Wspomnienia wojenne-5

Lżej chorzy jeszcze czekali na korytarzu, aż nareszcie ich Niemcy wieczorem zabrali. Umieszczenie dla nich znaleźli, rekwirując po prostu ostatnią placówkę szpitalną PCK, świeżo urządzony, jeszcze niewykończony szpital na Prądniku Czerwonym. Tam, do zupełnie nieogrzanego domu, bez światła, wysłali wszystkich gruźlików, którzy mogli stać jeszcze na nogach. Dotarłyśmy do nich z kotłami gorącej zupy, za pomocą ciężarówek niemieckich, którym oświadczyłyśmy głosem rozkazującym, że nas muszą natychmiast tam zawieźć. Wiedziałyśmy bowiem, że gdybyśmy poprosiły, Niemcy odmówiliby natychmiast. — Rezultat był świetny, zaczekali nawet na nas przed szpitalem i odwieźli z pustymi kotłami. Dwujęzyczność mojego wychowania oddała mi w owej chwili znaczną przysługę.

Na Prądniku był jeszcze i kłopot inny. Sporo żołnierzy względnie zdrowszych, ludzi prostych, reagowało na to wszystko, po prostu śpiewając bez przerwy patriotyczne pieśni, co było surowo zakazane, przede wszystkim Boże, coś Polskę. Trzeba im było wytłumaczyć, że się narażają bez korzyści dla sprawy. Słuchali niechętnie, wreszcie oświadczyli, że w niedzielę na nabożeństwie "będą grzeczni". Podczas mszy świętej rzeczywiście śpiewali same pieśni religijne. Za to po mszy zerwali się na równe nogi, jak jeden mąż — stanęli na baczność — nikt nie wątpił, co nastąpi... wtem... Serdeczna Matko... Przynajmniej co do melodii postawili na swoim.

Wreszcie i ci wyjechali. Na dworcu jeszcze była jedna bieda. Byliśmy gęsto obstawieni Niemcami, którzy nie spuszczali z nas oczu. Gdy już wszystkich załadowano, kilku względnie zdrowych wyskoczyło z wagonu i stanęło przede mną w zwartej grupie, przy tym najstarszy z nich bardzo głośno oświadczył: "Podoficerowie i żołnierze Armii Polskiej składają Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi oraz siostrze gorące podziękowanie i mają nadzieję, że się wkrótce przy lepszej jeszcze robocie znów zobaczymy".

Po ich wyjeździe mogłam znów stale przebywać u Jezuitów, gdzie do tego czasu dochodziłam tylko wieczorami, wracając z Prądnika. Robotę tam wówczas prowadziła Renia. Ja się tam spieszyłam ze szczególnego powodu. Czekał na mnie przyjaciel. Ludzie odchodzący, szczególnie ludzie młodzi, w chwilę przed rozstaniem się z życiem przywiązują się czasami do kogoś z otoczenia, szczególnie do kogoś starszego, w którym znajdują oparcie, z tą całą siłą, z jaką pragną się trzymać tego życia, które ucieka. Czasem na łożu śmierci zawiązują się w ten sposób przyjaźnie intensywne niezmiernie i pełne treści. Ów żołnierz, który w dniu przyjazdu się rozpłakał, gdy mu dawałam pić mleko, Bronisław Kozłowski, umierał teraz już szybko, bo z każdym dniem nikłe jego siły jeszcze malały, już głowy nie podnosił sam, tylko świadomość, jak nieraz u gruźlików, wydawała się jeszcze bardziej zaostrzona niż poprzednio. Chciał, żeby przy nim siedzieć co wieczór... Opowiadał dużo, męczył się przy tym ogromnie, ale fizyczne zmęczenie już nie było problemem, więc mu nie przerywałam. — Wszystko, całe 23-letnie życie chłopa spod Trzemeszna raz jeszcze przed nim, a z nim przede mną przechodziło w tych opowiadaniach. Dom rodziców, sąsiedzi, nawet potrawy, które mu matka gotowała, opisywał mi dokładnie. Opinie swoje w sprawach ważnych też wypowiadał. Niewymownie silny musiał mieć zawsze pociąg do wiedzy o rzeczach, o których w szkole powszechnej nie mógł się dowiedzieć. Opowiadał z zapałem o bibliotece publicznej w Trzemesznie, którą przeczytał całą. Raz wyczułam, że chciałby czegoś się dowiedzieć o mnie, choć był zbyt subtelny, by pytać. Powiedziałam więc mimochodem, że jestem spod Lwowa i że przed wojną uczyłam na uniwersytecie. Ogarnęło go zadziwiające wzruszenie. Przestał nagle mówić do mnie "Siostro". — "To pani taką rzecz umie, jak uczyć na uniwersytecie, a mnie taka osoba pić daje!" Traktował mnie od tego czasu niemal ze czcią, a ja po raz tysięczny w życiu pomyślałam, że udostępnienie nauki wszystkim, którzy jej pragną, bez obniżenia jej poziomu, jest jednym z najwyższych ideałów ludzkości.

Używał zawsze czasu przeszłego — lubiłem, myślałem — przypominał się Ludwik XIV, który w dniu śmierci mówił: Quandj'etais roi[1]. O tej śmierci nadchodzącej wiedział doskonale, tak samo jak i ja, toteż nie przeczyłam, gdy o niej mówił. Miał już tylko jedno, jedyne życzenie: dożyć Wigilii. Codziennie wieczorem mówił: "Widzi pani, już bardzo czekałem, ale się dziś jeszcze pani doczekałem, a do Wigilii już tylko cztery, trzy... dwa... dni, może się jeszcze przełamiemy opłatkiem. Jestem już bardzo słaby, ale chyba mi się uda dotrwać". — 22 grudnia stan się pogorszył, wpadłam więc na drugi dzień rano do szpitala, ale już go nie zastałam. Odszedł w nocy. Nagle w ostatniej chwili zbuntował się przeciwko śmierci i umarł, wołając: "Ja chcę żyć!" Mnie owego ranka ten cały szpital pełen ludzi i ta praca, która mi tak bardzo odpowiadała, wydawała się przeraźliwie pusta i bez treści, ale na nastroje czasu nie było.

Zbliżała się Wigilia, a z nią homerycki bój z Niemcami o pozwolenie obchodzenia jej wspólnie. Latałam po różnych komendach, tłumaczyłam, że ludziom, którzy ten dzień uroczysty obchodzą w życiu zapewne po raz ostatni, trudno i tego zabronić. Przecież trzeba pozwolić, aby się razem pomodlili. "Ale zaczną się wtedy modlić o wolność Polski". Obiecuję, że tego na głos robić nie będą. Tu mój interlokutor, były kapitan austriacki, szczerze się roześmiał. — "Zezwalam więc na tę uroczystość, a o co każdy z was w sercu swoim modlić się będzie, to mnie nic nie obchodzi".

Wigilia się więc odbyła, a po niej, dla zdrowszych, Pasterka z kolędami. Była to jedyna moja Wigilia wojenna prawdziwie piękna. Po Świętach odbył się pogrzeb Kozłowskiego. Zawsze, gdy nam pacjent umierał, ta z nas, która była przy nim do końca, szła za trumną i składała na grobie parę białych i czerwonych kwiatów... Tym razem wypadła więc znów kolej na mnie. W straszliwą zawieję śnieżną brnęłam za trumną, zupełnie sama. Idąc, myślałam o tych wszystkich niezliczonych, w których imieniu to czynię w tej chwili...

