Wspomnienia wojenne-4

Rozdział II KRAKÓW

 

(lipiec 1941-marzec 1942)

Zeszliśmy z mostu. Stanęliśmy na gruncie Generalnej Guberni. Żołnierze niemieccy nas obstąpili. Po krótkim postoju kazano nam maszerować. Tak szliśmy czwórkami przez Zasanie "Deutsch-Przemyśl". Oczy zmęczone cyrylicą odczytywały z lubością polskie napisy a szyldach. Opodal stały małe grupki przypatrujących się nam ludzi. Gdzieniegdzie kobiety powiewały chustkami w naszą stronę. Widać było, że się zbliżyć nie śmią, robiły wrażenie jakby zastraszonych. Zaprowadzono nas do koszar. Brud tam panował nadzwyczajny. Nie było gdzie usiąść, o umyciu się nie było co marzyć. Spędziliśmy dwa dni na walizkach — wreszcie wywołano kobiety i dzieci ze wszystkimi rzeczami. Znowu nas ustawiono czwórkami i zaprowadzono do łaźni. Tam kobiety w fartuchach kazały nam się rozebrać zupełnie, rzeczy włożyć do numerowanego worka, ten sam numer wypalony na drewnianej tabliczce kazano nam sobie uwiesić na szyi. Miałam numer 57 — pamiętam doskonale — bo mi się udało tabliczkę ukryć i wynieść. Długo ją przechowywałam. Chciałam po wojnie mieć dowód, że mi kazano, zupełnie rozebranej, nosić numer uwieszony na szyi. (Taka byłam wówczas jeszcze przeczulona!) Wreszcie nas znowu w łaźni ustawiono, tym razem parami i gnano pod tusz wśród krzyku: „Jlatten hinaus!"[1] Stamtąd, przy tym samym akompaniamencie, defilowałyśmy z podniesionymi rękami przez wąskie przejście do drugiej sali. Przy drzwiach stało dwóch mężczyzn w białych płaszczach. Naprzeciw usadowiono chłopców mających 11 czy 12 lat, których specjalnie spośród nas w tym celu wywołano. Przechodziłyśmy tamtędy, już nie parami, tylko po jednej. Mężczyźni w białych płaszczach zaglądali nam do ust, a jeśli którakolwiek z nas nie podnosiła rąk dość wysoko, podrywali te ręce i zaglądali pod pachę, wyraźnie szukając złota, czy biżuterii. Znaleźli też sporo. Po tej "dezynfekcji", równie dokładniej, jak bogatej w łup (także o ile chodzi o nasze worki z rzeczami) kazano nam się ubrać z powrotem i wygnano na dwór. Jedna z nas zemdlała. Wówczas przystąpiła do niej pielęgniarka Niemieckiego Czerwonego Krzyża, z tak nieprawdopodobnym wrzaskiem, że się zaraz obudziła. Po czym zaprowadzono nas znowu czwórkami do bardziej czystych koszar. Tam nawet można było leżeć na słomie. Czwartego dnia wieczorem nastąpił wymarsz na kolej i wyjazd do Krakowa. Gdy nareszcie pociąg ruszył, większość podróżnych dawała wyraz swej radości, że "nareszcie"; wielu usnęło po ogromnym zmęczeniu, niektórzy zaś stali w pogodną noc wiosenną, patrząc, jak znikają powoli światła zza Sanu i miękkie linie wzgórz za nimi — i rodzinne, wschodnie strony.

8 maja rano — Kraków. Miasto nie zniszczone, słońce i ruch. Na ulicach dużo Niemców, na lepszych sklepach i restauracjach napis: Nur fur Deutsche[2]. Pomimo to zewnętrzny tryb życia wydawał się stokroć normalniejszy niż we Lwowie, zewnętrzny aspekt o wiele mniej zmieniony. Większość znajomych wówczas jeszcze mieszkała we własnych mieszkaniach, zapraszali na śniadanie, skromne nieraz, ale zawsze podawane na normalnej porcelanie, ze srebrnymi łyżkami i widelcami. Dziwiło nas to po tragicznie wysprzedanym Lwowie i dopiero teraz zrozumieliśmy doniosłość zarządzenia sowieckiego o unieważnieniu złotego. Zabór niemiecki tej katastrofy ekonomicznej nie przeszedł. Nie przeżył też przede wszystkim azjatyzacji całego życia oraz nie odzwyczaił się od pewnych zewnętrznych form europejskich. Pamiętam zdziwienie, jakie wywołał u mnie w pierwszych dniach pobytu bilet wizytowy prof. Stanisława Kutrzeby*, który zastałam, wracając do domu. Co za zabawni ludzie — pomyślałam — jeszcze im takich przedpotopowych rzeczy potrzeba! W miesiąc potem sama już zamawiałam sobie bilety wizytowe. Ale w pierwszych dniach ta zewnętrzna kontynuacja dawnych form życia wprost nas raziła i bolała. Wszystkie myśli były skoncentrowane na Lwowie. Kogo znowu wywieźli? Te straszne pytania powtarzaliśmy sobie ciągle nawzajem i zadawaliśmy je co rano znajomym i nieznajomym, do których wychodziliśmy na dworzec, gdy przyjeżdżał pociąg z Przemyśla. U przyjaciół skarżyłam się, że prawie wytrzymać nie można tej świadomości, że się jest samemu względnie bezpiecznym, podczas gdy przyjaciele mogą w każdej chwili wyjechać w głąb Azji. Nie wiedziałam w pierwszej chwili, dlaczego to moje powiedzenie wywołało wesołość moich gospodarzy., Widać, żeś bardzo niedawno przyjechała, jeśli się czujesz względnie bezpieczna. Pociesz się, minie ci to prędko".

