Wspomnienia wojenne-15

Przyjazd coraz to nowych transportów francusko-belgijskich przynosił poważne utrudnienia w stosunkach z czerwonoarmijkami. Te dziewczęta, od początku traktowane ze szczególnymi względami, teraz już — jako jutrzejsi zwycięzcy — stawały się zuchwalsze z każdym dniem. Gdy przyjeżdżały słaniające się Francuzki, Rosjanki, które miały po pięć czy sześć koców, odmówiły mi odstąpienia jednego Francuzce. Musiałam wymusić jako tako sprawiedliwy podział. Znowu Sowietki sam na sam, gdy im mówiłam, że nie jestem komunistką, ale uważam, że jedna nie może zamarzać, gdy druga ma sześć koców, przyznawały mi rację, w tłumie zaś odgrażały się i mnie, i przerażonym Francuzkom. Tylko Simone się ich nie bala. Postawą i odwagą zdobyła sobie wielki autorytet, ale też się naraziła niezdyscyplinowanym koleżankom.

Nie pomogły i koce, Francuzki umierały dalej. Trupa, lub raczej kościotrupa, trzeba było rozebrać do naga na bloku, numer — jedyną rzecz ważną — zapisać atramentowym ołówkiem na piersiach i zanieść zwłoki do trupiarni. O zdobyciu noszy mowy nie było. Zanosiło się więc zmarłe w starym kocu jak w worku lub najczęściej na (rzadko mytych) drzwiach klozetowych. Wykonywałam czynności przy zwłokach w miarę możności osobiście, by ich zaoszczędzić najbliższym koleżankom zmarłej. Poza tym byłam też fizycznie od większości Francuzek ciągle jeszcze silniejsza. Nie miałam więc wyjścia.

Raz przyszły mi powiedzieć, że umarła Ma Jamę Thierry, ale że jej numeru na piersiach wypisać nie trzeba. Wstała bowiem godzinę temu, umyła się, wypisała na sobie numer, położyła się i umarła. "Ta psychicznie nieodporna nie była — pomyślałam — są różne formy heroizmu", i zabrałam zwłoki Madame Thierry do trupiarni. Właściwie rewir miał stwierdzić zgon, lecz było to już wówczas, przy 120-130 zgonach dziennie, niemożliwością. Od sumienności, inteligencji czy doświadczenia blokowej zależało więc uniknięcie ostatecznej katastrofy, którą było umieszczenie osoby żywej wśród trupów. Zdarzyło się to jednak podobno kilka razy.

Raz, pamiętam, gdy przyniosłyśmy zwłoki do trupiarni jak zwykle, napadła na mnie z dzikim krzykiem grupa z Leichenkolonne, złożonej z Niemek i — głównie — z Cyganek. Padały jakieś straszliwe obelgi, których większości nie rozumiałam. Wreszcie zdołałam zapytać, o co w ogóle chodzi, "bo przecież między nami nigdy żadnej przykrości nie było". Znowu wrzask. "Ty, taka a taka, ciebie to my dobrze znamy. Ty zawsze twoim trupom składasz tak ręce (tu złożyły swoje prawie trupie szpony jak do modlitwy) albo tak (ręce na krzyż). My dobrze wiemy, co to znaczy, my dobrze wiemy!" I znowu obelgi. We mnie wstąpił dziwny spokój w tym strasznym hałasie. Przeczekałam — wreszcie powiedziałam bardzo spokojnie, ale dobitnie: "Nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, wprost ogromnie się cieszę, że wiecie, o co tu chodzi. Nie ma na świecie rzeczy ważniejszej i jest wielkim szczęściem wiedzieć, co ten znak mówi". Cisza. Stafy bez ruchu, jakby piorunem rażone, wpatrzone we mnie z przerażeniem. Potem wbiły wzrok czarnych oczu w ziemię, czarne kudły opadły na czoła. Cisza. Wreszcie je pozdrowiłam i wróciłam na blok z koleżanką, niosąc nasze drzwi. Od tego czasu Leichenkolonne odnosiła się do mnie z największym respektem, nie bez pewnego lęku. Nieraz później myślałam nad tym, czy to nie była w życiu tych nieszczęsnych istot jedyna chwila, w której przez wąziutką szparę ujrzały blask Prawdy?[1]

Były pielęgniarki, które do ostatniej chwili potrafiły otoczyć zwłoki zmarłej należną czcią, myły je, prostowały, zamykały im oczy, ale inne tego już nie robiły — nie starczało sił.

Przed przychodnią rewirową długie godziny w tę ostatnią zimę wojenną stały, a raczej słaniały się lub leżały na mrozie szeregi dziwacznie poobwijanych postaci. Codziennie się zdarzało, że kilka czekających umierało, nim doszły do pielęgniarki, i skracało w ten sposób kolejkę. Nawet Zdenka się chwilami załamywała i po prostu płakała: "Jak tu leczyć, gdy nie ma ani łóżka, ani lekarstw, ani sił!" Rzeczywiście, jak tu leczyć upiory, o których wierzyć nie można, że były kiedyś kobietami?

W tej beznadziejnej umieralni pozostało nam jedno wielkie źródło sił, które przybierało wciąż na intensywności. Potrzeba ucieczki w dziedzinę dóbr intelektualnych ciągle wzrastała. Spotkało nas wówczas wielkie szczęście. Jedna z Polek przeniosła z Oświęcimia skarb, który, gdy szła dalej na transport, musiała nam zostawić. Był to komplet dzieł Shakespeare'a po angielsku w jednym tomie. Książka nosiła stempel jednego z oflagów, skąd cudem została przemycona do Birkenau. Teraz Shakespeare wylądował w moim sienniku, skąd go czasem wypożyczałam. Były dnie, gdy o czytaniu mowy nie było, nie starczało mi czasu ni sił, ale sama świadomość, że Król Lear czy Ryszard II są z nami, była dla nas dowodem, że świat jeszcze stoi.

Zamówienia na "lekcje" mnożyły się. Miałam wówczas poza "królikami" komplet składający się z pięciu poważnych dziewcząt, których dowódcą i duszą była Halina Wohlfarth. Były szczególnie zainteresowane starożytnością klasyczną, robiły regularne notatki z wykładów. Raz kartki jednej z nich znalazła bardzo gorliwa aufzejerka, która miała nadzieję, że wreszcie wpadła na trop konspiracji, której, gdy wszystko się waliło, obawiano się coraz bardziej. Sytuacja była poważna, konsekwencje mogły być ciężkie. Dziewczyna powiedziała, że zapisała sobie szereg miejscowości i szczegółów podanych przez koleżankę, która wiele podróżowała, na to, aby kiedyś i ona mogła tam pojechać i to wszystko zobaczyć. Już się wydawało, że sprawa rozejdzie się po kościach, gdy władza odkryła w notatkach dowód słuszności swych podejrzeń. Dowodem tym było słowo "amfiteatr". Tylko dzięki dużym wysiłkom kilku osób dziewczyna wyszła cało. Był to, jeśli chodzi o powagę zainteresowań, najlepszy może komplet, jaki miałam w obozie, dzięki silnemu wpływowi, jaki Halina wywierała na koleżanki.