 

W tym czasie do pracy w szpitalu Jezuitów doszła też opieka nad wojskowymi leżącymi na innych oddziałach szpitala św. Łazarza. Robiono nam tam jeszcze więcej trudności. Musiałam w tej sprawie pójść do lekarza naczelnego, drą Fischedera z Berlina. Radzono, abym poszła wcześnie rano, bo później jest zawsze pijany, a w tym stanie trudno się z nim dogadać, bo na wszystko, co mu się mówi, odpowiada, iż żąda, aby gdziekolwiek wchodzi, wszyscy wiwatowali i wszyscy — także kobiety — pierwsi mu się kłaniali. Poszłam więc do niego rano o 9.30. Wchodząc, nie mogłam mieć wątpliwości, że przyszłam o wiele za późno. Dygnitarz ten, wzrostu byłego króla Włoch, karłowatego Wiktora Emanuela, przywitał się ze mną z grzecznością prawie komiczną i kazał mi usiąść, co u Niemców należało do rzadkości. Powiedziałam, że proszę o wydanie mi na piśmie pozwolenia na odwiedzanie i dożywianie chorych wojskowych. Przerwał mi potokiem słów i oświadczył, że od dawna na mnie czeka, bo mi ma ważną rzecz do powiedzenia; że jest gotów wszystko mi podpisać, absolutnie wszystko, pod jednym jedynym warunkiem, że odtąd ja i wszystkie delegatki PCK będą mu się kłaniać pierwsze, gdy go spotkamy. Słuchałam w milczeniu. Powtórzył to swoje żądanie kilkakrotnie, podpisując jednocześnie drżącą ręką legitymacje wstępu dla nas, które mu podsuwałam. Wreszcie to moje milczenie zaczęło go drażnić, pytał coraz głośniej, czy rozumiem i dlaczego mu robię taki zawód, skoro on się przecież zwraca do mnie z zaufaniem. "Ich habe doch geglaubt eine Grdfin ist ein kultivierter Mensch'n“[2] — dodał żałośnie. Walczyłam bohatersko o utrzymanie powagi i siedziałam jak kołek. Wreszcie ta podstarzała dziewica orleańska doprowadziła go do furii pijackiej. "Niech mi pani powie natychmiast, w jakim miesiącu się pani urodziła" — krzyknął. "W sierpniu". — "No naturalnie, i to na pewno przed 21?" — "Urodziłam się 11 sierpnia" — odpowiedziałam zdziwiona bez granic. "Nie wątpię — krzyknął wściekły — z ludźmi z końca sierpnia można jeszcze wytrzymać, oni są spod znaku Panny, ale pani to jest spod znaku Lwa. Naturlich Lówe!" — ryknął, kilkakrotnie uderzając pięścią w stół. — Żeby on wiedział, pomyślałam, że mam w herbie lwa, i to ogniem ziejącego!

 

Nie wiedziałam, jaki dalszy obrót weźmie ta scena, bałam się, że mi odbierze z powrotem legitymacje, które już spoczywały w mojej torebce. Wtem z powodów mi niewiadomych nagle się uspokoił i oświadczył, że mu bardzo miło, żeśmy się tak świetnie dogadali i pogodzili bis zum ndchsten polnischen Freiheitskampf[3]. — Na tym się skończyło. Od tego czasu nie było trudności ze wstępem do różnych oddziałów szpitala.

Natomiast wówczas odnowiły się ze zdwojoną siłą kłopoty ze strony siostry Józefy. Awersja jej do nas i do naszej roboty była poniekąd uzasadniona. Wśród naszych żołnierzy było sporo Ukraińców, których oczywiście, skoro wszyscy żołnierze WP byli nam powierzeni, otaczaliśmy tą samą co Polaków opieką. To doprowadzało siostrę Józefę do szału, szczególnie, że ci żołnierze odnosili się do nas bardzo serdecznie. Poszła więc do Niemców, u których miała wielki mir — piekła dla nich bardzo dobre ciastka — i złożyła tam donos na Polki, że nocą przebywamy w szpitalu i wykradamy się tylną furtką. W pierwszej chwili, gdy mnie wezwano do dyrekcji i zastępca drą Fischedera, który tego dnia był podobno zupełnie nieprzytomny, bardzo pruski typ, wraz z naczelną pielęgniarką, byłą kucharką, powiedzieli mi, że przeciwko delegatkom Polskiego Czerwonego Krzyża wniesiono skargi — byłam zła i zaniepokojona, bo się ciągle bałam, że nas wyrzucą, a chorzy pozostaną bez opieki. Zapytałam z miną obrażonej primadonny, jakiego rodzaju są to zarzuty. Otrzymałam odpowiedź, że chodzi o zarzuty natury moralnej. Teraz dopiero zgłupiałam. Wiedziałam, że się Niemcy wściekną, jeśli się roześmieję; obraziłam się więc jeszcze bardziej, bo mi nic innego na myśl nie przyszło. Oświadczyłam z patosem, godnym lepszej sprawy, że w nocy w szpitalu przebywałam tylko ja i że mam zwyczaj przez całe życie posługiwania się tylko drzwiami głównymi. Ponieważ mówiłam bardzo głośno, Niemcy zaczęli mówić znacznie ciszej — i znów cała sprawa rozeszła się po kościach.

Roboty było wówczas dużo, a chwilami była dziwnie ciężka. Ciągle tylko odprowadzanie chorych do granic życia; fakt, że nie miałyśmy nigdy pacjenta, który by powracał do zdrowia, działał na nas przygnębiająco.

Zżyłyśmy się w tym czasie bardzo między sobą. Najbliższa mi się wtedy stała Renia, lecz dziś, po tylu latach jeszcze wspominam bardzo mile i inne panie. Stasię, która sprawiała tylu biedakom niezrównaną przyjemność dzięki swym wybitnym talentom kulinarnym; delikatną i punktualną Maniusię; była pani Wanda, mocna, szorstka i macierzyńska, z naszych stron pochodząca, bezpośrednia, jak wszyscy stamtąd. Była urocza, młodziutka, jasna, przez chorych adorowana, tak bardzo ofiarna Krystyna Ładomirska, która pracą w kraju chciała być godna męża oficera, o którym mówiła z największą dumą — miał bowiem szczęście być w Anglii[4].

A wokoło było coraz ciężej. Nieomal w całym Krakowie wyrzucano ludzi z mieszkań, gdyż każde porządne mieszkanie, jak zresztą każdy przyzwoity lokal, był już nur fur Deutsche. Coraz więcej Niemców z rodzinami zjeżdżało do Krakowa. Dzieci niemieckie zachowywały się impertynencko wobec ludności polskiej. Pomimo osobnych wagonów tramwajowych dla Niemców, do wagonu, do którego wolno było wsiąść Polakom, wsiadały Niemki i pytały głośno: "Kiedy się nareszcie skończy ten skandal, że Polakom jeszcze wolno jeździć tramwajami?". Do dyspozycji Polaków była właściwie już tylko dzielnica pożydowska, niesłychanie brudna, od dworca po Kazimierz. Żydów wówczas we wszystkich miastach polskich zamknięto do gett otoczonych wysokim murem. Pomimo naszego przerażenia, pomimo że nam się wierzyć nie chciało, że takie zarządzenie mogło być wymyślone i wykonane, nikt z nas, nawet największy pesymista, ani na chwilę nie byłby wówczas jeszcze śmiał podejrzewać Niemców o to, do czego to stłoczenie Żydów na maleńkiej przestrzeni i odgrodzenie ich od świata było tylko przygotowaniem.

