Wspomnienia wojenne-13

W tym mniej więcej czasie gazety przyniosły wiadomość o Katyniu. W pierwszych dwóch dniach żyłam jeszcze nadzieją, że rzecz taka jest jednak niemożliwa, że propaganda niemiecka chwyta się makabrycznych już wymysłów. Gdy zaś przychodziły opisy i protokoły szczegółowe, ostatnie wątpliwości się rozwiały wobec rzeczywistości potwornej. Wówczas pytanie kapitalne: "Kto?", stanęło i przede mną. Otoczona zbiorową zbrodnią niemiecką miałam naturalną tendencję przypisania i tego czynu zachodniemu najeźdźcy. Dwa momenty jednak usunęły dla mnie wszelkie wątpliwości raz na zawsze. Pamiętałam dobrze, że ostatnia wiadomość od naszych oficerów wywiezionych do Rosji pochodziła z wiosny 1940 roku, a termin ten dokładnie zgadzał się z opisami niemieckimi. Drugim przekonywającym momentem było to, że zamordowanych pogrzebano w pełnym umundurowaniu, że nawet znaleziono przy nich wiele przedmiotów wartościowych. Ktokolwiek żył w General Gouvernement, ten znał stosunek Niemców do wartości materialnych i musiał tym samym wykluczyć możliwość takiego "marnotrawstwa" z ich strony. Stawały mi przed oczyma twarze kobiet, starych i młodych, które mnie niegdyś odwiedzały w Czerwonym Krzyżu w Krakowie, bym "wyciągnęła ich mężów czy synów z Kozielska czy Starobielska..."

Gdy już mogłam chodzić, pozwolono mi na spacer w "ogrodzie". Wyszłam. "Ogród" składał się z dwóch części, z klombów przed bunkrem, oddzielonych od obozu murem wewnętrznym, i z wąskiego "korytarza" zasadzonego również kwiatami, z tyłu, między budynkiem a odrutowanym głównym murem. Tam długi wąski klomb okolony był z obu stron ścieżką. Mur obozowy był równie szary jak budynek, który zamiast drutów i izolatorów miał dwa rzędy maleńkich okien okratowanych, jedne tuż nad ziemią, drugie tuż pod niskim dachem. Szereg dolnych okien był zamknięty na żelazne żaluzje, spuszczane z zewnątrz. "Aha, ciemnice" — przypomniał mi się Stanisławów. Z drugiej strony, znad muru obozowego wystawał bardzo pierwotny blaszany komin, z którego właśnie wychodził gęsty dym, o dziwnie przykrym zapachu, który znałam z celi. Gdy tak, wzdłuż muru, przypatrywałam się uważnie oknom cel, usłyszałam w jednym z nich wyraźne chrząkanie i lekkie stukanie. Stanęłam i zobaczyłam nad uchylonym okienkiem oczy i kawałek twarzy kobiety. Zaczęła się rozmowa. Interlokutorka okazała się Niemką, strażniczką, zaaresztowaną za podejrzenia o lesbizm, rozpowszechniony wśród Niemek w obozie. Była bardzo skora do rozmowy, toteż na każdym spacerze dowiadywałam się czegoś nowego od Herty. Ona mi wytłumaczyła, że dym z małego komina krematorium ma tak osobliwy zapach, gdy się palą włosy; że więźniarki skazane na ciemnicę to są ofiary komendanta gestapo Ramdohra, który je trzyma, do 12 dni bez światła i bez jedzenia, w celu wymuszenia zeznań, i dopiero gdy to nie pomaga, stosuje tortury; że Niemców straszliwie gniewa, iż Polki tak bohatersko umierają przy egzekucjach; że Binz jest bardzo w obozie potężna, bo jest kochanką Schutshaftlagerfuhrera Brauninga; że ta luksusowa bielizna jedwabna, susząca się przy wejściu jest dziś własnością Binz, a Herta dokładnie wie, do których więźniarek niegdyś należała; że Mewis jest niezamężna i ma w Fiirstenbergu trzech synków, każdego z innego ojca; że cztery kobiety, chodzące tu codziennie na spacery i mówiące obcym językiem, są Rumunkami, że cieszą się one jako członkinie narodu sprzymierzonego szczególnymi względami itd., itd.

Gdy wracałam do siebie po spacerze, porządkowałam sobie ten potok istotnych informacji i błahych plotek w pamięci; wzbogacałam w ten sposób własne krótkie doświadczenie obozowe. Od Herty też nauczyłam się stawania na szafce nocnej i wyglądania przez okno. Widziało się stamtąd ponad murem trochę łąk i drzew, i wieżę kościoła w Fiirstenbergu. Ważniejsze zaś było to, że jeśli aufzejerki nie było na korytarzu, można tam było wyleźć, kiedy się słyszało kroki pod oknem. Ponieważ była wiosna, sadzono tam kwiaty. Roboty w ogrodzie wykonywała Polka, która stała się pierwszą moją łączniczką z obozem. Ogrodniczka przez jakiś czas przychodziła co dzień, przynosiła wiadomości i pozdrowienia z obozu i z dużym narażeniem się przemycała ciepłą odzież z "kamery" dla ciemnicy i wynosiła, ile się dało, tajemnic bunkrowych o świeżo umieszczonych tam Polkach, o ich przejściach i zeznaniach itd. Co tylko zdołałam w ciągu spaceru zebrać z różnych cel, powtarzałam ogródniczce jako zalecenia dla różnych osób w obozie. Najważniejszym zawsze problemem było uzgodnienie zeznań. Mój kontakt z celami stawał się coraz bardziej intensywny, w miarę jak mi rósł tupet i jak mi powracały siły fizyczne. Najważniejszym zadaniem było podanie jedzenia do ciemnicy po podnoszeniu żelaznych żaluzji. Raz się żaluzje zacięły, więźniarka od wewnątrz celi tak wysoko sięgnąć nie mogła, nie było tam szafki, na której można by było stanąć, nie było w ogóle pryczy, zresztą miała zapewne mniej sił ode mnie, bo była osłabiona głodem i położenie wydawało się bez wyjścia. Wtem zjawiła się na spacerze Niemka, zaaresztowana za malwersacje strażniczka o postawie niczym Walkiria, która poczuła się w tej chwili solidarna z nami i w mig uratowała sytuację. Podawanie prowiantu do górnych cel, gdy okna były otwarte, nie sprawiało większych trudności. Trzeba było tylko sznurek z otrzymanej paczki przywiązać do kamyczka i wrzucić, trafiając do szpary. Potem więźniarka spuszczała sznurek, do którego się przywiązywało paczuszki. Tak samo jak niegdyś we Lwowie, nie było nigdy kwestii co do ilości zjadanych przeze mnie prowiantów. Czasami otrzymywałam ich sporo naraz, nikt nie pomyślał o tym, że musiałabym mieć apetyt anormalny, aby je zjeść. Jeden tylko się tym problemem zainteresował, był to pies panny Binz, na szczęście nie pies policyjny, tylko straszliwie głupi kundel, który się rzucał na mnie jak oszalały, gdy wychodziłam na spacer, obwąchując zaciekle moje kieszenie. "Czy to nie miłe, że ten pies tak panią lubi?" — mówiła z uśmiechem Binz, która widocznie miała rozkaz odzywania się do mnie od czasu do czasu w sposób "przyjemny". Ja zaś nienawidziłam tej bestii i bałam się panicznie, że może ona zdradzić moją tajemnicę i że stracę wtedy i tę maleńką, ostatnią możliwość niesienia pomocy. Czasem, bardzo rzadko, udawało mi się podczas spaceru zauważyć, że Mewis czy Binz wyszły do obozu, wtedy trzeba było w dzikim pędzie wrócić do bunkra i dopaść którejś z górnych cel, o ile się wiedziało, że tam Polka siedzi w ciemnicy, i podać jej paczuszkę prowiantu przez okienko w drzwiach. Najbardziej bolesne było, że i ta, tak bardzo dorywcza pomoc docierała tylko do połowy cel, których okna wychodziły na "ogród". Druga część, wychodząca na obóz, naprzeciw komendy, była dla mnie niedostępna. Ten bardzo istotny problem wraz z wieloma innymi miał dopiero rozwiązać Boguś.