To, co mnie osobiście od chwili przyjazdu najwięcej bolało, o tym mówić nie mogłam. Ponieważ wyjechałam ze Lwowa w takich warunkach, że nie zdołałam zdobyć jakichkolwiek kontaktów do Krakowskiej Komendy ZWZ, nie miałam żadnych nadziei powrotu do pracy względnie przedostania się jako kurier na Węgry, do Włoch i dalej, o czym marzyłam. W cztery dni jednak po moim przyjeździe zjawiła się u mnie Maria (Dzidzia) Krzeczunowicz* ze Lwowa. Zdziwiłam się wizytą osoby prawie mi nie znanej. Siadła i powiedziała: "Pani należy do ZWZ". Zdziwiłam się jeszcze trochę więcej. "Przyjechał ktoś ze Lwowa, kto na pani ręce przysięgę składał. Stąd Dowódca wie o pani i oczekuje pani jutro o 14.30". Tu podała dokładny adres i sposób pukania do drzwi. Na drugi dzień poszłam. Otworzyła Dzidzia i Renia Komorowska, która kiedyś we Lwowie wpadła do mnie, gdy składałam opatrunki. Obie były obecne przy rozmowie, którą następnie przeprowadził ze mną mężczyzna w średnim wieku, raczej niskiego wzrostu, o smagłej twarzy, który patrzył na mnie uważnie ciemnymi bardzo oczami. Pytał o Lwów, o szczegóły wsypy, o moją pracę. Następnie mi oświadczył, że dła mnie tutaj na razie roboty nie ma. Powiedziałam o moich zamiarach wydostania się za granicę i starałam się je umotywować. Otrzymałam natychmiastową zgodę i obietnicę przerzucenia mnie jako kuriera na Węgry mniej więcej za dwa tygodnie.

Na drugi dzień powiedziała mi Dzidzia, że rozmawiałam z dowódcą Okręgu Krakowskiego, a mężem Reni — Tadeuszem Komorowskim*.

Trzeba więc było szykować się do drogi i znowu czekać. Ponieważ Dowódca kazał mi się przygotować i trenować na dłuższy marsz przez góry — latałam więc po Krakowie i bliższej okolicy przez szereg godzin dziennie. Znajomi, którzy mnie spotykali, mieli wrażenie, że mam widocznie bardzo nadwerężone pod okupacją bolszewicką nerwy, bo ciągle bardzo szybkim krokiem pędzę "na spacery".

Poszłam też wówczas do księcia metropolity Sapiehy*, który mnie przez całe moje życie znał. Przywitał mnie serdecznie i z wesołym wyrazem twarzy zapytał: "Krąży o pani pewna opowieść wodociągowa, o bolszewiku w pani mieszkaniu. Wiem, że mi pani jej szczegółowo opowiedzieć nie może, ale bardzo pragnę wiedzieć, czy odpowiada prawdzie". Zrozumiałam, że tu chodzi o Pawłyszeńkę, który mył głowę w moim klozecie, i zapewniłam arcybiskupa, że to, co słyszał, jest zgodne z rzeczywistością, jeśli chodzi o problem mycia głowy. Ucieszył się niepomiernie.

Przeszliśmy na tematy inne. Powiedziałam, prosząc o zachowanie tajemnicy, że się wybiera "przez zieloną granicę" na Węgry i do Rzymu. Zapytałam, co mam tam powiedzieć. Piękna twarz mego rozmówcy przybrała wyraz ogromnego przygnębienia, którego nigdy u niego nie widziałam. "Niech pani powie, żeby zawiadomili papieża, że fakt, iż się do Polaków w ogóle nie odzywa, ma skutki niebezpieczne, jeśli chodzi o nastroje antyrzymskie w Kraju. Robimy, co możemy, ale nie mamy sposobu przeciwdziałania, bo przecież jest prawdą, że się papież w tak straszliwej naszej katastrofie w ogóle do Polaków nie zwraca. Po drugie, niech pani powie, żeby nuncjusz w Berlinie, Orsenigo, do Dachau i w ogóle do naszych księży uwięzionych nie jeździł. Jego wizyty ogromnie ich rozgoryczają, gdyż on bynajmniej nie jest bezstronny, a na domiar strasznie nietaktowny". Gdy się żegnałam, kazał mi jeszcze wrócić bezpośrednio przed podróżą.

Poza tym starałam się chociaż dowiedzieć jak najwięcej o tym, co się działo w Generalnej Guberni oraz w tragicznych prowincjach zachodnich wcielonych do Reichu. Stamtąd przyjeżdżali wysiedleni Polacy długimi pociągami. Ale teraz, gdy już pocieplało, było ich mniej. Tłumaczono mi, że Niemcy wysiedlają masowo tylko w wielkie mrozy. (Prawdziwość tego powiedzenia już w następną zimę została dobitnie potwierdzona). Sam Kraków wówczas był pod bardzo silnym wrażeniem masowych aresztowań ulicznych z dnia 3 maja, gdy brano widocznie dla samej tej daty — bo żadnych manifestacji nie było — dużą ilość młodych mężczyzn, na ulicach, w lokalach, na dworcu. Wtedy to usłyszałam po raz pierwszy słowo, które miało zająć tak wielkie miejsce w słowniku każdego z nas, słowo: ŁAPANKA.

Od tego czasu to słowo tak głęboko weszło i w życie, i w świadomość naszą, że sobie dnia powszedniego bez niego wyobrazić nie mogliśmy. Pytaliśmy, dokąd ich wiozą? — na roboty do Niemiec, szczególnie do kamieniołomów lub do obozów koncentracyjnych — brzmiała odpowiedź. Niemieckie obozy koncentracyjne były nam już wówczas do pewnego stopnia znane, głównie z Sonderaktion Krakau, tj. z osławionej sprawy profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, o której się wówczas nareszcie prawdy dowiedziałam. W maju, gdy przyjechałam do Krakowa, starsi profesorowie, którzy nie zmarli w obozie, byli już zwolnieni; młodszych, poniżej lat 40, trzymano wtedy jeszcze w Dachau. Wrócili oni później, po jednemu. Odbywało się wówczas co czwartek nabożeństwo w ich intencji w kościele św. Anny, przed obrazem św. Jana Kantego. Żony i matki modliły się tam o ratunek dla mężów i synów. Doświadczyłam wówczas na sobie, że mogą zajść okoliczności, w których wypowiedziane tysiące razy w życiu słowa modlitwy nie chcą już przejść przez gardło — słowa: "Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom"...

W owych dniach otrzymałam wiadomość, że muszę jeszcze trochę zaczekać, gdyż tym razem jako kurier idzie ktoś inny, poszukiwany przez Niemców, a ja, której na razie nic nie grozi, mam czekać następnej okazji.

