Wspomnienia wojenne-16

Rozdział VIII ITALIA

Po krótkim przywitaniu powiedziałam bratu, że muszę natychmiast wysłać telegram do Warszawy, do Czerwonego Krzyża, by uwiadomić, że zostawiłam Bortnowską w Ravensbrűck. "Telegram do Warszawy? — powtórzył za mną. — Chcesz powiedzieć do Londynu" — dodał pospiesznie. Popatrzyliśmy na siebie, potem odwrócił twarz. Zrozumiałam, że nie chce w pierwszej minucie spotkania powiedzieć wszystkiego, ale już wiedziałam, że to najstraszniejsze jest prawdą, i w owej chwili z więźnia stałam się wygnańcem.

Następnego dnia zaczął się okres, w którym trzeba było zrobić coś, co w innych warunkach może byłoby przyjemne i nazywałoby się "powrotem do życia", wówczas zaś mogło być tylko zgrzytem. Trzeba było dostosować się zewnętrznie do pewnych form wymaganych wśród ludzi żyjących "normalnie". Myślę, że normy takie są trudne do zrozumienia zapewne dla wszystkich, którzy przez długi czas znajdowali się poza nimi, poza nawiasem życia w ogóle. Przypuszczam, że nigdy nie jest łatwo "zmartwychwstać", lecz powrót do wolnego kraju, wspólnie ze wszystkimi, którzy cierpieli za wspólną sprawę, musi być przeżyciem tak olbrzymim, że pewne wewnętrzne trudności w dopasowaniu się do koniecznych skądinąd form zewnętrznych, które się wydają zabawnie przebrzmiałe i nieistotne, stają się wówczas drobnostką.

W moim wypadku było wszystko tak bardzo a bardzo inne. Nie tylko nie wróciłam do Polski, lecz wyszłam sama, bez moich sióstr, i dostałam się do cudownej Szwajcarii, która nie zaznała wojny. Trzeba było chodzić i kupować suknię, buciki, kapelusz (!) i zjeść w restauracji. Wszystko to było nie tylko śmieszne, ale prawie potworne w chwili, gdy "tamte" może szły na śmierć. Toteż jedno tylko pozostało, jedno tylko było ważne — ratowanie ich. Pomimo że komunikacja z Ravensbrűck została już w parę dni po moim przyjeździe zerwana, tak że druga ekspedycja ratunkowa musiała zawrócić z drogi, miałam jednak to szczęście, że raport mój złożony Prezesowi Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przyczynił się do zorganizowania tzw. ekspedycji szwedzkiej. Dużą ilość kobiet zabrano z Ravensbrűck, zawieziono do Lubeki i stamtąd do Szwecji[1]. Z drugiej strony, Genewa nic nie wiedziała o obecności Francuzek i Belgijek "NN" w Mauthausen. Wysłano po nie natychmiast samochody, które dotarły i wróciły szczęśliwie, przywożąc "NN"-y.

Bezpośrednio po moim przyjeździe otrzymał Burckhardt w mojej sprawie list od zastępcy Himmlera, generała SS Kaltenbrunnera*. List (reprodukowany poniżej na s. 342) był nieoczekiwanym dowodem prawdy, jeśli chodziło o moją sprawę z Krűgerem.

Po pierwszych dwóch tygodniach ogromnych emocji wszelka, nawet najbardziej pośrednia możliwość niesienia pomocy kobietom w Ravensbrűck ustała — kurtyna zapadła. Nie miałam więc już obowiązków i nie pozostało mi nic poza osobistym bezpieczeństwem. Wywołało ono w tych warunkach poczucie szczególnego niesmaku i goryczy, którym nawet przebywanie z najbliższymi i wzruszająca gościnność szwajcarska przeciwdziałać nie mogły. Napięcie niebezpieczeństwa jest wielkim źródtem sit; gdy ono nagle ustaje tylko w stosunku do własnej osoby, a nie do Sprawy, nie pozostaje nic poza bolesną pustką — a co za nią idzie — upokarzającą depresją.

 

Ił is not in the storm, or in the strife

Wefeel benumbed and wish to be no morę

But in the after — silence on the shore

When all is lost except a little life.[2]

(Byron)

Ówczesną sytuację światową najlepiej określił sam Burckhardt, którego spotkałam w dniu zawieszenia broni. Na moje pytanie, co myśli o tej tak głośnej radości, która nas owego dnia otaczała, odpowiedział krótko: "Jedną głowę hydrze urwano, niestety tę głupszą".

