Wspomnienia wojenne-12

Rozdział VII RAVENSBRŰCK

(9 stycznia 1943-5 kwietnia 1945)

Dojechałyśmy na dworzec i tam pod eskortą policyjną nas odprowadzono do wagonów więziennych. Wtłoczono nas po trzy do maleńkich boksów obliczonych na jednego więźnia. Jechałam z ogromną, młodą Ukrainką, która będąc na robotach w Niemczech, "zaprzyjaźniła" się zbyt blisko z jednym z synów Herrenvolkl[1] i za to jechała do obozu koncentracyjnego. Drugą towarzyszką była starsza Niemka, akuszerka. Po dwóch mniej więcej godzinach pociąg stanął. Hinaus[2] — ryknął policjant, uzbrojony po zęby, gdy otwierał drzwi naszych klatek. Wylazłyśmy z trudem, tak bardzo zdrętwiały nam nogi z powodu niemożności ruszania się w boksie. Na głównym budynku małej stacyjki widniał napis "Fűrstenberg, Mecklenburg". Przypomniałam sobie Krűgera, gdy wymawiał te słowa. W śniegu, na peronie stały dwie kobiety w mundurach popielatych z trupią czaszką na furażerkach. Każda trzymała psa policyjnego na krótkiej smyczy. Kazały nam się ustawić tym razem piątkami i chodziły z nami tam i sam po peronie stacyjki. Wchłaniałam płucami świeże, wiejskie powietrze, patrzyłam po raz pierwszy na Meklemburgię, płaską i smutną.

Przechadzałyśmy się tak, aż samochód więzienny, który zabrał pierwszą grupę, wrócił po nas, co nastąpiło niebawem. Po załadowaniu jechałyśmy może 10 minut, po czym kazano znów wysiadać i ustawić się piątkami. Stałyśmy na bardzo dużym placu czy dziedzińcu, otoczonym niskimi drewnianymi barakami o barwie szarozielonej. Wszystkie te budynki nie różniły się niczym jeden od drugiego, tylko dom, przy którym nas ustawiono, był murowany, większy i wyższy. Po placu kręciły się kobiety, ubrane tak samo jednolicie, jak jednolite były budynki, które widniały z daleka. Kobiety miały kurtki w pasy szare i granatowe, spod tych kurtek wychodziły takież pasiaste suknie, na głowie miały chustki brązowe, zawiązane pod brodę. Najbardziej uderzającą w tej pierwszej chwili rzeczą była ta nadzwyczajna wprost brzydota wszystkiego dookoła. Ohydne były proporcje tych bezbarwnych baraków. (Po drugiej stronie dziedzińca zaczynała się ulica, której boki tworzyły długie rzędy dalszych takich samych budynków). Dziwnie były one podobne do tych strojów kobiecych — jedno i drugie wówczas, o zmroku tym wczesnym, styczniowym, na tle brudnego śniegu pokrywającego plac robiło wrażenie zaprzeczenia wszystkiemu, co kiedykolwiek było piękne.

Kobiet było coraz więcej. Widocznie wracały z pracy, bo maszerowały grupami — zwykle po pięć — bardzo wiele też szło w pojedynkę przez plac i do bloków. Były tam i młode, i stare, i duże, i małe, były takie, które biegły szybko, inne w zmęczeniu nogi za sobą ciągnęły. Wszystkie nam się przypatrywały, lecz nie podchodziły, zresztą władza z psem stała opodal i nikogo nie dopuszczała. Gdy się zaczęłam im przypatrywać uważniej, widziałam, że jednak są różnice w ich stroju. Wszystkie wprawdzie miały na piersiach po stronie lewej naszyty numer, ale nad numerem był trójkąt w coraz to innym kolorze. Były trójkąty zielone, czarne, fioletowe i najwięcej czerwonych. Na wielu czerwonych widniała duża czarna litera P Widok tych moich sióstr ożywił mnie i pociągał ogromnie. Jedna z Polek, młoda, jasna blondynka, przechodząc tuż koło nas, zapytała szybko: "Są Polki?". — "Są!" — odpowiedziałam. "Trzymajcie się, tu nie jest tak źle!" — i poszła dalej. Wcale nie jest źle — pomyślałam — jeśli tu panuje taki nastrój. Po chwili przyszła druga, mała, z miną wesołą. Ta już wyraźnie po moim pierwszym odezwaniu się przyszła z wizytą do mnie. "Jeśli pani ma prowiant, to proszę natychmiast wszystko zjeść, bo zabiorą!" — "Jak dawno pani siedzi?" — zapytałam. "Trzy lata" — brzmiała odpowiedź; odeszła, śmiejąc się.

Mrok zapadał. Wreszcie pierwsza piątka weszła do baraku. Nadzieja, że teraz już niezadługo przyjdzie kolej i na nas, podziałała ogrzewające. Zmarzłyśmy już bowiem do szpiku kości. Wywoływano nas imieniem i nazwiskiem. O trzy czy cztery piątki przede mną stały dwie Ukrainki, z których jedna nazywała się Agrypina, a druga Klaudia. Jak daleka jest droga, pomyślałam, którą przeszły te imiona z cesarskiego Rzymu do Konstantynopola, stamtąd z Kościołem "greckim" na Ukrainę, a teraz je wywołują w Ravensbrűck bei Fűrstenberg, Mecklenburg. Przyszła kolej i na mnie. Wpuszczono mnie do czegoś w rodzaju kancelarii.