 

Ale i egzystencja Polaków stawała się coraz cięższa. Coraz silniej i na każdym kroku podkreślano, że jesteśmy Untermenschen[5]. Opór moralny pod wpływem tego wszystkiego oczywiście jeszcze wzrastał, fizycznie jednak czuliśmy się bezbronni w ręku rezydującego na Wawelu General-Gubernatora, który czynami swymi potrafił prześcignąć wszystkich, którzy przed nim ten straszny tytuł na ziemiach polskich nosili. Widziałam go raz jeden. Szłam Rynkiem koło ul. Brackiej, gdy w dzikim tempie pięć samochodów i szereg motocykli wyjechało z ul. Franciszkańskiej i stanęło przed Partei-Haus. Żołnierze SS z ręcznymi karabinami maszynowymi wyskoczyli z samochodów i stworzyli z szybkością błyskawiczną gęsty, podwójny kordon z jezdni do bramy. W tej samej chwili, krokiem bardzo przyspieszonym, przeszedł między nimi człowiek w mundurze, o bardzo czarnych włosach i oczach. O krok za nim prawie biegło paru adiutantów. Gdybym go nie była poznała po twarzy (jego fotografii było wszędzie pełno), to bym była wiedziała, kim jest, po lęku ogromnym, z którym się nie kryl, oglądając się przy każdym kroku w prawo i w lewo, aż znikł w bramie, która się natychmiast za nim zamknęła. Chyba Alba czuł się lepiej w Brukseli. Lecz Alba był normalny, czego o Franku powiedzieć nie można. Cesarze rzymscy natomiast też wariowali, ale za to na wielką skalę, jak Klaudiusz czy Karakalla, a ten nasz szaleniec tylko kradł dzieła sztuki (Leonardo Czartoryskich wisiał u niego), przebudował sobie prywatną rezydencję Kressendorf (Krzeszowice Potockich), a przede wszystkim wygłaszał przemówienia, które pozostaną po nim na zawsze. Na uroczystości pierwszej rocznicy Generalnej Guberni mówił publicznie, że "prędzej ziemia istnieć przestanie, niż swastyka przestanie powiewać nad tym miastem" lub, otwierając wybudowany bezpośrednio przed wybuchem wojny nowy gmach Biblioteki Jagiellońskiej, stwierdził, że ta biblioteka jest niemiecka, skoro tylko narody tworzące historię mają prawo do bibliotek; że Anglicy w zdobytych krajach otwierają palarnie opium, wir Deutsche aberbauen Bibliotheken[6]. Te i liczne inne powiedzenia byłyby może zrobiły nawet wrażenie zabawne, gdyby strumienie krwi naszej nie były akompaniamentem, a raczej zatwierdzeniem każdego takiego występu.

 

Wiem, że istniał wówczas ściśle określony kontyngent, tj. przepisana ilość Polaków, którzy stale musieli się znajdować w więzieniach czy obozach koncentracyjnych. Jeżli ta ilość z jakiegoś powodu (np. zwiększonej śmiertelności) w pewnej chwili topniała, a konkretnych powodów do masowych aresztowań chwilowo nie było, wówczas zarządzano łapanki. Dlatego często nie można było się doszukać przyczyny uwięzienia pewnych osób, które się właśnie dostały do kontyngentu. Aresztowania też mnożyły się przeraźliwie, więzienie na Montelupich było nabite ludźmi katowanymi. Wiadomości coraz to krwawsze nadchodziły z całego kraju, szczególnie z Warszawy. Tam, w największym zbiorowisku, opór ludności był najsilniejszy. Na każdym kroku stolica była nam przykładem. Tym mocniej stała, im więcej było ofiar. Obławy, które sami Niemcy nazywali Menschenfang[7] tam były liczniejsze i intensywniejsze niż gdziekolwiek. Podczas jednej z wielkich łapanek córka znajomych, młodziutka dziewczyna, wchodząc do swojego domu, spotkała w sieni młodego, nieznanego chłopca, który właśnie wychodził. "Niech pan ucieka na górę, łapanka!" Chłopiec zbladł. "Moja teczka!" — szepnął i zawrócił. Ale w tej samej chwili wpadli do sieni gestapowcy i zabrali go. Dziewczyna zdążyła mu się rzucić na szyję, płacząc i krzycząc: "Mój najdroższy, mój jedyny, rozdzielają nas!" — Wyrwała mu przy tym teczkę i popędziła na górę. Chłopca zabrali, dziewczyna wpadła do mieszkania; otworzyła teczkę — była pełna bibuły. "A poznałabyś chłopca, którego od niechybnej śmierci uratowałaś?" — spytała matka. "Nigdy w życiu, nie mam pojęcia, jak wyglądał".

Wobec ducha stolicy wróg był bezsilny, dążył więc po prostu do jej wyludnienia. Była to dla niego droga najprostsza i najłatwiejsza. Wśród innych prowincji górowało Radomskie, gdzie Niemcy potrafili prześcignąć samych siebie. Siła oporu moralnego wobec tego wszystkiego rosła wciąż, ale zarazem zadawaliśmy sobie coraz częściej pytanie, jak to będzie, gdy wreszcie wróci Polska, a nie starczy Polaków... Były czasy, gdy w Oświęcimiu umierało codziennie stu ludzi, o których wiedzieliśmy; tylko część rozstrzelana lub kolbami zabita, większość "na zapalenie płuc"... Wiedzieliśmy tylko tyle, że w zimie kazano stać na mrozie długimi godzinami w drelichach, a potem z wiosną kazano pracować w wodzie od rana do nocy...

Portale kościołów krakowskich były oblepione klepsydrami: imię, nazwisko, zmarł w dziewiętnastym czy dwudziestym, czy trzydziestym którymś roku życia. Nabożeństwo żałobne odbędzie się... Gdy nie było na klepsydrze zawiadomienia o pogrzebie, przechodzień czytał w skupieniu, wiedział, co to znaczy — a tych klepsydr pojawiało się coraz więcej.

Jedno było pociechą w tej całej niepojętej tragedii, w porównaniu do aresztowań i wywozów organizowanych przez wschodniego najeźdźcę. Tam ludzie znikali jak kamień w wodę, nikt nigdy nie mógł się czegoś o nich dowiedzieć lub mniej jeszcze, wejść z nimi w kontakt — tutaj było inaczej — dzięki Niemcom.