Jak mądra była ta głowa druga, widzieliśmy coraz jaśniej z każdym dniem, gdy nasi byli sprzymierzeńcy chylili czoła głęboko przed konsekwentną, zaborczą wolą "Wielkiego Alianta Wschodniego" i podkreślali jego "prawa" do połowy ziem polskich, a dla drugiej połowy uznali pozorny "rząd" z "prezydentem" na czele, którego prawdziwego nazwiska po dziś dzień nikt nie pamięta.

Jakże szczęśliwa była Polska w wieku, w której imieniu nikt nie miał prawa kłamliwie przemawiać i której wygnańcy stali się dla całego cywilizowanego świata symbolem walki o wolność człowieka!

Myśmy natomiast zostali "wrogami pokoju", bośmy się nie godzili na rolę główną w premierze dziejowej, na której po zwycięskiej wojnie alianci kładli alianta do trumny.

W tym chaosie politycznym i przede wszystkim moralnym każdy z nas szukał kotwicy. Tą kotwicą dla wielu stało się Wojsko Polskie, na razie katastrofą nie tknięte, przede wszystkim zwycięski Drugi Korpus, który stał we Włoszech.

Toteż gdy w upalne dni lipcowe na ciężarówce wojskowej, szlakiem tysięcy "zwolnionych wygnańców", zdążałam przez Francję ku Adriatykowi, zaczął się i dla mnie rozdzial nowy.

Minęliśmy Bolonię, niedawno przez nasze wojska bez zniszczeń zdobytą, i zbliżaliśmy się do morza. Coraz to na drogowskazie, na tablicy, przy objeździe wysadzonego w powietrze mostu, widniały napisy polskie. Coraz częściej mijaliśmy samochody z Syreną 2. Korpusu, aż wreszcie pod Forli natknęliśmy się na większy, zmotoryzowany oddział Wojsk Polskich. Pojazdy, czołgi, broń, wszystko lśniło się w słońcu; ludzie opaleni, mocni, zdrowi, śmiali się do nas w przejeździe. Im bardziej się zbliżaliśmy do Adriatyku, tym gęściej zaludnione były wojskiem drogi, tym częściej wsiadali do nas żołnierze, prosząc, by ich podwieźć do najbliższej miejscowości. Byli uprzejmi, grzeczni, nieprawdopodobnie obyci i otrzaskani po tej długiej wędrówce po tylu obcych krajach. Wrodzona inteligencja chłopa polskiego, szczególnie ludzi pochodzących z naszych Ziem Wschodnich, nareszcie znalazła nieoczekiwane możliwości rozwoju. Wykazywały to już rozmowy prowadzone wówczas, w czasie owej pierwszej "wojskowej" jazdy. Opowiadali o Iraku, Iranie, Palestynie, Egipcie, o generale Andersie, o Monte Cassino, Anconie, Bolonii, opowiadali ładnie i serdecznie, ja zaś słuchałam i patrzyłam. Jakże ubogie wydawały mi się tak prozaiczne przeżycia własne wobec tego połączenia Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy, Przygód Robinsona Cruzoe i Ksenofontowej Drogi. O Rosji mówili mało i to mnie uderzyło. Zapytałam, jak tam było w łagrach. Miałam wrażenie, że odpowiadają niechętnie, że są dalecy bardzo od cierpiętnictwa. Tylko nienawiść do Rosji odzywała się wówczas żywiołowo. Trudno było to wszystko ułożyć sobie w myśli, a nawet w sercu. Człowiek, który przez trzy lata nie miał wrażeń zewnętrznych i którego życie było w tym okresie co najmniej przeciwieństwem barwności, nie bardzo jest wytrzymały na tego rodzaju emocje. Przecież ja w tej chwili doznawałam tego, na co Kraj czekał przez tyle lat, a dotychczas się nie doczekał; ja tego dnia oglądałam i przeżywałam sienkiewiczowską epopeję 2. Korpusu, przeżywałam ją z całą intensywnością człowieka, który w tym momencie czuje, że teraz dopiero wraca do życia.