Kobieta, która widocznie tu była komendantką, zapytała o nazwisko, rok i miejsce urodzenia itd. Więźniarka siedząca przy maszynie miała "P" na czerwonym trójkącie i patrzała na mnie z wyraźną niechęcią, dopiero gdy zostałam zapytana o narodowość, rozjaśniła jej się twarz. Z kancelarii kazano mi przejść do dużej ubikacji, w której pod komendą innej strażniczki dwie więźniarki Niemki mną się zajęły. Z szybkością godną podziwu zabrały mi wszystko, co miałam przy sobie, i wsadziły mi do ręki papierek, na którym widniał numer 16076. Następnie kazano mi przejść dalej, do małej klitki, gdzie inna znów więźniarka kazała mi się rozebrać, przypatrując mi się przy tym uważnie. Mnie ta sytuacja śmieszyła. Wreszcie Niemka oświadczyła: "No, Się sind eine Polin"[3]. Zapytałam zdziwiona, po czym to poznaje. "Jestem Niemką, siedzę już cztery lata, to się już człowiek nauczył ludzi poznawać, a was to znamy dobrze. Jedne tylko Polki wchodzą tu z głową do góry i z miną po prostu wesołą". Takie przyjęcie oczywiście sprawiło, że głowę jeszcze trochę wyżej zadarłam. Dopiero gdy mi kazała usiąść i uzbrojona w maszynkę do golenia włosów, zaczęła badać czystość mojej głowy, przestałam mieć minę wesołą. Obie moje sąsiadki na Alexanderplatz skarżyły się na wszy, a perspektywa łysiny była nieprzyjemna. Ale jakoś ocalałam, z wyraźną ulgą więc podniosłam się z tego "krzesła elektrycznego", po czym przeszłam do dużej hali, w której już czekała część moich towarzyszek. Tam kazano nam się rozebrać zupełnie i puszczono nas pod tusze, zmuszając do moczenia również i włosów. Po tej nadzwyczaj powierzchownej ablucji przemaszerowałyśmy na mokro przed dwoma lekarzami SS, którzy z cygarami w ustach odbierali defiladę. Następnie ubrano nas w bieliznę obozową, w pasiaki i drewniaki i wyrzucono znów na dwór, by nas ustawić w piątki. Było już zupełnie ciemno i zimno serdecznie. W normalnych czasach wyjście na mróz z głową mokrą, w cienkiej kurtce, po gorącym tuszu, byłoby wywołało u każdej z nas zapalenie płuc. W Ravensbrűck ledwie się czuło chłód. Ustawiała nas tym razem młoda dziewczyna, przystojna, bardzo wysoka, brunetka, Polka, z zieloną opaską na prawym ramieniu. Gdyśmy ruszyły, szła obok mnie. "Polskie bloki już wiedzą o pani przybyciu" — szeptała. "Rozesłało się zaraz wiadomość". Zdziwiłam się niemało. Młodziutka informatorka zaś ciągnęła dalej: "Oczywiście nim jeszcze więźniarki świeżo przybyłe idą do kąpieli, my już wszystko wiemy, bo kancelaria daje znać. Maszynistka, zapisując pani dane, w pierwszej chwili była przerażona pani płynną niemczyzną. Myślała, że pani jest Volksdeutsch. Dopiero gdy pani podała siebie jako Nationalpolin, kamień jej z serca spadł i dała zaraz znać, że pani jest. Pani tu może mieć znajomych. Zresztą i bez tego przybycie więźniarki politycznej jest w obecnej chwili wielkim dla nas wydarzeniem, bo dawno nikogo nie było. Kiedy pani wyjechała z Kraju? Dopiero z końcem listopada? Boże, tak niedawno była pani w Polsce! My już tu siedzimy rok, dwa i trzy! Ale zobaczy pani, że u nas nie jest źle! Zdziwi się pani, jaki panuje duch!"

W tym momencie stanęłyśmy przed jednym z bloków i zaczęłyśmy wchodzić do wnętrza. U wejścia stała starsza, barczysta kobieta, również z zieloną opaską na ramieniu i liczyła nas. "To nasza blokowa, Cetkowska, a ja jestem sztubową. Mam pół bloku pod opieką, } izbę, a blokowa ma całość".

Weszlyśmy, blokowa i sztubowa wyznaczyły nam łóżka w sypialni, ustawione w trzech kondygnacjach, po czym nam dano zupę i chleb. Wtem szepnęła mi Mietka, sztubowa: "Niech się pani niepostrzeżenie wyślizgnie z bloku. Na dworze ktoś na panią czeka". Gdy wyszłam, coś małego zawisnęło na mojej szyi i trochę płakało. "Pani docent, jak to dobrze, że pani przyjechała". Roześmiałam się. "No nie — poprawiła się dziewczyna — ja się martwię, że pani się znalazła w obozie, ale się strasznie cieszę, że panią widzę. Przecież mieszkałam we Lwowie, w Domu Studentek, gdy pani była naszym kuratorem. Boże! Jak to strasznie dawno!" — "Za co pani siedzi?" — zapytałam. "Ciężka sprawa polityczna, ale to nic, dużo jest takich, jedna mniej, jedna więcej... kiedyś wszystko opowiem".

"Proszę się rozejść, idzie aufzejerka[4]" — padł ode drzwi szeptany rozkaz blokowej. Pocałowałyśmy się, dziewczyna znikła w ciemnościach, wróciłam do bloku. W dwie minuty za mną weszła władza. Achtung! — krzyknęła blokowa, wstałyśmy wszystkie. W drzwiach stanęła może dwudziestodwuletnia, mała, bardzo wymalowana, bardzo kędzierzawa blondyna w popielatym mundurze. Blokowa zameldowała ilość więźniarek na bloku oraz ilość świeżo przybyłych. Władza, której główną cechą twarzy był brak inteligencji wprost uderzający, wysłuchała meldunku, następnie przespacerowała się przez blok w towarzystwie blokowej i sztubowych. Przez ciekawość śledziłam je z pewnej odległości. Budynek składał się z dwóch symetrycznych części, z których każda zawierała jadalnię, sypialnię dla około dwustu więźniarek, umywalnię i ustępy. Przy wejściu do bloku był mały pokój służbowy, w którym też urzędowała blokowa.