Niektóre z dolnych cel były zajęte przez mężczyzn, przysłanych tu za karę z sąsiedniego, małego obozu męskiego, który nie miał własnego bunkra. Wśród nich znalazł się młodziutki chłopiec ze Śląska, mówiący oczywiście doskonale po niemiecku. Odsiedział swoje i, co ważniejsze, zdołał w tym czasie oczarować i Binz, i Mewis, i przekonać je, że umie robić wszystko, czego tylko trzeba, przede wszystkim jest dobrym malarzem pokojowym i że bunkier potrzebuje odnowienia. Obie Niemki, zawsze spragnione towarzystwa męskiego, tak się rozentuzjazmowały względem kędzierzawego blondyna, aż wreszcie — za zgodą komendanta — "Gottlieb" zaczął malować cele. Od tego czasu, gdy tylko byłam sama na spacerze, Boguś szukał ze mną kontaktu. Ja oczywiście, widząc świetne stosunki chłopca z aufzejerkami, unikałam go skwapliwie. Wówczas Boguś zaczął mi dawać cenne dla mnie wiadomości o Polkach, które "wpadły do bunkra", i o numerach ich cel. Zaryzykowałam więc i nawiązałam z "drugą stroną" kontakt przez Bogusia. Robota szła doskonale, nie tylko jeśli chodziło o prowianty, ale i o korespondencję w sprawie zeznań. Uzgadniano te zeznania nie tylko między celami, przy czym Boguś obsługiwał jedną stronę, a ja drugą, ale i między bunkrem a obozem za pomocą ogrodniczek. Było ich już bowiem teraz kilka. Przychodziły do pracy i sadziły nam kwiatki. Rozmawiały przy tym głośno między sobą. Gdy Niemki na korytarzu nie było, wskakiwałam na szafkę i mieszałam się do rozmowy. Przychodziła czasem "kolonka" (Kolonnenfuhreriri) ogrodniczek, pani Zanowa*, która, wierna atmosferze swego nazwiska, wołała jakby na jedną ze swych robotnic "Aldono" na znak, że ma mi coś do powiedzenia. Wówczas wystawiałam jedną rękę przez kraty ponad oknem (drugą musiałam się trzymać framugi) i odbierałam mesaże[1]. Imię Aldony przylgnęło do mnie na okres mojej izolacji, co do której zresztą już tylko Niemcy mieli iluzje, ja zaś miałam kontaktów coraz więcej, z których jeden szczególnie mile wspominam.

 

Raz, słysząc kroki na żużlach pod oknem, wskoczyłam na szafkę i zobaczyłam wybitnie szykowną sylwetkę młodej, ciemnej brunetki. Wysoka, smukła dziewczyna o rasowych rękach i nogach, o twarzy wąskiej i orlim nosie, ubrana nadzwyczaj starannie i z wielkim gustem, robiła w tym ohydnym otoczeniu wrażenie tak niespodziewane, że w pierwszej chwili po prostu zdębiałam. Dopiero gdy przechodziła pod moim oknem po raz trzeci czy czwarty, zdecydowałam się odezwać i suflerskim szeptem zawołałam: „Madame!" (co do narodowości owej świeżo przybyłej nie mogło być bowiem wątpliwości). Stanęła. Zastukałam cicho do okna i wystawiłam rękę. "Jestem Polką, pani zapewne jest Francuzką. Jak dawno pani tu jest?" Słuchała jakby oszołomiona, później mi powiedziała, że na niej te pierwsze słowa francuskie, które usłyszała po wielu miesiącach, zrobiły wrażenie wprost wstrząsające, tym bardziej że nie umiała ani słowa po niemiecku i że się porozumiewała z otoczeniem tylko na migi. W dwa dni potem przez pomyłkę Binz puściła nas równocześnie na spacer. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy. Christiane Mabire była sekretarką ministra Paula Reynauda* i za tę funkcję pokutowała. Łączyła w sobie wykwintną elegancję z francuską kulturą umysłową w jednej osobie. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko i szczerze. Miała dużo poważnych książek. Zapytałam więc Binz, czy mogę je od niej pożyczyć, gdyż nie mogłam narazić Christiane na pożyczanie tajne. Binz zapytała Suhrena i wróciła przerażona, bo jej ten powiedział, że nam w ogóle nie wolno nic wiedzieć wzajemnie o sobie. Ten zakaz dodał nam obydwóm jeszcze ochoty do bliższego kontaktowania się. Na spacerze widywałyśmy się tylko w obecności Binz, która nas pilnowała, wyciągnięta na leżaku. Każda miała połowę "korytarza" do dyspozycji. Spotykając się w środku, wymieniałyśmy zawsze parę słów, ale od tego osobliwego kadryla wolałyśmy znacznie samotne spacery pod oknem bez opieki. Wówczas odbywały się rozmowy i wymiany kartek. Szczególnie lubiła teksty łacińskie, odnoszące się do Germanów. Pamiętam, jak się ucieszyła, gdy jej przez okno podałam kartkę ze zdaniem Cezara: "Latrocinia nullam habent infamiam, quae extrafines cuiusąue civitatis fiunt; atąue ea iuventutis exercendae ac desidiae minuendae causa fień praedicant"[2]. Wydawało mi się wtedy i wydaje mi się niestety jeszcze bardziej dziś, że te słowa Cezara wyjaśniają nam bardzo wiele, tłumaczą przede wszystkim olbrzymie powodzenie hitleryzmu wśród Niemców.

W przeciwieństwie do mnie Christiane nie otrzymywała paczek, mogłam więc jej czasem coś podać. Raz przez omyłkę zamieniłam dwie paczki, tak że Christiane otrzymała między innymi cebulę przeznaczoną dla Polki. Gdy wyszłam na drugi dzień na spacer, już czekała przy oknie.,Mon Dieu! Un oignon! Myślałam w pierwszej chwili, że to jest hiacynt, który mam sobie w szklance zasadzić, ale nie, to zwyczajna cebula! Co mam z nią zrobić?" — "Zjeść, całkiem po prostu". Inteligentne oczy patrzyły na mnie przez szparę nad oknem z widocznym niedowierzaniem. "Jak to zjeść?" — "Zjeść koniecznie, to bardzo zdrowe, szczególnie na zęby, z powodu zawartych witamin". Na tym się rozmowa urwała, gdyż zza rogu było słychać kroki władzy.