W parę dni później znów na ciężarówce, ale już w mundurze, wjeżdżałam przez via Salaria do Rzymu...

Zostałam przydzielona do Wydziału Oświaty i otrzymałam zadanie organizowania studiów wyższych dla studentów — żołnierzy 2. Korpusu. Zaczęła się trudna i ciekawa robota.

Pewnego dnia odwiedziła mnie w Rzymie świeżo przybyła z Kraju młoda osoba, która mi przywiozła pozdrowienia najserdeczniejsze i wiadomości od Adama Szebesty. "Kazał też pani specjalnie przekazać, że jego synek modli się za panią co dzień".

Ta wiadomość podziałała na mnie jak grom. Zrozumiałam w owej chwili, że słowa poety odnoszą się i do mnie — ŻE NIE WRÓCĘ!

"Kazano w kraju niewinnej dziecinie Modlić się za mnie co dzień... a ja przecie Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie, Płynąc po świecie..."[3]

 

 

EPILOG

W pierwszych dniach roku 1967, zupełnym przypadkiem dowiedziałam się w Londynie z "Dziennika Polskiego", że w Műnster w Westfalii stoi przed sądem Hans Krűger, były szef gestapo w Stanislawowie, oskarżony o masowe mordy Żydów. Zwróciłam się wówczas do naszego adwokata, doktora Chmielewskiego, o radę. Napisałam podyktowany przez niego list do odpowiednich niemieckich władz sądowych i zgłosiłam się na świadka. Dwa z rzędu moje polecone listy pozostały bez odpowiedzi. Dopiero gdy napisałam, że ogłoszę te listy w "Zuricher Zeitung", zostałam (i to natychmiast) zaproszona na świadka.

Poprosiłam mecenasa Chmielewskiego, by mi towarzyszył. Pojechaliśmy. W Műnster na stacji przywitała nas niskiego wzrostu Niemka. Oświadczyła, że ma się mną opiekować. Pojechaliśmy do hotelu. Rozprawa miała się rozpocząć w dniu następnym, o dziesiątej. Poprosiłam swoją opiekunkę, by mnie rano zaprowadziła do kościoła. Po mszy poszliśmy we troje do sądu.

Na podium siedziało trzech sędziów, a po bokach półkolem sędziowie przysięgli, w tym i kobiety. Na lewo od nich w oszalowaniu Krűger i ośmiu gestapowców, niegdyś jego podwładnych. Niektórych poznałam. Przy nich siedzieli ich obrońcy. Na prawo prokurator. Mnie wskazano krzesło i stolik na środku sali, blisko podium. Za mną siedziało kilkadziesiąt osób publiczności, w tym mecenas Chmielewski.

Gdy weszłam, przewodniczący sądu przywitał mnie grzecznie i zapytał, po formalnym podkreśleniu odpowiedzialności świadka i wagi przysięgi, o moją zgodę na nagranie moich odpowiedzi na taśmę. Zgodziłam się oczywiście. Wtedy zadał mi pytanie formalne: „Also Się waren in Stanislau?[4]" Odpowiedziałam twierdząco i opisałam swoje pobyty w Stanisławowie, swe aresztowanie, sytuację w więzieniu i wreszcie przesłuchanie u Krűgera, gdy mi powiedział, że to on zamordował profesorów lwowskich. Mówiłam trochę w tonie "meldunku". Kiedy skończyłam relację o swoich przeżyciach w Stanisławowie i przeszłam do sprawy profesorów lwowskich, sędzia grzecznie, ale stanowczo mi przerwał i powiedział, że na tej rozprawie chodzi o Stanisławów, że mam się ograniczyć do tego, co chcę powiedzieć o Stanisławowie. Zaniepokoiło mnie to. Starałam się mówić dalej stylem telegraficznym, niczego ważnego jednak nie opuszczając. Wtem sędziowie przysięgli wszyscy wstali, podeszli do przewodniczącego i coś cicho, ale energicznie do niego mówili. Bardzo się bałam, że nie chcą słyszeć o Lwowie. Gdy wrócili na swoje miejsca, przewodniczącymi przerwał ponownie i powiedział: "Sędziowie przysięgli sobie życzą, by pani nic nie skracała z tego, co miała zamiar powiedzieć. Cofam więc, co powiedziałem poprzednio". Rzecz oczywista, mówiłam wobec tego znacznie dłużej, niż to zamierzałam, łącznie 65 minut.

