Wspomnienia wojenne-2

Rozdział I LWÓW

(22 września 1939-3 maja 1940)

W nocy 22.IX.1939 armia sowiecka zajęła Lwów.

Rano wyszłam na zakupy. W małych grupach kręcili się po ulicach żołnierze Armii Czerwonej, która już od paru godzin była w mieście. "Proletariat" palcem nie ruszył na jej powitanie. Sami bolszewicy bynajmniej nie wyglądali ani na radosnych, ani na dumnych zwycięzców. Widzieliśmy ludzi źle umundurowanych, o wyglądzie ziemistym, wyraźnie zaniepokojonych, prawie wystraszonych. Byli jakby ostrożni i ogromnie zdziwieni. Stawali długo przed wystawami, w których widniały resztki towarów. Dopiero po paru dniach zaczęli wchodzić do sklepów. Tam bywali nawet bardzo ożywieni. W mojej obecności oficer kupował grzechotkę. Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie: "Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie".

 

A myśmy tymczasem wchodzili w pierwszą fazę naszego nowego życia. Wiedzieliśmy, że przez całą zimę bolszewicy tu zostaną, że na to rady nie ma, że musimy przetrwać aż do dalekiej wiosny. Mieliśmy radio, słuchaliśmy wszystkich rozgłośni Europy, powtarzaliśmy więc sobie, że nie jesteśmy naprawdę odcięci, bo wiemy o wszystkim, co się dzieje. Wiedzieliśmy też od pierwszej chwili, że Warszawa broni się dalej, zazdrościliśmy jej bez granic. Później dowiedzieliśmy się tą drogą, że mamy rząd w Paryżu i że tym razem "Bóg powierzył honor Polaków" generałowi Sikorskiemu*. Z radia też, a to z głośników, które się natychmiast po naprawie elektrowni pojawiły na rogach głównych ulic, dowiedzieliśmy się jeszcze o czymś innym, mianowicie o tym, że Lwów jest stolicą "zapadnej [Zachodniej] Ukrainy", która nareszcie wchodzi jako nowy członek do wielkiej rodziny szczęśliwych narodów Sowieckiego "Sojuzu". "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!", dudniło nam zewsząd po raz pierwszy. Równocześnie radio nadawało obelżywe tyrady o "pańskiej Polsce" i jej "byłej" armii. Audycje te były ilustrowane karykaturami, które się pojawiły na murach domów. Te wszystkie występy miały jeden ważny skutek: polski robotnik lwowski został od pierwszej chwili do nowych rządów zrażony, po prostu "wściekł się", zgodnie z wrodzonym temperamentem tego miasta.

Ukraińskie miejscowe komitety zaczęły tymczasem wyrastać jak spod ziemi. Pałac Gołuchowskich, naszych przyjaciół, został zajęty na siedzibę ich centrali. Był to jeden z pierwszych aktów skierowanych przeciwko własności prywatnej. Podczas dość już utrudnionej wyprowadzki dzieci właściciela porwałam ze strychu zajętego już pałacu jedenaście koszul frakowych po śp. ministrze Agenorze Gołuchowskim*. Cenną zdobycz zaniosłam natychmiast tak zwanemu Komitetowi Krakowskiemu, który opiekował się ludnością przybyłą z Krakowa. Na czele Komitetu stali wówczas profesorowie Kot[1] i Goetel*. Zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju garderobę męską było oczywiście gwałtowne. Ministerialne frakowe koszule, uzbrojone zresztą w groźne "vatermordery”[2], zostały więc przyjęte entuzjastycznie i wylądowały natychmiast na grzbietach potrzebujących.

Lwów był w owej chwili miastem podobno milionowym. Trudno się było przeciskać ulicami, gdyż dosłownie cała Polska tu się zjechała. Wszystkie możliwe środki lokomocji barykadowały ulice.

Po chodnikach poruszać się nie można było wcale. Cisnęły się tam setki tysięcy ludzi, którzy w bezmyślnej ucieczce, bombardowani wielokrotnie w drodze, utraciwszy wszelkie mienie i nieraz kogoś z najbliższych, tutaj się zjechali, a teraz nie mieli pojęcia, co dalej ze sobą robić. Wyjazd legalny do Rumunii był od chwili wkroczenia bolszewików niemożliwy, a przejście na Węgry utrudnione. Pomimo to jedni wyjeżdżali lub wychodzili, a drudzy, liczniejsi, ciągle jeszcze przyjeżdżali. Wszyscy bez przerwy pytali jedni drugich: "Co będzie?".

Problem ogólny uchodźców był ciężki z powodu braku żywności i pomieszczenia. Sytuacja jednak poprawiała się z każdym dniem. Aprowizacja ze wsi ożyła, a fala ludzka poczęła odpływać na Zachód, na "tamtą stronę" pod Niemca, który się cofnął za San. Przejście rzeki było trudne, ale wówczas jeszcze możliwe. Tłumy na ulicach po paru dniach wyraźnie rzedły, równocześnie sylweta jesiennego Lwowa została wzbogacona o nutę nową, o dużą ilość ludzi w świtkach i czapkach futrzanych — ziemian, którzy zdołali się schronić do miasta. Oni to przywieźli pierwsze wiadomości o mordach — sporadycznych zresztą — oraz o licznych aresztowaniach "pomieszczyków" po wsiach. Wówczas też przyjechał urzędnik z Jagielnicy, majątku mego brata pod Czortkowem, i doniósł mi, że brat mój z siostrą wyjechali na dziesięć minut przed wkroczeniem bolszewików, w kierunku granicy rumuńskiej. Wydostali się oboje z siostrą w ostatniej chwili przez Zaleszczyki, gdzie spotkali cały szereg krewnych i znajomych. Później mieli dotrzeć do Genewy. Dowódca pierwszej watahy zapytał, wjeżdżając na folwark, o brata, wymienił jego nazwisko i oświadczył, że ma zamiar go zastrzelić.