Pewnego dnia, zaraz po Nowym Roku, zabrano ją do bunkra wraz z kilkoma innymi, wśród nich była i sztubowa Zosia Lipińska, doktor praw. Wszystkie były niegdyś, prawie cztery lata temu, aresztowane w Warszawie, w tej samej ciężkiej sprawie — tajnej drukarni.

Na drugi dzień, 5 stycznia wieczorem, wyprowadzono je z bunkra na oczach koleżanek. Przeszły przez plac lagrowy, wyszły za bramę. Tam je spotkały dwie więźniarki — Niemki, które wracały z komendantury. "Dokąd wy idziecie?" — zapytały przerażone na widok wychodzącej o tej porze, silnie eskortowanej grupki. Zosia Lipińska wskazała palcem w niebo.

W dwa dni potem zapytała mnie jedna z członkiń mojego kompletu: "Czy będzie nas pani dalej uczyć? Czy nas pani zostawi teraz, gdy... Haliny... nie ma?..." Odpowiedziałam, że oczywiście i przyjdę w niedzielę normalnie na lekcję o kulturze greckiej VI wieku. Zastanawiałam się zarazem, jak ta lekcja będzie wyglądała. W ostatniej chwili udało mi się zdobyć książeczkę, w której parę reprodukcji dziel Rembrandta. Gdy wlazłam na trzeciak,gdzie słuchaczki czekały, powiedziałam, nie patrząc im w oczy: "Jeśli nie macie nic przeciwko temu, przerwę nasz kurs klasyczny na dziś i powiem wam parę słów o malarstwie religijnym Rembrandta"[2].

Egzekucja z 5 stycznia była z długiego rzędu ostatnią. Dopełniła ona liczbę Polek straconych w Ravensbrűck do stu czterdziestu czterech.

W parę tygodni potem przyszła do mnie wiedenka sprzyjająca Polakom. Widziałam, że chce coś powiedzieć — czekałam. "Masz czas?" — zapytała. "Owszem, jak trzeba". — "Idź nach vorne, teraz tam nikogo nie ma, obok kancelarii w małym pokoiku siedzi zugang". — "Polka?" — "Nie, żona burmistrza Kolonii. Idź tam, powiedziałam jej, żeby ci wszystko powiedziała, co wie o polityce". — "Coś ciekawego?" — zapytałam, zawiązując chustkę na głowie. "Owszem". Gdy wychodziłam, dodała: "Tylko zaciśnij zęby".

Poszłam. W małym pokoiku za kancelarią siedziała raczej młoda, wysoka, energiczna blondyna. Przywitałyśmy się, zapytałam o to, co się na świecie dzieje. Popatrzyła na "P" na moim ramieniu i zapytała: "Czy pani zna warunki układu w Jałcie?". Wyszłam stamtąd w piętnaście minut później jako człowiek bez Ojczyzny.

W parę dni później dotarły do nas nazwiska głównych członków Komitetu Lubelskiego. Podawałyśmy je sobie z ust do ust, bo były przecież w Ravensbrűck Polki wszystkich zabarwień społecznych czy partyjnych, pochodzące ze wszystkich ziem Rzeczypospolitej. Pomimo to nie znalazła się ani jedna, która by znała choć jedno z nazwisk, które do nas dotarły. Nie mogłyśmy tego zrozumieć. Bierut? Osóbka-Morawski? Gomułka? — kto to jest? kim są ci ludzie, o których nikt nie słyszał? Tak z każdym dniem wzrastał nasz lęk o losy Ojczyzny. Do tego uczucia, które górowało nad wszystkimi innymi w duszach naszych, zaczynało dochodzić i inne, także naturalne, lecz egoistyczne. Dla każdej Polki, która się znalazła w Ravensbrűck w służbie niepodległości swego Kraju i idei wolności człowieka, jej osobista ofiara nie znaczyła nic. Było rzeczą może przykrą, ale bardzo naturalną, że się tu znalazła i że tu może zginie, to było normalne, nie bardzo ciekawe, w każdym razie niezbyt ważne — byle cel był osiągnięty. Teraz zaś, gdy Polska została sprzedana i wolność świata podeptana, teraz ta osobista ofiara każdej z nas zaczynała się nagle wydawać rzeczą straszną, bo bezcelową. Teraz, i dopiero teraz, nasze osobiste nieszczęście i pamięć o naszych poległych i zmarłych tu siostrach zaczęła nas przygniatać do ziemi.

Wtedy też niektóre z nas starszych, głównie Niuta i ja, zaczęły się poczuwać do obowiązku nowego — palącego, a dość trudnego. Młodzież nasza w rym czasie znajdowała się wprost pod obstrzałem propagandy komunistycznej. Trzeba było w miarę sił przeciwdziałać, robić to, co jest często trudne: MÓWIĆ PRAWDĘ, tłumaczyć pytającym, co to jest komunizm. Wśród starszych zdania co do tego problemu były podzielone. Nie zapomnę jednej wieczornej rozmowy z Marysią Kujawską. Przyszła po mnie i zabrała do siebie do rewiru. Tam w swoim "gabinecie" Marysia weszła m medias res. "Ty tu wśród młodych robisz propagandę antykomunistyczną". — "Ze wszystkich sił" — odpowiedziałam. "Tego ci po prostu robić nie wolno. Przecież widzisz, co się stało. Musimy na czas jakiś współżyć z komunizmem i z Sowietami. To będzie na pewno niełatwe, ale modus vivendi znaleźć się musi, młodzieży więc żadną miarą wrogo do Rosji i do jej systemu nastawiać nie wolno". Znałam Marysię, wiedziałam, że chęci mojej interlokutorki były jak najczystsze, ale wiedziałam także, że osoby szlachetne, wyzute z wyobraźni ZŁA, mogą być bardzo niebezpieczne. Odpowiedziałam więc łagodnie — ale nieustępliwie. Nie pomogło. Wreszcie, gdy Marysia coraz gwałtowniej nacierała, powiedziałam jej spokojnie, że jako nauczyciel akademicki mam wobec młodzieży obowiązki szczególne, które zamierzam spełniać — do końca. Rozeszłyśmy się bez wyniku. Widywałyśmy się nadal, ale stosunki między nami już były inne[3].