Gdy Niemka wyszła, blokowa poprosiła mnie do tego pokoiku. Siadłam na zydelku naprzeciw kobiety ode mnie mało starszej, o twarzy silnie zarumienionej, nadzwyczaj energicznej. W oczach było dużo ciepła. Przedstawiła się: Eliza Cetkowska. Zadała parę krótkich, dobitnych pytań co do mojej osoby. Następnie zapytała o nastroje w Kraju i o to, co Kraj wie o Ravensbrűck. "Czy Kraj wie o egzekucjach i o «królikach»?" Zdębiałam. "Jeśli mnie pani nie rozumię, to źle, bardzo źle; to znaczy, że Kraj nie wie, że tu strzelają Polki za sprawy polityczne, i tylko Polki. Tak samo tylko Polki są królikami próbnymi. Tu przyjeżdża lekarz ortopeda prof. Gebhardt z pobliskiego sanatorium w Hohenlychen[5] i przeprowadza na Polkach, politycznych wyłącznie, ciężkie operacje eksperymentalne. Niektóre ofiary już umarły; inne, jest ich sześćdziesiąt kilka, są kalekami do końca życia. Prawie same młodziutkie dziewczyny, wszystkie mają ogromne blizny na nogach".

Słuchałam i oczywiście wierzyłam, ale jeszcze nie rozumiałam, a blokowa tymczasem mówiła dalej: "Nie umiem pani dokładnie powiedzieć, o jakie operacje chodzi, wydaje się, że jest kilka typów. Jestem wprawdzie z zawodu pielęgniarką, ale nie mam wszystkich danych co do tych operacji".

Gadałyśmy jeszcze, gdy dalsze trzy panie z innych bloków znów się do nas zakradły, by zobaczyć się ze świeżo przybyłą i zasięgnąć języka o kraju. "Pani nawet nie wie, co to za wydarzenie dla nas, tak dawno nie przyjechała Polka polityczna". — "Ależ chyba w obozach koncentracyjnych są same więźniarki polityczne — odparłam — przecie tu nie ma innych". Tu mi przerwała ogólna serdeczna wesołość. "Będzie pani musiała zasadniczo zmienić zdanie o instytucji, do której pani zawitała. Chociażby w transporcie, w którym pani przyjechała, nie było poza panią ani jednej więźniarki, która by tu została zesłana za swe przekonania. Jest parę Ukrainek za Umgang mit Deutschen[6], parę Niemek za Umgang mit Polen, parę akuszerek, parę prostytutek i reszta złodziejek. Przecież my jesteśmy w mniejszości, a to jest właśnie najcięższe".

"No, uciekajcie panie, bo was jeszcze złapią" — wyganiała blokowa — "a tę naszą nowicjuszkę będziemy jutro dokształcać dalej. Zresztą już sam apel pouczy o niejednym. Teraz spać". Wlazłam więc na swoje "drugie piętro" i zasnęłam jak kamień.

Dopiero tubalny głos blokowej Auf![7] mnie zbudził. Była szósta godzina. Ubrałam się, dostałyśmy kawę i chleba, a tu już apel. Wyruszyłyśmy wszystkie przed blok. Właśnie świtało. Blokowa i sztubowe (było ich cztery) ustawiły nas rzędami po 10 rzędów w głąb. Zaczęły liczyć i biegać z wyraźnym niepokojem. Wreszcie wszystko się zgadzało. Blokowa poszła nach vorne, tj. do kancelarii meldować apel. Myśmy tymczasem stały. Robiło się coraz jaśniej. Wreszcie blokowa wróciła z władzą, zameldowała apel Achtung![8], Niemka przeliczyła i poszła, a myśmy stały dalej. Sąsiadka mi szepnęła, że teraz przeliczają wszystkie bloki i dopiero jeśli się apel zgadza wszędzie, puszczą syrenę. To jeszcze potrwa — dodała na pociechę. I trwało rzeczywiście.

Niebo się zarumieniło po prawej. A więc tam jest wschód, a więc tam jest kraj — pomyślałam. Stałyśmy dalej. Zaczęłam się rozglądać. Po lewej, między dwoma blokami, zobaczyłam kawał wysokiego muru, a na tym murze i nad nim długie rzędy (było ich 26) drutów kolczastych. Bieliły się izolatory porcelanowe, w pewnych odstępach, i świadczyły o tym, że tamtędy przebiegał prąd o wysokim napięciu... Zza muru wyglądał kawałek "krajobrazu", bladożółte, piaszczyste urwisko, a na nim parę chudych sosen.

Stałyśmy jeszcze. Robiło się zimno, ale nie to mi przeszkadzało. Inna myśl zaczynała mnie dręczyć albo raczej myśl dręcząca od dawna przybierała teraz na intensywności. "Bach... Dűrer... Hólderlin... Beethoven, przecież oni wszyscy rzeczywiście żyli i tworzyli i również rzeczywiście byli Niemcami. Przecież kultura świata bez nich nie byłaby tym, czym jest..." Pomyślałam o nauce niemieckiej, której sama tyle zawdzięczam... A teraz ci sami Niemcy własną swoją egzystencją hańbią ludzkość, do której należą. Kto za to, co się tutaj dzieje, będzie kiedyś odpowiadał? Przecież nikt nigdy nie będzie mógł powiedzieć, że to wszystko dlatego się stało, że kilku zbrodniarzy dorwało się do władzy. Nie jest ich przecież kilku, są ich legiony... legiony... Iluż ich było potrzeba, aby wymyślić, stworzyć i prowadzić jeden obóz Ravensbrűck... A wszyscy wiemy, że Ravensbrűck należy do "lepszych" i do mniejszych obozów. A iluż tu w tym jednym miejscu jest Krűgerów, i mężczyzn, i kobiet, nie mówiąc już o tych milionach biernych Niemców, którzy swą postawą nie tylko umożliwiają, ale i popierają te zbrodnie niewidziane. Kiedyś powiedzą, że "nie wiedzieli" i będzie to częściowo prawdą. "Niewiedzą", bo wiedzieć nie chcą. Wierzą ślepo w zwycięstwo, z którego mają zamiar korzystać pod każdym względem i bez żadnych ograniczeń, więc wolą nie wiedzieć, jakimi środkami to zwycięstwo ma być osiągnięte. Tu leżą przyczyny katastrofy moralnej Niemiec. Toteż o stosunku świata powojennego do nich nie powinny wcale decydować uczucia zemsty czy nienawiści, względy jakiegokolwiek nacjonalizmu nie mogą tu w ogóle w grę wchodzić, decydować musi jedynie konieczność zabezpieczenia ludzkości przed podobnymi kataklizmami, by cywilizacja chrześcijańska nie poszła wniwecz...

