeżywamy.

Następnego dnia pojechałam do Kołomyi. Tam sprawa więzienia poszła zupełnie gładko; wróciłam wieczorem do Stanisławowa, stamtąd na drugi dzień wyprawiłam się do Stryja, gdzie wylądowałam po wielogodzinnej jeździe, późnym popołudniem. Tamtejszy Komitet umieścił mnie w klasztorze, gdzie mi dano ciepłą strawę, ciepły pokoik i ciepłą wodę do mycia. Gdy się położyłam, nie mogłam spać. Wrażenia dni ostatnich i coś innego jeszcze, o czym nie wiedziałam, że żyje we mnie, ciągle mnie budziły. W Stryju byłam w życiu często, ale za poprzedniego wcielenia. Leżałam więc teraz w ciemności i powtarzałam sobie, że jestem w Stryju, o 40 km od Rozdołu, od domu rodzinnego, od miejsca, w którym spędziłam najpiękniejsze chwile dzieciństwa.

Na drugi dzień rano załatwiłam sprawę więzienia w Stryju, prawie bez trudności. Następne posiedzenie Komitetu wykazało, tak samo jak w Kołomyi i w Stanisławowie, ogromne trudności aprowizacyjne spowodowane w dużej części niestety przez Ukraińców. Skarżono się na szczególnie trudne stosunki w mniejszych ośrodkach w okolicy, że tworzenie delegatur idzie bardzo powoli. Zapytałam, czy już założono delegaturę w Rozdole. Odpowiedziano, że ma tam być w najbliższych dniach sekretarz Komitetu. Zaproponowałam, czyby nie pojechał jutro, moglibyśmy być w Rozdole razem, co może sprawę ułatwić. Propozycja została przyjęta. Nazajutrz raniutko wyjechaliśmy ze Stryja. W Mikołajowie, na trasie Stryj-Lwów, gdzie wysiadałam w życiu niezliczone razy, wysiadłam i teraz. Dalsze 12 km odbyliśmy częściowo na saniach z drewnem, częściowo na własnych nogach. Po drodze mój towarzysz ześlizgnął się z sani w śnieg, co zauważyłam dopiero po chwili. Z trudem namówiłam chłopa, by na niego poczekał. Jechałam jak we śnie. Nie zmieniło się tu nic. Chałupy, kopuły cerkwi i miękkie linie zalesionych wzgórz po lewej, a wielka, śniegiem pokryta równina Dniestru po prawej stronie, a za nią daleko, ledwie dostrzegalny łańcuch Karpat. Tak jechaliśmy, siedząc na pniu wykarczowanym. Wreszcie Rozdół. Zsiedliśmy, poszliśmy do oo. karmelitów. Przyjął nas nieznany mi ksiądz. Zapytałam o o. Bolesława[7]. Otrzymałam odpowiedź wymijającą: „Wyjechał". Gdy powiedziałam swoje nazwisko, ksiądz się uśmiechnął. "O. Bolesław tu nie mógł wytrzymać, przecież pani go znała. Mówił, że mu sama świadomość, że istnieje Armia Polska, a on siedzi tutaj, żyć nie daje; wreszcie poszedł... tamtędy..." Tu ksiądz wskazał ręką w kierunku dalekich Karpat.

Umówiliśmy się, że posiedzenie w celu założenia delegatury RGO odbędzie się o trzeciej, miałam więc trochę czasu. Poszłam odwiedzić dom rodzinny. Po drodze spotkałam Żydówkę, która na mój widok stanęła jak wryta. "Ja chce wiedżecz, czy ja poznaje, czy ja nie poznaje?" — "Kogo?" — zapytałam. "Nu, Lanckorońska!" — "Tak jest". — "No, to już najgorsze się skończyło, to już wszystko dobrze" — i poszła dalej, pełna nieuzasadnionego optymizmu.