Tymczasem na świecie wypadki toczyły się szybko. Padły Belgia i Holandia, Włochy weszły do wojny[3], Francja była poważnie zagrożona. We Francję wierzyliśmy wszyscy niezłomnie, z przywiązania do niej i podziwu, w jakim nas wychowano, oraz z żywej jeszcze w nas starszych pamięci jej bohaterstwa w okresie I wojny.

Na cześć kapitulacji Francji[4] bito w Krakowie we wszystkie dzwony, górował głos Zygmunta. Była to specjalna atencja, działo się to na specjalny rozkaz wyższych władz niemieckich. Krakowianie w gorący dzień czerwcowy zamykali okna i zatykali uszy, żeby dzwonu nie słyszeć. Po południu poszłam posłuchać radia. Była to zresztą jedyna rzecz "nielegalna", którą wówczas robiłam, za to uprawiałam ją dość regularnie. W tym dniu przez BBC przemawiał Churchill. Powiedział tylko parę zdań glosem zmienionym: "Wiadomości z Francji są bardzo złe. Pomimo to nie zapomnimy o rycerskim narodzie francuskim. As the only champion nów in arms, we will do our best to defend our island and we willfight, until the curse of Hitler is liftedfrom the brows ofmen[5]".

Kraków tonął we flagach. Wokoło Rynku wbito co półtora metra ogromne pale białe, a na nich powiewały krwawo czerwone wielometrowe płachty z naszytym białym kołem. Na kole widniał ów tajemniczy czarny znak — symbol zła. Te bataliony swastyk miały być wyrazem radości der urdeutschen Stadt Krakau[6]. Tej samej nocy zarejestrowano w tymże Krakowie sześćdziesiąt parę samobójstw.

Lecz nawet wśród tych, którzy wbrew wszystkiemu pragnęli żyć i walczyć dalej, wielu już nie wierzyło w zwycięstwo, a nawet ci, którym dane było, jako szczególna może łaska losu i źródło sił, nie wątpić ani godziny w klęskę Niemiec, nawet ci wiedzieli od owego dnia, że teraz długo nie nastąpi koniec, że to może trwać jeszcze rok cały, a może nawet i dwa!...

Losy Europy zależały teraz od losów Anglii. Słowa Churchilla: "we will do our best to defend our island"[7], były przerażające, bo wyraźnie świadczyły o tym, w jakim niebezpieczeństwie znajdowała się Wyspa Wolności.

W tym czasie zrodziło się w nas wszystkich głębokie uczucie, które przez szereg lat miało odgrywać tak wielką rolę w naszym myśleniu i w naszych sercach: miłość do Anglii. Było w tym uczuciu wszystko; i świadomość roli Anglii wobec kultury Europy, której była ostatnią ostoją, tej kultury, tworzącej istotę bytu duchowego Polaków, i był zawód straszliwy, sprawiony świeżo przez Francję, w którą tak niedawno byliśmy wszyscy wpatrzeni. Ta miłość zawiedziona skierowała się z tym większą intensywnością ku Anglii, potężnej, mądrej i niezmiernie prawej, atak mało nam dotychczas znanej. Na tej wierze oparliśmy się z całą siłą, z całym bezgranicznym zaufaniem; a świadomość, że ten wielki nasz sprzymierzeniec sam może się wkrótce znaleźć w niebezpieczeństwie, potęgowała jeszcze nasze przywiązanie i naszą ofiarną potrzebę poświęcenia się dla Anglii, aby z nią razem budować nową Europę i w niej silną Polskę.

Byli ludzie — zresztą bardzo nieliczni — którzy śmieli twierdzić, że Anglicy są narodem bardzo praktycznym, że nas teraz lubią, bo potrzebują naszej krwi, gdyż niechętnie przelewają własną, ale że się później wobec nas zmienią. Osoby wygłaszające takie zdanie podlegały bojkotowi.

Nowa sytuacja polityczna, zajęcie całej Belgii, Holandii, Francji przez Niemcy, wywarła też olbrzymi wpływ na pracę konspiracyjną u nas. Kontakt z rządem był o wiele trudniejszy, wydostanie się kurierów już fantastycznie uciążliwe od chwili wejścia Włoch do wojny. Byliśmy od owego czasu po prostu osaczeni. Toteż zrozumiałam wtedy i ja, że nie mam szans wydostania się dalej poza Węgry czy Jugosławię; kazałam więc prosić Dowódcę, aby mnie nie wysyłał za granicę, ponieważ plan mój już nie był wykonalny. Nie mając wiele nadziei na przydział w pracy konspiracyjnej, zaczęłam starać się być pożyteczna w legalnej pracy charytatywnej. Zwróciłam się do Polskiego Czerwonego Krzyża, gdzie po dłuższym czasie zostałam dopuszczona do pracy bez stałego przydziału. Na razie, na własną propozycję, rozpoczęłam rejestrację osób wywiezionych z zaboru sowieckiego w głąb Rosji. Tłumy gromadziły się co rano przed moim biurem. Były to duże grupy ludzi, rodziny oficerów znajdujących się w Kozielsku i w Starobielsku, którzy wówczas dawali jeszcze znać o sobie, oraz rodziny wywiezionych, które otrzymywały wiadomości z głębi Azji i przynosiły te kartki w przekonaniu, że osoby objęte tą rejestracją zostaną natychmiast wywiezione z Rosji do Ameryki, Indii czy Kanady i prosiły mnie, abym się jak najprędzej wywiązała z poleconego mi przez Amerykę zadania. Większość wiadomości o wywiezionych pochodziła z Kazachstanu, z ferm kirgiskich, skąd polskie rodziny oficerskie i ziemiańskie donosiły, że mieszkały w stajenkach po owcach. Pisali, że rano chodzi się po wodę, by ją nieść wiadrem 3 km przez stepy. Potem trzeba za pomocą lassa polować na byki, które przez noc pasły się na stepie, aby je zaprząc do pługa i orać. Te wszystkie czynności wykonywały kobiety, oczywiście często kobiety nie trenowane do pracy fizycznej. Jedna z nich pisała: "Czytam teraz strasznie zajmującą książkę pt. Dante n'a rien vu", a druga wyrażała już jedną tylko obawę, by nie umarła przed dziećmi — "Módlcie się o mądrą kolejność śmierci..."