W obozie tymczasem zachodziły zmiany, tak osobiste, jak i ogólne. Dzięki intrygom Niemek z kancelarii, które już poprzednio zwalczały Bortnowską, usunięto z mojego bloku polskie sztubowe, przede wszystkim Jadzię Wiłczańską, z którą blisko żyłam. Dostałam w zamian dwie osoby, o których wiedziałam, że mają mnie pilnować: Niemkę, wielomówną sybillę z bunkra, oraz po stronie Sowietek Rosjankę, emigrantkę, która się podawała za "księżnę kaukaską", co Niemcom niemało imponowało. O ile astrolożka okazała się złośliwą wprawdzie, lecz w gruncie nieszkodliwą wariatką, o tyle "księżna kaukaska" zatruwała mi życie, podjudzając przeciwko mnie Sowietki, których się — jak większość obozu z władzami włącznie — coraz bardziej bała. Wreszcie intrygi odniosły skutek, zostałam przeniesiona jako sztubowa do sąsiadującego z obozem głównym obozu warsztatów (Betńebshof). Blokowa i druga sztubowa były Niemkami i ustosunkowały się do mnie wrogo, tym bardziej że moje więźniarki, w większości "czarne" i "zielone", wkrótce się spostrzegły, że otrzymują większe porcje od czasu mojego przybycia. Miałam zakaz udawania się do tamtego obozu i obawiałam się, że w chwili decydującej mogę się nie dostać do moich sióstr. Po paru zaś tygodniach grypa z gorączką (lekko podrobioną) pozwoliła mi jeszcze raz wylądować w rewirze.

Tam 4 lutego przyszła do mnie moja następczyni, obecnie blokowa "NN" i "królików", żeby mi powiedzieć, że otrzymała rozkaz, wedle którego "króliki" nie mają opuszczać bloku. Rozkaz taki dotychczas wyprzedzał każdą egzekucję.

Po południu miałam wizytę paru "królików", które się przyszły pożegnać. Jedne były przekonane, że nie ma już dla nich cienia nadziei, inne były za tym, aby się każda broniła indywidualnie aż do ostatniego tchnienia. Po chwili przyszły dwie Sowietki, szepnęły: "Pani Karło, «królików” nie damy" — i poszły. Zaczęła się więc owego dnia kampania obrony "królików", w której brała udział duża część obozu. 60 kobiet wziąć i wyprowadzić z obozu siłą nie było już podówczas dla władz rzeczą łatwą. "Króliki" na bloku 24 (dokąd blok 32 został przeniesiony) nie sypiały, a w dzień tylko grupkami i na krótko się pokazywały. Największe niebezpieczeństwo stanowił apel. Toteż władze otoczyły w dwa dni potem cały blok 24 stojący na apelu kordonem aufzejerek i SS-manów. Wszystko wydawało się stracone. Wówczas Sowietki, które opiekowały się instalacją elektryczną w obozie, wywołały krótkie spięcie, światła zgasły, powstało zamieszanie, w którym "króliki" wydostały się z pierścienia razem z Sowietkami, bo władze ogarnęła panika. Obrona "królików" w najbardziej krytycznym momencie była ze strony krasnoarmiejek niewątpliwie aktem wysoce etycznym, lecz również pierwszorzędnym pociągnięciem propagandowym; zyskała im sympatię całego obozu. Poza tym Niemcy się przestraszyli i zrozumieli, że siłą "królików" nie dostaną. Dziewczęta zaś pozmieniały sobie numery na ramionach i stawały na apelu z innymi blokami, które w zamian posyłały swoje Polki na apel bloku 24. Zamieszanie rosło, apele zostały na szereg dni skasowane. Jedna grupa "królików" przesiedziała ten czas w jamie pod blokiem Mietki; wyszły chore. Dla nas było jasne, że w ten sposób można przedłużyć im życie, lecz że wcześniej czy później będą stracone, jeśli nic nadzwyczajnego nie zajdzie.

Lecz wówczas wyglądało, jak gdyby miało zajść coś zupełnie nadzwyczajnego i to w najbliższym czasie. Nocami huk armat zbliżał się do nas tak znacznie, że miało się wrażenie, iż Armia Czerwona jest już tuż, tuż. Doszło do tego, że, nadsłuchując nocami, modliłyśmy się, by Moskale, skoro już przyjść muszą, przyszli na czas, nim Niemcy zdążą wymordować te dziewczęta.

Lecz zbliżanie się frontu miało jeszcze inne skutki, zasadnicze dla obozu. Wysyłano transporty masowe, które wychodziły przez bramę nieprzerwanym łańcuchem. Wówczas znikły z obozu niezliczone dzieci wszelkich narodowości, które się tam ostatnio plątały i demoralizowały, i zabawiały w "apel" lub w "bunkier". Mówiono oficjalnie, że w Ravensbrűck miał powstać Musterlager dla 10 000 kobiet. Z dnia na dzień znikł namiot, pod blokami sadzono drzewka. Patrzyłyśmy na to wszystko z osłupieniem, tylko Holenderki uśmiechały się znacząco. "To dobrze, to bardzo dobrze — mówiły — to znaczy, że już niedługo. U nas w obozie w Holandii, tuż przed wkroczeniem aliantów, wybudowali blok dla dzieci i wymalowali sale scenami z bajek. Obrazy jeszcze były mokre, gdy nas ewakuowali".

Piętnaście "królików" zdołało opuścić obóz z owymi transportami, podszyły się pod numery i nazwiska zmarłych.

Poza tym postarano się, aby Binz się dowiedziała, iż zagranica o sprawie "króliczej" jest doskonale poinformowana, i to przez Akę Kołodziejczak, której ojciec, obywatel amerykański, wyciągnął córkę z Ravensbrűck i poprzez Szwajcarię sprowadził do Ameryki. Wówczas władze wezwały dwa "króliki" na rozmowę. Poszła Jadzia Kamińska i "Bajka" (Zofia Baj), obie odważne, sprytne, mówiące dobrze po niemiecku. Przyjęli je Binz i Schwarzhuber*, nowySchutzhaftlagerfuhrer, którzy j e zapewniali, że chodzi jedynie o przewiezienie "królików" do obozu bardziej bezpiecznego (mimochodem wspomniano o Gross-Rosen na Śląsku, gdzie wówczas już był front!). Ambasadorki zaś doskonale wyczuły, że celem rozmowy był wywiad na temat Aki Kołodziejczak. Wprawdzie żadna z nas nie wiedziała, ile Aka rzeczywiście zrobić zdołała, ale wysyłałyśmy w ciągu lat różnymi drogami wiadomości do Kraju, skutkiem których podobno wspominano o "królikach" w audycjach radiowych. Binz, której nazwisko również miało być wymienione, była w każdym razie przerażona, w czym jej i Jadzia, i "Bajka" skwapliwie dopomogły.

Wreszcie po dalszych długich dniach walki Suhren, który się dotychczas do tej sprawy nie mieszał, wezwał do siebie jedną z nich, Marysię Plater. Jadzia i "Bajka" poszły z nią "jako tłumaczki". Suhren pokazał Marysi papier, obiecując jej zwolnienie, jeśli podpisze. Było to oświadczenie, że blizna na jej nodze pochodziła z wypadku w fabryce. Marysia odmówiła, twierdząc, że obecnie nie chce być zwolniona, ponieważ do Polski wrócić nie może i pragnie pozostać z przyjaciółkami. Wywiązała się długa dyskusja, w ciągu której Suhren obiecał napisać do Berlina i dać "królikom" ostateczną odpowiedź co do ich losu.