W chwili okupacji kraju Polska żyła w przekonaniu o brutalności Niemców, ale zarazem o bezwzględnej ich uczciwości osobistej, a dopiero z czasem odkryliśmy jedną bardzo ważną cechę okupanta — nadzwyczajną wrażliwość na dobra materialne, przy zupełnym braku wrażliwości na sposób zdobywania tych dóbr. Pierwszą niespodzianką była nieopisana i zupełnie nie ukrywana chciwość w rabowaniu, np. jeśli chodziło o zabieranie urządzeń mieszkaniowych. Już w listopadzie 1939 "zwolniono" dom profesorski na ulicy Ruskiej w ten sposób, że rodzinom wywiezionych do Sachsenhausen profesorów dano 20 minut na opróżnienie mieszkania, przy tym wybrano porę wieczorową i wyłączono światło. Nie tylko w domu profesorskim tak się działo. Do znajomych na ulicę Zygmunta Augusta wpadli, wołając bez tchu: "Wo sind die Teppiche? Schnell!"[8] To samo uprawiali tzw. Treuhdnder. Nie znam wypadku, żeby Treuhdnder nie wyniósł poważnej części urządzenia dworu czy pałacu, szczególnie o ile chodziło o starożytne meble czy porcelanę i, przede wszystkim, zegary. Zresztą — skoro to robił tak jawnie i oficjalnie Frank czy Goering, to dlaczegóż by tego nie mieli robić wszyscy mniejsi, na skalę odpowiednio mniejszą? Ale ta strona niemieckiej chęci posiadania nie była dla nas najważniejsza. Istotna była rzecz inna — mianowicie korupcja. Jej to zawdzięczaliśmy nieraz możność dowiedzenia się, gdzie się osoba aresztowana znajduje; gestapowiec za grube pieniądze przekazywał czasem paczkę, nieraz nawet udawało się za jeszcze grubszą sumę taką osobę zwolnić. Na te cele zostały wydane olbrzymie pieniądze polskie w ciągu długich lat okupacji. Oczywiście cel bywał osiągany nadzwyczajnie rzadko. Działo się to zwykle tak: po aresztowaniu zjawiał się w mieszkaniu u żony lub znajomych ktoś z "propozycją pomocy". Obiecywano zwykle, że jeśli w danym dniu — terminy bywały bardzo krótkie — w danym miejscu będzie złożona ściśle określona, bardzo duża suma — więzień będzie zwolniony. Z początku zrozpaczone rodziny — zwykle kobiety, matki czy żony — sprzedawały ostatnią biżuterię czy złote dolary, czy dzieła sztuki i składały okup. Normalnie gestapowiec już potem nie pokazywał się więcej, kilka razy rzeczywiście nastąpiło zwolnienie, zdarzało się to jednak tak rzadko, że z czasem ten sposób wyłudzania pieniędzy stawał się coraz trudniejszy. Wtedy Niemcy zaczęli żądać z góry tylko połowę sumy, z tym że druga połowa będzie zapłacona w chwili zwolnienia. Wtedy się gestapowiec zadowalał pierwszą ratą, nieraz zaś otrzymał i tę drugą, gdy uwolnienie rzeczywiście miało miejsce; tylko w ogromnej większości wypadków nie trwało ono długo — ofiara często tegoż dnia wieczorem wracała do więzienia.

Najwięcej zawsze baliśmy się wiadomości o wywozie do obozu koncentracyjnego. Śmiertelność tam, szczególnie w Oświęcimiu, była o wiele większa niż w więzieniu, a wydobywanie stamtąd jeszcze o wiele trudniejsze. Poza tym żyliśmy w ciągłej obawie, że Niemcy w chwili klęski, przed kapitulacją, wymordują wszystkich w obozach. Dopiero później — o wiele później — gdy już sama byłam po tamtej stronie życia, dowiedziałam się, że wyjazd do obozu był szczytem marzeń wielu więźniów. W obozie czekała śmierć — wiadomo, ale z wyjazdem do obozu kończyła się zwykle (nie zawsze) ta zmora najstraszniejsza — strach przed sypaniem przy katowaniu.

I u nas w szpitalu też leżeli ludzie, którzy przeszli nie tylko przez obóz jeniecki. Był podporucznik Czesław Bielewicz, nauczyciel z Żywca, który uciekł z niewoli, został ujęty przez Niemców i zawieziony do obozu koncentracyjnego, gdzie trzymano go prawie bez ubrania w namiocie podczas straszliwych mrozów pierwszej zimy wojennej. Ten olbrzym o budowie atlety nabawił się tam gruźlicy. Stamtąd po długich miesiącach dopiero dotarł do obozu jenieckiego — ale już nie było ratunku. Umierał, bo już płuc nie było, ale umrzeć nie mógł, bo jeszcze był tak silny. Dusił się więc ten dwudziestoparoletni siłacz przez długie godziny, dnie i tygodnie. Prosił tylko, żeby wtedy być przy nim, "żeby był", jak mówił, "ten drugi, który bierze pół tej męki na siebie". Wreszcie 5 lutego przestał się męczyć i ten.

Nowych chorych wówczas zaczynało przybywać coraz mniej. Dawano im umierać w Rzeszy. Szpitale w Generalnej Guberni wyraźnie opróżniano. Nas to cieszyło, jak każdy inny symptom tego, co się przygotowywało, tego, o czym wszyscy marzyliśmy. "O wojnę powszechną za wolność ludów" prosiliśmy Boga. Wierzyliśmy, że wojna niemiecko-rosyjska jest jedynym rozwiązaniem problemu Polski, na jej wybuch z rosnącą niecierpliwością czekaliśmy, wierząc święcie, że Niemcy pobiją Moskali, a potem osłabionych już Niemców pokonają alianci. Obaj nasi wrogowie padną, a Polska pomiędzy nimi wstanie potężna moralnie w tym zjednoczeniu i zespoleniu, które nam dała ta walka straszliwa. Wiedzieliśmy, że okup — cena jest niezmiernie krwawa, ale czuliśmy, że posiadamy dziś coś, czego wiele narodów, a wśród nich i naród polski, nie posiadał nigdy w historii, bo tworzymy jedność, wobec której różnice klasowe czy partyjne wydawały się chorobami dziecinnymi, które nie wrócą już nigdy.

Ożywiona działalność konspiracji w owych krytycznych miesiącach dała i mnie zajęcie, skromne wprawdzie, ale ciekawe. Kazano mi tłumaczyć na niemiecki, względnie stylizować w odpowiednim "tonie" ulotki demoralizujące dla Wehrmachtu.

Innym razem do Czerwonego Krzyża w godzinach biurowych przyszła Basia, moja łączniczka. Nie lubiłam, gdy tam przychodziła, musiało jednak być coś ważnego. "Czy pani umie po angielsku?" Osłupiałam. "Umiem" — powiedziałam. "Chwała Bogu, cała nadzieja Jasia[9] w pani". — "A na co Jasiowi moja angielszczyzna?" — "Jest Anglik". — "Gdzie?" — "Na ulicy Królowej Jadwigi. Pani ma tam po południu pójść, bo się nikt z nim dogadać nie może; chyba spadochroniarz. Mieszka u dwóch pań naszych. Jutro ma pani złożyć o tej sprawie meldunek, gdy pani będzie u Prawdzica" (ówczesny pseudonim gen. Komorowskiego). Tu podała dokładny adres i hasło. Myślałam, że się z niecierpliwości popołudnia nie doczekam. Wprawdzie wydawało mi się rzeczą nader dziwną, aby zrzutek nie umiał po polsku, lecz nie zmniejszało to mojej ciekawości.

Wreszcie minęły godziny służbowe i pora obiadowa. Wyruszyłam. Trzeba było iść aż pod kopiec Kościuszki; dom stał z dala trochę od innych. Znalazłam mieszkanie. Otworzyła jakaś starsza pani, hasło i odpowiedź się zgadzały; weszłam do pokoju. Plecami do drzwi siedział młody chłopiec, blondyn. Nie przerwał pasjansa pomimo wejścia człowieka obcego i nie odwrócił głowy, nie mogło więc być wątpliwości co do jego narodowości. Obeszłam stół, przy którym siedział, stanęłam przed nim, wyciągnęłam rękę: "How do you do!" Teraz się młodziutki, różowy blondynek jednak poruszył, uśmiechnął z zadowoleniem i wyciągnął dużą łapę. "Skąd się pan tu wziął?" — "Uciekłem". — "Skąd?" — "Z obozu, ze stalagu". — "Dlaczego?" — "Bo tam nie jest bardzo zabawnie. Namówił mnie jeden robotnik, który umiał trochę po angielsku, dał mi overall i rower. Potem zawiózł do Piotrkowie, do ludzi z waszej organizacji". — "Skąd się pan wziął w obozie?" — zapytałam. "Z Dunkierki" — odpowiedział. "To pan nie jest spadochroniarzem?" — „Not at all[10]. Byłem na wojnie dwa dni wszystkiego, potem siedziałem w obozie, a potem byłem głupi i uciekłem". — "Dlaczego głupi?" — spytałam. "Bo narażam was wszystkich, przecież wiem o tym, a wydostać się nie ma sposobu. Tam w obozie nie wiedzą, że to takie trudne".