Wtem syrena. W ciągu paru sekund wróciłyśmy na blok. Po chwili widziałam z okna grupy kobiet maszerujących i śpiewających. Zapytałam, co to ma znaczyć, i dowiedziałam się, że to są ausseny[9]. Drużyny bowiem, które (oczywiście pod eskortą) wychodzą codziennie z obozu na roboty, muszą z rozkazu śpiewać niemieckie pieśni. Niektóre takie grupy nawet jeżdżą codziennie pociągami dość daleko i wieczorem wracają. Są to głównie drużyny fabryczne, ale latem są i rolne, te najlepiej się przy robocie odżywiają, np. przy pracy rolnej w wielkich majątkach Himmlera, niedaleko stąd. "Zresztą ausseny są nam bardzo potrzebne — dodała interlokutorka głosem przyciszonym — mają kontakt ze światem, przywożą wiadomości radiowe, nadają i odbierają nawet nieraz listy; strasznie to wszystko niebezpieczne, no ale bez tego byłoby jeszcze gorzej!"

Po chwili przyszła blokowa i wzięła mnie ze sobą do pokoju służbowego. "Trzeba się zawczasu zastanowić, co z panią zrobić. Trzeba się przede wszystkim postarać, by pani nie dostała się do Siemensa". — "Co to znaczy?" — zapytałam. "To jest praca w fabryce amunicji, filii Siemenswerke, którą tu zbudowano przy obozie. Ale nie tylko przy amunicji, i w warsztatach byłoby dla pani bardzo przykro, bo tkalnia czy szwalnia też wyrabiają mundury. To wszystko jest bezpośrednia pomoc dla wojujących Niemiec. Ale pani zna języki. Można by pani z czasem dać zieloną opaskę. Będzie pani sztubową. To jest praca bardzo przykra pod niejednym względem, ale ma się jedną przynajmniej satysfakcję, że się nie pracuje dla nich i że można dużo pomóc więźniarkom. Blokowe mogą władzom kogoś zaproponować na sztubową. To się często udaje. Tymczasem jeszcze nic pani nie grozi, tu, na bloku zugangów[10], może mi pani trochę pomagać, bo mam dużo roboty".

Jedną z pierwszych moich funkcji było rozdawanie i przyszywanie trójkątów i numerów dla mojego transportu. Przyszywało się trójkąt nad numerem na piersiach po lewej na kurtce, na lewym ramieniu na sukni. Przyszedł z kancelarii spis alfabetyczny 70 kobiet, ich numery wydrukowane na kawałkach płótna i trójkąty o różnych barwach. Czerwone bez litery były dla "Niemek politycznych". Otrzymało je kilka, jak mi same mówiły, za zbyt zażyłe stosunki z Polakami. Innych "politycznych" przewinień nie było. Czerwony trójkąt z literą "U" czy "R" otrzymały Ukrainki czy Rosjanki za "przyjaźń" z Niemcem. Miałam zresztą z jedną z nich całą awanturę, bo nie była zadowolona z litery, twierdziła, że jej się należy "U", a nie "R" czy na odwrót, już nie pamiętam.

Sama wówczas otrzymałam swoje "P" i numer 16076. Zielone trójkąty należały się akuszerkom i kilku innym Niemkom. Na spisie przy ich nazwiskach widniały litery "BV". Był to skrót dla pięknego słowa Berufsverbrecher — zbrodniarz zawodowy. Gdy przy nazwisku było "As.", znaczyło to Asozialen[11], należał się trójkąt czarny, przeznaczony dla prostytutek oraz dla Cyganek, wreszcie "IBV" — Internazionalen-Bibelforscher-Vereiniz[12] oznaczał grupę swoistą, tzw. bibelek. Nosiły one trójkąt fioletowy i cieszyły się dużym zaufaniem, o ile chodziło o ich uczciwość. Świadkowie Jehowy — bibelki, znajdowały się w obozie, ponieważ zasadniczo odmawiały wszelkiej pracy na rzecz wojny. Ze społeczeństwa totalitarnego w okresie wojny totalitarnej musiały więc być eliminowane. W obozie zajmowały się sprzątaniem, komorą bieliźnianą, no i trochę plotkowaniem. Wykazały zresztą w chwilach niebezpieczeństwa hart i fanatyzm właściwy sekciarzom — ale bezwzględnie godny podziwu.