Leśniczy z Komarna dał znać, że pracuje na Uralu i że dziecko jest zdrowe. Pomimo mego odcięcia od stron rodzinnych miałam też trochę wiadomości od chłopów z Klicka-Kolonii. Pisali z różnych stron Azji. W treści wszystkie kartki stamtąd były podobne do siebie.

Na ścianie naszego biura wisiała mapa Rosji, na której znaczyliśmy chorągiewkami miejscowości lub przynajmniej "obłaście", z których przychodziły kartki. Najgęstsza grupa chorągiewek obsadziła Kazachstan i okolice Ałtaju. Wstydziliśmy się, że nam o tyle bezpieczniej, boć przecie Niemcy mogą nas wywieźć tylko w głąb Niemiec, chociażby dlatego, że Azji nie mają. Pokazało się wkrótce, że mogą wywieźć i mniej daleko niż w głąb Niemiec, o ile chodzi o pierwszy etap, ale że stamtąd prowadzi zwykle droga dalsza znacznie niż do Kazachstanu. W owych gorących dniach lata 1940 poczęły krążyć po Krakowie pogłoski, że robią jakieś wielkie przygotowania na granicy Śląska, jakby budowali duże baraki czy bloki — wszystko to otoczone drutami i trzymane w ścisłej tajemnicy. Nawet gdyby to wszystko było jawne, wtedy jeszcze nikt z nas nie byłby w stanie pojąć, o co tu chodzi, bo Niemcy budowali OŚWIĘCIM.

Mnie lato zeszło na dalszych, nieraz dorywczych zajęciach w Czerwonym Krzyżu, przerywanych rzadko jakimś drobnym zleceniem do wykonania dla ZWZ.

Drażniło mnie niewymownie, że żadnych poważnych zadań mi nie dawano. Bezpośredni wówczas mój zwierzchnik w PCK był równocześnie i moim zwierzchnikiem w konspiracji. Ppłk dr Adam Szebesta*, neurolog, człowiek o dużej energii i inteligencji, z bardzo piękną kartą z kampanii wrześniowej, w której brał udział w obronie Zamościa. Do mnie się odnosił z wielką rezerwą i ta rezerwa była wyraźnie powodem mojej bezczynności w konspiracji. Byłam wściekła.

Raz udało mi się zdobyć wcale cenną informację i złożyłam mu w tej sprawie należny meldunek. Wysłuchał mnie bardzo uważnie i odpowiedział z pewną irytacją, która mnie zaskoczyła: "Przyniosła pani ważną wiadomość, otrzymała ją pani porządnie się narażając — a ja byłem tak bardzo do pani uprzedzony". "Nie ukrywał mi tego pan pułkownik" — odpaliłam. Wstał i zaczął chodzić po pokoju. "A czym sobie pani to moje uprzedzenie tłumaczy?" — "Nigdy mi pan nic nie dał do roboty, więc zawinić nawet nie mogłam. Może tu więc tylko chodzić o coś, za co nie jestem odpowiedzialna, chyba o moje pochodzenie społeczne". — "Tak jest". Teraz cię mam — pomyślałam. — Kraj krwią spływa, a te głupstwa jeszcze stawiają zapory między walczącymi o wolność Polski! "Panie pułkowniku, dlaczego pan, nie lubiąc mego klasowego pochodzenia, nigdy się nie zapytał, jak ja się do niego odnoszę? A jeśli to moje nazwisko, którego przecież nie wybrałam, uważam za zwiększenie jeszcze mych zobowiązań wobec Kraju? Przecie ono tylko dlatego jest znane, że ci ludzie się bili — i to podobno nieźle, skoro tak często dowodzili! Bili się we wszystkich większych potrzebach Rzeczypospolitej od Grunwaldu po Wiedeń, ja jestem z tego, co boli! Ja im dziś nie chcę wstydu przynieść, mam prawo prosić o to, by mi było danym pracować i narażać się. Czyż to jest chwila na takie bzdury, jak przesądy klasowe?". Na tym musiałam ten monolog zakończyć, bo Adam Szebesta już stał przede mną, złapał mnie (niezbyt łagodnie) za obie ręce i całował je na przemian w tempie przyspieszonym. Od tego dnia był jednym z moich najbliższych przyjaciół.

Wiadomości ze świata były coraz bardziej alarmujące, bitwa nad Wielką Brytanią[8] rozgorzała, a propaganda niemiecka obiecywała szybki koniec wojny... Cały naród polski łączył się w duchu ze swymi lotnikami, którym dane było brać bezpośredni udział w tej przeprawie straszliwej. Nasza miłość do Anglii wzmagała się wówczas z każdą godziną. Była w niej i wiara, i nadzieja, i troska bezmierna, trwoga o jej przyszłość i zazdrość, że Anglia może walczyć otwarcie o swój byt i o byt Europy.[9]

Pamiętam 15 sierpnia mszę pontyfikalną, którą w kościele Mariackim odprawił książę metropolita Sapieha. Wszyscy zrozumieliśmy: w rocznicę cudu nad Wisłą arcypasterz modli się o cud nad Tamizą. Kraków był na kolanach. Gdy Sapieha wychodził z kościoła, został przyjęty huczną owacją przez oczekujące go tłumy, które się w kościele zmieścić nie mogły. Zaniepokojeni Niemcy zapytali, co to ma właściwie znaczyć, i otrzymali odpowiedź, że taki jest w Polsce obyczaj (Landessitte), że ludzie bardzo krzyczą, gdy widzą biskupa.