Po południu Christiane stała pod moim oknem zalana łzami. "Co się stało?" — zapytałam przerażona. "Nic, nic. Mam tyle do pani zaufania, zjadłam więc całą cebulę od razu, a teraz mnie dziwnie oczy pieką".

Lecz to spotkanie wykwintnej paryżanki z mniej wyrafinowaną cebulą polską nie było jedynym jej zmartwieniem. Innym razem skarżyła mi się, że nie wie, dlaczego dano jej nazwisko żydowskie. Odkryła, że ją tutaj nazywają Frau Miiller, a ona przecież nie jest Żydówką. Musiałam jej długo tłumaczyć, że Miiller, tak samo jak mój pseudonim Lange, są to banalne, bardzo rozpowszechnione nazwiska niemieckie, odpowiadające np. "Mme Durand", że nam własne nazwiska odbierają, żeby zatrzeć po nas wszelki ślad, że stałyśmy się ludźmi podobnymi do tajemniczego masąue defer[3]. To ostatnie porównanie ją ubawiło i uspokoiło zupełnie.

Zawarłam wówczas jeszcze inne znajomości. W jednej z nych cel siedziały dwie Niemki, z zawodu astrolożki i jasnowidzace. Starsza, niższa, mało się odzywała i była najwidoczniej tyranizowana przez trochę młodszą, nadzwyczaj rozmowną, grubą błondynę. Z potoku słów tej ostatniej dowiedziałam się, że władzi Trzeciej Rzeszy karzą więzieniem i obozem tych, którzy mają dar proroctwa. Ona się tu dostała za to, że Rudolf Hess* był jej klientem

Raz, gdy jej koleżanka była ze mną na spacerze i cierpliwie na wąziutkim trawniku szukała poczwórnego listka koniczyny, zapytałam przez okno wielomówną sybillę, czy obie panie pracowały rażem przed wojną. Żachnęła się z oburzeniem: "Ja bym miała cokolwiek wspólnego z taką, która za markę pięćdziesiąt opowiada ludziom Bóg wie jakie głupstwa, podczas gdy u mnie seans naukowy kosztował 25 marek".

Za trochę cukru wyprorokowała i mnie, z mej daty urodzeni; jak się należy, wraz ze szczęściem osobistym przyszłość okrytą sławą. Rumunki, które siedziały za antyniemiecką politykę swoic mężów, miały paczki, wywróżyły mi więc z kart bez zapłaty, że jescze długo mi siedzieć przyjdzie.

Również z innej, bardziej miarodajnej strony, miałam się wkrótcj o tym dowiedzieć. Pewnego ranka wpadła Mewis z bibelką i zaczę ło się gwałtowne czyszczenie mojej celi, przy czym mi Mewis po wiedziała, że przyjeżdża hoher Besuch[4] z Berlina. Po obiedzie kazano mi wyjść do ogrodu i oddano do mojej dyspozycji leżak. Zrobiło mi się wesoło, przypomniał mi się bowiem III akt Marii Stuart Schillera, gdzie spotkanie z Elżbietą odbywa się również jakby przj padkiem w ogrodzie. Wkrótce zjawił się bardzo wysoki gestapowiec w towarzystwie Suhrena i Binz. Powiedział, że się nazywa dr Daurt ling i zapytał o moje zdrowie. Odparłam, że od listopada czekai na obiecane mi przez sędziego Hertla przesłuchanie, że nie tyli zostałam wysłana do obozu, ale jeszcze trzymana w bolesnym o osobnieniu, że jeśli mam pokutować za przewinienia mi niezna przynajmniej być z innymi Polkami. Daumling słuchał, unikaęc mego spojrzenia. Gdy mówiłam o powrocie do obozu, wtrącił: "To jest niemożliwe", w końcu dał odpowiedź nijaką, że zobaczymy, że się postara itd. Wreszcie poszedł. Po chwili wróciłam do celi, którą zastałam tonącą w kwiatach. Za mną przyszła Binz i zabrała kwiaty, tłumacząc, że musiała je wstawić, ponieważ hoher Besuch zażądał widzenia celi. Dodała też, że Daumling to szef Wydziału do Polskich Spraw Politycznych w Reichssicherheitsamt, że jej specjalnie nakazał, by mnie traktować dobrze, ponieważ jestem niewinna i Włochy się za mną wstawiają. "Za co mnie więc w ogóle trzymają?" — zapytałam. Binz jakby się zawahała, potem dodała innym głosem: "To mi też powiedział. Ona o czymś wie, co żadną miarą na światło dzienne wyjść nie może. Tu już tak jest — dodała — kto za wiele wie, stąd już nie wychodzi"[5].

Była wiosna, kwiaty kwitły nawet przy bunkrze. Tylko ptaków tam jakby nie było. Raz jeden w czasie spaceru przeleciał nade mną bocian. "... Żem je znał kiedyś..."[6]

Z obozu doszła mnie w owym czasie wiadomość ważna. Przyjechała Bortnowska, przetrzymawszy zwycięsko straszne przesłuchania oraz ciężką chorobę. Z przerażeniem myślałam, jak ta wątła kobieta przetrzyma jeszcze i obóz.

W parę tygodni potem, z końcem maja, powiedziała mi Binz, że po południu będę przesłuchana. Starałam się walczyć z własnym optymizmem, iluzją zmiany na lepsze, ale jednak... Dodały mi jeszcze nadziei ogrodniczki, które właśnie były przy pracy i twierdziły, że rok temu czy dwa był wypadek, że więźniarka została zwolniona natychmiast po przesłuchaniu. "Niech pani tylko o nas nie zapomni! Niech pani pozdrowi wszystkich w Krakowie!..."

Po południu zaprowadzono mnie do kancelarii bunkra. Tam, ak wszędzie, gdzie byłam dotychczas przesłuchiwana, patrzył na nie ze ściany lodowatym spojrzeniem przez binokle Himmler. Po drugiej stronie wisiał napis: Deine Ehre heisst Treue. Szukałam w pamięci, skąd te słowa znam. Aha, to Krűger się chwalił tym mottem SS, które dopiero teraz zrozumiałam. Kto wiernie (i ślepo) słucha, już nie potrzebuje honoru. Co za mądry sposób zniewolenia duszy niemieckiej!

Po chwili przyszedł podoficer SS i stenografka. Zaczęło się przesłuchanie. Raz jeszcze sprawa Krűgera i profesorów. Miałam wrażenie, że chodzi tylko o stwierdzenie, czy po wielu miesiącach powiem to samo. Ton był bardzo ordynarny i nienawistny. Na zakończenie gestapowiec miał do mnie długi monolog, wypowiedziany głosem więcej niż podniesionym. Oświadczył, że mi pragnie odebrać wszelkie iluzje, w razie gdybym przypuszczała, że spełniłam czyn patriotyczny, oskarżając Krűgera, że moje oskarżenie żadnych konsekwencji nie miało, gdyż jako znanej szowinistce i tak nikt mi nie wierzy itd. Słuchając tych krzyków, bardzo się ucieszyłam, gdyż takie wystąpienie, jak i sam fakt ponownego przesłuchania, przeczyły jego słowom.