Po tym przemówieniu przewodniczący zarządził przerwę, podczas której wypiłam dużo kawy w barze, by się przygotować na wielką batalię z obrońcą i oskarżonym.

Po powrocie na salę udzielono głosu obrońcy, który — ku mojemu osłupieniu — oświadczył, że nie ma nic do powiedzenia. Na to sędzia zwrócił się do oskarżonego, pytając, co ma do powiedzenia na to, co usłyszał od świadka. Krűger milczał...

Wtedy sam przewodniczący zadał mi kilka pytań, zresztą raczej zdawkowych, które jaskrawo świadczyły o jego zupełnej nieznajomości sytuacji w Polsce w czasie niemieckiej okupacji. Następnie udzielił powtórnie głosu oskarżonemu, który ust nie otworzył. Wtedy prokurator zgłosił się do słowa. W sposób ostry zwrócił się do mnie, twierdząc między innymi, że konspiracja polska współpracowała z Sowietami i ukrywała skoczków bolszewickich, co miał zeznać Krűger. Zdębiałam. Poprosiłam o głos i powiedziałam: "Panie prokuratorze, bolszewicy są i byli największymi wrogami Polski i Polacy nie mieli z Rosją komunistyczną nic wspólnego". Na co prokurator oświadczył, że Krűger mówi inaczej. Zwróciłam się do przewodniczącego, rozkładając ręce i wzruszając ramionami — bez słowa.

Wtem Krűger skoczył w swej klatce i podniósł rękę. Sędzia udzielił mu głosu. Dobrze mi znanym dzikim wrzaskiem odezwał się do prokuratora, krzycząc: „fiber Herr Staatsanwalt[5]”, przecież ja mówiłem, że to Ukraińcy pomagali Sowietom! Takich rzeczy o Polakach nigdy nie mogłem powiedzieć. Przecież Polacy nienawidzili Sowietów! Co to pan opowiada!" Wtedy prokurator ze swej strony zaczął krzyczeć na Krűgera. Ja w tym wrzasku siedziałam spokojnie między jednym a drugim krzykaczem, czekając, co dalej będzie. Jedno było jasne, że prokurator, którego przecież byłam koronnym świadkiem, chce wszelkimi siłami zniszczyć wrażenie, jakie na obecnych zrobiło moje oskarżenie, ale że nie ma o niczym pojęcia i doprowadza kompromitującym gadaniem oskarżonego do szału[6]. Gdy wreszcie przewodniczący (nie bez trudu) uciszył awanturę, zadał mi jeszcze kilka banalnych pytań, po czym po raz trzeci zapytał Krűgera, czy nie ma nic do powiedzenia. Krűger po raz trzeci milczał.

Wówczas wniesiono umieszczony na postumencie krucyfiks. Sędzia zapytał, czy jestem gotowa złożyć przysięgę na ten krucyfiks, że to, co powiedziałam, zgadza się z absolutną prawdą. Wtedy złożyłam przysięgę, według jasnej i prostej formuły podanej przez sędziego. Przesłuchanie skończono.

Wyszliśmy we troje, Chmielewski, opiekunka i ja. Znacznie później zrozumiałam, dlaczego te dwie osoby nie zostawiały mnie ani na chwilę samej, zarówno na ulicy, jak i potem w restauracji. Zrozumiałam, że było tam w Miinster wielu takich, którym moje świadectwo mogło się nie podobać.

Po południu czekali na mnie w hotelu dziennikarze, Żydzi i nie-Zydzi. Zadawali liczne, raczej banalne pytania. Sprawa profesorów lwowskich, o którą mnie tak bardzo chodziło, mniej ich interesowała, pytali głównie o sprawę Żydów. O kilku szczegółach dowiedzieli się ode mnie. Jeden z nich mi powiedział, że moje świadectwo stawia Krűgera w trudnej sytuacji, szczególnie dlatego, że o mnie już na początku procesu była mowa. Krűger wówczas oświadczył, że byłby natychmiast oczyszczony z zarzutów, gdyby jeszcze żyła Grafin Karolina Lanckorońska, która dobrze wiedziała, ile on pomagał i Polakom, i Żydom, ale — niestety — ta pani zginęła w Ravensbrűck...