W parę dni później miał miejsce epizod, który mi pozostał w pamięci. Otrzymałam zlecenie pójścia do ks. metropolity i zapytania go w imieniu i z rozkazu dowódcy Okręgu, czy się ks. metropolita zgadza, by l września (w niedzielę) w pierwszą rocznicę wybuchu wojny wierni we wszystkich kościołach krakowskich po sumie odśpiewali Boże, coś Polskę. Nie chodzi o aktywny udział kleru, tylko o to, że dowódca nie chce, by cokolwiek się działo w kościołach bez uprzedniej wiedzy i zgody gospodarza tych kościołów. Poszłam. Ponieważ już nieraz w sprawach Czerwonego Krzyża chodziłam na Franciszkańską, przyjście moje w godzinie przyjęć nie zwróciło w poczekalni niczyjej uwagi ani potem nie zdziwiło samego arcybiskupa. Przyjął mnie ze zwykłą mu pełną życia dobrocią i serdecznością i zapytał, z czym przychodzę. "Tym razem nie przyszłam tu z własnej inicjatywy, lecz z rozkazu", powiedziałam powoli i bardzo spokojnie. Reakcja — milcząca zresztą — nie była ani spokojna, ani powolna. Wyrazista, szlachetna twarz mego interlokutora rozpromieniła się, czarne oczy zabłysły ogniście, na cienkich wargach zagrał uśmiech pełen polotu, prawie młodzieńczy. Człowiek, który siedział przede mną i przechylał się ku mnie przez stół, czekając z napięciem, co powiem, był w tej chwili przede wszystkim — Sapiehą, dla którego zbroja byłaby bardziej odpowiednim strojem od fioletów. Powiedziałam więc, z czym przyszłam. Arcybiskup słuchał uważnie, potem powtórzył dosłownie, co powiedziałam, jakby dla lepszego zapamiętania. Twarz jego przybrała przy tym wyraz zatroskania. Wreszcie powiedział, że mam wrócić za dwa dni, że się namyśli, wówczas da odpowiedź. Chciałam wstać, zatrzymał. "A więc pani zlecenie na razie spełnione. Zapytam teraz panią zupełnie prywatnie, co by pani w tej sytuacji na moim miejscu zrobiła. Interesuje mnie to. Zgodziłaby się pani, czy nie?" — "Nigdy", odpowiedziałam bez namysłu. "Podtrzymanie ducha jest na razie, dzięki Bogu, zupełnie niepotrzebne, a Niemcy tę manifestację wykorzystają dla nowych aresztowań, deportacji, a nawet mordów. My mamy zakładać życie dla walki — a nie dla śpiewu". — "Dziękuję pani, czekam na pojutrze". Przyszłam i otrzymałam odpowiedź odmowną. Przed odejściem chciałam uzgodnić z metropolitą, w razie zapytania, o czym między nami była mowa, i podałam mu w tym celu parę szczegółów z mojej pracy w Czerwonym Krzyżu. Wyglądał na ubawionego. "Kto może nas zapytać, o czym rozmawialiśmy?" — "Niemcy, oczywiście, w razie mojego aresztowania". Mnie znów ubawiło to pytanie.

Po paru dniach zapytałam Renie, jaka była reakcja jej męża na odpowiedź odmowną. "Odetchnął i powiedział, że liczył na roztropność metropolity". Wtedy dopiero przyznał żonie, że miał duże trudności z młodymi, którzy tej manifestacji koniecznie chcieli, a on był jej bardzo przeciwny. Wówczas oświadczył im, że uzależnia decyzję od arcybiskupa.

Sapieha, nasz moralny wówczas przywódca, nie był w żadnym stopniu wprowadzony w konspirację, wręcz przeciwnie, trzymała się ona od niego daleko, by go nie narazić. Miało to trochę zabawny skutek uboczny. Książę metropolita był zrozpaczony "bezczynnością" ludzi swojej sfery. Uskarżał się, "gdzie to oni są, w takiej chwili siedzą cicho po dworach — no i nic".

Nie miał pojęcia, że nieomal każdy dwór czy pałac, o ile właściciele jeszcze w nim mieszkali, był mniejszą lub większą twierdzą. O tym miał się dowiedzieć później.

Później, gdy niebezpieczeństwo jeszcze wzrosło, napięcie w społeczeństwie doszło do szczytu. Zdarzyło się na Plantach, że kobieta na spacerze z dzieckiem zemdlała, bo znajomy, spotykając ją, powiedział, że Anglia skapitulowała.

 

Owej ciężkiej jesieni byłam też po raz pierwszy od wybuchu wojny w Warszawie. Wysłana z pocztą, zetknęłam się z konspiracją warszawską. Choć kontakty były pobieżne, wywiozłam z Warszawy głębokie wrażenie większej jeszcze niż w Krakowie odwagi i siły ducha, większego optymizmu, nie tylko nadziei, ale wprost pewności w oczekiwaniu tego wielkiego szczęścia, o które mamy zaszczyt walczyć. Miło też było, że na ulicach było o tyle mniej Niemców niż w Krakowie, o tyle mniej lokali nur fur Deutsche. Sama stolica natomiast i jej zniszczenia podziałały na mnie przygnębiająco. Choć gruz był dawno sprzątnięty, nie mogłam się pogodzić z tym, że brakowało całych ulic, jak Świętokrzyskiej czy Focha, że nie ma architektonicznej ozdoby Warszawy — pałaców Raczyńskich na Krakowskim Przedmieściu czy Zamoyskich na Senatorskiej, że przede wszystkim nie ma Zamku. Wydawało mi się, że chyba żadne miasto tak straszliwie nie ucierpiało!!! Wtedy też po raz pierwszy w czasie wojny jechałam pociągiem. Na 16 wagonów 13 było przeznaczonych dla Niemców, nieraz całe puste lub jedna osoba w przedziale. Za to w polskich wagonach trzeba było stać przez całą noc na jednej nodze na zmianę, bo na postawienie dwóch nóg miejsca nie było. Wtedy mnie po raz pierwszy uderzył konduktor niemiecki za to, że w ścisku stanęłam w przejściu do wagonu niemieckiego.

W tym samym czasie, mając ciągle mało roboty, uczyłam się angielskiego oraz starałam się poznać literaturę narodu sprzymierzonego. Spędzałam najpiękniejsze godziny owych ponurych miesięcy w bibliotece Romana Dyboskiego*, naszego wielkiego anglisty, który nie szczędził trudu, aby mi udostępnić skarby ducha Anglii. Pamiętam wrażenie, jakie wówczas zrobił na mnie wiersz Artura H. Clouga, który sam Dyboski przetłumaczył na język polski. Wiersz ten dotarł do ZWZ, został wydrukowany w prasie podziemnej i zrobił duże wrażenie. Wówczas też zetknęłam się po raz pierwszy z lapidarną postacią Emily Bronte, z jej żywiołową siłą treści i szorstką i niedoskonałą, ale potężną formą. Wiersz jej No coward soul is mine... — "Tchórzliwa nie jest dusza moja" — miał mi towarzyszyć później na dalszych, niełatwych moich drogach.