Ta odpowiedź oczywiście nigdy nie nadeszła, a walka "królików" o życie trwała dalej.

W tym czasie, gdy jeszcze leżałam w rewirze, pewnego wieczora stanęła nagle przy moim łóżku aufzejerka i kazała mi natychmiast wstać i iść z nią do komendanta. Ubierając się, zdążyłam powiedzieć sąsiadce, że sprawa jest jasna, o tej godzinie komendant nikogo nie wzywa, natomiast jest to pora egzekucji. Gdy wyszłyśmy, czekała tam już druga aufzejerka, co potwierdziło moje przypuszczenia. Obie były małe, idąc między nimi pomyślałam, że wyglądamy jak tryptyk. Wychodząc za bramę, nie skręciłyśmy jednak na prawo do lasku, tylko na lewo, do komendantury. Po chwili weszłam do Suhrena i zameldowałam się. Przyjął mnie stojąc, jak za pierwszym razem, gdy byłam jeszcze Sonderhaftling, co mnie zastanowiło. Zapytał o moje zdrowie. Słyszał, że jestem chora, ma nadzieję, że to nic poważnego. Zrozumiałam. Jedynie bardzo ważna interwencja mogła wywołać taki skutek. Wyczytałam parę miesięcy temu z „V ólkischer Beobachter", który w naszej kancelarii zostawiła aufzejerka, że Carl Burckhardt*, historyk szwajcarski i wieloletni przyjaciel mój, został prezydentem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. W owej chwili, stojąc przed Suhrenem, miałam nagle wrażenie, że prestiż instytucji międzynarodowej i przede wszystkim siła przyjaźni ludzkiej chronią mnie jak tarcza, wyrastając między Suhrenem a mną. Pytał mnie, czy nie mam życzeń, czy mi trzeba odzieży, prowiantów? Zachowywał się jak sklepikarz, który proponuje towar. Powiedziałam, że mi niczego nie trzeba. Zniecierpliwił się i powtórzył pytanie. Wreszcie mnie znów wyprowadzono. Gdy wróciłam na blok, nikt nie spał; Polki się modliły. "Jest! wróciła i jeszcze się śmieje!" Czułam się śmieszna, szłam na śmierć, a zaofiarowano mi puszki!

Przy zwolnieniu z rewiru zostałam sztubową na bloku 31 u blokowej Hanki Zaturskiej. Byłam tam ledwie od paru dni, gdy zostałam wezwana do doktora" Treite. Poszłam. Przy drzwiach rewiru już czekała moja przyjaciółka, gruba czeska policjantka, bardzo podniecona. "Treite was wezwał, ale najpierw prędko do Zdenki! Ona na was czeka!" — i jak gdyby mnie chciała zaprowadzić siłą, wbiła swe niezbyt subtelne palce w moje chude ramię i popchnęła w kierunku pokoju Zdenki. Gdy weszłam, ta ostatnia gwałtownie zamknęła za mną drzwi i zaczęła szeptać bardzo prędko: "Karla, ty będziesz zwolniona!" Miałam wrażenie, że teraz już nawet Zdenka straciła rozum, ale ta szeptała dalej: "Treite nie śmie wiedzieć, że byłaś u mnie. Pytał mnie o ciebie i o twoje zdrowie, przy tym coś powiedział cicho do Oberschwester. Idź teraz do niego, a potem wróć do mnie, ale tak, aby on tego nie widział. Jak nie wrócisz, to ja umrę z samej ciekawości!"

Wróciłam po chwili, by jej powiedzieć, że mnie Treite dokładnie wypytał o zdrowie i oglądał nogi, czy nie spuchnięte, i pomimo moich zapewnień, że grypa moja już przeszła, kazał się natychmiast położyć do rewiru Nr l, gdzie umieszczano tylko wypadki, które były pod jego osobistym nadzorem. "Masz znajomych za granicą?" — zapytała Zdenka. "Mam. Prezydent Międzynarodowego Czerwonego Krzyża jest moim przyjacielem". Rzuciła mi się na szyję. "Ależ Zdenko, przecież to jest nie do pomyślenia! Wyjść stąd samej, bez was wszystkich!... to wykluczone!" — "Nie masz prawa tak myśleć! Twój wyjazd może nas wszystkie uratować! Ale teraz uciekaj, żeby cię nikt nie widział!"

Poszłam więc do rewiru Nr l. Po drodze słyszałam skowyt sterylizowanych Cyganek. Tam już, w pokoiku na sześć osób, czekało na mnie łóżko pościelone. Poważnie chore koleżanki leżały na górze i musiały schodzić do mycia, a ja, której nic nie było, miałam na specjalny rozkaz Oberschwester łóżko w dole, bez nikogo nad sobą... Położyłam się więc i czekałam, co będzie dalej. Nie trwało długo — pielęgniarka przyniosła rzecz wręcz fantastyczną — szklankę mleka. Wieczorem zaczęto mnie karmić witaminą C, a na drugi dzień "sama" Oberschwester przyniosła wielką flaszkę tranu. Równocześnie przeprowadzono wszelkie możliwe badania wszelkich organów niego ciała ewentualnie zaatakowanych. Udało mi się przekonać moich opiekunów, że mi potrzeba ruchu i powietrza, że muszę chodzić na spacer. Mogłam więc kontynuować nauczanie i wynosić tran w małych flaszkach. (W nagrodę, że go tyle wypijam, dostawałam coraz to więcej tranu od Oberschwester). Wreszcie mniej więcej po dziesięciu dniach cała ta komedia nagle się skończyła. Wróciłam na blok 31. Myślałyśmy, że się interwencja nie udała albo raczej nie myślałyśmy wiele o tym incydencie. Miałyśmy troski inne, pilniejsze.