Pierwsze wiadomości z Komarna[3] ode mnie z domu przywiozła moja wierna służąca Andzia, prosta dziewczyna ze wsi. Taszczyła ciężką walizkę. Za nią kroczył monumentalny jej opiekun, siedemdziesięciopięcioletni Mateusz[4], emerytowany służący i tyran domowy, o śnieżnych, "franciszko-józefińskich" bokobrodach. Przywitawszy się, Andzia wskazała na walizkę i oświadczyła: "Przywiozłam papiery i zeszyty naukowe. Proszę zobaczyć, czy jest wszystko". Było wszystko, m.in. jeden mój rękopis gotowy do druku, owoc ośmioletniej pracy. "Mam jeszcze i inne rzeczy, ale przywiozłam najpierw naukowe, bo wiedziałam, że te najważniejsze". W Komarnie odbyły się z chwilą wyjścia władz polskich wizyty chłopów we dworze i sceny normalne w każdej naszej pożodze. Następnie weszli Niemcy, którzy po paru dniach pobytu i bardzo dokładnym rabunku musieli się cofnąć aż do Przemyśla. Od tego czasu rządziły tam miejscowe komitety ukraińskie, przypływ elementów sowieckich był na razie bardzo słaby.

 

Odtąd płowa Andzia znów przy mnie zamieszkała. Wyjeżdżała często do Komarna po aprowizację dla mnie i dla moich przyjaciół, przywoziła — z dużym zresztą narażaniem się — bardzo cenną żywność i sporo moich rzeczy osobistych. Zjeżdżali też do mnie dość często chłopi miejscowi i służba folwarczna i opowiadali, co się dzieje. Przywozili też nieraz prowiant. Pamiętam, że otrzymałam raz w prezencie ser owinięty w dwie kartki jednej z ilustrowanych publikacji o malarstwie florenckim XV wieku z mojej biblioteki.

Bolszewików zjeżdżało tymczasem coraz więcej, mężczyzn i niezwykle brzydkich kobiet. Kupowali wszystko, co im podpadało pod rękę. W każdym sklepie było ich pełno. Wyżej opisana scena z grzechotką powtarzała się wiele razy dziennie. Ponieważ zaś przeznaczenie wielu przedmiotów nie zawsze było im znane, przeżywali i pewne niepowodzenia, jak na przykład ukazanie się towarzyszek w teatrze w powłóczystych jedwabnych koszulach nocnych, nabywanie hegarów do podlewania kwiatów itd. Z ich zachłannością w zdobywaniu towaru dziwnie nie licowało ciągłe opowiadanie o zasobności Rosji, o tym, że w Sowietach jest wszystko, czego dusza zapragnie. Na zapytanie lwowian: A czy Kopenhaga jest?, zapewnili, że jest, i to milionami. A pomarańcze są? Jeszcze i ile! Zawsze było dużo, ale teraz, gdyśmy zbudowali tyle nowych fabryk, to jest jeszcze więcej!

Już dość prędko mieliśmy się zetknąć po raz pierwszy z nowymi władzami na terenie własnym, na uniwersytecie. Zaproszono na meeting 29 września profesorów, docentów, asystentów, studentów i woźnych do Collegium Maximum. Zebranie było bardzo liczne. Nad katedrą u góry wisiał portret Stalina, z profilu, kolorowy, rozmiarów olbrzymich. Takie dymensje[5] znane nam były jedynie z Bizancjum; portret zaś, który wisiał przed nami, świadczył o mentalności odciętej zupełnie już od klasycznych korzeni, z których wyrosła niegdyś kultura bizantyńska. Patrzałam z przerażeniem na rysy i czoło, które odtąd mieliśmy widzieć zawsze i wszędzie, czy na wystawach sklepowych, czy w restauracjach, czy na rogach ulic lub w tramwaju. Twarz owa wydawała mi się zasadniczo inna od twarzy naszych, które są odbiciem naszych uczuć i myśli. Jest to chyba istotą twarzy ludzi Zachodu, owe rysy zaś, które miałam wówczas przed sobą, wydały się tych uczuć i myśli nieprzepuszczalną zasłoną. Z tej twarzy, wówczas jeszcze dla nas niezwykłej, dziś tak znanej, a zawsze równie obcej, dowiedzieliśmy się w sposób niezbity a przejmujący, że zapanowała nad nami mentalność absolutnie nam obca. Tymczasem weszli na salę Sowieci, rosyjski komendant Lwowa ze świtą oraz człowiek wysoki, o grubych, lecz niezwykle inteligentnych rysach, w bluzie bolszewickiej, którego komendant wyraźnie honorował. Weszli na podium i zaprosili do siebie rektora Longchampsa* z dziekanami. Przemówił pierwszy komendant, pięknym, jak mi się zdawało, językiem rosyjskim. Witał zebranych, oświadczył, że sam pragnął otworzyć pierwszy meeting w tym gmachu, który odtąd służyć będzie kształceniu nie panów, lecz ludu. Następnie oddał głos towarzyszowi Kornijczukowi*, członkowi Akademii Kijowskiej.

Kornijczuk wstał, podszedł powoli do katedry i stamtąd zaczął mówić do nas powoli, głębokim, mocnym głosem. Mówił po ukraińsku, językiem Kijowszczyzny, odmiennym trochę od narzecza stron naszych. Mówił o wielkości i potędze prawdy i wiedzy, o tym, ile kultura polska wniosła do kultury świata, oddał hołd wielkości Mickiewicza w słowach wyjątkowo pięknych, mówił dalej z porywającą już wymową o sile i wartości nauki, która ludzkość jednoczy, o poslannictwie uniwersytetów, w szczególności Wszechnicy Lwowskiej, której zadaniem jest złączyć obie kultury, polską i ukraińską, w jedną całość. Pomimo że nie rozumiałam każdego słowa i że niejeden zwrot mi umknął, zawsze wspominać będę tę mowę jako jedną z najbardziej porywających, jakie w życiu słyszałam.

 