"Nadając" czarny trójkąt dwóm Cygankom, matce i córce, zapytałam, za co dostały się do Ravensbrűck. "Jak to, za co?" — odparła wiedźmowata matka. — "Przecież jesteśmy Cygankami! Pani nie wie, że wszystkich Cyganów zamykają, bez względu na to, z jakiego są szczepu. Pani o nas nic nie wie? Szczepy poznaje się po zawodzie. My należymy do tego wyższego szczepu, który handluje końmi". — "A czym się zajmują inni Cyganie?" — zapytałam. "Tamci, nie mówmy o nich! Są niegodni!" W czarnych oczach obu kobiet błysnęła nienawiść i pogarda. "Ale czym się zajmują?" — nalegałam. "Po prostu grają na skrzypcach" — wycedziły niechętnie. Żałowałam, że ich nie słyszy Kreisler czy Menuhin.

Wieczorem, gdy już dawno minął drugi apel, który był zakończeniem dnia pracy dla jednych, a rozpoczęciem Nachtschicht, nocnej pracy, dla drugich, nagle zawyły syreny i zgasły światła. Alarm! Nie zapomnę tego pierwszego nalotu w obozie, tej nagłej świadomości, że tuż nad nami są i walczą sprzymierzeńcy nasi, przyszli zwycięzcy! W tej chwili nie czuło się już tego beznadziejnego opuszczenia, które jest znamieniem obozu koncentracyjnego. Blokowa nie kładła się spać i pozwoliła i mnie siedzieć w oknie, w ciemnościach, i nasłuchiwać detonacji. Wedle wydanego niedawno pisemnego rozkazu, blokowe i sztubowe nie miały się kłaść w czasie alarmu, miały stanąć w pobliżu łopaty i wiadra oraz skrzynki z piaskiem ustawionej na korytarzu. Więźniarki miały leżeć spokojnie, w razie bombardowania obozu miały się ubrać, w razie gdyby zaś bomba uderzyła w blok (sic!) miała blokowa wyprowadzić je na dwór, piątkami (sic!). Podczas gdy blokowa mi ten rozkaz dosłownie po niemiecku cytowała, urwała nagle w połowie zdania. Po chwili powiedziała: "Musisz uważać bardzo, gdy przechodzi koło nas Hansi, moja «zielona” sztubowa, jest ona na bloku do pilnowania nas i donosi o wszystkim. To najbliższa przyjaciółka Marianny, również «zielonej”,starszej obozowej, Lagerdlteste; obie są wiedenkami wielokrotnie karanymi i mają duży głos u władz obozowych, szczególnie gdy chodzi o donosy na Polki. Wśród władz obozowych nie ma absolutnie nikogo, kto by miał zdolności organizacyjne. Są to ludzie zupełnie zależni od bardzo sprytnej kliki przestępczyń pospolitych, które «rasowo» należą, do Herrenvolk, słuchanie ich rad nie przynosi więc ujmy, kulturalnie zaś stoją na poziomie tym samym co władze, nie wywołują więc poczucia niższości, na które władze bardzo cierpią w stosunku do Polek. Oczywiście mówię tu wyłącznie o politycznych Polkach, których tu właściwie nie ma dużo. Ogromna większość składa się z «tamtych». Niestety, mamy tu kilka «zielonych» czy «czarnych» Polek. Robotnice, deportowane do Niemiec i tam aresztowane za niemoralność lub po prostu za kradzież lub inne pospolite przestępstwo, otrzymują tu na nasze nieszczęście trójkąt czerwony, ponieważ były wzięte na robotach jako Polki. Grupa polska w obozie jest więc bardzo, a bardzo mieszana, to jest przewagę ogromną ma element co najmniej bezideowy; dużo jest też pospolitych przestępczyń. Wśród tego wszystkiego mamy kobiety i dziewczęta najwyższej kategorii moralnej, które tu siedzą za Polskę, głównie z prowincji zachodnich, przyłączonych do Rzeszy, i z samej Warszawy".

Owej nocy po raz pierwszy zaczęłam nabierać pojęcia o tym, czym jest obóz koncentracyjny. Prawie z uśmiechem pomyślałam o tym, jak sobie wyobrażałam, że współżycie kobiet wszystkich narodowości, zesłanych w jedno miejsce dlatego, że się przeciwstawiały Hitlerowi, nie może być rzeczą zbyt ciężką. A tymczasem tutaj jest całkiem, ale to całkiem inaczej. Tu zależymy od dobrych czy gorszych stosunków, jakie nas łączą z kryminalistkami, które się polecają władzom, dostarczając im donosów na nas. Skutkiem donosów jest aresztowanie i osadzenie w "bunkrze". W pierwszej chwili miałam wrażenie, że komuś, kto raz wylądował w obozie koncentracyjnym, chyba nie grozi już aresztowanie. Myślałam, że ta faza przynajmniej już minęła. Tymczasem było wręcz przeciwnie. Przy jakimkolwiek "przewinieniu" czy donosie więźniarka bywała umieszczana w ciemnicy, w budynku nazwanym oficjalnie Zellenbau, jedynym murowanym domu w obozie. Pokazano mi go zaraz na drugi dzień po moim przyjeździe. Był długi i bardzo niski, dolna kondygnacja tkwiła dość głęboko w ziemi, stąd nazwa "bunkier".

Był ogrodzony i dostępny tylko przez specjalną bramkę. Władzą tam był Ramdohr*, komisarz polityczny, który dysponował wszelkimi środkami "potrzebnymi" przy przesłuchaniach (torturami, narkozą itd.).

Wszelkie tego rodzaju wiadomości, w ciągu dnia zebrane, miałam czas porządkować w nocy, ponieważ moje dolegliwości skórne i tak mi spać nie dawały.

Następnym transportem przybyła na blok grupa młodocianych Niemek, poniżej lat 18, które z nami zamieszkały tylko na kilka dni, aż miały być wykończone nowe bloki w pobliskim Jugendlager. "Młodziutkie, zesłane tu dziewczęta, to po prostu młodzież antyhitlerowska. Nareszcie!" — pomyślałam. Tego dnia wieczorem, gdy siedziałam w pokoju służbowym, blokowa wezwała jedną po drugiej, by je zapytać, za co się tu dostały. Przerwała zaś te indagacje, usłyszawszy cztery czy pięć odpowiedzi. Dziewczęta z wyraźną przyjemnością i prawie zawsze ze śmiechem wyliczały swe czyny, wśród których najczęściej powtarzało się kazirodztwo.