Obóz ciągle pustoszał. Żydówki, między nimi pani Strassner, poszły do Belsen, "NN" do Mauthausen, a "ewakuowana" Warszawa została wręcz "zwolniona"! Zdjęto bowiem numery, dano suknie bez krzyży i wysłano do fabryk jako pracownice cywilne. Dla wielu osób była to tragedia moralna, bo psychicznie jeszcze ciężej było pracować dla Niemców jako pracownica pozornie wolna niż jako więzień. Kto zaś słabszy czy starszy, szedł do dawnego Jugendlager. Młode Niemki stamtąd niespodziewanie wytransportowano już około 20 stycznia. W parę dni potem zebrano wedle spisu kobiety, którym niegdyś wydano różowe kartki. Powiedziano im, że dawny Jugendlager teraz jest dla nich przeznaczony, że tam nie będzie apelu, że będą mogły cały dzień przeleżeć w łóżku i odpoczywać. Dora Riviere, lekarka, i kilka pielęgniarek poszło z nimi. Przez dziesięć dni wszystko było w porządku. Potem Dora, pielęgniarki i leki zostały odesłane do obozu głównego. Jugendlager stawał do apelu przez 5-6 godzin dziennie, przy czym odebrano kobietom płaszcze. Wreszcie 5 lutego zjawiła się z ciężarówką Lagerleiterin, kierowniczka tego obozu, Froulein Neudeck, i zabrała ładunek kobiet. Lora wróciła obryzgana krwią, a na drugi dzień wpłynęła do "kamery" duża ilość pokrwawionej odzieży, z różowymi kartkami w kieszeniach. Od tego dnia Froulein Neudeck, bardzo przystojna, wysoka blondyna, mająca lat najwyżej 24, prawie zawsze pijana, wybierała regularnie grupy kobiet z jugendlagru, kazała im się rozbierać do koszul, zapisać na piersiach numer ołówkiem atramentowym i zamykała je w osobnym bloku, skąd j je na drugi dzień lorą wywoziła. Ani lora, ani odzież już później krwią nie bywały splamione, natomiast z komina nowego dużego, krematorium nieprzerwanie bił w niebo płomień, który nocą oświecal lager. Przypominał się początek Iliady, gdy pomór padł na Achajów:

"Wieczyście płonęły ognie zmarłych niegasnące..."

Zapach palonych ciał i włosów dusił nieznośnie. Komora gazowa funkcjonowała sprawnie od początku lutego do l kwietnia.

W lutym zjawił się u nas dr Winckelmann*, dobrze znany oświęcimskim kobietom, o którym Marysia Kujawska do końca twierdziła, że nie jest, bo "nie może być", lekarzem. Wybierał on z bloków rewirowych wszystkie ciężej chore kobiety i oddawał je pannie Neudeck, która je zabierała na lorę. Od tej chwili zaczęło się dla nas ukrywanie ciężko chorych na blokach, by je chronić przed rewirem.

Wreszcie Winckelmann, zwykle w towarzystwie Pflauma i paru aufzejerek, zaczai się pojawiać i na blokach normalnych, które musiały w całości, parami lub pojedynczo, przed nim defilować w odległości 8-10 kroków. Kobiety ciężko nieraz chore, ledwie się na nogach trzymające, prostowały się ostatkami sił, by możliwie mocnym krokiem przemaszerować przed Winckelmannem. Chciały żyć! Kaleki i połamańce się prężyły, a "doktor" jednym nonszalanckim ruchem ręki wysyłał je na prawo — do roboty, w lewo — na śmierć. Beznadziejnie stracone były kobiety o siwych włosach lub o spuchniętych nogach. Wówczas rozpoczął się ostatni, rozpaczliwy bój o życie kobiet w Ravensbrűck. Pewna grupa blokowych i sztubowych pchała się "do pomocy przy utrzymaniu porządku" na bloki w czasie selekcji, mieszałyśmy szyki i przerzucałyśmy więźniarki z lewej strony na prawą.

Pamiętam raz, gdy nie było Pflauma, który zwykle ze mnie oka nie spuszczał, Winckelmann przy selekcj i skazał najugendlager dwie młode, bardzo słabowite osoby, Polkę i Żydówkę, a matki obu dziewcząt poszły "na prawo". Dziewczęta stały po strome śmierci i błagały mnie cicho o ratunek. Kazałam im chwilę stać za mną, wreszcie je obie bardzo szorstko chwyciłam za ramię i podbiegłam z nimi do Winckelmanna. "Panie doktorze — huknęłam (Niemcom można było zawsze imponować krzykiem) — te dwa zdrowe leniuchy (Faultiere) przemyciły się tu do mnie, gdzie pan kazał ustawić kobiety chore! Nie chcą pracować! Przecież to niesłychane! Unerhórt!" — "Unerhort! — ryknął za mną Winckelmann. — Sofort zur Arbeit!"[4] Popchnęłam dziewczęta na prawo, gdzie półprzytomne z przerażenia padły w objęcia matek. Teraz ja z kolei struchlałam, ale kat już był zajęty innymi ofiarami.

Po selekcji przerywałyśmy kordony oddzielające kobiety skazane pod pretekstem przynoszenia im ich rzeczy, boć przecież "wyjeżdżały na odpoczynek", pomagałyśmy im oknami wchodzić do sąsiednich bloków, gdzie przesiadywały parę godzin na trzeciaku. Tam im nieraz farbowano siwe włosy jakąś czarną mazią. Najważniejszą zaś naszą czynnością stało się ukrywanie chorych przed selekcją. Czasem (u Niemców jest system nie tylko w zbrodni, ale i w bałaganie) można było odgadnąć, na jaki blok Winckelmann zawita. Wówczas dźwigało się chore na blok rewirowy, który był świeżo po selekcji, aby je tam "przechować". Z wdzięcznością wspominam solidarność wielkiej części personelu rewirowego w tej akcji niezbyt bezpiecznej. Tu dodać trzeba, że było w tym ciągłym narażaniu się i wiele egoizmu z naszej strony. Był to po prostu jedyny sposób, aby przetrzymać i nie zwariować.

Bywały momenty wprost komiczne w swej groteskowości. Raz zjawiła się u mnie jedna z Niemek z komendy. "Musisz mi pomóc i szybko zestawić spis kobiet francuskich i polskich, które mają tytuły dziedziczne". Byłam przekonana, że moja interlokutorka, stara socjalistka, straciła rozum. Musiałam zrobić minę przerażoną, bo Thury samorzutnie zapewniła, że jest na razie jeszcze przy zdrowych zmysłach, ale że jej Schwarzhuber kazał dostarczyć taką listę. "Najwidoczniej tych osób nie chcą gazować, trzeba więc listę możliwie rozszerzyć". Gdy poszłam w tej sprawie do Francuzek, wywołałam oczywiście wielką radość, szczególnie u Marie-Claude (Vaillant Couturier), z którą dobrze żyłam, i zdobyłam szereg markiz i vicomtesses do mojego spisu. Paru też osobom szczególnie zagrożonym nadałyśmy tytuły szczególnie szumne, lecz fabrykacja taka mogła się niestety odbywać tylko en detail, a nie en gros. Nikt, kto się znajdował na spisie, nie został zagazowany.

Był to jedyny okres, gdy nie przeklinałam zielonej opaski na ramieniu, ale nie miałyśmy złudzeń i wtedy: nasza pomoc była minimalna. Zdołałyśmy uratować pewną ilość istnień ludzkich, to prawda, ale była to kropla w morzu! Poszło w tym czasie 7000 kobiet do komory gazowej nieomal na naszych oczach! Zupełnie bezradne byłyśmy wobec gazowania chorych lub rannych po nalotach na fabryki. Dużo wówczas zginęło spośród ewakuowanych z Warszawy. Pamiętam raz, gdy późnym wieczorem przechodziłam koło łaźni, ktoś mnie w ciemności poznał i zawołał po imieniu. Podeszłam. Grupa kobiet leżała na ziemi przed łaźnią.,JMadame, odesłano nas z fabryki jako chore, co oni z nami zrobią?" — "Zapewne panie odpoczną na którymś bloku" — odpowiedziałam, lecz miałam w tej chwili wrażenie, że głos, którym mówię, nie jest mój. Wtem nadbiegła aufzejerka i przepędziła mnie. Owej nocy żaden blok francuskiego transportu nie odebrał, tylko płomień z krematorium buchał wysoko...