Gdy Kornijczuk skończył, zgłosiły się przyszłe asy komunistyczne uniwersytetu — Ukraińcy, Żydzi i Polacy. Zaczęły się sypać demagogiczne frazesy. Gdy padło zdanie o wykluczeniu klas dawniej "uprzywilejowanych" z uniwersytetu, zażądał głosu stary profesor Krzemieniewski*, były rektor — uczestnik walk 1905 roku, były więzień polityczny. Gdy monumentalna jego postać ukazała się na estradzie, przyjęliśmy go żywiołowymi oklaskami. Krzemieniewski ostentacyjnie zwrócił się z ukłonem głowy do rektora i zaczął głośno i spokojnie: "Magnificencjo!", spojrzał w stronę Kornijczuka: "Panie Akademiku!", wreszcie zwrócił się do publiczności: "Panie i Panowie!" Niski dość wzrostem komendant miasta, pan życia i śmierci, którego mówca nie raczył w ogóle wymienić, poruszył się niespokojnie na krześle. "Szanowny przedmówca" (siedzący wśród publiczności adresat wyraźnie się skulił) "chce wykluczyć część społeczeństwa z dostępu na uniwersytet, a ja mu na to odpowiem: Jeśli Nauka jest jedna, tak jak jest Prawda jedna, jeśli nie uznajemy różnic klasowych, to dla mnie wszyscy są równi, chłop, robotnik, inteligent i szlachcic. Ja będę kształcił chłopa, robotnika, inteligenta i szlachcica. Mnie nie obchodzi pochodzenie człowieka, który chce służyć Nauce i Prawdzie". Na piskliwe reakcje przeciwników Krzemieniewski nie odpowiedział i zszedł z estrady wśród owacji całej niemal sali. Teraz komendant wstał, miał minę niepewną, jakby się coś nie wiodło, co sam nie bardzo rozumiał i przeczytał nam depeszę zebranych do Stalina. Była ona ułożona w sposób ostrożny, niezbyt wiernopoddańczy, widocznie by nas zbytnio nie zrazić. "Kto jest za wysłaniem, niech podniesie rękę". Na kilkuset obecnych podniosło się kilkanaście rąk. Komendant z ledwie dostrzegalnym uśmiechem zapytał powtórnie: "A kto jest przeciwny?". Oczywiście ani jedna ręka nie poszła w górę. Teraz z wyraźnym już uśmiechem oświadczył: "Wniosek o wysłanie telegramu przyjęty jednomyślnie".

Wyszliśmy z uczuciem niesmaku. Było już szaro. Pomimo wszystko jednak byliśmy pod wrażeniem mowy Kornijczuka, pełni nadziei, że Uniwersytet Jana Kazimierza da się uratować, że będziemy mogli go bez uszczerbku uchronić do wiosny, jako naufragio Patriae ereptum monumentum[6]. W parę tygodni później mieliśmy się dowiedzieć, że tego samego dnia, o godzinie dziewiątej wieczorem, ten sam Kornijczuk wygłosił drugą mowę, zapewne równie płomienną, tym razem na zebraniu ukraińskim, w której obiecał wykluczenie wszystkich elementów polskich z Uniwersytetu Lwowskiego.

A myśmy ciągle czekali. Mieliśmy wrażenie, że Przeznaczenie nas prowadzi w nieznane, a byliśmy ciekawi niezmiernie. Muszę przyznać, że u mnie na przykład ta ciekawość historyka, przed którym nagle otwiera się możliwość zetknięcia się z jednym z głównych ruchów współczesnych, przeważała nade wszystko. Jeśli już tak się stać musiało, że kraj caty na szereg miesięcy- aż do wiosny — utracił niepodległość, to byłam zadowolona, że się znalazłam po stronie sowieckiej. To doświadczenie było na pewno ciekawsze, poza tym przecież pojęcie godności ludzkiej, która tworzy podstawę naszego wewnętrznego bytu, zajmuje duże miejsce w teorii komunizmu, a przez Hitlera zostało przekreślone i zastąpione zoologicznym kultem rasy.

 

Wiadomości, jakie nas dochodziły "z tamtej strony", zdawały się to potwierdzać. Słyszeliśmy z radia o masowych rozstrzeliwaniach w naszych prowincjach zachodnich, dowiedzieliśmy się wreszcie o aresztowaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego[7] i o ich wywiezieniu do obozu koncentracyjnego. Ta ostatnia wiadomość oczywiście podziałała na nas jak piorun. Za nią płynęły już bez przerwy audycje radiowe o rozbiciu wszelkich ośrodków kulturalnych, o metodycznym niszczeniu bibliotek i archiwów, wszystkich śladów naszej przeszłości historycznej. Choć łudziliśmy się jeszcze nadzieją, że to n i e może być wszystko prawdą, że choć część tych wiadomości należy kłaść na karb propagandy antyhitlerowskiej, to jednak w przeciwieństwie do tego przyznać było trzeba, że Sowieci okazywali poszanowanie dla nauki i kultury, które zapewne pozwoli wiele uratować. Wrażenie to jeszcze się utrwaliło, gdy uniwersytet został naprawdę otwarty. "Wszyscy mają wykładać normalnie", brzmiało polecenie. Zabraliśmy się więc do roboty, jak gdyby nigdy nic. Wykładałam i ja. Zespół słuchaczy był dość osobliwy. Polskiej młodzieży męskiej nie było ani śladu, ukrywała się, uczniowie przychodzili pojedynczo do naszych mieszkań po książki i po wskazówki do dalszej pracy. Na wykłady chodziły dawne słuchaczki, które twierdziły, że godziny spędzone ze mną ułatwiały im jakoś przetrwanie, oraz słuchacze nowi, narodowości niepolskich, przysłani przez nowe władze. Ponieważ, według dawnego planu, wykładałam najspokojniej w świecie malarstwo sieneńskie XIV wieku, biedni ci przybysze odsiadywali godziny bezradnie, wpatrzeni nie w przezrocza na ekranie, tylko w pustkę gdzieś przed siebie. A przychodzić musieli, bo kontrolowano nas wszystkich ściśle. Nieraz zasypiali i akompaniowali mojemu wykładowi rytmicznym chrapaniem, podczas gdy ja starałam się tłumaczyć, kim był Simone Martini, przyjaciel Petrarki...

Rządy na uniwersytecie sprawował rektor Longchamps, jeszcze w poprzednim roku akademickim legalnie wybrany, aż go pewnego dnia zwolnił następca, profesor Uniwersytetu Kijowskiego, Marczenko*. Mówił wszystkim, że jest synem i wnukiem wyrobnika, zresztą nikt się wiele od niego nie dowiedział, bo nie był mądry, czego nie można było powiedzieć o jego nieodstępnym towarzyszu Łewczence. Ten ostatni był "komisarzem politycznym" uniwersytetu. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest, ale nazwa nam się nie podobała. Towarzysz Łewczenko też się zainteresował nami żywo, aczkolwiek nigdy w sposób natrętny. Otrzymaliśmy formularze do wypełnienia, coś w rodzaju curriculum vitae. Dwie rubryki były w tym naprawdę ważne, pochodzenie społeczne oraz ilość zrobionych wynalazków. To ostatnie trochę nas zdziwiło. Starałam się wytłumaczyć sekretarce Łewczenki, że humanista, a szczególnie historyk, nie uważa, aby celem jego badań naukowych był właśnie wynalazek. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i powiedziała tonem pobłażliwym: "No, to trudno, towarzyszko, jeśliście ani jednego wynalazku nie zrobiła, to trzeba to napisać".