Wracając do celi, wiedziałam, że "moja sprawa" jest zamknięta i że zapewne mnie wykończą, gdy pęknie "oś" z Włochami, o ile wykonania tego zamiaru znów nie odłożą jakimś cudem. Jedyne, co było osiągalne i do czego należało teraz dążyć wszystkimi siłami, było wydostanie się stąd do obozu, aby być traktowaną na równi z innymi Polkami i skończyć z tym upokarzającym wyróżnieniem. Trudność polegała na tym, że władze widocznie wciąż jeszcze przypuszczały, że nikt w obozie nie wie o mojej obecności w bunkrze. Niemcom nie przeszkadzało, że ten rozkaz trzymania mnie w ukryciu stracił wszelki sens, skoro przez pomyłkę spędziłam już dwa miesiące w obozie i mogłam wobec tego powierzyć tajemnicę śmierci profesorów innym Polkom (jak to oczywiście zrobiłam). Niemcom chodziło zawsze tylko o wykonanie rozkazu, nigdy o jego celowość.

Toteż, gdy chodziłam do dentysty, ten musiał specjalnie na mnie czekać o późnych godzinach wieczornych, Mewis prowadziła mnie z bunkra przez plac lagrowy do komendy w ciemnościach nocy, by mnie tylko nikt nie widział. Ja zaś w ciągu dnia dawałam znać przez ogrodniczki, że wyjdę wieczorem, tak że Polki "z opaskami", które mogły mieć pretekst do kręcenia się późno po placu, były tam i wolały: "Dobry wieczór, Aldono!"

Kontakt z obozem rozwijał się coraz pomyślniej. Binz awansowała, została zastępczynią oberynki[7], na co zasługiwała w pełni. Była nad wyraz "pilna"; biła ze wszystkich sił wśród krzyku więźniarek, co było słychać zewsząd, potem przychodziła do mnie, odzywając się uprzejmie i grzecznie, a ja musiałam panować nad sobą, by jej nie uderzyć. Na jej miejsce Mewis objęła dyrekcję bunkra. Na zmianę z nią dyżurowała tam teraz nowa "siła", wysoka, młoda brunetka. Miała duże trudności z czytaniem i pisaniem, wyręczał ją Boguś, który odtąd każdego dnia znał dokładny stan więźniów i wiedział, kto w której celi siedzi. Teraz już nie tylko wiadomości, ale i listy kursowały nieomal swobodnie między celami. Równocześnie przez ogrodniczki czy też praczki, które przychodziły zabierać bieliznę "bunkrową", kwitła korespondencja między bunkrem a obozem. Gdy zaś po bardzo krótkim czasie "cielę", jak nazywaliśmy nową władzę ze względu na wybitnie cielęcy wyraz twarzy, zakochało się nieprzytomnie w Bogusiu, ten ostatni brał jej radio do celi na noc i co drugi dzień rano miał najnowsze wiadomości londyńskie. Był to koniec maja i początek czerwca. W owej chwili nie działo się wiele konkretnego, lecz z wszystkich komunikatów wynikało jedno, że lato 1943 już bez wielkich wydarzeń nie przeminie.

Jednego z tych pięknych letnich dni, gdy wyszłam na spacer, Boguś siedział na drabinie i malował kraty w oknach Rumunek. Na samym końcu bunkra dwie cele zamienione były bowiem w jeden pokój i wybito dwa duże okna, aby Rumunki miały "salon". Zauważyłam, że Boguś jest zmieniony i nie odzywa się do mnie. Gdy nie było nikogo, podeszłam i zapytałam wprost, co się stało. Milczenie. Musiałam powtórzyć pytanie, nim otrzymałam odpowiedź zawartą w dwóch tylko słowach: "Sikorski zabity".

Szczegółów dowiedziałam się dopiero trochę później. Mówiły one zresztą tak wtedy, jak i dziś, bardzo mało. Zostawała naga rzeczywistość: zabrakło Przywódcy, którego imię od pierwszej chwili katastrofy wrześniowej prowadziło nas jak drogowskaz poprzez wszystkie walki żołnierskie i męki więzienne. Wiedzieliśmy, że alianci mieli wielkie dla niego uznanie, że wszystkie zobowiązania były zaciągnięte wobec niego osobiście. On był poza wszystkim innym gwarantem tych obietnic wobec własnego narodu.

Wiadomo, że każdy człowiek ma swoje małości, że one nieraz rzucają cień na tego, kto stanął na świeczniku. Lecz na to, aby je widzieć, trzeba patrzeć z bliska, a walczący kraj z daleka gloryfikował imię generała Sikorskiego; było ono dla nas symbolem naszej walki o dobra najwyższe człowieka i poręką przyszłego zwycięstwa nad Niemcami. Przyjaźń Anglii dla niego była nam tarczą wobec Sowietów. Jego odejście, bez względu na to, kto był sprawcą tej śmierci, wydawało się nowym, potwornym brzemieniem, które tak samo spadało w tej chwili na Polskę całą, jak druzgotało każdego z samotnych więźniów w izolatkach. Wieczorem przy pacierzu, gdy przyszło po raz pierwszy wymienić wśród poległych tego, który dotąd dowodził żywymi, modlitwa zdawała się urywać, a w jej miejsce tłoczyły się na wargi słowa prawie buntownicze: Czyż nie ma nieszczęścia, Boże, którym nie doświadczasz Polaków?

Na drugi dzień rano, jak to też bywa po katastrofach osobistych, miażdżących jakieś życie prywatne, dziwiłam się, że życie zewnętrzne, w tym wypadku życie bunkra Ravensbrűckskiego, dalej płynie swoim trybem, że nawet zegary nie stanęły, jak gdyby nigdy nic...

Już najbliższe tygodnie przyniosły wiele nowego. Najważniejszym zdarzeniem było wylądowanie aliantów na Sycylii[8], pierwszy jawny atak na die Festung Europa[9]. Z artykułów Goebbelsa można było bardzo wyraźnie wyczytać, że sytuacja Niemiec jest więcej niż poważna, że niepokój o wytrzymałość Włochów wzrasta z każdą chwilą. Koniec wojny zdawał się niedaleki. Dla mnie osobiście wypadki nadchodzące mogły, właściwie musiały, mieć reperkusje zasadnicze. Było rzeczą jasną, że sytuacja moja osobista zmieni się na niekorzyść, gdy interwencja domu sabaudzkiego przestanie działać. Logicznie biorąc, jedynym prawdopodobnym rozwiązaniem była egzekucja. Pomimo to zdawało mi się, że trzeba teraz zdecydowanie walczyć o wydostanie się z honorów bunkra do obozu, za którym tak głęboko, tak niewymownie tęskniłam.