Godziny spędzone w bibliotece Dyboskiego były może jedyne szczęśliwe w ciągu sześciu lat wojny, gdy lektura była przerywana rozmowami na temat kultury angielskiej, francuskiej, niemieckiej, łacińskiej, greckiej, włoskiej i przede wszystkim polskiej, gdy po raz pierwszy od początku wojny przemawiał znów do mnie Humanizm, i to w osobie jednego z najświetniejszych jego przedstawicieli w Polsce. Stały mi się one wielkim źródłem siły na przyszłość. Profesor Dyboski przygotowywał się wówczas wewnętrznie do odpowiedzialnych zadań, jakie go po wojnie miałyby czekać, do pracy nad uświadomieniem narodom anglosaskim, kim są Niemcy i jaki był ich stosunek do nas i do kultury naszej. "To będzie bardzo trudne, bo znając ich, wątpię, czy w ogóle potrafią zrozumieć, co się tutaj dzieje. Narody wychowane na pojęciu godności ludzkiej uważają wojnę za rozprawę rycerską, po prostu nie uwierzą w zdziczenie całego narodu". I nam było coraz trudniej ten naród zrozumieć. Opowiadałam raz profesorowi, że na wsi u moich krewnych jest Treuhdnder, to znaczy komisarz zarządzający majątkiem, który wraz z żoną (jak normalnie) wynosi z domu stare zegary itd. Był z nimi synek Helmut, który się bawił z dziećmi moich kuzynostwa. Ci ostatni zezwalali na to, bo nie chcieli, aby ich dzieci już w tak młodym wieku przejęły się nienawiścią do innego dziecka. Pewnego dnia zaś już nie było wspólnej zabawy, która dotąd szła doskonale. Dzieci zapytane o przyczynę nie chciały j ej podać. Dopiero po dłuższym czasie starsza dziewczynka powiedziała matce: "Mamusiu, my się już nie możemy bawić z Helmutem". — "Dlaczego?" — "Bo nam powiedział, że chciałby być już duży; wtedy byłby lotnikiem i mógłby rzucać bomby na nasz dom"[10]. Zastanawialiśmy się z profesorem Dyboskim nad instynktami, które tkwią w tym narodzie.

Rozmawialiśmy też wieczorem, w dniu rozbicia pomnika Mickiewicza[11]. Byliśmy oboje zdruzgotani nie tyle samym faktem utraty niezbyt pięknego pomnika ("po wojnie wystawimy ładniejszy"), ile tym wymownym dowodem, kim są Niemcy. Dyboski załamywał ręce, wskazując na arcydzieła literatury niemieckiej na półkach swojej biblioteki. "Ale czy pani jest pewna, że to się stało, bo ja dziś nie wychodziłem?" Mówiłam mu, że byłam na Rynku od rana parę razy; byłam w czasie przygotowań, potem w chwili ostatniej. Tłumy stały dookoła kordonu policji, kobiety płakały głośno. Rozpędzano je co jakiś czas, bijąc i aresztując licznych fotografów. Nawiasem mówiąc, akcja ta, jak wiele poczynań okupanta, minęła się z celem, gdyż w dwa dni potem Kraków był w posiadaniu kilkunastu zdjęć padającego posągu, a chłopcy pod Sukiennicami podchodzili do osób wzbudzających ich zaufanie i sprzedawali dość drogo pocztówki: "Mickiewica, jak się przewroco". Oczywiście nabyłam i ja taką kartkę i cieszyłam się na pokazanie jej cudzoziemcom po wojnie. Przez dwa dni jeszcze leżał posąg z rozbitym tyłem głowy na Rynku. Było też parę aresztowań kobiet za rzucanie nań kwiatów. Spokojny Kraków był wstrząśnięty do głębi — po raz pierwszy wówczas "wściekli się" ludzie prości, którym na początku Niemcy wyraźnie imponowali. Służąca Dzidzi Krzeczunowicz, analfabetka, płakała trzy dni, choć trudno było przypuszczać, że "Improwizacja" czy Pan Tadeusz były jej własnością duchową. Zapytana przez Dzidzię o powód tej rozpaczy, odpowiedziała: "Okropnie mnie obrazili". Rozbicie pomnika Grunwaldzkiego, bezpośrednio prawie po zajęciu Krakowa[12], wydawało się rzeczą zrozumiałą, bo przynajmniej miał wyraźną tendencję antyniemiecką; usunięcie pomnika Kościuszki na Wawelu uszło prawie niepostrzeżenie — przecież Wawel był i tak niedostępny. Die Burgn[13], otoczona pruskimi szlabanami w pasy czarne i białe, pilnowana przez ogromnych strażników z bagnetami, była jakby czymś obcym. Przyznaję, że ta dziwna — powiedziałabym — "nieobecność" Wawelu wydawała mi się zawsze najbardziej wymownym symbolem nieobecności wśród nas tego dobra najwyższego, jakim jest niepodległość. Zresztą pomnik Kościuszki niezbyt dawno tam stał, nie stanowił integralnej części Krakowa, jak Mickiewicz na Rynku.

Poza tym przyzwyczailiśmy się od wielu pokoleń do pewnych pojęć o tym, kim jest poeta, bez względu na narodowość, czym jest w ogóle sztuka czy kultura, od których to pojęć wówczas po roku tylko okupacji nie zdążyliśmy jeszcze odwyknąć. W tym dniu, wracając z Rynku, gdzie leżał rozbity posąg Mickiewicza, szłam ulicą Sławkowską. Oczy moje spoczęły na tablicy brązowej, wawrzynem ozdobionej, z napisem: „W tym domu mieszkał Goethe"... Czytając, pomyślałam — jakoś nikomu z Polaków na myśl nie przyszło jeszcze rozbić tę tablicę lub przynajmniej zdjąć, pomimo wszystkich niewidzianych w świecie zbrodni, które naród Goethego popełnia wokoło, bo my przecież nie jesteśmy w wojnie z Goethem. Przypomniała mi się wizyta Mickiewicza w Weimarze i złote pióro otrzymane tam w podarunku... Czy się ludzkość dziś w błocie tarzająca jeszcze kiedy dźwignie na owe wyżyny?...