Tenże Łewczenko kazał nam też założyć kooperatywę dla stałych pracowników uniwersytetu, od profesorów do woźnych. Gdy po paru tygodniach w tym konsumie zabrakło żywności, zażądał komisarz wykluczenia woźnych. Na oświadczenie, że takie postępowanie nie odpowiada naszemu poczuciu społecznemu, Łewczenko odpowiedział zniecierpliwiony: "Bo też u was jest ta jakaś równość, u nas tego nie ma".

Tymczasem powstawały ciągle, i jakby niepostrzeżenie, coraz to nowe katedry dla fachów nowych, dla darwinizmu, leninizmu, stalinizmu i inne. Katedry te obsadzane były zawsze przybyszami z Kijowa. Pewnego dnia medycyna została wyłączona jako "Medinstytut" samodzielny, co oczywiście znów znacznie uszczupliło grono profesorów polskich na uniwersytecie. W tym samym czasie zlikwidowano też szereg katedr, jedną po drugiej w pewnych odstępach — były to katedry prawnicze i humanistyczne. Z Wydziału Prawa nie zostało wkrótce nic zupełnie, a grono nasze topniało z każdym dniem.

Z początkiem zimy przyjechała z wizytą grupa profesorów z Moskwy. Zachowywali się poważnie i rzeczowo, niektórzy nawet zdradzali częściową znajomość form cywilizowanych. Do spraw Wydziału Historycznego przyjechał profesor Gałkin. Zamówił i mnie na rozmowę do dziekanatu. Wymiana myśli napotykała jednak poważne trudności techniczne, gdyż mój interlokutor, profesor historii Niemiec, nie władał w ogóle żadnym językiem poza rosyjskim. Ponieważ zadawał mi ciągle pytania co do moich studiów i specjalności, a odpowiedzi w żadnym języku nie rozumiał, z rozpaczy zaczęłam mówić do niego strzępami łaciny. Teraz Moskal bardzo głową kiwał, i choć sam słowa po łacinie nie powiedział, dalszych pytań jednak zaniechał. Podczas tej "rozmowy" wszedł profesor Kuryłowicz*. Gdy usłyszał mnie mówiącą do Moskala strzępami łaciny, wycofał się błyskawicznie, nie mogąc opanować wesołości. Wreszcie Gałkin oświadczył po rosyjsku, że cały wydział, szczególnie grupa archeologii i historii sztuki, musi być bardzo rozbudowany, bo brak jest muzeologów, i że mam jak najprędzej pojechać zwiedzić Ermitaż. Na tym się skończyło. Gdy w parę dni potem profesorowie rosyjscy wyjeżdżali, pożegnali się z naszymi, prosząc z naciskiem, żeby na wypadek jakichkolwiek trudności zwrócić się do nich. Skąd miały się wyłonić owe trudności, zaczęło się pokazywać nieomal bezpośrednio po ich wyjeździe. Już w czasie ich bytności można było wyczuć dość duże napięcie między nimi, a napływającymi ciągle profesorami kijowskimi. Ci ostatni, póki Moskale byli we Lwowie, rozumieli doskonale po polsku. Delegacja moskiewska bowiem ciągle podkreślała, że ich nic nie obchodzi ani narodowość profesora, ani język wykładu. Po wyjeździe kolegów do Moskwy kijowianie natychmiast zapomnieli po polsku, ani słowa już zrozumieć nie mogli. Równocześnie nacisk w sprawie wykładów w języku ukraińskim stał się prawie przymusem. Minimalna była liczba profesorów i docentów, wśród nich byłam i ja, do których nigdy nie przystąpiono z żądaniem wykładania po ukraińsku. Urządzono kursy tego języka. Słabsi ulegali, wielu zaś — pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu — nadal wykładało po polsku.

Gdzieś w lutym 1940 zjawił się nowy dziekan naszego Wydziału Historycznego, prof. Brachyneć*. W futrzanej czapie, w butach silnie łojem pachnących, przyjął mnie w dziekanacie i zlecił mi kurs ogólny pt. "Barok, renesans, renesans, barok". Ten dziwny tytuł najprawdopodobniej pochodził stąd, że mój nowy szef nie był pewny, które z tych dwóch słów należy wymieniać najpierw. Dowiedziałam się bowiem później, że to jedna z moich uczennic Ukrainek specjalność moją podała, robiąc dla mego bezpieczeństwa starania, abym dostała wykłady zlecone. Usuwanie bowiem kogoś, komu Sowieci sami zlecili kurs, do tego czasu jeszcze nie miało miejsca. Towarzysz Brachyneć nie znał też podobno liter łacińskich, w każdym razie nic nigdy nie przeczytał przez cały okres swego dziekanatu, co by było tymi literami napisane. Były mu one zresztą zupełnie niepotrzebne, skoro był profesorem leninizmu i stalinizmu.

Wraz z usunięciem profesora znikał też jakoś jego zakład. Książki z zakresu filozofii niematerialistycznej i bardzo wiele innych książek, nie odnoszących się entuzjastycznie do naszych wschodnich sąsiadów (a takich prac było sporo), wędrowały do Prohibitur, natomiast wyszły stamtąd i zostały oddane do dyspozycji publiczności książki pornograficzne.

 

Praca na uniwersytecie chroniła podwójnie — i osobę, i mieszkanie. Miałam sposobność przekonać się o tym w zetknięciu z towarzyszem Pawłyszeńką, kapitanem Armii Czerwonej. 19 listopada 1939 zjawił się bowiem u mnie oficer sowiecki i zajął jeden pokój. Tłumaczyłam mu, że przyjęłam już do siebie rodzinę, której mieszkanie we wrześniu zniszczyła bomba, a do trzech pokoi mam prawo jako pracownik uniwersytetu, mieszkając z wychowanicą (Andzią) i posiadając bibliotekę. Nic nie pomogło. Wlazł i rozgościł się. Gdy byłam w mieszkaniu[8] siedział mniej więcej cicho, gdy wychodziłam — szalał. Pierwszej nocy latał po pokoju jak opętany, myśmy obok siedziały z Andzią i czekały, uzbrojone w możliwie duże patelnie. Wreszcie około drugiej zaczął przesuwać u siebie wszystkie meble — budował barykadę przy drzwiach do mojego pokoju. Widocznie niepokoił go los kilku lokatorów sowieckich, których w lwowskich mieszkaniach robotniczych przeprowadzono nocą na tamten świat. Ten jego manewr podziałał na nas kojąco, widocznie zaś i jego nerwy się odprężyły, gdyż po chwili usłyszałyśmy potężne chrapanie. Zasnęłyśmy więc i my jak kamienie. Rano przedstawienie zaczęło się na nowo. Zasięgnąwszy informacji o mnie u stróża, wpadł do mieszkania i z ogromnym wrzaskiem zażądał od Andzi moich złotych mebli, które przed nim ukryłam. Tłumaczył jej, że on wie dobrze, że taka "pomieszczyca" przed wojną miała meble szczerozłote. On nie taki durny, żeby uwierzyć, że mieszkała w tych paskudnych gratach (miałam stare włoskie meble niepoliturowane), które teraz pokazuję. Wpadł do mojego pokoju, oglądał bibliotekę, w której było szczególnie dużo książek włoskich, i pokazawszy nieprawdopodobną ilość białych kłów zaczął wykrzykiwać: "Faszystowska biblioteka!" W tej samej chwili wróciłam do domu i weszłam do pokoju. Pawłyszeńko mi oświadczył: "Ja was budu aresztowaty".