Tymczasem stanęłam przed bramą. Była uchylona, weszłam do parku. Wjazd był pokryty gęstą warstwą śniegu, tylko środkiem szła wąska ścieżka ze świeżymi śladami stóp. "Widocznie tu ktoś mieszka" — pomyślałam. Szłam więc w górę ku pałacowi, który stał na wzgórzu pokryty śniegiem, duży, martwy. Wtem z tamtej strony ktoś zaczął schodzić tą samą ścieżką. Serce mi zabiło — Jan, stary furman! Stanęłam więc i czekałam. Jan szedł, patrząc przed siebie na ziemię, w złym humorze, jak zawsze. Nagle, gdy już był zupełnie blisko, ciągle patrząc w ziemię, zobaczył na tejże ziemi moje nogi. Gniewnie podniósł starą, jak pieczone jabłko pomarszczoną twarz, widocznie oburzony, że ktoś śmiał wtargnąć do jego domeny. Ale w tej samej chwili rozległ się jego okrzyk: "Jezus, Maria!" Rzucił się na mnie. Starałam się opanować jego wzruszenie, by się sama nie rozkleić. Nie było to zbyt trudne, bo Jan nagle odwrócił się ode mnie plecami i zaczął ku mojemu osłupieniu kłusem pod górę uciekać, w kierunku skąd przyszedł. Krzyczał przy tym wniebogłosy: "Chodźcie! Halo! Prędko, prędzej!!!" Na te krzyki, które się tak niespodziewanie rozległy po tym wielkim, głuchym parku przeszłości, pokazał się stary służący, jego żona i synowie, wszyscy biegli przerażeni, pewni, że furman został napadnięty. Po chwili przyszedł jeszcze stary ogrodnik, który mnie znał dzieckiem.

Służący z żoną zaprosili mnie na obiad. Podczas przygotowywania obiadu przemaszerowaliśmy przez cały ten wielki, pusty dom, którego pokoje wydawały się jeszcze większe i liczniejsze w swej martwocie. Prawie całe zabytkowe urządzenie wywieźli bolszewicy[8]. Co zostało, zabrali Niemcy. Tylko gdzieniegdzie jeszcze stała barokowa szafa na trzech nogach, a zza niej wyglądał jakiś antenat podgolony, przebity bolszewickim czy niemieckim bagnetem. Dalej wisiał krzywo na ścianie sztych — Wjazd Ossolińskiego do Rzymu, jedyny już z serii, pod nim jakaś kanapa bez obicia. Łazienki były skasowane, bo bolszewicy, urządzając tu dom wypoczynkowy, znieśli łazienki jako ślady burżujstwa i urządzili jadalnię w kaplicy.

Słuchałam wszystkich opowiadań i rozglądałam się z wewnętrznym oddaleniem, które mnie samą dziwiło. Tylko ci starzy ludzie jeszcze mnie obchodzili, wszystko inne było tak dziwnie już odległe. Wielka odpowiedzialność, jaka spoczywała na mnie w tej chwili, uczyniła mnie prawie obojętną na wszystko, co osobiste. Chodząc po pokojach rodzinnego domu, byłam myślą daleko, w tych więzieniach, które wówczas wypełniały mi życie po brzegi. Dopiero gdy wyszłam do parku i popatrzyłam na figury i wazony renesansowe przywiezione z Włoch przez mego ojca, które spod wielkich spiczastych czapek śnieżnych świadczyły o kulturze artystycznej, która tu niegdyś panowała, i widziałam przede wszystkim, że wielowiekowe drzewa stoją nienaruszone, miałam wrażenie, że i one się ze mną witają w tej chwili, że pamiętają, jak się po nich wdrapywałam, jak im deklamowałam Odę i że w ich cieniu składałam przysięgi młodości, i ogarnęła mnie ogromna wdzięczność wobec Stwórcy i Życia, że mi dane było nie sprzeniewierzyć się tym przysięgom... Kazano mi iść na obiad. Gdy weszłam do pokoju tych poczciwych ludzi — osłupiałam. Na środku, na stole nakrytym śnieżnym adamaszkowym obrusem, o wiele za dużym na ten mały stół, stał talerz z niebieskiej porcelany, na której całe życie jadłam, oraz dobrze mi znane srebrne noże i widelce. Służący się tłumaczył poważnie, że muszę wybaczyć, że nie ma nożyka do masła, bo go jego żona tak świetnie schowała, że go w tej chwili zdenerwowania znaleźć nie może, ale że na przyszły raz na pewno już będzie. Słuchałam i przecierałam oczy. Miałam ochotę krzyknąć: "Ależ to przecie już dawno przeminęło z wiatrem!", ale zdawało mi się, że trzeba uszanować uczucia ludzi, których podtrzymuje na duchu fikcyjna kontynuacja przeszłości.