Dyboskiemu zaś wieczorem powiedziałam, że choć to wszystko jest straszne, nie mogę się opędzić wrażeniu, że okupant, który się zdobywa na takie wyczyny, jest dla Polaków mniej niebezpieczny od tamtego, który we Lwowie składał olbrzymie wieńce u stóp tegoż Mickiewicza. Wymiana myśli z Dyboskim nie miała już trwać długo. Ciężko mi było porzucić te "lekcje", o które tak bardzo dbałam; pomimo nowych zajęć, starałam się ich nie przerywać, aż wreszcie w grudniu już czasu na nie nie starczyło.

Od października bowiem miałam obowiązki nowe. Wracali w tym czasie z Niemiec nasi jeńcy wojenni, szeregowi i nieliczni oficerowie, o ile stan ich zdrowia wykluczał z ich strony wszelką działalność bojową. Dotychczas przyjeżdżały jednostki lub małe grupki, aż wreszcie z początkiem października przybył do Krakowa transport 500 gruźlików. Umieścili ich w Kolegium Jezuickim na ul. Kopernika. Polski Czerwony Krzyż został uwiadomiony, że ci ludzie są tam bardzo źle żywieni. Renia Komorowska, kilka panienek i ja porwałyśmy co się dało z PCK i popędziłyśmy na ul. Kopernika. Wojskowa straż niemiecka puściła delegację Czerwonego Krzyża. Szłyśmy, dźwigając kosze, długim korytarzem. Skierowano nas do dużej sali, gdzie nas czekał widok niespodziewany. Poza obłożnie chorymi znajdowała się tam liczna grupa oficerów mogących jeszcze chodzić. Gdy nas zobaczyli, wstali i podeszli do drzwi, by przywitać pierwsze kobiety polskie, które widzieli od roku. Byli w mundurach — dystynkcje, odznaczenia — wszystko to podziałało na nas oszałamiająco. Nie wiadomo było, co ze sobą robić, by się nie rozkleić. Ratowały duże kosze z prowiantem, nad którymi w czasie rozpakowywania można się było bardzo nisko pochylić...

Potem poszłyśmy do mniejszych cel, tam leżeli ciężko chorzy. Dwóch w owym pierwszym dniu zmarło, kilka żywych kościotrupów czekało... Przy niektórych siedziały żony czy narzeczone, patrzące z przerażeniem na tego najbliższego, który przecież dopiero co powrócił, a już znowu odchodzi — tym razem na zawsze. Leżał tam między innymi obrońca Helu, ppor. rez. inż. Lech Stelmachowski. Przy nim siedziała bardzo młoda żona; chory już głosu nie miał, już i szeptać prawie nie mógł, patrzał na nią tylko bardzo szafirowymi oczyma. Widać było, że zbiera siły, aby coś powiedzieć. Wreszcie wydusił cztery, ledwie dosłyszalne słowa: "Obowiązek wobec Polski spełniony". — Na drugi dzień umarł. Kilkunastu kolegów otrzymało pozwolenie pójścia na pogrzeb. Straż niemiecka towarzyszyła im w sposób — przyznać trzeba — względnie dyskretny. Gdy wyszli grupą na ulicę, przechodnie zdjęli kapelusze, z okien posypały się kwiaty, w tramwaju podniósł się krzyk kobiety: "Jezus, Maria!..." Nie pamiętam, abym była kiedykolwiek w życiu tak dumna z towarzystwa, w którym się znajdowałam, jak owego dnia, gdy przez Kraków jechałam z tymi biednymi, bezbronnymi gruźlikami. Na Rakowicach przy wejściu na cmentarz nasz pochód był już liczny, na samym cmentarzu przyłączyło się bardzo wiele osób. W kaplicy koledzy pełnili straż honorową przy trumnie. Było bardzo cicho, od czasu do czasu rozlegał się suchy, gruźliczy kaszel. Wychodząc z kaplicy, ci chorzy ludzie odsunęli łagodnie karawaniarzy i wzięli trumnę na barki. Idąc, pomyślałam, że dobrze, iż jest wśród nas sporo pielęgniarek, jeśli jeden z nich nie wytrzyma, jest komu ratować. Tak szliśmy dość daleko, na nowy cmentarz, w słońcu, w cudowny, polski, jesienny dzień. Po drodze trzeba było rzeczywiście ratować, ale nie wojskowego, tylko pielęgniarkę, która zemdlała z wrażenia. Było bardzo dużo kwiatów, oczywiście w kolorach odpowiednich. Gdy trumnę spuszczono, przypomniały się słowa pisane z okazji innego pogrzebu szpitalnego:

"Ale Ty, Boże! który z wysokości Strzały twe rzucasz na kraju obrońcę, Błagamy Ciebie, przez tę garstkę kości! Zapal przynajmniej na śmierć naszą — słońce! Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy! — Niechaj nas przecie widzą — gdy konamy! — "[14].

Później takich śmierci miało być jeszcze bardzo dużo, i pogrzebów również, ale już nie takich, gdyż Niemcy po jednej próbie mieli dość. W parę dni później przyszło zwolnienie jeńców z niewoli. Chorzy stawali się osobami cywilnymi. Ci, którzy mogli wyjechać, mieli transporty do różnych części Generalnej Guberni. Wyjeżdżającym już nie przysługiwało prawo do munduru, względnie, jeśli nie mieli cywilnego ubrania, mogli jechać w mundurze, ale bez dystynkcji. To ostatnie było trudne do wytłumaczenia, jakoś ci ludzie nie mogli tego zrozumieć. Podczas bolesnej roboty odpruwania ci chorzy — niejedna twarz nosiła już wyraźne piętno śmierci — podchodzili do nas i szeptali do ucha prośbę o włożenie odprutych gwiazdek do kieszeni, "bo mi tego przecież wkrótce znów będzie potrzeba". Wreszcie się nauczyli choć trochę ostrożności, bo w pierwszych dniach mówili głośno wszystko, co myśleli. Trzeba im było tłumaczyć na wszelkie sposoby, że są otoczeni szpiegami, że pielęgniarki szpitalne są Volksdeutsch albo (niestety) Ukrainkami, że okupacja to nie obóz jeniecki, a gestapo to nie Wehrmacht. Byli przerażeni, jeden podoficer powiedział: "Jeśli tak, to z jeńców stajemy się niewolnikami". Wreszcie wyjechali. W Krakowie pozostali tylko ciężko chorzy oraz pochodzący ze stron naszych, spoza linii Ribbentrop-Mołotow, nieraz ojcowie rodzin wywiezionych w głąb Rosji. Nad nimi, jak i nad obłożnie chorymi, trzeba było roztoczyć opiekę i dożywiać ich regularnie, co nie było wówczas trudne, bo społeczeństwo było w stosunku do nich ofiarne niezmiernie.