Za każdym razem, gdy przychodził Suhren, prositam o to coraz natarczywiej, wreszcie zdecydowałam się na jedyną drogę, która mi została, by cel ten osiągnąć, na głodówkę. Wiedziałam, że takie postępowanie ma szansę na powodzenie tylko dopóki nie chcą, abym umarła z głodu, to jest dopóki się liczyć muszą z Włochami. Pewnego dnia, jeszcze w czerwcu, przestałam więc jeść i oświadczyłam Mewis, że nie będę jadła, póki mnie nie puszczą do obozu. Tu powiedzieć muszę, że głodówka jest rzeczą bardzo przykrą tylko przez pierwsze dwa dni, później apetyt jakoś przechodzi, nawet zapach potraw stawianych ciągle przede mną nie robił już takiego wrażenia. Suhren i jego zastępca Schutzhaftlagerfuhrer Brauning przychodzili po parę razy dziennie i namawiali, abym jadła. Ich postępowanie było mi tylko dowodem, że właśnie nie mam jeść, że mogę tą drogą osiągnąć powrót do obozu. Wieczne dyskusje z gestapowcami były męczące, gdyż byłam już trochę osłabiona, ale wiedziałam, że im sprawiam kłopot, i to mi dodawało sił. Ponieważ już nie wstawałam, po prostu by się zbytnio nie męczyć, "goście moi" stawali u stóp mego łóżka i tłumaczyli mi, że głodówka nie jest środkiem walki godnym mnie, że znajduje się w tym samym budynku osoba, której nie znam, młoda Francuzka, która się zachowuje o tyle lepiej, a teraz niebawem będzie zwolniona, że takie zachowanie jak moje żadnego wrażenia na władzach nie robi itd. Podczas tych niezbyt interesujących przemówień rzucali od czasu do czasu zabawnie zirytowane spojrzenie na miedziany krzyżyk z Asyżu, który wisiał nad moją głową, ale nigdy nic na ten temat nie powiedzieli. Ja ciągle powtarzałam to samo, że albo, skoro nikt nigdy żadnych zarzutów przeciwko mnie nie sformułował, powinnam być wreszcie zwolniona, albo, jeśli mnie tu trzymają za to tylko, że jestem Polką, co jest oczywiście największym dla mnie zaszczytem, powinnam być traktowana na równi z innymi Polkami, gdyż jestem przecież Untermensch, któremu się żadne wyróżnienie nie należy. Obaj Niemcy byli dość głupi, aby mi dać odczuć, iż zarówno powiedzenie, że obóz koncentracyjny jest dla mnie zaszczytem, jak i przypominanie im, że jestem Untermensch, jest dla nich nieprzyjemne. Wreszcie poszli. Piątego dnia zjawił się Suhren i oświadczył, że na podstawie telefonu, który miał w mojej sprawie z Berlina, przychodzi mi powiedzieć, że daje mi słowo honoru jako oficer SS, "do której przecież, gdyby nie dotrzymał słowa, nie mógłby należeć", iż w ciągu dwóch tygodni od dnia dzisiejszego sprawa moja będzie zdecydowana. Zapytał, czy wobec tej wiążącej obietnicy będę jadła. Zgodziłam się na przerwanie głodówki.

Wróciłam bardzo szybko do sił i czekałam cierpliwie. Przychodził wówczas od czasu do czasu nowy lekarz naczelny SS, który po bardzo pobieżnym badaniu wdawał się nieraz w rozmowę. Raz mi powiedział, że nie rozumie, jak może tak silnie akcentować swą polskość osoba, która jest nie tylko z matki-Niemki, ale jeszcze ma i wygląd tak wybitnie germański. Zdębiałam. Tego mi jeszcze nikt nigdy nie powiedział. Odparłam, że jeśli chodzi o mój wygląd, to mam stanowczo rysy niearyjskie, skoro jestem wybitnie podobna do prababki Węgierki, jeśli zaś chodzi o "rasowość" mego pochodzenia, to jestem kundlem europejskim ze względu na ilość narodów, od których pochodzę i które mu wyliczyłam. Pożegnał się szybko i już więcej o rasie nie mówił.

Przy sposobności Christiane powiedziałam ostrożnie, aby nie wzbudzać w niej zbytnich nadziei, co mi komendant mówił o jej bliskim zwolnieniu. W parę dni potem otrzymała rozkaz spakowania się, gdyż będzie po południu zwolniona i wyjedzie do Paryża, do matki. Podałam jej adres mego brata z prośbą o skontaktowanie się z nim, gdy tylko to będzie możliwe. Ostatni raz stałam pod jej oknem. Pożegnałyśmy się. Nigdy jej nie zapomnę, że w tej chwili szczęścia znalazło się w jej sercu miejsce na żal za mną. W godzinę potem słyszałam otwieranie i zamykanie drzwi celi i jej szybkie, lekkie kroki na korytarzu obok innych ciężkich kroków niemieckich. Wtem zatrzasnęła się bramka bunkra. Poczułam się wówczas paskudnie sama i zarazem miałam niesmak wobec siebie za to uczucie egoistyczne, jakie mnie ogarnęło w chwili zwolnienia przyjaciółki, która mi się stalą bardzo droga i którą spotkało szczęście największe[10].

Tymczasem zbliżał się dzień wyznaczony. Zdawało się, że w ciągu tych długich dwóch tygodni przemyślałam wszystkie możliwości, wszystkie ewentualne pociągnięcia w mojej sprawie. Pomyliłam się, jednego nie wzięłam w rachubę, jedna rzecz mi do głowy nie przyszła i tę właśnie wybrał Suhren. Nadszedł dzień krytyczny, minęło przedpołudnie — nic. Po obiedzie wyszłam na spacer, czekałam do wieczora — nic, dzień przeminął, jak tyle innych przeminęło przed nim i po nim, Suhren się w ogóle nie pokazał. Zawsze mi się zdawało, że jest głupi, tego dnia mnie przekonał, że jest mądrzejszy od głupiej więźniarki, która myślała, że słowo oficerskie go obowiązuje.

Wypadki na świecie toczyły się szybko. W parę dni potem, rano, w bardzo słoneczny, letni dzień, ktoś zastukał w moje drzwi. Równocześnie przyciszony, ale jakby bez tchu głos Bogusia wyszeptał: "Mussolini «zasadzony»[11], z Włochami koniec!" Rzuciłam się do drzwi i słuchałam. Boguś już był przy drzwiach sąsiednich, u czeskiego SS-mana "Kubusia", z którym się nieraz spotykałam na spacerze. W parę sekund później już tenże Kubuś walił pięściami w moją ścianę, widać już roznosiło i jego, choć miał trupią czaszkę na czapce. Teraz chyba koniec wojny jest kwestią tygodni, najwyżej jeszcze kilku nielicznych miesięcy...

Na drugi dzień stwierdziliśmy, że brakuje naszych prorokiń, a Boguś powiedział, że je zabrano w nocy. Było to więcej niż podejrzane, toteż ucieszyliśmy się szczerze, gdy następnego dnia obie babcie znów były na miejscu. Każdemu z nas na ucho opowiedziały, że były w Berlinie, gdzie zażądano od nich, by powiedziały, co się stało z Mussolinim. Gdy zaś zapytałam o ich odpowiedź, żachnęły się obie i oświadczyły, że bez żadnych danych, "z powietrza", i jasnowidząca nic poradzić nie może.