"Teraz nie mam czasu" — odpowiedziałam z godnością i powagą. — "Muszę iść na uniwersytet". Zapytał wtedy, już znacznie ciszej, kiedy będę wolna; umówiliśmy się na trzecią po południu. Oczywiście nie stawiłam się na to spotkanie, stawili się natomiast trzej bracia Andzi, chłopi z naszych stron, obecnie robotnicy lwowscy. Pawłyszeńko na widok tych trzech budrysów podobno zbladł, a oni mu oświadczyli krótko i węzłowato, że jeśli ich siostrze włos z głowy spadnie, to on będzie miał z nimi do czynienia. Najmłodszy powiedział mi wieczorem, że mój lokator wygląda jak "tygrys na malunku". Definicja była bardzo ścisła. Wynosiłyśmy w tych dniach z mieszkania co się dało i składałyśmy u znajomych. Stwierdziłam wówczas, jak bardzo niewygodnie jest cokolwiek posiadać, wkrótce miałam się dowiedzieć, że nieposiadanie niczego jest również niewygodne.

Współżycie jednak okazało się zupełnie niemożliwe. Pawłyszeńko starał się niszczyć wszystko, z czym nie umiał się obchodzić; wyrzucił z kuchni wszystkie bardziej skomplikowane urządzenia. Szczególnie groźną postawę zajął wobec instalacji wodociągowych. Już Andzia mnie uprzedziła, że "coś jest źle, bo on daje nura do klozetu". Na drugi dzień latał już za nią z rewolwerem, oskarżając o sabotaż. Za jej to sprawą bowiem woda po pociągnięciu za łańcuch nie spływa bez przerwy, tak że on nigdy nie może nadążyć z umyciem głowy. Nie było już w domu chwili spokojnej. Gdy wychodziłam, nie pozwalałam i Andzi zostawać w mieszkaniu, bo niebezpieczeństwo dla młodej i ładnej dziewczyny wzrastało z każdą chwilą. Gdyśmy wracały, zawsze zastawałyśmy jakąś nową katastrofę. Postanowiłam więc pójść do prokuratury wojskowej i podjąć walkę z moim lokatorem. Przyjaciele moi byli przerażeni. "Jak pani ten próg przekroczy, nigdy już pani stamtąd nie wyjdzie!" Ja zaś nie miałam ochoty czekać, aż mnie wykończy Pawłyszeńko i poszłam w towarzystwie Andzi i moich "sublokatorek" na ulicę Batorego.

 

Przyjął nas prokurator i wysłuchał uważnie. Najmądrzej i najodważniej mówiła Andzia, która umiała dobrze po ukraińsku. Prokurator kazał nam spisać w domu protokół i wrócić na drugi dzień. Spisałam więc wszystko, sublokatorki przetłumaczyły na język ukraiński. Na drugi dzień prokurator znów gadał z nami i kazał powtórnie wrócić "zawtra". Gdyśmy tak szły po raz piąty, przyjaciele się ze mną żegnali, nieomal jakbym odchodziła na wieki. Po dokładnym spisaniu moich personaliów wraz z przedwojennym stanem posiadania kazano nam wrócić do mieszkania, z tym, że tam otrzymamy odpowiedź. Wieczorem po wykładzie zastałam u siebie sytuację nową. Na drzwiach wisiało pismo, że tu mieszka Profesor Uniwersytetu, że mu mieszkania zająć nie wolno. Andzia i "sublokatorki" stały w sieni, na mój widok zaczęły opowiadać wszystkie równocześnie, że przed chwilą był tu wiceprokurator z Pawłyszeńką, że ten ostatni był bez broni, oznaki oficerskie miał zdarte, a na głowie zamiast furażerki miał rodzaj barchanowego hełmu, jak każdy sołdat. Wiceprokurator kazał mu zabrać rzeczy i oświadczył osłupiałym niewiastom, że towarzysz został ukarany za zhańbienie honoru Armii Czerwonej, a "chadziajka" ma już odtąd spokojnie pracować naukowo.

To ostatnie życzenie niestety spełnić się nie miało. Już spokój dni najbliższych był poważnie zakłócony niezliczonymi wizytami znajomych i nieznajomych, którzy mieli Sowietów w mieszkaniach, a chcieli koniecznie wiedzieć, jak to się robi, żeby sobie poszli.

Wizyty, które zaczęły przychodzić po nich, były mniej niewinne. Okres wojskowej okupacji Lwowa się skończył, władzę objęło NKWD. Atmosfera miasta zmieniała się z dnia na dzień. Do osób podejrzanych o "zapatrywania antyrewolucyjne" włazili o wszystkich godzinach do mieszkań komisarze ubrani po cywilnemu w nowiutkie brązowe kurtki skórzane lub wojskowi w czapkach z granatowym denkiem. Ze mną był kłopot szczególny; byłam notoryczną "pomieszczycą", a zarazem — dzięki uniwersytetowi — nietykalną, niczym poseł. Strasznie ich to złościło: "A szczo wy robyły pered wojnoj?" — pytali z ironią. "To samo, co teraz, uczyłam na uniwersytecie, tylko miałam spokój i mogłam poza tym pisać książki, a teraz to nawet wykładów nie mogę przygotować, bo co rano kolbami walicie w moje drzwi, potem wchodzicie, siedzicie, pytacie, co dzień o to samo, uniemożliwiacie wszelką pracę, a przy tym się mówi, że w Sowietach dbają o pracę naukową". — "A że wy grafini". — "U was to nie wiem, ale w Polsce to nie". — "Jako w Polsze niet?" — "Koństytucja nie uznawała tytułów". Gdy padało święte słowo "konstytucja", baranieli. Pokazywałam wówczas moje dokumenty i legitymacje, oczywiście bez tytułu dziedzicznego. — "Prawilno że nema! Ałe wasz bat'ko, kto był?" — "Mój ojciec był mecenasem sztuki". Na takie dictum moich interlokutorów brała rozpacz. "Chodyte na NKWD". Poszłam. Tam się scena powtarzała. Mecenas sztuki bardzo się przydawał, nikt nie wiedział, co to za zwierz. Raz jednak się znalazł komisarz, który mu prawie dał radę. Był to chłop ogromny w futrzanej czapie. Wyszczerzył zęby na mnie od ucha do ucha i powiedział: "Ałe my znamy, że wy grafini z dida pradida". — "Z dziada pradziada to tak, ale w Polsce to nie, bo konstytucja nie uznawała tytułów". I tak "w koło Macieju".