Wzięłam jego nazwisko, imię, przydział wojskowy (pamiętam tylko, że na imię miał William). Z zawodu był mechanikiem, miał matkę pod Londynem. Na drugi dzień powiedziałam wszystko Prawdzicowi, który zapewne wolałby spadochroniarza. Dał mi nowy adres, na Rakowicach, za cmentarzem, kazał mi go tam zawieźć, przedtem zaś miałam Williama zapytać, czy się zgadza na to, abyśmy go przerzucili przez San do bolszewików. Innej możliwości dla niego nie było. Miał wziąć ze sobą list do Moskali, pisany po polsku, po angielsku i po rosyjsku, tłumaczący, że to Anglik taki a taki, który uciekł z obozu. Dla jego bezpieczeństwa dokładne informacje miały być podane przez radio do Londynu, aby było uwiadomione jego dowództwo i jego matka. Moskalom w liście to wyraźnie zaznaczono. Tak zrobiliśmy parę dni wcześniej z dwoma Francuzami, których za Sanem dobrze przyjęto, co nasi słyszeli.

Gdy to wszystko przedstawiłam Williamowi, objawił wielką ochotę pójścia do bolszewików, miałam wrażenie, że liczył na jakieś fantastyczne, jakby indiańskie przygody, prosił jednak stanowczo, aby jeszcze mógł poczekać tydzień lub dwa. Zupełnie nic zrozumieć nie mogłam. Tu w Krakowie ukrywanie człowieka nie umiejącego ani słowa mówić w jakimkolwiek języku poza angielskim narażało nas wszystkich na rozstrzelanie, o czym mi William sam mówił; żołnierza-jeńca, który uciekł z obozu, też czekała kara poważna, do Rosji przejść sam chciał, po co mu więc ta zwłoka... Wreszcie się przyznał, że zostawił w Piotrkowicach u swoich tamtejszych gospodarzy prezenty, które tam otrzymał na Gwiazdkę, przede wszystkim spinki do mankietów, na których mu bardzo zależało. Chciałby, aby mu je przywieziono, nim się puści w dalszą drogę. Tego mi jednak było trochę za wiele! Powiedziałam mu krótko i węzłowato, że jeśli będę rozstrzelana za opiekowanie się nim, to wszystko w porządku, skoro jest Anglikiem, ale że ta moja gotowość absolutnie nie odnosi się do jego spinek. Posmutniał. — "No, to wrócę po wojnie, odwiedzę przyjaciół i wezmę spinki" — powiedział i poszedł ze mną.

Trzeba było iść piechotą dość daleko, aż do mostu Dębnickiego. Zawinęłam mu szyję i część twarzy w szalik, bo wyglądał rozpaczliwie na Anglika, na szczęście nie był jednak zbyt wysoki. Gdy jechaliśmy dorożką, pomyślałam, że znowu jest źle. Przecież dorożkarz będzie się dziwił tym dwóm milczkom, których będzie wiózł tak daleko, aż na Rakowice. Zaczęłam mu więc po drodze, oczywiście po polsku, tłumaczyć pomniki i kościoły starego Krakowa, obok których przejeżdżaliśmy. Odpowiadał dość zgrabnie różnymi pomrukami zrozumienia czy podziwu. Wreszcie o zmierzchu oddałam go w ręce jego nowych opiekunek. "Znowu mnie nikt nie będzie rozumiał, jak pani pójdzie". Po paru dniach dowiedziałam się, że i on został dobrze przyjęty za Sanem.

Miałam wówczas dyżury nocne u jeszcze jednego pacjenta. Tym razem był to 33-letni lekarz marynarki wojennej, szef sanitarny Helu, Zbigniew Wierzbowski, który umierał na serce — endocarditis. Nie zdawał sobie sprawy ze swego stanu — był pełen życia i wesołości. W chwilach poważnych natomiast opowiadał o wojnie, o Helu i jego obrońcach. Był głęboko wierzący. Przyąwszy Sakramenty na Wielkanoc, odebrał ode mnie słowo honoru, że gdyby — czego nie ma powodu przypuszczać — miało mu się pogorszyć, natychmiast mu księdza sprowadzę.

Miałam już wówczas mało pracy szpitalnej, siedziałam więc przy nim wiele. Pogorszenie przyszło szybko. Chory już mówić nie mógł i łudził się dalej, choć nigdy tych złudzeń nie popierałam, a dane słowo ciążyło mi coraz bardziej. Wreszcie poszłam do księdza, który był u Wierzbowskiego na Wielkanoc, i wszystko mu powiedziałam. Ksiądz go odwiedził i zaproponował mu, że na drugi dzień przyniesie Komunię św., tym razem już bez spowiedzi. Chory się ucieszył, był jednak trochę zdziwiony. Wówczas poprosiłam księdza, czyby, skoro chory już leży na osobnej sali, nie przyniósł Komunii św. i dla mnie, by Wierzbowski nie miał wrażenia wiatyku. Ksiądz chętnie się zgodził i kazał mi czekać na drugi dzień rano, po dyżurze, o siódmej trzydzieści. Noc była ciężka, zdawałam sobie sprawę, że już czas.

Rano ksiądz wezwany do innego konającego znacznie się spóźnił. Czekałam z ciężkim sercem, bo przed dziewiątą powinnam być u Jasia w sprawie części do aparatów radiowych, które miałam wyciągnąć z Rady Głównej Opiekuńczej, poza tym miałam zgłosić swoje nowe mieszkanie na ul. Wenecja, dokąd się przeniosłam tegoż dnia, żeby Prawdzicowi dostarczyć nowego punktu do kontaktów. Gdybym nie była poczekała na księdza i wyszła, krok taki, w ówczesnej atmosferze, równałby się dekonspiracji. Musiałam więc czekać.

Ksiądz przyszedł wpół do dziewiątej, tak że gdy wychodziłam ze szpitala, była już dziewiąta, a po dziewiątej nie wolno było chodzić do Jasia. Było mi przykro, pierwsze uchybienie służbowe mnie bolało; nie było rady, musiałam sprawę odłożyć na drugi dzień. Była to niedziela 20 kwietnia. Wyszłam po nocy od Wierzbowskiego piętnaście po ósmej. Wpół do dziewiątej byłam u Jasia na ulicy Sławkowskiej. Pukałam jak zawsze, nie było odpowiedzi. Pukałam długo, czekałam, pukałam ponownie, tym razem już zupełnie nieostrożnie i głośno. Złościłam się, że w niedzielę tak bardzo smacznie śpi.