Później wieczorem przyszła do blokowej Polka, która widocznie miała coś dyskretnego do zakomunikowania. Gdy wyszła, blokowa mi powiedziała: "Dziewczyna, która tu była, jest sprzątaczką w bunkrze. Przyszła mi powiedzieć, że tam cela z białą pościelą, z serwetkami, kwiatami jest przygotowana dla ciebie. Na spisie jest twoje nazwisko jako Sonderhdftling, tj. więźniarka, której się należą szczególne względy. Oczekują twego przyjazdu z Berlina, masz przyjechać specjalnym transportem. Przy zwykłym ich nieporządku Berlin cię tu przysłał ze złodziejkami, a teraz nadal na ciebie czekają". — "Ależ za co znowu mam iść do bunkra?" — zapytałam. "W tym wypadku nie wygląda to na karę, tylko na odosobnienie, na odseparowanie od nas i na traktowanie lepsze. Masz tam mieć jedzenie SS, które jest bardzo dobre, nie tę naszą brukiew czy kapustę z kartoflami. Sprzątaczka jutro wróci po odpowiedź, czy ma zgłosić, że jesteś już w obozie, czy nie".

Byłam przerażona. Po tylu miesiącach samotności i zamknięcia tak bardzo używałam na kontakcie z siostrami i na tej "swobodzie", która pozwalała na poruszanie się po bloku, a nawet po obozie. A teraz znowu mnie czekała izolatka! Błagałam blokową, aby nikomu o tej sprawie nie mówiła, aby tylko sprzątaczce powiedziała, że mam jedną nadzieję, że mnie nie znajdą.

W owych dniach cały nasz transport, jak to było przepisane, został wezwany do rewiru na wstępne badania lekarskie. Stan mojej skóry — miałam wtedy już w wielu miejscach ranki ropne — wywołał wybuch furii miejscowej lekarki, Frau dr Oberhauser, za tak "obrzydliwe zaniedbanie świerzbu". Gdy jej powiedziałam, że byłam dotychczas leczona na nerwowe schorzenie skóry, a nie na świerzb, krzyknęła mi tylko: Halt deinen Mund, dufreche Person![13]" — i wyrzuciła za drzwi.

Gdy wyszłam z ordynacji, czekała tam młoda osoba nosząca "P" i szepnęła mi, bym poszła za nią. Prowadziła przez długi korytarz. Wreszcie stanęła i powiedziała szeptem: "Prędko, tu w tej chwili nie ma Niemek. Pani wejdzie ze mną do pokoju na lewo, tam są «króliki”,te ostatnio operowane. Pani je powinna zobaczyć, pani może wyjdzie z życiem i ma dużo znajomych za granicą. Pani uwierzą".

Weszryśmy do małego pokoju, gdzie leżało pięć młodych dziewcząt. Mój Wergiliusz powiedział im, że świeżo przybyłam z Kraju. Patrzyły na mnie, nie wiedziałam, co powiedzieć. Najbliżej drzwi leżała młodziutka dziewczyna, mająca lat może dwadzieścia, blondynka. Gdy powiedziałam, że się wojna tej jesieni już skończy na pewno, chora widocznie chciała się do mnie uśmiechnąć, ale wyraz jej twarzy zdradzał tylko cierpienie i bezgraniczną rezygnację. Przewodniczka prosiła, by odkryły nogi. Wówczas u niektórych zauważyłam poza opatrunkiem dwie lub trzy stare blizny z poprzednich operacji, po 20 cm długości, powyżej lub poniżej kolana. Chore pytały o Kraj. Powiedziałam coś o nastrojach, o sile ducha, ale mi to wcale nie szło, wreszcie byłam zadowolona, gdy mi kazano znów uciekać. Na korytarzu przewodniczka jeszcze mi zdążyła powiedzieć, że "króliki" teraz są do pewnego stopnia doglądane i pielęgnowane, że jest różnica ogromna z pierwszymi operacjami. Wówczas leżały zupełnie opuszczone, ratowały siebie nawzajem, nikt nie miał do nich dostępu przez wiele dni, nawet nie miały wody.

Doszłyśmy z powrotem do pokoju ordynacyjnego, z którego właśnie wychodziły po badaniu ostatnie więźniarki z mojego transportu. Dołączyłam więc niepostrzeżenie do nich, by wrócić na mój blok. Powrót był uciążliwy, bo chodzenie, z powodu ran na nogach, sprawiało mi duże trudności, obok mnie słaniała się Niemka z trójkątem czarnym, która już w ogóle chodzić nie mogła. Nie przyjęto jej do szpitala, gdyż nie uważali jej za dość ciężko chorą, a na drugi dzień, gdy jej się jeszcze pogorszyło, też jej nie przyjęli, bo już było za późno. Gdy bowiem wreszcie przyniesiono nosze na nasz blok, zabrano ją już prosto do trupiarni.