 

W tym czasie opuściły nas Rumunki, a ja zostałam przeniesiona do ich "apartamentów", tj. na sam koniec budynku, odgrodzony przepierzeniem. Miałam teraz duże stosunkowo możliwości poruszania się po kawałku korytarza i po schodach wewnętrznych. Mieszkałam w pokoju zrobionym z dwóch cel, o dwóch dużych oknach. Sam Boguś, wedle własnego gustu wymalował ten pokój na bardzo niebiesko z bogatą ornamentacją, kaloryfer był zielony, meble zaś obite materią malinową, jak niegdyś u Krűgera. Nawet u Niemców nie przypuszczałam, aby takie zestawienie barw było możliwe, przyznaję jednak, że zwiększona swoboda ruchu i przede wszystkim dostęp świeżego powietrza działały na mnie bardzo odprężające. W tym czasie naloty i bombardowania zaczęły się powtarzać coraz częściej i przybierać na intensywności. Nieraz w nocy o spaniu mowy być nie mogło. Wówczas widziało się przez okno spadające pociski i ogromną łunę na niebie. Wszyscy twierdzili z całą pewnością, że tam właśnie jest Berlin...

U nas też było wówczas ofiar sporo. Pamiętam dzień śliczny, słoneczny, w którym szczególnie długo dymiło krematorium. Wiedziałam, że w przeddzień odbyła się znów egzekucja Polek i że wtedy też odeszła z nimi moja studentka lwowska, która mnie tu niegdyś witała. Mniej więcej w tym czasie, 15 sierpnia, kazano mi z szybkością gwałtowną zabrać dobytek i wrócić do dawnej celi. Na spacerze dowiedziałam się od Bogusia, że do bunkra przyprowadzono około 10 "królików", że aufzejerki SS latają tam i sam. Przez jeden czy dwa dni nie było spaceru ani Boguś nie pojawiał się w ogrodzie. Gdy znów wyszłam, dowiedziałam się, że "króliki" operowano w bunkrze. Tego samego dnia już miałam z nimi kontakt. Jedna z nich tym razem nie była operowana. Urszula, która je pielęgnowała, już czekała na mnie przy oknie. Otóż trzy dni temu, gdy wezwano znów, nie wiem po raz który, "króliki" do operacji, po raz pierwszy stawiły opór, uciekły i kryły się przy apelu. Wreszcie przy pomocy dużej mobilizacji aufzejerek, SS-manów, psów itd. wzięto je siłą i zaprowadzono do bunkra. Wówczas Suhren im oświadczył, że karą za to, że śmiały stawić opór, będzie operacja nie w rewirze, jak dotąd, lecz w bunkrze. I wówczas ten duży, barwnie wymalowany pokój był świadkiem pięciu operacji (resztę dziewcząt wypuszczono z powrotem do obozu). Potem chore leżały w sąsiednich celach i męczyły się w bólach i gorączce. Po paru dniach ich stan się poprawił o tyle, że widać było, iż tym razem śmiertelnych wypadków nie będzie, i zaczęła się długa, ciężka, wielomiesięczna rekonwalescencja, nieraz z nawrotami gorączki. Nic dla nich zrobić nie mogłam, poza podawaniem im wiadomości z obozu i z gazet oraz przesyłaniem wierszy wypisanych z pamięci na kartkach, głównie Słowackiego, o co prosiły. Ledwie w parę dni po operacjach jedna z nich, Joanna Szydłowska, mężatka, która miała w kraju 7-letnią dziewczynkę, zaczęła mi się odwdzięczać, przesyłając mi przez Urszulę[12] ogromną ilość wierszy, przede wszystkim Norwida. Umiała bowiem wszystkie ważniejsze jego utwory na pamięć.

W obozie tymczasem za pomoc udzieloną "królikom" blok 15 został ukarany kilkudniowym obstawieniem psami i SS-manami oraz zamknięciem drzwi, okiennic i pozbawieniem wody, z tym że zostaną wypuszczone, jeśli przeproszą. Nie wyłamała się oczywiście żadna, a gdy wreszcie po paru dniach w upał sierpniowy blok otworzono, mdlały jak muchy, ale osiągnęły wiele, bo sprawa stała się wśród kobiet wszystkich narodowości w obozie bardzo głośna. Od tego czasu już dalszych operacji "króliczych" nie było.

Pewnego dnia, z początkiem września, powiedziała mi Ula, że wracają do obozu. Był u nich Suhren i słyszała, jak mówił do kogoś z otoczenia, iż cela ta musi natychmiast być zajęta przeze mnie, z powodu zapowiedzianej wizyty z Berlina. Rzeczywiście, znalazłam się na drugi dzień znów w oddzielonej części budynku. Chodziłam po celach, pełnych atmosfery cierpienia, gdzie wczoraj jeszcze leżały nasze dziewczęta.

Na świecie Niemcy przegrywali na całej linii, cofali się w Rosji, a Włochy się waliły. O ile chodzi o mnie osobiście, to sobie dobrze zdawałam z tego sprawę, że moje szansę pozostania przy życiu malały z dnia na dzień. Powiedziałam raz o tym Bogusiowi, prosząc go, aby uwiadomił Polki w obozie, gdy mnie zabiorą. Boguś głęboko się tą możliwością przejął i na drugi dzień wystąpił z propozycją konkretną. Planował ni mniej, ni więcej, tylko wspólną ucieczkę! Żachnęłam się, starałam się mu wybić to szaleństwo z głowy. Boguś zaś tłumaczył, że przedsięwzięcie to niewykonalne nie jest, że musi być przeprowadzone w czasie nalotu, gdy prąd elektryczny idący przez druty nad murem jest wyłączony. Trzeba by wyjść oknem po uprzednim przepiłowaniu krat i dostać się na mur, potem już wszystko pójdzie. Mnie się zdawało, że wtedy dopiero zaczęłyby się trudności spowodowane brakiem dokumentów. Ale Boguś w to nie wierzył, bo twierdził, że dwóch osób mówiących płynnie po niemiecku nikt w okresie nalotów o nic pytać nie będzie.

O ile z początku o tym wszystkim słuchać nie chciałam, o tyle codzienne perswazje tego poczciwego i sprytnego chłopca robiły swoje. Powoli zaczynałam się przyzwyczajać do tej nadziei i przygotowywać się do drogi. Myślą o wolności łatwiej jest więźniowi upić się niż alkoholem. W jednej z dostępnych mi cel był skład bardzo wąskich, długich dywaników korytarzowych. Jako nowoczesna (i to 45-letnia!) Julia projektowałam zeszyć z nich drabinę ruchomą, którą będzie się można dostać na mur. Wśród tego wszystkiego Boguś w towarzystwie SS-mana wyjechał gdzieś na dwa dni po zakup farb. Wrócił bardzo przygnębiony i dopiero na drugi dzień się przyznał, że w ciągu trzech godzin podróży wylegitymowano ich cztery razy. Ucieczka więc była wprost niemożliwością. Teraz dopiero, gdy plan ten przestał istnieć, zdałam sobie sprawę, ile w niego, pomimo wszystko, włożyłam nadziei. Zrozumiałam wówczas, że wyjścia dla mnie nie ma, i wstąpiły we mnie ten spokój i odprężenie, które daje bliskość śmierci.