Wreszcie poszłam. Byłam zła na siebie, na wczorajsze spóźnienie się księdza, na dzisiejsze ponowne niepowodzenie. Wiedziałam przecież, że się w ten sposób opóźnia załatwienie ważnej sprawy; postanowiłam więc zrobić jeszcze jedną próbę. Wprawdzie chodzenie do Jasia po dziewiątej było zakazane, ale zakaz ten zapewne nie odnosił się do niedziel... Poszłam więc na mszę do sąsiedniego kościółka św. Marka. Trafiłam punktualnie. Po pół godzinie wyszłam i wróciłam do Jasia. Znowu pukałam, stukałam — nic. Wreszcie bezradna poszłam. Wstąpiłam po drodze do kawiarni na śniadanie; w końcu około dziesiątej dotarłam do ul. Wenecja. Cieszyłam się, że za chwilę będę w łóżku. Gdy się zbliżałam do domu nr l, gdzie się znajdowało moje nowe mieszkanie, zauważyłam, że przed domem, ale po drugiej stronie ulicy, stoi Renia ze Stasia. Zdziwiłam się, ale wtem spostrzegłam, że Renia trzyma pod pachą wazon huculski, który stal na mojej szafie, a miał na dnie, pod woskiem, złoto będące własnością wojska. "Muszą być u mnie" — pomyślałam i przeszłam mimo domu, nie zbliżając się do obu pań.

Renia mnie zobaczyła i podeszła. "A więc nie byłaś u Jasia?" — zapytała. "Właśnie że byłam i strasznie mi głupio, bo nic nie załatwiłam. Wczoraj nie mogłam być, bo za późno wyszłam ze szpitala, a dziś byłam dwa razy, przed mszą i po mszy, pukałam mocno oba razy, nie wiem, co ten Jaś porabia". Renia słuchała z widocznym rosnącym zdziwieniem, teraz dopiero zauważyłam, że jest bardzo blada. "Przecież Jaś od piątku, od przedwczoraj wieczorem, jest aresztowany, a gestapo siedzi w jego mieszkaniu i bierze każdego, kto tam przychodzi"[11]. Teraz z kolei i ja się zdziwiłam, bośmy obie w żaden sposób zrozumieć nie mogły, dlaczego gestapo było głuche na moje dobijanie się do nich. Opowiedziała Stasia, że dostała wczoraj późnym wieczorem karteczkę z rozkazem od Prawdzica: "Uwiadomić Renie, Karle, że Jaś aresztowany". Gdy wpadła rano do Reni, ta jej powiedziała, że już mnie pewnie mają, bo musiałam wcześniej wyjść ze szpitala, skąd się wybierałam bezpośrednio do Jasia. Stasia pojechała do św. Łazarza, tam jej powiedziano, że wyszłam 15 minut temu, a Renia tymczasem zabrała złoto wojska z mego mieszkania.

Wobec takiego stanu rzeczy nie pozostało nic innego jak zabrać złoto z powrotem i pójść spać. Później się dowiedzieliśmy, że gestapo siedziało u Jasia od piątku wieczora do niedzieli wieczora i zabrało 17 osób. W niedzielę rano tylko zamknięto mieszkanie na półtorej godziny, bo gestapowcy musieli być obecni na paradzie ku czci urodzin Fűhrera. Gdy ktoś z naszych po południu zameldował, że gestapo zaaresztowało wszystkich, którzy rano przyszli do Jasia, odpowiedział Dowódca: "Ale u mnie zameldował się człowiek, który tam był dwa razy". Odpowiedź: "Ten człowiek stoi pod szczególną gwiazdą". Wtedy wyszła sprawa urodzin Hitlera.

Na drugi dzień, 21 kwietnia, byłam jak zwykle w godzinach przedpołudniowych na Piekarskiej, w biurze Czerwonego Krzyża. Wyszłam na chwilę. Gdy wróciłam, powiedział mi jeden ze współpracowników, że była Renia, że mnie szukała i prosi, bym przyszła do swego mieszkania. Ludzie w chwilach ważnych miewają instynkt zaostrzony jak zwierzęta, toteż ja w tej chwili mogłam tylko z trudem ukryć straszliwy lęk, który mnie ogarnął. Bo cóż innego mogło oznaczać w tej chwili czekanie Reni na mnie w moim pokoju, w godzinach służbowych, jak to, że się coś bardzo ważnego musiało stać, a miałam nieuzasadnioną pewność, że niebezpieczeństwo musi grozić Dowódcy. Trzeba się było jeszcze trochę kręcić po biurze i załatwiać szereg błahych spraw, aż wreszcie mogłam wyjść i niezbyt szybkim krokiem pójść do siebie. Na schodach nie było nikogo, brałam więc trzy stopnie naraz... Nim zdążyłam wyciągnąć klucze, otworzyła Renia. "Leon wzięty" — było wszystko, co powiedziała, zamykając za mną drzwi. Popatrzyłam na nią — bałam się pytać dalej. Leon Giedgowd[12] był skarbnikiem okręgu i zarazem właścicielem sklepu z papierami na ulicy Zwierzynieckiej, w którym Prawdzie pracował jako pan Wolański w roli pomocnika...

Renia miała twarz spokojną, tylko mniej żywą niż zwykle, jakby stężałą i usta zaciśnięte. Zaryzykowałam: "No a...?" — "Byłam tam, siedzi w sklepie, kazał mi natychmiast wyjść. Gestapo tam było rano z Leonem, gdy już tam siedział Tadzio, potem wyszli. Chciałam go zabrać za wszelką cenę, ale on chce tam jeszcze czekać na jakiś kontakt. Podałam mu twój adres. To jedyne miejsce, gdzie on może przyjść, bo nikt z tych, co wpadli, jeszcze twego nowego pokoju nie znał. — Czekaj więc, nie wychodź, ja tam idę — potem pewnie tu wrócę". "Wróć prędko!" — to było wszystko, co zdążyłam powiedzieć, gdyż już zbiegała ze schodów. Weszłam do mieszkania, usiadłam na krześle przy drzwiach. Zaczęło się czekanie. Co to dziś za dzień? 21 kwietnia (bo to przecież wczoraj były urodziny Hitlera). Szukałam w swej pamięci — 21 kwietnia to też jakaś data —... aha, PALILIA, symboliczna rocznica urodzin Rzymu. Na to wspomnienie lata minione, promienne lata "z poprzedniego wcielenia", lata pracy naukowej w Rzymie stanęły mi przed oczyma z żywością nieprawdopodobną. Dzień był wiosenny, chłodny. Podeszłam do okna tego nowego pokoju i zobaczyłam symbole widzialne tradycji naszej, tak nieosiągalnie dalekie w tej chwili, a tak bliskie — wieże katedry wawelskiej. Ich widok mi dodał otuchy... Akropola. — Już pół godziny minęło... jasne, że Renia jeszcze przyjść nie może. To jeszcze potrwa długo, może bardzo długo, a może i nie przyjść już wcale... Wtem dzwonek. Rzuciłam się do drzwi. Wpadła Stasia. "Niech pani nie czeka, nie ma nadziei ani dla Reni, ani dla niego!" — "Co to znaczy?" — "Oboje są w sklepie, tam są i inni ludzie. Na pewno gestapo. Wszystko stracone". Była w wielkim napięciu. "Pani nie ma pojęcia, co się w mieście dzieje. Strzelają na ulicach. Jeden z naszych szedł z teczką, miał tam rzeczy ważne. Dostał kulą, ale już leżąc, zdołał jeszcze nogą tak mocno teczkę kopnąć, że wpadła do kanału. Nie dostali jej".