27 maja 1991 roku poznałam w Rzymie marszałka Senatu profesora Andrzeja Stelmachowskiego. Otrzymałam tego dnia z jego rąk nadany mi Order Polonia Restituta. Jadąc z nim do ambasady, zapytałam, czy nie jest może krewnym młodego obrońcy Helu tego nazwiska, który umierał przy mnie w Krakowie w październiku 1940 roku. Pokazało się, że dzisiejszy wysoki dygnitarz Polski Odrodzonej jest młodszym bratem mojego pacjenta. To przedziwne spotkanie wzruszyło marszałka głęboko. Wspomniał o nim w swym przemówieniu, co nadało tej uroczystości piętno głęboko ludzkie. Ja z wdzięcznością bez granic wróciłam myślą raz jeszcze do błagania Słowackiego, które dziś jest spełnione:

Już dzień wyszedł "z jasnej niebios bramy" (K.L.).

Równie ofiarni byli oo. jezuici, którzy się zgodzili, aby najazd babski zajął prywatną kuchnię księży. Nasze panie, w ewangelicznej liczbie 12, na zmianę gotowały dla chorych. Znacznie trudniej było ochronić tych chorych przed rozlicznymi przykrościami i donosami ze strony lekarzy i pielęgniarek ukraińskich, którymi szpital był przepełniony[15]. Fizycznym i moralnym dowódcą ich była siostra Józefa, przełożona bazylianek. Bardzo koścista, zwykle uśmiechnięta jej twarz, o małych, przymrużonych oczach i bardzo dużych, bardzo cienkich ustach, oraz czarny jej habit był naszym postrachem. Po jej wizytach regularnie brakowało to rzeczy osobistych, to prowiantu czy nawet urządzeń szpitalnych, kocy czy prześcieradeł. Część tych rzeczy po jakimś czasie znów wypływała, ale już jako prywatna własność żołnierzy narodowości ukraińskiej, a prowianty były używane do urządzania przyjęć dla księży ruskich w prywatnym pokoju "siostrzyczki". Specjalną antypatią obdarzała ta urocza samarytanka osobę moją. Było to równie zaszczytne, jak i kłopotliwe, gdyż miałam skutkiem tego ciągle do czynienia z niemieckimi władzami szpitalnymi, do których liczne wpływały donosy na mnie. Na szczęście to wszystko jakoś rozchodziło się po kościach[16]. Tymczasem walka o odrobinę czystości w szpitalu nie dała rezultatów. W grudniu znów przybył duży transport gruźlików. Niemcy nie przygotowali dla chorych ani miejsca, ani jedzenia. Obłożnie chorych tłoczono jeszcze do szpitala Jezuitów. Żołnierze niemieccy wprost rzucali ich na łóżka. Byli słabi bardzo. Jednemu z nich łzy się lały strumieniami po twarzy, podczas gdy mu podawałam trochę mleka. "To przecież polskie mleko!" — ciągle powtarzał, podczas gdy palce jego prześlizgiwały się między fałdami mego fartucha, na utrzymanie filiżanki sił już nie było. Na pryczy sąsiedniej tymczasem rozpoczynało się konanie. Oczy zamknięte, rzężenie, urywane słowa: "Przy...naj...mniej doje...chałem i umieram w Polsce..."

Ksiądz, ofiarny młody jezuita, który wyglądał na niepokojąco nieodpornego wobec wzmożonej w chwilach konania zarazy, wśród której się tak spokojnie poruszał, odmawiał coraz to przy innym łóżku — commendationes animae — "Wybaw, Panie, duszę sługi Twojego, jakoś wybawił Noego z potopu, jakoś wybawił młodzieńców z pieca ognistego, czy Daniela z paszczy lwów". Pomimo roboty pilnej i spiesznej przy tych słowach przesuwały się za każdym razem przed oczyma moimi malowidła z katakumb rzymskich; treści tej samej, na grobach pierwszych chrześcijan umieszczone, bo Kościół od 2000 lat w ten sam sposób odprowadza swoich wiernych do bram wieczności...

 


[1] Szczury precz!

[2] Tylko dla Niemców.

[3] Wojska niemieckie wkroczyły do Belgii i Holandii 10 V 1940 r., miesiąc później, 10 VI, Włochy wypowiedziały wojnę Francji.

[4] Bezwarunkową kapitulację Francja podpisała 22 VI1940 r. w Compiegne.

[5] "Jako jedyny naród zdolny do walki po tej stronie barykady, będziemy się starać bronić naszej wyspy i będziemy walczyć dopóty, dopóki nie uwolnimy ludzi od przekleństwa Hitlera".

[6] ... rdzennie niemieckiego miasta Krakowa.

[7] "... będziemy się starać bronić naszej wyspy"...

[8] "Bitwa o Anglię" rozpoczęła się 8 VIII 1940 r.

[9] Był nim wówczas Tadeusz Komorowski.

[10] Rzecz działa się w Zawadzie, w domu Borowskich [Włodzimierza Skarbek-Bo-rowskiego, administratora Zawady i jego żony, Elżbiety z Jaroszyńskich]. (K.L.)

[11] Było to 17 VIII 1940 r.

[12] W listopadzie 1940 r.

[13] twierdza

[14] Juliusz Słowacki, Pogrzeb kapitana Meyznera, w. 49-54.

[15] Strasznie przykro o tym pisać, ale myślę, że zamilczeć też nie trzeba (K.L.).

[16] Te mniejsze czy większe, ale stale przykrości ze strony ukraińskiej męczyły mnie wieczorami przed zaśnięciem. Myślalam o nich z punktu widzenia dużo szerszego od tych drobnych sekatur. Byłam przekonana, że jak Niemcy wreszcie pójdą, my i oni tu zostaniemy na naszej wspólnej ziemi. Od młodości wiedziałam, że musimy jakoś się porozumieć i dojść do zgody, bo inaczej żyć nie można. A teraz Niemcy jeszcze tę sytuację pogarszali (K.L.).

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.