Nieraz w ciągu dnia spotykało się partię wziętą z bloków znienacka, która nigdy do Jugendlagru nie dochodziła. Pamiętam, jak mnie ktoś, gdy przechodziłam raz koło takiej grupy, żegnał skinieniem ręki i spokojnym uśmiechem — była to Merę Marie. Poszło też trochę Niemek, w tym rozmowna astrolożka.

W parę dni po zniknięciu tych osób z obozu kancelaria otrzymała z komendantury spis ich numerów i nazwisk z zaznaczeniem, że wymienione poniżej więźniarki zostały zawiezione do Schonungslager (obóz rekonwalescentów) Mittwerda na Śląsku. Nawiasem mówiąc, wiedziałyśmy wszystkie, że cały Śląsk wówczas już byłw rękach rosyjskich.

Raz, w ostatnich dniach marca, zabrano większe grupy i Polek, i Francuzek, i nie dano im nawet czasu, by zabrały swoje rzeczy. Podziałało to na nie fatalnie pod względem moralnym. Koleżanki namówiły przyzwoitą stosunkowo aufzejerkę Seltmann, by nas eskortowała i pozwolila nawet zawieźć manatki. Chciałyśmy w ten sposób przemycić też trochę chleba. Zgodziła się, porwałyśmy skądś wózek, naładowałyśmy tobołki i poszłyśmy dojfugendlagru, ładnie położonego w lasku sosnowym, o 300 kroków od obozu głównego. Gdyśmy tam wypłynęły, kobiety nas otoczyły i opowiadały nam wszystko, co się tam działo. Kiedy po rozdaniu rzeczy znów się żegnałyśmy, przecisnęła się do mnie starsza, siwowłosa Francuzka. Pamiętam, że była akuszerką i nazywała się bardzo banalnie, zdaje się, żeMadame Durand.,JMadame Karla, jestem z bloku 27 i wiem, ile się pani nacierpiała przez Francuzki. Patrzyłam na wszystko, co się tam działo, i na to, jak się pani rozchorowała. Dziś jestem tutaj i wiem, co mnie czeka, tak samo, jak i pani wie. Niech mi pani powie, że pani do mnie osobiście żalu nie ma, przecież ja nigdy pani krzywdy nie zrobiłam". Pamiętałam ją doskonale, była zawsze dobra i miła, toteż trudno mi opisać wzruszenie, które mnie w owej chwili ogarnęło.

Wracałyśmy do obozu, zostawiając za sobą lasek sosnowy i w nim bloki śmierci.

W tej kaźni jeden objaw był zastanawiający. Im gęściej dymiło się krematorium, im bliżej, im bezpośredniej każda z nas patrzyła śmierci w oczy, tym bardziej rosła potrzeba dóbr duchowych, po prostu głód intelektualny. Nie można było sprostać wymaganiom, mnożyły się zamówienia na "wykłady". Codziennie po południu odbywała się lekcja u "królików" na trzeciaku. Grupa dziewcząt na tę godzinę wracała na blok, rozstawiano pikiety i rozpoczynał się wykład z historii kultury z czasów Karola Wielkiego czy lekcja o gotyku. Słuchaczki, które nigdy nie wiedziały, czy nie nadchodził już ostatni dzień ich życia, słuchały jednak z wielkim skupieniem i z prawdziwym zainteresowaniem. Czasem miałam trzy komplety dziennie, wyciskałam własną osłabioną pamięć jak cytrynę — i gadałam. Dziś mogę tylko wyrazić nadzieję, że słuchaczkom moim dawałam choć w części to, co od nich otrzymywałam — możliwość oderwania się od moralnych i fizycznych brudów, ropy, biegunki, poniżenia, które nas otaczało, i powrotu do owych wartości, które kiedyś stanowiły świat mój, najbardziej własny.

Zbliżał się Wielki Tydzień, gdy przyszła do mnie Marysia Grocholska (z domu Czetwertyńska)*, ogromna i łagodna jak Podbipięta, której chrześcijaństwem nawet szereg miesięcy Strąfbloku[5] nie potrafiło wstrząsnąć. Mówiło się, że nikt nie wie, co to Ravensbrűck, kto nie był w Strafbloku, i że nikt stamtąd moralnie cało nie wychodzi. Ta jednak wyszła nietknięta, na domiar była uwielbiana przez koleżanki z tegoż bloku — szumowiny obozowe. Do mnie się wtedy zwróciła, by mi powiedzieć, że powinna bym, szczególnie u "królików", dostosować wykłady do tematyki Wielkiego Tygodnia. Gdy powiedziałam, że nie potrafię, nalegała jeszcze bardziej, aż wreszcie skapitulowałam wobec jej łagodnych perswazji: "Przecież ten Wielki Tydzień, może, a nawet prawdopodobnie, jest ostatnim dla nas i szczególnie dla «królików»! Nie może przejść jakby niezauważony". Nie bardzo wiedziałam, co robić. Zaczęłam więc słuchaczkom opowiadać, jak wielcy artyści przedstawiali główne sceny Męki Pańskiej. Na Wielki Czwartek wypadła Ostatnia Wieczerza Leonarda i ten sam temat u Tintoretta, na Piątek i Sobotę wybrałam odpowiednie dzieła i wiersze Michała Anioła wraz z opisem wielkich przejść religijnych ostatniego okresu jego życia. Nowe wykłady bardzo się podobały i robiły większe, niż przypuszczałam, wrażenie. Musiałam je powtórzyć kilku kompletom. Na Wielki Poniedziałek przygotowałam "Emaus u Rembrandta", lecz zaszła przeszkoda, wykład został odłożony. W południe, w chwili obiadu, wpadła bowiem na blok wiedenka z Arbeitsamtu z rozkazem, abym natychmiast stanęła przed łaźnią razem z Francuzkami. Rano wybrano 400 "zdrowych" Francuzek i kazano im iść do kąpieli. Plotki krążyły o wymianie więźniów z Francją. Teraz i ja miałam pójść z nimi. W pierwszej chwili nie uwierzyłam i oświadczyłam, że mamy dziś drugiego, a nie prima aprilis, że chcę zjeść zupę w spokoju. "Ależ nie! spiesz się, jest rozkaz od komendanta!" — "Od komendanta?" — powtórzyłam mechanicznie i popatrzyłam na koleżanki. Patrzyły na mnie w milczeniu. Wstałam, poszłam i ustawiłam się z Francuzkami przed łaźnią jak niegdyś, gdy byłam zugangiem, 27 miesięcy temu.