Gdy w tym nastroju spacerowałam w ciepły jesienny dzień, zdarzyła się rzecz niebywała. "Frau Lange" została ze spaceru wywołana do kancelarii bunkra. Zmiana nazwiska z zachowaniem pierwszej sylaby prawdziwego nazwiska, była dotychczas dowodem, że więzień idzie na śmierć. Przypuszczałam, że już po mnie przyszli, widok stojącego tam SS-manna utwierdził mnie w tym mniemaniu. Stanęłam więc przed nim i czekałam. On zaś wskazał na stół, na którym leżała spora paczka i przy niej karteczka. "Proszę podpisać, że pani otrzymała paczkę z duńskiego Czerwonego Krzyża. Musi być podpis własnoręczny na spisie rzeczy. Ale kiełbasy tu wymienionej w paczce już nie ma, była świetna". Stałam jak wryta; trwało chwilę, zanim zdołałam się wewnętrznie przestawić z bezpośredniego wrażenia idącej ku mnie śmierci na problem skradzionej kiełbasy.

W parę dni później oświadczył mi Suhren, że odwiedzi mnie jutro zapowiedziany od dawna doktor Tomson z Berlina, następca Daumlinga. Nazajutrz odbyła się rozmowa, długa tym razem, która zaś, tak samo jak wszystkie poprzednie, nie dała żadnych rezultatów. Po raz nie wiem który upomniałam się o przesłuchanie. Skarżyłam się, że choć wysłałam na ręce komendanta pismo do Himmlera, żądając przesłuchania, otrzymałam w odpowiedzi — pomidory! (Od dłuższego czasu bowiem przynoszono mi codziennie pomidory, oświadczając, że dzieje się to na rozkaz osobisty Himmlera). Tomson starał się odpowiadać, nie dając żadnych konkretów. Twierdził, że tak niedawno objął nowe stanowisko, iż nie wie, za co tu w ogóle jestem, otrzymał tylko rozkaz zasięgnięcia informacji o mnie. Nawet jeśli nie ma przeciwko mnie żadnych zarzutów, to chyba rozumiem, że nie można mnie żadną miarą odesłać między Polaków w obecnej chwili politycznej. "Że nam się nieświetnie na froncie wiedzie, o tym chyba pani wie sama". Zażądałam wobec tego kategorycznie odesłania mnie do obozu, o co obiecał zapytać i przysłać w tej sprawie odpowiedź. Wreszcie poszedł.

Zaczęło się znów czekanie, urozmaicone tym razem przybyciem nowej koleżanki. Była nią osławiona Gerda Querenheim, postrach rewiru, zaciekła nieprzyjaciółka Polek. Dostała się do bunkra za to, że zaszła w ciążę jako kochanka lekarza, doktora Rosenthala. Była z zawodu pielęgniarką, nosiła czerwony trójkąt, za co zaś pierwotnie została zesłana do Ravensbrűck — nie wiem. Wiedziałam natomiast, że Gerda zna wszystkie tajemnice rewiru; jeszcze gdy byłam w obozie, mówiono mi, że to ona dusi niemowlęta i wrzuca je do pieca centralnego ogrzewania — postanowiłam więc wejść z nią w kontakt. Udało mi się to bez najmniejszego wysiłku, ponieważ miałam paczki z prowiantem. Gerda na sam widok jedzenia serdecznie mnie polubiła i opowiadała absolutnie wszystko, co wiedziała.

Istotnej tajemnicy operacji "króliczych", zdaje się, nie znała i ona, mówiła tylko, że najczęściej chodzi o cztery typy zabiegów: o operacje kostne septyczne i aseptyczne oraz o takie same dwa rodzaje operacji muskułów. Zabiegi dokonane na siedmiu "królikach", które umarły, należały głównie do innych rodzajów operacji. Chodziło tam przede wszystkim o wyjęcie kości dla ciężko rannych Niemców oraz o eksperymenty z bombami gazowymi. Zapytałam, do której grupy należało sześć "królików" zastrzelonych po wyzdrowieniu przy egzekucjach polskich więźniarek politycznych i otrzymałam odpowiedź, że chodziło o operacje "normalne". Przy tej sposobności opowiadała mi Gerda, że Rosenthal zawsze musiał być z urzędu obecny przy egzekucjach, że nie było wypadku, aby Polka w tej chwili okazała najmniejszy lęk lub nie umierała z okrzykiem "Niech żyje Polska!" W rozmowach ze mną i w obliczu prowiantów Gerda oczywiście była wielką admiratorką Polek. Mnie osobiście też obsypywała komplementami, mówiąc, że tylko wobec mnie może sobie pozwolić na tak wielką szczerość.

Raz ją zapytałam, co się dzieje z dziećmi, które się rodzą w obozie. Odpowiedziała z całym spokojem, że to jest temat przykry, lecz skoro, wedle prawa niemieckiego, do niedawna żadne dziecko w obozie koncentracyjnym urodzić się nie mogło, trzeba było pozbawiać je życia przed lub bezpośrednio po normalnym urodzeniu. Ponieważ prawo zostało ostatnio zmienione, nieprzyjemna robota usuwania dzieci względnie ich ciałek obecnie odpada.

Wówczas postanowiłam wykorzystać wiadomości zdobyte od tej, w obejściu ze mną tak łagodnej i dobrze wychowanej Niemki i przekazać je gdzie należy.

W owych dniach wystąpił Boguś z projektem nowym. Wysyłali go teraz codziennie w pobliże Ravensbrűck w celu wykonywania jakichś robót malarskich. Ponieważ potrafił sobie zdobyć jakiś pseudopapier, który wyciągnął z szuflady pod nieobecność "cielęcia" i wpisał tani fikcyjne nazwisko, chce uciec do Polski i zawiadomić o wszystkim, co się tutaj dzieje. Rzecz wydawała się ważna, szczególnie wobec faktu, że wokoło obozu wybudowano ostatnio 14 bunkrów z karabinami maszynowymi skierowanymi na obóz. Wyglądało na to, że nikt z nas nie miał wyjść żywcem przy końcu, który się nieubłaganie zbliżał. Zdecydowałam się wówczas spisać meldunek na chustce do nosa, którą chłopak wszył w kurtkę i dałam mu kontakt do Krakowa. Wytłumaczyłam Mewis, że jakaś poprawka malarska w mojej celi jest nieodzowna, że wymaga tego Ordnung, skutkiem tego natychmiast przysłała mi Bogusia. Gdy przyszedł, młodziutka jego twarz zdradzała wielkie wzruszenie. Wiedział, na co przychodzi. Po chwili przyciszonym, ale mocnym głosem powtarzał za mną słowa naszej przysięgi, trzymając palce na maleńkim moim krzyżyku z wiszącym nań Chrystusem. Jakże dziwnie ta nasza rota brzmiała w murach Ravensbrűckskiego bunkra!

W dwa dni potem Ramdohr kazał zaaresztować Bogusia, który zdołał mi przez okno celi szepnąć, żebym była spokojna, gdyż chusteczkę spalił, a o przysiędze pamięta. "Cielę" zostało wówczas usunięte z bunkra.