Zrozumiałam w tej chwili, że w ogólnym straszliwym naprężeniu nerwów fakty mieszają się z literaturą, że tu w opowiadanie Stasi wchodzi opis śmierci Huberta Olbromskiego z Wiernej rzeki. Jezus Maria, czyja, która tyle Zeromskiemu zawdzięczam, myślałam, że go na takich drogach spotkam! Ale Stasię trzeba było uspokoić. "Gdzie pani ma być?" — "W aptece, naprzeciwko sklepu". — "To proszę tam pójść". — "Zaraz tam wracam. Chciałam tylko panią zawiadomić i pani to oddać, to własność Reni". Wcisnęła mi do ręki złotą bransoletkę, którą w tydzień później znalazłam w swojej torebce. Musiałam ją mechanicznie tam wrzucić w owej trudnej chwili. Stasia poszła.

Wróciłam na krzesło przy drzwiach. Już godzina — i nic. Jest rzeczą naturalną, że człowiek, jeśli w chwili wielkiego napięcia jest skazany na bezczynność, to wszystkie siły skupia na obserwacji tego, co się dzieje, a jeśli, jak w tym wypadku, na zewnątrz nie dzieje się absolutnie nic, cała ta uwaga zwraca się do wewnątrz. Pamiętam jak dziś, że stwierdziłam wówczas jakby bezstronnie, że się we mnie w tej chwili zrodziło uczucie nowe, którego przedtem nie znałam, uczucie o ogromnej sile — oddanie bez granic dla Dowódcy. Przymus bezczynnego czekania w chwili, gdy Dowódca był w niebezpieczeństwie, stał się męką nieopisaną. Nagle zrozumiałam z jasnością rzeczy prostych, dlaczego to uczucie tylu ludzi w ciągu dziejów pchnęło ku czynom bohaterskim. A ja tu muszę siedzieć, przykuta do krzesła, i czuć, jak mi siwieją włosy... Z tego nic nikomu... Już to trwa godzinę i trzy kwadranse. Nagle — dzwonek. Renia. "Idzie. Kazał mi iść przed sobą w pewnej odległości. Zaraz tu będzie". Po paru minutach rzeczywiście był. Zupełnie spokojny, prawie niezmieniony. "Gorąco się zrobiło wokoło nas" — to było wszystko, co powiedział.

Po południu Renia, Wisia Horodyska i ja wychodziłyśmy na zmianę, by zasięgnąć języka, nawiązać kontakty i przygotować czasowy wyjazd Dowódcy na wieś. Wiadomości były hiobowe, wszystkie komórki zostały zaatakowane, aresztowań coraz więcej. Myśli Prawdzica wracały ciągle na Montelupich[13]. Tam ich przecież katują... Pod wieczór kazał mi odnieść klucze od sklepu przyjaciółce pani Giedgowdowej. Później się dowiedziałyśmy, że ta pani łamała sobie głowę, jak to jest z p. Wolańskim, bo nie wiadomo, czy jego żoną jest ta niska, zgrabna, czy ta bardzo wysoka... Miałam też tego dnia zlecenie inne. Trzeba było z mieszkania pana Wolańskiego wyciągnąć papiery, które ukrył w szparze w ścianie łazienki. Właścicielką mieszkania była znajoma moich znajomych. Poszłam więc do niej w sprawie wiadomości z Kazachstanu. Gdy wychodząc, byłam już w przedpokoju, zrobiło mi się "niedobrze"; weszłam do łazienki (Prawdzie mi dokładnie opisał rozkład mieszkania). W łazience stała drabina, na którą wlazłam, i pincetami, które mi też dał, wyciągnęłam papiery ze szpary. Poczekałam chwilę, aż mi się mogło zrobić znów "dobrze", i wyszłam, pożegnawszy przeplatającą francuszczyzną gospodynię, bardzo inguiełe[14] o moje zdrowie.

Wieczorem byłam u doktora Szebesty, któremu miałam podać fakty, które zaszły. Jeszcze o niczym nie wiedział. Na zakończenie relacji dodałam, że czekałam w południe godzinę i trzy kwadranse.

Popatrzył na mnie i powiedział: "To nic. Dowiedziała się pani w tym czasie, co to jest Dowódca i co by człowiek dla niego zrobił". — "Skąd pan wie?" —.Widać po pani, i tyle".

Wieczorem wytłumaczyłyśmy z Renią mojej gospodyni, że przyjechał mój kuzyn, który jest chory, czeka na przyjęcie do szpitala i nie ma gdzie nocować. Co pomyślała, nie wiem, ale zezwoliła, aby przenocował w pokoiku przechodnim, obok mojego. Po dwóch dniach wyjechał[15].

Wróciłam do zaniedbanej ostatnio roboty szpitalnej, która jednak ciągle topniała. Szpital Jezuitów został pięknie odnowiony i przygotowany... Na oddziale wewnętrznym 4 maja umarł wreszcie Wierz — bowski. Przez dni ostatnie był często nieprzytomny i w tej nieprzytomności ciągle bronił Helu. Gdy go składałam do trumny, pomyślałam, że mu życia uratować nie potrafiłam, podczas gdy mu swoje zawdzięczam, bo żeby nie ta wspólna z nim Komunia św., to by mnie już tu nie było...

Pod koniec maja kazałam zapytać nieobecnego w Krakowie Dowódcę o dyspozycje co do nowego dla mnie zajęcia, gdyż praca szpitalna się kończy. Otrzymałam odpowiedź, że mam wstąpić do tzw. Patronatu, do komitetu pań, opiekujących się więzieniem na Montelupich, bo Dowódca pragnie tam mieć "swojego" człowieka. Rozpoczęłam więc starania, zakończone niepowodzeniem. Na czele Patronatu stał wówczas człowiek bardzo szlachetny, bardzo tej pracy oddany, socjalista, trochę doktryner, który się z powodów "zasadniczych" sprzeciwił mojemu przyjęciu do Patronatu. On już dziś nie żyje, póki zaś żyć będę ja, dochowam mu za tę odmowę wdzięczność głęboką, bo bym inaczej może do końca tkwiła w Patronacie.

Było to w czerwcu. Żyliśmy wówczas z dnia na dzień, z godziny na godzinę, oczekując ciągle tego upragnionego zdarzenia. Niemcy robili przygotowania po prostu kolosalne. Dniami i nocami wojska szły przez Kraków, wyposażone w nowiutką broń, w mundury Iśice, w świetne konie, w olbrzymie bezkształtne tanki. To wszystko ogromne, bezmierne w swej ilości i rozmiarach szło i szło, jakby końca być nie miało. Pochód ten płynął w dzień, w nocy i znowu w dzień, i znowu w nocy. Miało się wrażenie, że się nie urwie nigdy. Wypływali koło Dworca — Plantami — potem znikali Karmelicką — i dalej — na wschód. Jedno tylko kontrastowało dziwnie z tym pokazem potęgi Herrenvolku: twarze żołnierzy nie miały tego wyrazu radosnego zapału, który by harmonizował z siłą fizyczną, tak namacalnie tu wykazaną. Ludzie wyglądali wprawdzie na zdecydowanych, lecz nieraz smutnych, przedziwnie zrezygnowanych — usta miewali mocno zaciśnięte.