Nastąpił dokładny przegląd lekarski. Osoby, które miały nogi spuchnięte (symptom głodu), odesłano na bloki. Zatrzymano 300 kobiet. Wykąpano nas, ubrano w suknie bez krzyży i bez numerów i umieszczono na bloku oddzielonym drutem kolczastym. Lecz wówczas już nikt nie pytał o dyscyplinę, wymknęłam się więc na drugi dzień do moich bloków, by wygłosić odczyt o Emaus i jeszcze jakąś pogadankę. Wiadomości ze świata o katastrofie Niemiec były wówczas już tego rodzaju, że nasz wyjazd stawał się coraz bardziej wątpliwy. Jednak czwartego kwietnia po południu przyszła wiadomość, że jutro rano o czwartej pobudka i apel specjalny...

Pobiegłam do moich najbliższych. Zeszły się, by mnie żegnać, Bortnowska, Grocholska, Zdenka i parę innych. Uczyłam się cyfr na pamięć, aby móc w przybliżeniu podać, ile więźniarek z każdej grupy narodowościowej znajduje się w Ravensbrűck w tej chwili. Poza tym były inne nowości. Piec gazowy został rozebrany 2 kwietnia, w zamian ukazał się w lasku podjugendlagrem "autobus" znany dobrze więźniarkom z Lublina. 100 osób "wsiadało" do niego, potem mały komin na dachu zaczynał się kręcić — śmierć następowała natychmiast. Było jasne, że zagrożenie życia wszystkich więźniarek trwało nadal, toteż wiązano olbrzymie wprost nadzieje z moim wyjazdem: "Ty nas wyciągniesz!" Lecz były i pesymistki. Marta Baranowska przyszła się żegnać i powiedziała: "Nie wierzę, żebyśmy wyszły z życiem, ale łatwiej będzie umierać z tą świadomością, że jedna z nas żyje i powie o nas Krajowi".

Na drugi dzień, 5 kwietnia rano, apel — ostatni. Nowa, tym razem już dramatyczna selekcja. Kilka Francuzekw ciągu tych dwóch dni zachorowało, zastąpiono je "zdrowymi". Trwało to długo i było przykre okropnie. Wreszcie zaczęłyśmy piątkami maszerować ku bramie. Na samym końcu szłam ja. Wtem ktoś pobiegł za nami — Halina Chorążyna. Uściskałyśmy się w marszu, krótko, prawie szorstko. Mijałam bloki polskie. Wzdłuż mojej drogi otwierały się okna i drzwi, kobiety machały do mnie rękami. Wołania zawsze te same: "Pamiętaj o nas — pamiętaj!" — powtarzały się jak echo z bloku do bloku. Wreszcie doszłam na plac lagrowy. Tam stała Bortnowska, Grocholska i grupa "królików"[6]. Grocholska była spokojna i poważna jak zwykle, zawsze surowa Niuta dziś się uśmiechała, lecz łzy przy tym ściekały strumieniami po jej wychudłej, mądrej twarzy. "Króliki" były jedną tylko sprawą bardzo zajęte i bardzo nią zaniepokojone. "Żeby tylko pani, w tym wszystkim, nie zapomniała odwrócić się w ostatniej chwili i wyjść, idąc tyłem, z twarzą ku nam zwróconą — wtedy nas pani wyciągnie. Byłoby straszne, gdyby pani o tym nie pamiętała!" Przypomniał mi się Stanisławowi

Francuzki już wychodziły, za nimi wyszłam ja ostatnia i przekroczyłam bramę Ravensbrűck, idąc w tył, z rękami wyciągniętymi ku obozowi. Wreszcie się odwróciłam i szłam ową drogą zbudowaną przez Polki cztery lata temu. Ile razy patrzyłyśmy na nią przez kraty, zimą i latem wyobrażałyśmy sobie ten Dzień Wolności, gdy będziemy tędy szły wszystkie razem — do Polski! A teraz szłam tędy sama z całej swej grupyjedyna. Szłam na zachód, oddalając się z każdym krokiem od Polski. Na zakręcie odwróciłam się jeszcze i widziałam po raz ostatni w rannym, wiosennym słońcu grupę moich sióstr. Wyciągały ku mnie ręce spoza bariery, która już była opadła. Słowa nie mogą opisać tej okrutnej chwili.

Za zakrętem zeszłyśmy z drogi głównej do ubogiego lasku. Tam w odległości 300 kroków stał rząd białych samochodów ciężarowych znaczonych znakiem Czerwonego Krzyża. Widzieliśmy ten znak tyle razy na sprzęcie niemieckim, natomiast tym razem widniał przy nim znak inny: na czerwonej tarczy biały krzyż! Jezus, Maria! To symbol Szwajcarii, wolnego kraju, który pamiętał o nas, tych, których nie obejmuje żadna opieka, których nie chroni żadna konwencja. A na chłodnicy napis: Comite International de la Croix-Rouge — Geneve. Więc naprawdę, naprawdę po nas przysłali. Odczytuję ten napis po raz drugi jakby z trudem, trudno w istocie było go zrozumieć. Wtem przynaglają, bym wsiadała; Francuzki już siedzą na dużych, białych wozach. Władze lagrowe są obecne in corpore — zachowują się jednak tak inaczej, że mi się ciągle zdaje, że to nie ci sami. Ależ tak, to przecież Suhren, Schwarzhuber, Pflaum i chmara naszych aufzejerek. Tylko nikt nie krzyczy, nikt nikogo nie kopie, nie szturcha, zachowują się, jakby byli ludźmi normalnymi, z wyszukaną nawet grzecznością zwracają się do jedynego obecnego cywila, który się równie normalnie zachowuje. Kto to może być ten cywil? "To delegat szwajcarski" — ktoś powiedział. Popatrzyłam na niego, jakby na okaz prawie egzotyczny. To jest czlowiek wolny, powtarzałam sobie, nie uciemiężony ani przez własny totalizm, ani przez obcego najeźdźcę... Wtem zobaczył mnie gruby Pflaum i z zabawnym ruchem radości przyskoczył do mnie: "Co? Ty też jedziesz? Jakże ja się cieszę, już nie będziesz doprowadzać mnie do pasji!"

Wreszcie o godz. 9.05 samochody ruszyły. Jedziemy, zostawiamy w Ravensbrűck i żywych, i umarłych.

Cały dzień jechałyśmy dość szybko przez kraj zupełnie opustoszały. Na Reichsautobahn[7] nie widziało się ani ludzi, ani wozów, tylko w lasach przy drodze było dużo czołgów i ukrytego sprzętu wojennego, który jaskrawo kontrastował z milionami fiołków i anemonów, które w owej chwili pokrywały skrwawioną ziemię niemiecką. Wieczorem dojechałyśmy do Hof w Bawarii. Dano nam nocleg w teatrze miasteczka Ober-Kotzau. Czekałyśmy tam pod ścisłą kontrolą gestapowców trzy dni na benzynę.