Sprawy polityczne też szybko posuwały się naprzód. Skoro — wedle Konstytucji — kraj może tylko sam decydować, czy chce przynależeć, a raczej prosić o przyjęcie do Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, Zachodnia Ukraina miała więc dość szybko po uwolnieniu wyjawić wolę swego ludu. Został ogłoszony plebiscyt[9] i kampania rozpętana. Polskie Radio z Francji nawoływało w imieniu Rządu do głosowania, ponieważ wszelkie plebiscyty, organizowane przed zawarciem traktatu pokojowego, są ipso facto nieważne, Rząd Rzeczypospolitej nie życzy Sobie, aby się którykolwiek z jej obywateli narażał, nie idąc głosować. Było to przykre bardzo, ale głosowaliśmy prawie wszyscy. Mnie się udało dzięki fałszywej ortografii mego nazwiska nie znaleźć siebie na liście i nie głosować, ale był to przypadek. Tego dnia wieczorem o jedenastej (głosować można było do północy) wpadł do mnie patrol milicji z wielkim krzykiem, uzbrojony po zęby, z pretensjami do mnie, dlaczego mój mąż nie głosował. Oświadczyłam, że za niego nie odpowiadam, bo wpływu na niego nigdy nie miałam. Irytacja gości na mego męża wzrastała. Dopiero gdy zrozumieli, że nie mogę doprowadzić nieistniejącego człowieka do głosowania, ryknęli śmiechem i poszli.

Później odbyło się głosowanie drugie. Po wielomilionowym, żywiołowym wyjawieniu się woli ludu Związek Socjalistycznych Republik raczył przyjąć tego Beniamina, Zachodnią Ukrainę do grona rodziny, teraz trzeba było wybrać jej przedstawicieli. Fotografie kandydatów wraz z wydrukowanym życiorysem widniały na murach domów. Jednym z głównych przedstawicieli Lwowa był profesor Studynśkyj*, który jako wybitny badacz literatury ukraińskiej został dla nadzwyczajnych zasług jeszcze przez Austrię mianowany profesorem nadzwyczajnym; gdy zaś w roku 1918 zapanowała wroga mu Polska, zdegradowała go na profesora zwyczajnego (sic!) itd., itd. I tym razem Rząd Polski zajął to samo stanowisko, głosowaliśmy więc wszyscy. Wiem, że opór tu nie miałby sensu, ale przyznaję pomimo to, że taki akt pozostawia po sobie duże poczucie niesmaku. Głosowanie było tajne, milicjant odprowadził Andzię i mnie za kurtynę do urny i przypilnował wrzucenia wręczonej nam uprzednio kartki. Wola ludu objawiła się więc i wola Konstytucji była spełniona.

Tymczasem robiło się coraz duszniej i coraz ciaśniej wokoło nas. Dnie były coraz krótsze i coraz ciemniejsze, zaczęły się silne mrozy owej wyjątkowo srogiej zimy, a nam z każdym dniem coraz bardziej ciążyła ta najstraszniejsza na świecie rzecz, jaką jest niewola. Brnęliśmy w nią coraz głębiej, tak jak coraz wyżej piętrzyły się przed nami góry brudnego śniegu na ulicach sowieckiego Lwowa. Mnożyły się aresztowania. Brali przede wszystkim młodzież męską. W Brygidkach było jej pełno, poza tym chłopcy znikali gdzieś bez śladu. Poszli wpierw młodziutcy za śpiewanie patriotycznych pieśni w szkole. Znikli — i wtedy po raz pierwszy gruchnęła między nami pogłoska złowroga, padło po raz pierwszy zdanie: "Wywieźli ich do Rosji". Powtarzały się sceny z opowiadania Sobolewskiego z III części Dziadów — słowo w słowo — z tą tylko różnicą, że tym razem pojechało tych dzieci bardzo dużo. Później poczęli znikać i dorośli, i tych było niemało. Znikali bez śladu, tylko wzdłuż toru kolejowego znajdowano kartki: "Wywożą nas do Rosji. Zaklinamy was, upominajcie się o nas po wojnie" i szereg podpisów. Profesorów nie brali. W pierwszych dniach tylko znikli Leon Kozłowski*, Stanisław Grabski* i Ludwik Dworzak, prokurator w procesach komunistycznych, od tego czasu był spokój. Za to wśród inteligencji były aresztowania liczne, nie mówiąc o oficerach, których zabrali zaraz po kapitulacji, a których wielka część dawała znać o sobie z Kozielska i ze Starobielska. Cieszyliśmy się, że są razem w grupach, łatwiej im będzie przetrwać...

 

Wywozili też szczególnie nam drogich. Raz w niedzielę zabrał mnie ze sobą jeden z naszych asystentów, wzięliśmy prowiant i poszliśmy do dawnego szpitala Ubezpieczalni, do rannych wojskowych, którzy tam jeszcze leżeli. Moskale pozwalali na ich odwiedzanie, notowali zaś odwiedzających i kręcili się między łóżkami, przysłuchując się naszym rozmowom. Wynędzniali i zagłodzeni Iwowianie tam byli i przynosili rannym to wszystko, czego sami nie mieli. Wiadomo było, że ci ludzie, jeśli wyzdrowieją, będą wywiezieni w nieznane, ale tymczasem niech czują, że jeszcze są we Lwowie. Z jednej z sal prowadziły drzwi do małego pokoju. Chorzy i odwiedzający zwracali z widoczną uwagą oczy ku tym drzwiom, gdy się tylko otwierały. "Tam niczego nie trzeba, ma wszystko, stan był ciężki, teraz już lepiej. Na pewno go już prędko wywiozą, na to rady nie ma", szepnął mi mój towarzysz. Wtem musiał się spostrzec, że się nie orientuję, o kim mowa, bo dodał: "Tam leży generał Anders*".