Posiedzenie, które się odbyło u księdza bezpośrednio potem, było dla mnie równie wzruszające pod względem osobistym, bo było na nim paru dawnych przyjaciół i współpracowników, szczególnie z nauczycielstwa. Pod względem rzeczowym wykazało przerażające wprost trudności aprowizacyjne, a raczej po prostu głód, który cierpiała w tych stronach ludność polska. Przeszkody, z jakimi tam musiała walczyć każda akcja pomocy, były dziesięciokrotnie wieksze niż na zachodzie. Ogólny stan żywnościowy, który właściwie paraliżował wszelką akcję w tzw. Galicji, połączony z trudnościami wynikającymi ze specyficznych w naszych stronach stosunków narodowościowych sprawiał, że praca RGO była tam cięższa niż gdziekolwiek. Złożyłam o tym relację w Krakowie.

W miesiąc potem, pod koniec lutego, po ponownym objeździe więzień, wyruszyłam raz jeszcze na wschód, tym razem w towarzystwie dyrektora Seyfrieda. Dotarliśmy między innymi i do Stanisławowa, dokąd zawiozłam koce i grzebienie oraz bieliznę, na które to jedynie przedmioty zezwolił Krűger. Dyrektor był stanem akcji pomocy i trudnościami w Stanisławowie przerażony. Uważał, że miejscowymi siłami trudno będzie ten problem rozwiązać, szczególnie że Krűger zaaresztował kilka osób, gdy gestapo zostało zapytane o zgodę na utworzenie Komitetu. W tej sytuacji dyrektor Seyfried zaproponował mi, abym się na parę tygodni przeniosła do Stanisławowa jako tymczasowy komisarz na cały dystrykt. Zadanie ogromnie trudne, ale propozycja była niesłychanie kusząca. Miałam tylko jedno najważniejsze zastrzeżenie: co będzie z opieką nad więźniami? Dyrektor oświadczył, że ta sprawa teraz już nie wymaga mojej ciągłej obecności na zachodzie, ponieważ organizacja działa już beze mnie i mogę przez parę tygodni zająć się czymś innym. Martwiła mnie sprawa opieki więziennej i przede wszystkim fakt, że Dowódca będzie niezadowolony, że przez parę tygodni zaniedbam główne swe zadanie. Ale na to wpływu nie miałam, ponieważ dyrektor Seyfried o mojej przynależności do wojska nie mógł wiedzieć. Z drugiej strony, straszliwie trudne zadanie — walka o ratowanie ludności polskiej 17 powiatów ojczystych, wschodnich stron — było niezmiernie pociągające. Poszliśmy więc razem z Dyrektorem do Krűgera, który udzielił zgody na moją nominację oraz na przesłanie na jego ręce owych koców, grzebieni itd. dla więzienia. Po objeździe kilku innych miast Distrikt Galizien — Stryja, Sambora, Drohobycza, gdzie sprawa więzienna została wszędzie załatwiona bez trudności, wróciliśmy do Krakowa.

 

 


[1] Tak, ale pasują do moich mebli. Mniej do pańskiego honoru oficera.

[2] Jak pan generał mógt...

[3] Wodzisław był tym majątkiem ziemskim w Polsce, który najdłużej był w ręku jednego rodu, 1370-1945 (K.L.)

[4] Twórcą tego pomnika był Antonio Canova, który wówczas pracował w Wiedniu. Widocznie syn zmarłego, Antoni Lanckoroński, zamówił u niego ten piękny pomnik i przewiózł do Wodzisławia (K.L.).

[5] Wszyscy od dawna nie żyją!

[6] Kruger ich rozstrzelał, zanim przyjechałem, bezprawnie, bez sądu. Wie pani, co to znaczy dla prokuratora?

[7] Ksiądz Augustyn Huczyński (w zakonie o. Bolesław), kapelan wojskowy 2. Korpusu, spoczywa dziś na cmentarzu poległych na Monte Cassino.

[8] Część obrazów i zabytkowych przedmiotów znalazła się w Muzeum w Drohobyczu, w Stryju oraz w Lwowskiej Galerii Obrazów.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.