Wtedy zrozumiałam, że jeśli chcę przesłać Dowódcy meldunek, muszę tego dokonać o własnych siłach. Wykropkowałam więc starym sposobem w słowniku polsko-łacińskim, który niegdyś j uż w takiej intencji sprowadziłam, bo miał bardzo drobny druk, meldunek na 180 słów, głównie o "królikach" i o egzekucjach, o postawie Polek w obozie, jak i o owych nowo wybudowanych 14 bunkrach[13]. Trzeba się było z robotą spieszyć, gdyż pewnego dnia powiedziała mi Mewis, że ma wrażenie, iż niezadługo spełni się moje życzenie i znajdę się wreszcie w obozie. Wówczas też robiłam usilne starania o to, aby na własne oczy zobaczyć narzędzia tortur stosowanych w bunkrze. Było to zadanie niełatwe, ponieważ pomieszczenia, w których się znajdowały, pozostawały bardzo szczelnie zamknięte, gdy narzędzia nie były w użyciu. Jeszcze koleżanki w obozie i później Gerda i Boguś opisali mi trzy aparaty. W pierwszym pokoju miał stać kozioł do bicia, w drugim "trumna" z zamykającymi się wentylacjami oraz "wilcze pazury", coś w rodzaju metalowych kłów, wbijających się w ciało więźnia. Niestety udało mi się tylko raz, wychodząc na spacer, zauważyć, że drzwi do wiadomej komory były uchylone. Gdy po chwili aufzejerka wyszła do obozu, wpadłam z powrotem do bunkra i weszłam do komory. Stał tam drewniany kozioł z czymś w rodzaju siodła i z rzemieniami tak ułożonymi, że było widoczne, iż ciała są przymocowywane w poprzek siodła. Przypatrywałam się temu aparatowi zbyt długo i dokładnie, tak że nie byłam w drugim pokoju, nie widziałam ani "trumny", ani "wilczych pazurów", tj. właśnie narzędzi, będących do wyłącznej dyspozycji Ramdohra przy przesłuchaniach. (Kozioł bowiem był też używany jako normalna kara obozowa, gdyż nieraz wyraźnie było słychać rytmiczne uderzenia i jęki). Musiałam uciekać, bo usłyszałam kroki wracającej "władzy".

Z obozem miałam wówczas kontakt bardzo dobry i nawet bezpośredni. Gdy nikogo nie było, szłam do dużego okna, w końcu "mego" korytarza, które było szczelnie zasłonięte. Wieczorem, po apelu, Polki tam spacerowały i wołały jakby jedna drugą z daleka: "Aldono!" Wówczas stukałam do okna i rozpoczynałyśmy rozmowy. Ponieważ parę razy przez praczki wysyłałam "pogadanki" z historii czy historii kultury, dziewczęta przychodziły potem pod okno i zadawały pytania. Obóz, w którym było tyle dziewcząt, które można było uczyć, wydawał mi się wówczas rajem, a tęsknota moja za nimi wzrastała z każdym dniem.

Gdy nadal władze na mój temat milczały, postanowiłam rozpocząć powtórną głodówkę, która tym razem trwała tydzień. Przynoszono mi codziennie coraz lepsze potrawy i stawiano na stole. Siódmego dnia przyjechał znów jakiś SS z Berlina. Powiedziała mi o tym bibelka, którą przysłano rano do sprzątania mojej celi fur hohen Besuch[14]. Zamiatała namiętnie i zarazem równie namiętnie nawracała mnie po raz nie wiem który na "prawdziwą wiarę", obiecując mi zupełnie już bliski sąd i szczęśliwość jeszcze tu na ziemi. Najważniejsze zawsze było, abym nareszcie porzuciła przynależność do tego, "co jest najgorsze", do katolicyzmu. Byłam zmęczona głodówką, leżałam więc spokojnie tym razem i nie odpowiadałam. "Tak mi ciebie żal — ciągnęła dalej, ścierając kurz, apostołka — tak samo, jak mojego męża. On też jest dobry, ale nie chce uwierzyć, jest więc potępiony, tak jak ty. Oboje pójdziecie do piekła, a jest was naprawdę szkoda".

Dalszy ciąg tych miłych obietnic przerwał Suhren, który przyszedł powiedzieć, że przyjdzie po południu z szefem kancelarii Himmlera. Przyszli rzeczywiście. "Gość" był w długiej, nowiutkiej kurtce skórzanej, takiej samej, jakie nosili we Lwowie enkawudyści. Stanął przede mną, by mi uroczyście oświadczyć, że Reichsfuhrer der SS przystał na moje przejście do obozu, z tym, że będę nadal otrzymywać jedzenie SS[15]. Gdy się na to ostatnie nie zgodziłam, powtórzył, widocznie licząc na to, że na mnie to powinno zrobić wrażenie, że Reichsfuhrerowi bardzo na tym, jak i w ogóle na moim zdrowiu, zależy. Z patosem godnym lepszej sprawy musiałam mu odpowiedzieć, że mi wystarczy jedzenie, które od tylu lat jedzą inne kobiety.

Odwrócił się zirytowany i — zdębiał. Zobaczył bowiem stół zastawiony licznymi potrawami. Mein Gott! was ist das?[16] Trudno mi było powstrzymać się od śmiechu, gdy Suhren osłupiałemu gestapowcowi tłumaczył powody tej dziwnej wystawy kulinarnej. Z tej całej wizyty zrozumiałam jedno, że mnie na razie nie wykończą i że wygląda na to, jak gdyby działała znów na moją korzyść jakaś interwencja zagraniczna.

 

 


[1] wiadomości

[2] "Rozboje, dokonywane poza granicami danej społeczności plemiennej, nie ściągają bynajmniej na ich uczestników niesławy; utrzymują, że chodzi w nich o zaprawienie młodzieży i walkę z próżniactwem" (De bello Gali. VI, 23).

[3] żelazna maska

[4] ważny gość

[5] Pierwsza konkretna wiadomość, że mam zginąć tutaj (K.L.).

[6] Z Hymnu Juliusza Słowackiego:

"Widziałem lotne w powietrzu bociany długim szeregiem.

Żem je znal kiedyś na polskim ugorze

Smutno mi, Boże!"

[7] Od: Obern — nadzorczyni

[8] 3 K 1943 r.

[9]  twierdza Europa

[10] Pani Christiane Mabire nie została wówczas zwolniona, tylko przewieziona do Tyrolu i tam więziona do maja 1945 r. Zawiadomiła mnie o tym po wojnie (K.L.).

[11] Germanizm śląski, tłumaczenie z niemieckiego obgesetzt (K.L.).

[12] Prawdopodobnie chodzi o Urszulę Wińska. Joanna Szydłowska wspominała: "Niewiele osób wiedziało, że K. Lanckorońska, która jako Sonderhafthng przebywała wtedy w bunkrze, przysyłała nam na sznurku grypsy z wierszami Słowackiego i Mickiewicza, a także słowa otuchy i pokrzepienia". (U. Wińska, Zwyciężyły wartości. Wspomnienia 2 Ravensbruck, Gdańsk 1985, s. 135.)

[13] Meldunek K. Lanckorońskiej dotarł do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego w listopadzie 1943 r.

[14] dla ważnego gościa

[15] K. Lanckorońska dowiedziała się po wojnie, że w jej sprawie kilkakrotnie interweniował prezes Międzynarodowego Czerwonego Krzyża: "w r. 1943 Himmler kazał powiedzieć, że wobec powagi mojej sprawy oraz mojej prowokującej, szowinistycznej postawy prosi, aby do tej sprawy już nie wracać. Taką samą odpowiedź otrzymali moi krewni włoscy od Ribbentropa". ("Kopia. Meldunek sprawozdawczy Karoliny Lancko-rońskiej o powodach jej pozostania w więzieniu niemieckim w 1942 r." Archiwum PAU w Krakowie.)

[16] O Boże! A cóż to jest?!

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.