Pamiętam z tych dni maleńki epizod, którego wówczas nie rozumiałam. Siedziałyśmy w tej salce teatralnej na ziemi, na czystej (!) słomie i odpoczywałyśmy... W pewnej chwili podeszła do mnie jedna z Francuzek i powiedziała, że Tante Yvonne chciałaby ze mną mówić. Ta wdowa po admirale, Madame Leroux, była osobą wyjątkową, o wielkim autorytecie wśród kulturalnych Francuzek, dla mnie zawsze szczególnie życzliwą. Wstałam więc i poszłam do leżącej, bardzo słabej Tante Yvonne. Przywitała mnie serdecznie, potem powiedziała: "Chcę pani coś powiedzieć. Bardzo panią proszę, gdyby pani miała w przyszłości jakiekolwiek trudności, proszę mnie o tym zaraz zawiadomić. Oto mój adres" — i podała karteczkę z adresem. Nic nie rozumiałam, o jakie to mogłoby chodzić trudności, w których miałabym się zwrócić do tej czcigodnej starszej pani. Oczywiście więc tylko bardzo podziękowałam i odeszłam, by jej nie męczyć, bo wyglądała okropnie. Zresztą po powrocie do Francji umarła nieomal od razu. (Niezbyt długo po uwolnieniu miałam zrozumieć, o jakich difficultes[8] wiedziała Madame Leroux. Tak ja na Zachodzie, jak Niuta Bortnowska w Kraju, zostałyśmy z przeróżnych stron oskarżone o złe traktowanie koleżanek we współpracy z Niemcami. Trwało czas jakiś nim obie — oddzielone jedna od drugiej żelazną kurtyną — zrozumiałyśmy, że tu chodzi po prostu o zemstę za ideologiczne wpływanie na młodych. Mnie się dostały "tylko" oszczerstwa, Niuta poszła dowiezienia. Uratowała ją nasza przyjaciółka, Zdenka Nedvedova, superkomunistka, która umyślnie przyjechała z Pragi do Warszawy, by wyciągnąć Niutę z więzienia).

Wreszcie benzyna nadeszła i ruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz jechaliśmy przez gęsto zaludnione Niemcy Południowe, wzdłuż Dunaju. Przejechaliśmy przez Ulm, a raczej przez bezkształtne gruzy, tak nazwane. Z przerażeniem szukałam wzrokiem ruin przesławnej katedry, gdy nagle — z krytej ciężarówki widzi się to tylko, co samochód już minął — wyrosła przed naszymi oczami katedra wspaniała, nietknięta, nienaruszona, nie fatamorgana, lecz konkret architektoniczny realny, o ile dzieło gotyckie konkretem realnym nazwać można. Wieża jak płomień strzelała ku niebu, jako dowód zwycięstwa siły tej, o którą jedynie chodzi.

Wieczorem dojeżdżaliśmy do granicy szwajcarskiej. Słońce zachodzące oświetlało widoczne z daleka góry Kraju Wolnego.

O dziesiątej wieczorem nasza ciężarówka, z rzędu ostatnia, stanęła w Kreuzlingen, miasteczku granicznym. Kazano nam wysiąść i ustawić się piątkami. Stanęłam w ostatniej piątce. O dziesięć kroków od nas widać było otwartą dużą bramę. Przy niej stał szereg mężczyzn, w tym towarzyszący nam gestapowcy. Francuzki przechodziły przez otwartą bramę piątkami. Naszą grupę ostatnią zatrzymano. Wtem przystąpił do mnie jakiś pan i przedstawił się jako poseł niemiecki w Bernie. Mówił, że cieszy się, że i ja zostaję zwolniona, bo ma nadzieję, że jestem ein guter Mensch[9], choć jestem podobno bardzo wojownicza. Zgłupiałam. Zupełnie w owej chwili nie byłam w nastroju do kłócenia się raz jeszcze z Niemcami. Odpowiedziałam więc tylko, że jeśli miłość ojczyzny jest dowodem wojowniczości, to jestem wojownicza. "Tak dobrą niemczyznę można było lepiej wykorzystać" — odezwał się za posłem gestapowiec. Zdążyłam go już tylko zapewnić, że mówię również po angielsku, gdy padło po raz ostatni słowo: los. Wówczas przeszłyśmy. Byłyśmy same, za nami, po tamtej stronie, pozostali gestapowcy z posłem i z nimi Trzecia Rzesza.

Bon soir — odezwał się ktoś z boku. Był to strażnik szwajcarski. Opodal stały grupki ludności, powiewały chusteczkami, wołając: Soyez les bienvenues![10] Żadna z nas nie mogła z siebie głosu wydobyć, witałyśmy ich tylko gestami rąk. Wtem zaczęto bić w dzwony. Burmistrz Kreuzlingen dał rozkaz, by kraj wolny obchodził nasze zwolnienie w ten sposób, najprostszy i najbardziej uroczysty. Ja zaś przyznać muszę, że łatwiej o wiele jest nie załamać się przez trzy lata niewoli, niż wytrzymać podobne przyjęcie. Dano nam kolację i nocleg. Otoczono nas wzruszającą opieką, która się okazała tym potrzebniejsza, że szereg Francuzek pomimo wszelkich selekcji w Ravensbrűck już walczyło ze śmiercią. Chore zostały w Kreuzlingen, a myśmy na drugi dzień wyjechały pociągiem. Francuzki wracały do wolnej ojczyzny, ja zaś wysiadłam w Genewie. Na dworcu czekał mój brat i Carl Burckhardt, mój zbawca.

 


[1] Po latach miałam zaszczyt referować ten epizod Jego Świątobliwości Janowi Pawłowi II (K.L.).

[2] W zachowanym w Archiwum PAU w Krakowie maszynopisie o przeżyciach z Ra-vensbruck, K. Lanckorońska, pisząc o zmianie tematu wykładu, dodała: "I to była jedyna uroczystość żałobna, przez którą mogłyśmy uczcić pamięć Haliny".

[3] Maria Kujawska jeszcze w latach 1945 i 1946, pracując w Kraju, potrafiła mi trzema różnymi drogami przekazać następujące (we wszystkich trzech wypadkach rów-nobrzmiące) zdanie: "Karle przepraszam z całej duszy. Słuszność była po jej stronie, nie w 100, ale w 1000 procentach". Dziś, gdy nie żyje, myślę z niezmierną wdzięcznością o tym wzruszającym jej kroku (K.L.).

[4] Niesłychane! Natychmiast do roboty!

[5] bloku karnego

[6] K. Lanckorońska wywiozła z obozu listę operowanych doświadczalnie kobiet (wypisaną w rąbku chusteczki) i przekazała władzom Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie.

[7] autostrada

[8] trudności

[9] dobry człowiek

[10] Dobry wieczór... Witajcie!

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.