Tymczasem zmieniało się i zewnętrzne oblicze miasta. Polskie nazwy ulic zastąpiono ukraińskimi, znikły polskie szyldy na sklepach i przedsiębiorstwach. Polscy właściciele tych instytucji siedzieli wywłaszczeni w jednym pokoju swych dawnych mieszkań i tak samo jak ekswłaściciele kamienic — czekali. Gdy im poza nieruchomościami zabierano i ruchomości, tj. urządzenia mieszkania, a oni się upominali, że wedle brzmienia Konstytucji mają do tych rzeczy prawo, otrzymywali wyczerpującą odpowiedź: "Konstytucję stosujemy tam, gdzie już jest porządek, tutaj dopiero musimy zrobić porządek, potem wprowadzimy w życie Konstytucję". Po takim oświadczeniu ludzie czekali dalej, aż się miało spełnić ich przeznaczenie.

Z wolnych zawodów najlepiej wiodło się z początku lekarzom. Mieszkania ich były nietykalne. Leczyli się u nich Sowieci, w szczególności dzieci sowieckie, które były wielokrotnie w stanie fatalnym. Wśród nich było wyjątkowo dużo wypadków gruźlicy kości. Dzieci zdrowe też były dziwnie niedziecinne. Chodziły po ulicach poważne i blade — nie śmiały się nigdy i nigdy nie biegały, bezgraniczny smutek przemawia! z ich dużych oczu, rezygnacja i jakby beznadziejne zmęczenie. Z początku wystawały przed sklepami i patrzały — nawet wtedy im się oczy nie śmiały.

Ale na wystawach sklepowych robiło się pusto, towarów nie było, na ich miejscu stawał portret Stalina. Tylko w antykwariatach było coraz ciaśniej, rzeczy coraz ładniejsze tam wypływały — to Lwów wyprzedawał swoją tradycję i swoją kulturę, żeby żyć. A o to było właśnie najtrudniej. Nie tylko żywności, ale i wszelkiego rodzaju towarów trzeba było szukać poza sklepami. Pierwszym tego rodzaju targiem stał się pasaż Mikolascha w samym sercu miasta. Chodziłam tam regularnie i spędzałam tam dużo czasu. Kupowałam bowiem lekarstwa, zastrzyki, watę, ligninę i wszelkiego rodzaju opatrunki. Zdawało mi się, że to jest pierwsze, co robić należy, aby przygotować się na tę wiosnę, "obfitą we zdarzenia"[10]... Kupowałam od nieprawdopodobnych handlarzy ten towar, widocznie porwany z aptek przed ich upaństwowieniem. Składałam te skarby u siebie i u znajomych i zdawało mi się, że się jeszcze na coś przydaję. Chodziło mi oczywiście o zupełną tajność tej sprawy. Toteż byłam zła, gdy raz porządkowałam u siebie dużą ilość rozłożonych po dywanie opatrunków, w czym mi pomagała bliska znajoma, Jadwiga Horodyska, rzeźbiarka, a weszła w tej chwili przyjaciółka tej ostatniej, Renia Komorowska*, żona pułkownika. Irytowało mnie, że ta nieznana mi prawie osoba to wszystko widzi i zapewne przy sobie nie zachowa.

Po paru miesiącach milicja poczęła zbytnio się interesować pasażem, dwukrotnie zamknęła wszystkich, których tam zastała, przenieśliśmy się więc za gmach Skarbkowski, na żydowskie przedmieście Lwowa. Tam na dużym placu, wśród niesamowitych mas śniegu i błota, wśród nieprzebranych tłumów wszelkiego rodzaju szumowin i ludzi cywilizowanych, kupowało się i sprzedawało absolutnie wszystko, czego było i czego nie było potrzeba. Były tam i meble, i części samochodów i wszelkich innych maszyn, i czarna giełda na dolary, i obrazy, i firanki, i kołdry, koce, prześcieradła, poduszki nowe i stare, fenomenalnie brudne, spodnie męskie nowe i przenoszone, całe i podarte, cerowane i niecerowane, były wszystkie inne części garderoby męskiej i damskiej, od sukien wieczorowych do kwiecistych barchanowych szlafroków, były klucze i gwoździe, była porcelana cała i nadbita, guziki i szpilki, srebra prawdziwe i nieprawdziwe, instrumenty lekarskie i muzyczne oraz tłumaczenia romansów kryminalnych Wellsa.

To wszystko się sprzedawało i kupowało wśród niezmiernego wrzasku i ścisku. Gdy się tylko pokazywałam, moi dostawcy środków opatrunkowych zaraz zjawiali się przy mnie. Nazywali mnie doktorką i radzili mi sprzedawać chorym ten towar bardzo drogo, bo go już wkrótce nie będzie. Tymczasem inny handlarz sprzedawał koło mnie kajdanki, zupełnie nowe, które szerokim rzędem zwisały mu z ramienia, a obok na jednej z bud widniało żółte kółko gumowe dla chorego z przełkniętą przez środek mandoliną. Tę martwą naturę zapamiętałam sobie przez te długie lata. Patrzałam na to wszystko i przerażenie mnie ogarniało na widok tego kawałka Azji, który spadł na Lwów. Tu było tak tragicznie widoczne, że się do nas wdarł Wschód i że nas zalewa.

Wszelkim zresztą tego rodzaju wyprawom w celach handlowych i inwestycyjnych położyło kres zarządzenie sowieckie z 21 grudnia 1939, unieważniające walutę polską. Z godziny na godzinę stanęliśmy wszyscy wobec niczego. Szok był silny, zdenerwowanie w mieście ogromne. Ludzie, nie wiedząc o niczym, wchodzili do sklepów i żądali towarów. Na zapytanie kupca, czy mają ruble, bo złote już nie istnieją, osłupieli, trzeba ich było ze sklepu wyprosić. Inni wsiadali do tramwaju; gdy chcieli płacić, a nie mieli sowieckich pieniędzy, konduktor zatrzymywał tramwaj i kazał wysiadać. Nikt nic nie rozumiał. "Gdzie i po jakim kursie wymienia się złote na ruble?" "Po żadnym i nigdzie, złote są nieważne". Minimalna liczba Polaków we Lwowie miała wówczas ruble, trzeba było na to pracować u Sowietów. Przez Święta Bożego Narodzenia sytuacja była rozpaczliwa; potem się do pewnego stopnia poprawiła, dzięki czarnej giełdzie. Żydzi kupowali złote, ważne jeszcze "po tamtej stronie" u Niemca, i dawali za dużą ilość złotych bardzo małą ilość rubli.