Później odwiedziliśmy w kościele grób kardynała CA hr. von Galen*, którego heroiczne listy do Hitlera kursowały niegdyś po całej okupowanej Polsce. Były one dla nas tak cenne jako dowody, że ten nieszczęśliwy naród, tonący w zbrodni, ma jednak wspaniałe jednostki.

Na drugi dzień wyjechałam, napisawszy dokładną relację dla profesora Z. Alberta* we Wrocławiu, prowadzącego z PRL akcję z ramienia wdów i sierot po pomordowanych profesorach. Wkrótce udałam się do Wiednia, by spotkać Szymona Wiesenthala*. Ten mnie przyjął bardzo uprzejmie, ale uporczywie twierdził, że profesorów lwowskich zamordował nie Krűger, tylko Kutschmann, który też ma inne zbrodnie na sumieniu, a teraz ukrywa się w Argentynie. Wyraziłam zdanie (oczywiście prywatne wrażenie), że Kutschmann jako podwładny Krűgera mógł być wspólnikiem przełożonego, ale trudno przypuszczać, żeby sam tego czynu dokonał; że nim znajdą Kutschmanna, trzeba koniecznie wymóc na Niemcach, by wytoczono nowy proces Krűgerowi o zamordowanie 23 profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Wiesenthal odnosił się do tej sprawy z rezerwą. Tymczasem dowiedziałam się, że Krtiger został skazany na dożywocie za mordy stanisławowskie. Wówczas napisałam do władz sądowych niemieckich na wszystkich szczeblach, by mnie ponownie przesłuchano, już na procesie o zbrodnię lwowską. Nie miałam żadnej odpowiedzi. Z Paryża bratanek Boya, pan Władysław Żeleński, robił i robi bardzo energiczne starania o wszczęcie tego procesu[7] — na razie bez skutku. Tymczasem ludzie Wiesenthala złapali wreszcie Kutschmanna w Argentynie, ale Niemcy nie zażądali jego wydania, wobec czego Argentyńczycy znów go wypuścili[8]. Sprawa mordu na profesorach lwowskich nadal jest otwarta.

Rzym 1967

 


[1] Jeszcze po latach, gdy już byłam w Londynie, odwiedziły mnie kilka razy koleżanki z Ravensbnick, które przeszły przez Szwecję. Opowiadały, że Szwedzi mieli imienny spis tych Polek, które należy wywieźć w pierwszym rzędzie. Zapytały Szwedów, skąd mają spis najbardziej "skompromitowanych u bolszewików". Szwed powiedział, że imienny spis nadszedł telegramem z Genewy. One się zorientowały, że ten spis może pochodzić jedynie ode mnie. Zrozumiałam wtedy, że Zdenka miała rację, gdy gwałtownie nalegała, że ja jechać muszę! A tak to było ciężkie! (Pisałam 23 II 1994).

[2] Nie w czasie burz i zmagań

 Tracimy energię i wolę istnienia,

Lecz już na brzegu, w następującej po nich ciszy

Utraciwszy wszystko poza odrobiną życia.

 Z wiersza: Lines, On Hearing That Lady Byron Was III (9-12).

[3] Juliusz Słowacki, Hymn (Smutno mi, Boże...).

[4] Zatem była pani w Stanistawowie?

[5] Ależ panie prokuratorze!

[6] Gdy wkrótce potem spotkałam dobrze mi znanego wybitnego historyka Kościoła, Niemca, ks. prof. drą Huberta Jedin, i wspomniałam, że byłam na procesie, ten natychmiast się zapytał: "Jak się zachował prokurator? Mówi się bowiem, że mają czasami zlecenie, aby przedstawić świadka oskarżenia w negatywnym świetle". Odpowiedziałam więc: "Bardzo niechętnie w stosunku do mnie, ale mu się nie udało, bo nie znał różnicy między Polakami a Ukraińcami". Znacznie później miałam się dowiedzieć, że w tego rodzaju procesach niemieckich prokuratorzy nieraz próbowali ratować zbrodniarzy hitlerowskich!

[7] Zob. artykuł W. Żeleńskiego, Wokół mordu profesorów lwowskich w lipcu 1941 r., "Odra" 1988 nr 7.

[8] Kutschmann zmarł na serce w Argentynie.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.