Tymczasem przygotowywały się duże i małe innowacje w mej nowej rezydencji. Ciągły przypływ więźniarek zmusił Niemców do rozszerzenia obozu, do budowy nowych, większych bloków na dalszej części wydmy piaszczystej, obok naszych baraków, poza murem i drutami. Wreszcie, gdy i ta nowa parcela była odpowiednio "zabezpieczona", padł mur, który nas od niej oddzielał. Został natomiast zaciągnięty prowizoryczny drut i wydany najsurowszy zakaz przejścia do nowego obozu, jako nowy pretekst do wymierzania kar. W następną niedzielę — zapowiadały wszystkie — będzie apel bardzo długi, z którego część więźniarek zostanie odkomenderowana do nowych bloków. Było 15 stopni mrozu (na komendzie wisiał termometr), stałyśmy przeszło pięć godzin. Wszystkie władze, nie tylko żeńskie, ale i męskie z komendantem włącznie, latały po całym obozie bez tchu i dawały rozkazy zwykle ze sobą sprzeczne. Wreszcie wydzielili do nowego obozu kilkaset więźniarek, głównie Ukrainek i Rosjanek. Cały obóz tymczasem stał. Zazdrościłyśmy władzom jednego tylko, mianowicie ruchu, zamarzałyśmy bowiem powoli, ale znów nie zaziębił się nikt z moich znajomych. Pewną ilość blokowych i sztubowych również wyznaczono, między innymi naszą, na nowe bloki. Nam dano nową blokową, Ernę, młodą Niemkę z czarnym trójkątem, przy której zostałam jako pomoc kancelaryjna. Niepokoiłam się początkowo o to, jak też się rozwinie współpraca z tą moją nową przełożoną. Wszystko zaś poszło świetnie, podstawą naszych stosunków stał się bowiem nieukrywany respekt Erny dla mojej znajomości ortografii jej języka ojczystego.

Później odkryłam, że tu nie chodzi wcale tylko o pisownię, ale, i przede wszystkim, o samą umiejętność pisania, którą moja władza posiadała w stopniu niezwykle słabym.

W dwa dni po tej zmianie przyszła w południe młoda sztubowa, blada bardzo. "Pięć poszło do bunkra, z jednej sprawy, w tym jedna moja koleżanka" — szepnęła mi do ucha. "Co to znaczy?" — zapytałam. "To znaczy, że będą jutro rozstrzelane. Już naszych rozstrzelali przeszło setkę. Teraz już wiemy, co będzie, gdy nagle kilka politycznych Polek z tej samej sprawy idzie do bunkra. I one też wiedzą. Pierwszy raz — przeszłego roku — nikt tego nie rozumiał i nie wiedział. Dlatego też wypiły napój oszałamiający. Teraz zawsze odmawiają. Nie pozwalają też na zawiązanie oczu, umierają wszystkie bez wyjątku z okrzykiem "Niech żyje Polska!" — "Ale skąd wy to wszystko wiecie?" — "Bardzo proste. Z bunkrem jest zawsze jakiś kontakt, a co się przy egzekucjach dzieje, to już wiemy całkiem dokładnie. Pluton egzekucyjny SS ma za każdym razem prawo do dowolnego jedzenia i picia w kantynie SS, gdzie usługują Polki. SS--mani zawsze upijają się do nieprzytomności i wtedy sobie nawzajem opowiadają wszystkie szczegóły egzekucji, przy tym nie ukrywają swego bezgranicznego podziwu dla Polek. Poza tym mamy zwykle, acz nie zawsze, kontrolę drugą. Podczas apelu wieczornego bowiem, gdy jest zupełnie cicho, słychać strzały, tyle, ile naszych zabrano. Czasem pada zaraz po tym dodatkowo jeszcze jeden czy dwa mniej głośne, bo żołnierze często źle strzelają, wtedy oficer dobija z rewolweru. Tymczasem poszło pięć. Jedna z nich to moja koleżanka szkolna, a sprawa do mojej tak bardzo podobna, może za następnym razem pójdę ja... No, trudno, trzeba na razie wrócić do roboty" — i uciekła prędko.

Ja zostałam i myślałam o tych tysiącach, które tak samo nie pozwalają sobie zawiązywać oczu, które giną z tym samym okrzykiem... ale mają tę jedną pociechę, że przynajmniej ciała ich czy popiół przyjmie ziemia ojczysta. Tutaj umierać stanowczo będzie ciężej jeszcze, bo trzeba będzie spocząć w tej ziemi wrogiej. Wówczas też zrozumiałam, jak praktyczni są Niemcy. Zamiast te dziewczęta młode i silne mordować zaraz po aresztowaniu w Polsce, przywożą je tutaj, każą ciężko dla siebie pracować rok czy dwa, a potem dopiero najspokojniej je strzelają...

Owego dnia Cetkowska opowiedziała mi szczegóły śmierci swej siostrzenicy, Koszyckiej. Odbywało się to zawsze w ten sam sposób: dziewczęta przed pójściem do bunkra gwałtownie szukały zawodowych fryzjerek, których w obozie było kilka, i kazały się bardzo ładnie uczesać. Potem szły... Jezus, Maria, pomyślałam, przecież u Herodota Spartańczycy na Termopilach czesali się tak bardzo starannie przed samą bitwą, wiedząc doskonale, że zginąć muszą! Zrozumieć tego nie mogli wysłannicy Kserksesa, którzy mieli ich do kapitulacji namówić...