 

Święta były więc ciężkie, nie tylko z braku pieniędzy, ale więcej jeszcze — z zupełnego braku wiadomości politycznych. Ta panująca na carym świecie cisza przygnębiała nas pomimo wszystko, pomimo żeśmy nie wątpili, że to przecież już "nie może być długo". Napełniała nas nadzieją obecność generała Weyganda* na Wschodzie, wierzyliśmy, że z wiosną alianci i ci z Bliskiego Wschodu ruszą na Niemców, no i oczywiście bolszewicy wówczas "automatycznie wyjdą stąd". Zdarzali się tacy, którzy twierdzili, że to może potrwać trochę dłużej, ale myśmy ani chwilę nie wątpili...

Ponieważ dobrych wiadomości nie było, sypały się proroctwa najwspanialsze, kolportowane z ust do ust lub, co gorsza, wielekroć przepisywane, chowane po mieszkaniach, aby później przy rewizjach stać się materiałem wielce obciążającym. Na pierwszym miejscu stała przepowiednia rymowana, która wprawdzie mówiła o wojnie czteroletniej, co czasem niepokoiło głosicieli przepowiedni, ale przecież nie znaczyło to, aby wojna w Europie, a szczególnie w Polsce, gdzie się zaczęła, miała trwać tak długo, a to proroctwo obiecywało, że "krzyż splugawiony razem z młotem padnie" i że Polska będzie od morza do morza. W okresie zimowym szczególne wzięcie miało rzekome proroctwo św. Andrzeja Boboli, który obiecywał, że Rosjanie wyjdą z Polski 7 czy 9 stycznia, o czym głośno mówiły dzieci w szkołach i potem je za to aresztowano. Wernyhora też nas niepokoił coraz to nowymi objawieniami. Walka z proroctwami była ciężka, bo ludzie ich używali jako narkotyków, od których, jak wiadomo, trudno odzwyczaić kogokolwiek.

Wojna Finlandii z Sowietami[11] również napełniała wszystkich nadzieją i wiarą w jakąś urojoną słabość Rosji, za to kapitulacja i koniec tego epizodu wywołały ogromne przygnębienie. A wiadomości z tamtej strony Sanu były hiobowe. Radio ciągle donosiło o coraz to nowych wysiedlaniach ludności polskiej z Pomorza i z Poznańskiego do Generalnej Guberni, jak Niemcy nazwali tę część Polski, gdzie jeszcze pozwalali mieszkać Polakom. Radio mówiło o tym, że rodziny, starcy, kobiety i dzieci wyjeżdżali na mróz, bez jakiegokolwiek mienia, wygnam, wyrzuceni z miast i wsi polskich. Jechali tydzień i dłużej, po drodze nieraz nie wyładowywano trupów. Słuchaliśmy przerażeni, ale nie rozumieliśmy, bo się nie rozumie nigdy tego, czego się samemu nie przeżywa.

Ciągle się nam wydawało, że świat zachodni nie ma pojęcia o tym, co się u nas dzieje. Gnębiło nas to straszliwie, toteż jedno przypadkowe spotkanie było dla mnie wielką pod tym względem pociechą. Nie pamiętam daty dokładnej, wiem tylko, że pewnego wieczoru tej strasznej zimy wracałam z naszych częstych spotkań w Domu Profesorskim na ulicy Supińskiego, schodziłam szybko ulicą Długosza, której chodnik był oczywiście oddzielony od jezdni wałem śniegu. Przechodziłam właśnie pod latarnią, której światło musiało padać na mnie, gdyż na jezdni zatrzymały się sanie. W saniach stał mężczyzna w futrze i wielkimi gestami starał się przyciągnąć moją uwagę. Obok furmana stał kufer. Mocno zaintrygowana przebrnęłam przez brudne masy śniegu i weszłam na jezdnię. Na saniach stał profesor Wacław Lednicki*, który mnie wytworną francuszczyzną zaczął przepraszać, że ze względu na niebezpieczeństwo utraty kufra nie mógł wysiąść i podejść, by się ze mną pożegnać. Wyjeżdża dziś w nocy do Krakowa i, dodał ciszej, daj Boże, stamtąd do Brukseli. Zdążyłam mu powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że jedzie, bo to on właśnie najlepiej potrafi zawiadomić Zachód o tym, co się tutaj dzieje. Pytał o moje plany. Powiedziałam, że zostaję na uniwersytecie, do którego należę. Sanki ruszyły. „Buon vojaggio"[12] — zawołałam. „Buona permanenza"[13] — brzmiała już trochę z oddali odpowiedź.

 

 


[1] Gwiazdki odsyłają do Słowniczka biograficznego na s. 347.

[2] wysokie, sztywne kołnierze

[3] Po śmierci ojca w 1933 r. K. Lanckorońska była ostatnią właścicielką Komarna. Mateusz Machnicki. W artykule Ludzie w Rozdole ("Tygodnik Powszechny" 1995, nr 35) K. Lanckorońska poświeciła mu krótkie wspomnienie.

[4] Mateusz Machnicki. W artykule Ludzie w Rozdole ("Tygodnik Powszechny" 1995, nr 35) K. Lanckorońska poświeciła mu krótkie wspomnienie.

[5] rozmiar, wielkość

[6] Ocalały pomnik rozbitej Ojczyzny.

[7] 6 listopada 1939 r. Niemcy aresztowali w Krakowie 183 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczo-Hutniczej i Akademii Handlowej.

[8] K. Lanckorońska mieszkała we Lwowie przy ul. Zimorowicza 19.

[9] W listopadzie 1939 r. Zachodnia Ukraina została przyłączona do Ukrainy.

[10] Cytat pochodzi z XI księgi ("Rok 1812") Pana TadeuszaA. Mickiewicza ("O wiosno! Kto cię widział wtenczas w naszym kraju [...] obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna...).

[11] Wojna radziecko-fińska wybuchła 30 XI 1939 r.

[12] Dobrej drogi.

[13] Dobrego pobytu.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.