Wtedy też jakiś Niemiec mieszkający u znajomych wrócił z urlopu. Gospodyni, rodem Węgierka, zapytała go, jaka jest sytuacja w Niemczech. Milczał chwilę, potem powiedział: "Glanzend, aber hoffnungslos"[16]. Cała Generalna Gubernia zamieniała się z każdym dniem widoczniej na strefę wojenną. Szpitale czekały. Najsurowsze rozkazy zostały wydane co do zaciemniania. Czuło się napięcie olbrzymie w powietrzu jakby przeładowanym elektrycznością. Przy tym ludność polska miała nową trudność, gdyż rozmowy o tym, że będzie wojna, były karane aresztowaniem. Nigdy nie zrozumieliśmy, czy Niemcy naprawdę wierzyli, że Moskale o tych ich fantastycznych przygotowaniach nie wiedzą, czy tylko po prostu chcieli tym nowym sposobem dręczyć Polaków.

Wreszcie w niedzielę 22 czerwca rano o siódmej wpadła do mnie Wisia Horodyska, pochodząca z naszych stron. Spałam smacznie, a ona mną potrząsnęła energicznie. "Karla, wstawaj! Wojna!!!" Popatrzyłam na nią, bałam się uwierzyć. "Ależ tak, kapelan, który mieszka w klasztorze obok mojej matki, usłyszał przez ścianę radio niemieckie i wpadł w negliżu do staruszki. Niemcy głoszą całemu światu, że weszli do wojny z Rosją i z komunizmem!" Wstałam, ubrałam się i poszłam do kościoła. Tam wszyscy już klęczeli i dziękowali... Stamtąd udałam się z niedzielną wizytą do znajomych, o których wiedziałam, że mają radio. Moskwa we wszystkich językach głosiła proletariuszom wszystkich krajów, że dziś, w rocznicę wypowiedzenia wojny Aleksandrowi I przez Napoleona, wojska Hitlera przekroczyły granicę Związku Sowieckiego. Polacy szaleli. — Ta granica, nasza krwawa linia Ribbentrop-Mołotow, która przepołowiła Polskę, z dniem dzisiejszym istnieć przestaje! Myśl, że ta straszna "granica" w tej chwili znika, i to już raz na zawsze, napełniła nas szałem radości. Niech tam Niemcy idą w głąb Rosji po to pyrrusowe zwycięstwo, które ich tam czeka. Już stamtąd nie wrócą, bo tymczasem alianci ich wykończą na zachodzie. A my teraz już wracamy na wschód — do Lwowa, tam, gdzie należymy.

Na drugi dzień słuchałam przemówienia gen. Sikorskiego. Mówił o straszliwym osłabieniu Niemców, o szaleńczej ich polityce, ale mówił i o tym, że mu wiadomo, iż kraj jest najgłębiej przekonany, że Niemcy pokonają Rosję, on zaś nie uważa tej sprawy za przesądzoną, że może być inaczej. Zastanowiły nas te słowa. Czyżby to było możliwe? Czyżby niebezpieczeństwo mogło raz jeszcze w takim wypadku zagrozić wschodniej Polsce? Ależ nie, to było nie do pomyślenia! Sama myśl była obrazą dla tych, którzy w przymierzu z nami bronili kultury Zachodu. Przecież nie mogliby poświęcić połowy ziem polskich, a z nią całego swego honoru, pomijając tu już własny interes, wobec którego puszczenie Rosji aż po Bug byłoby szaleństwem. Nie, zresztą Niemcy są zbyt silni, aby ich mogła pokonać Rosja, ona im da radę, ale ich nie pobije, tylko wyczerpie do ostatka, a potem ich wykończą alianci.

Po paru dniach już przyszła wiadomość, że Lwów zajęty przez Niemców i że miasto nie jest nadmiernie zniszczone. Na kontakt bezpośredni przyszło jeszcze poczekać, na razie byliśmy tylko dręczeni plotką bardzo bolesną. Mówiło się, że Niemcy zaaresztowali dużą część profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Wymieniano coraz to inne nazwiska. Niczego konkretnego nie można się było dowiedzieć.

Wreszcie przyszedł pierwszy gryps, zaadresowany do mnie, zawierający spis 22 profesorów i docentów, którzy zostali zaaresztowani częściowo z żonami lub dorosłymi synami w dwa dni po wkroczeniu Niemców, podobno jako zakładnicy. Miejsce ich pobytu niewiadome[17]. Ze spisu wynikało, że chodzi przede wszystkim o Wydział Medyczny, ale że zabrano również profesorów Politechniki i Wyższej Szkoły Handlowej. Od tej chwili tajemnicza ta sprawa bezustannie była z nami.

Ja tymczasem układałam sobie plany osobiste. Skoro mi się nie udało wykonać rozkazu wstąpienia do Patronatu, miałam ręce rozwiązane. Trzeba było czegoś sobie poszukać. W tym czasie przychodziły z prowincji bardzo bolesne wieści o stanie więzień; szczególnie tragiczne dane nadchodziły z Tarnowa. Tam było więzienie bardzo duże, które z początku otrzymywało pomoc żywnościową z miejscowego Czerwonego Krzyża, potem Niemcy znowu tej pomocy zakazali. Żywienie, jakie sami dawali, było tego rodzaju, że umierało tam codziennie z głodu 18-23 ludzi. Mieliśmy dokładną ewidencję, ponieważ gminna opieka społeczna płaciła za trumny, trupy wywożono jawnie, a widok ich nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości co do przyczyny śmierci. Poszłam więc do prezesa RGO Ronikiera i zapytałam go, czy by nie chciał objąć swą opieką i więźniów i przyjąć mnie na referentkę. Kandydaturę swą umotywowałam w trzech punktach: 1) ten referat musi objąć kobieta, bo mężczyzna jest bardziej narażony, 2) kobieta ta nie może mieć męża czy syna, którego narazi, 3) musi mówić płynnie po niemiecku. Prezes z miejsca się zgodził, za co mu będę wdzięczna do śmierci. Rada poszła za wnioskiem prezesa. Ponieważ nie wolno było należeć do Czerwonego Krzyża i do Rady Głównej, zrezygnowałam z pracy w Czerwonym Krzyżu i zostałam urzędniczką RGO.

 


[1] Kiedy byłem królem.

[2] Myślałem przecież, że hrabina jest cztowiekiem kulturalnym.

[3] Aż do następnej polskiej batalii wolnościowej.

[4] Zginęła jako pielęgniarka w Powstaniu Warszawskim (K.L.).

[5] podludzie

[6] Ale my, Niemcy, budujemy biblioteki.

[7] łapanka

[8] Gdzie są dywany? Prędko!

[9] Major Jan Cichocki, pseud. Jaś, szef sztabu Okręgu Krakowskiego.

[10] Skądże.

[11] Pptk Jan Cichocki, szef sztabu Komendy Obszaru IV Kraków, został aresztowany z 17 na 18 IV 1941 r. w domu przy ul. Siawkowskiej 6.

[12] Major Leon Giedgowd, pseud. Leon, został aresztowany z 20 na 21 IV 1941 r.

[13] Krakowskie więzienie (K.L.).

[14] zaniepokojona

[15] Zagrożony aresztowaniem gen. T. Komorowski schronił się w mieszkaniu K. Lanckorońskiej przy ul. Wenecja 7. (K Lanckorońska, Komorowscy, "Tygodnik Powszechny" 1994, nr 29.)

[16] Świetna, ale beznadziejna.

[17] W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. 25 profesorów wyższych uczelni wraz z domownikami i lokatorami zostało rozstrzelanych na Wzgórzu Wuleckim we Lwowie. W październiku 1943 r. Niemcy, dla zatarcia śladów, wykopali ciała i spalili je w lesie Krzywczyckim na przedmieściach Lwowa.

 

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.