W owych dniach też, po raz pierwszy, zwrócono się do mnie o nauczanie. Dwie panie z jednego z polskich bloków przyszły poprosić o "wykład" i umówić się na dzień i godzinę. Trudność polegała na tym, że zugangowi nie wolno było chodzić po obozie bez specjalnego rozkazu. Umówiłyśmy się na niedzielę następną, na "szarą" godzinę. Jakoś doszłam i zastałam grupkę osób czekających na mnie. Usiadłyśmy w kącie. Zaczęłam przyciszonym głosem opowiadać o malarstwie katakumbowym. W pierwszej chwili mi to jakoś nie szło, nie wiedziałam, czy potrafię, czy dam radę bez ilustracji, tak mi też dziwnie było mówić o sztuce — jak niegdyś. Wśród sześciu czy ośmiu moich bardzo skupionych słuchaczek było parę, które słuchały z niezwykłą wprost uwagą i robiły notatki na świstkach papieru. Po paru minutach jakoś i mnie się to skupienie udzieliło — być może pewna pokrewność tematu katakumbowego z naszą ówczesną sytuacją zrobiła swoje — w każdym razie "rozkręciłam się" na dobre. Wtem nagle zbliżyła się do nas blokowa i z wielkim krzykiem kazała nam się rozejść, a mnie natychmiast opuścić blok. Słuchaczki starały się ją uśmierzyć i uprosić, ale blokowa śląską polszczyzną groziła, że zawoła aufzejerkę. Trzeba więc było kapitulować. Panie odprowadzające mnie na mój blok wyjaśniły mi po drodze, że jest to osoba, która ma coś w rodzaju urazu do tzw. "inteligencji", do której się przy każdej sposobności odnosi bardzo nieprzychylnie. Nosiła "P" na czerwonym trójkącie — miałam pierwszy namacalny przykład, jak ciężko jest współżyć w tych warunkach nawet wewnątrz własnej grupy narodowościowej... Cóż dopiero, gdy chodzi o cudzoziemki.

Pewną rolę już wówczas odgrywała grupa czeska, niezbyt liczna, bardzo solidarna z Rosjankami i z Ukrainkami, dla Polek nieżyczliwa. To ostatnie mnie dziwiło tu w obozie. Zrozumiałam dopiero, gdy się dowiedziałam, że przyczyny tej postawy są ideologiczne. Czeszki tworzyły centrum propagandy komunistycznej, skutkiem tego trzymały się z Rosjankami, Ukrainkami, a otwarcie zwalczały Polki, spośród cudzoziemek grupę najbardziej liczną w obozie i zdecydowanie antykomunistyczną. Wówczas właśnie doszła nas wiadomość o klęsce Hitlera pod Stalingradem. Czeszki szalały. Polki dziękowały Bogu, że Hitler się kończy, ale nie bez niepokoju patrzyły od owego dnia na przybierającą ciągle na sile propagandę komunistyczną w obozie. Powtarzałyśmy sobie, że oczywiście Polsce pod opieką aliantów nic od Stalina grozić nie może, ale pomimo to postępy Armii Czerwonej budziły w nas niepokój, do którego same nie chciałyśmy się przyznać, który jednak od owej chwili wzrastał z każdym dniem.

W parę dni później zaszła u mnie zmiana zasadnicza. Okres mój "zugangowy", tzn. mego przebywania bez przydziału na bloku świeżo przybyłych skończył się. Wówczas blokowa zaprowadziła mnie do władz, żeby mnie "przedstawić" i zaproponować jako sztubową na swój nowy ukraiński blok. Przy tym w swojej energii zakazała mi tam pokazywać moje chore ręce lub broń Boże, kuleć! Gdy śmiejąc się, zwróciłam jej uwagę, że to będzie trudne, stwierdziła: "musisz i koniec!" Powiedziałam jej też, że przecież potrzebuje sztubowej do roboty, a ja nie będę mogła na razie pracować. Odburknęła szorstko, że ładnie byśmy tu wyglądały, gdybyśmy się nawzajem nie "pilnowały".

Propozycja została przyjęta. Znalazłam się więc w godzinę później na bloku ukraińskim jako "sztubową". Równocześnie zdobyto dla mnie "na lewo", przy pomocy Polek z rewiru, dwie rzeczy: opatrunki iBetłkarte, tj. pozwolenie leżenia w łóżku na bloku i zarazem zwolnienie od apelu. Miałam więc życie "jedwabne", nie pracowałam, leżałam, Polki się do mnie zakradały w odwiedziny. Druga sztubowa pracowała za siebie i za mnie, starałam się choć w części odwdzięczyć jej lekcjami niemieckiego.

Zarazem dokształcałam się, starałam się bowiem ze wszystkich sił informować o tym, co się wokoło mnie działo. Z powodu choroby nie wychodziłam, ale za to dużo mi opowiadano. Wkrótce zrozumiałam jedno: że Ravensbrűck z roku 1943 był rajem w porównaniu do okresu dawniejszego, gdy "czarna" Niemka Grete Muskűller jako sztubowa, komendant Koegel* i Oberaufseherin Mandel* współzawodniczyli w okrucieństwie. Większa część ówczesnych katów dziś "pracuje" w Oświęcimiu, tam — zdaje się — są bardziej jeszcze potrzebni... Szczegóły o tym wszystkim opowiadały kobiety twarde, trzeźwe, spokojne. Nie było w tych relacjach śladu histerii.

Pewnego dnia wpadła młoda sztubowa: "Pani musi wstać i pójść ze mną. Jest dla pani wiadomość z kraju!" Uszom nie wierzyłam, ale bardzo prędko wylazłam. Na drugim bloku czekała koleżanka, której nazwisko znałam jeszcze z roboty. Poszłyśmy w kąt sypialni, tam mi pokazała list. Widok pisma przywołał mi w pamięci i pracę, i wolność — wstrząsnął głęboko. Pisał Adam Szebesta. Prosił o przekazanie mi paru słów bardzo serdecznych i dodał: "powiedz jej, że Renia[14] ma ślicznego chłopca". List był pisany po polsku i w treści swej niecenzuralny. Zapytałam zdziwiona, skąd się wziął. Na samo to pytanie, zresztą szeptem zadane, obie koleżanki przyłożyły palec do ust. Po chwili adresatka jeszcze ciszej dodała: "Chodzę codziennie na aussen. Dziś list odebrałam i dziś muszę go spalić".

Wróciłam na blok. Wiadomość bezpośrednia, pierwsza po dziesięciu miesiącach, że moi wiedzą, gdzie jestem, i myślą o mnie, dodała mi otuchy. Myśl, że Renia po wielu latach bezdzietnego małżeństwa ma syna, cieszyła mnie bardzo. Równocześnie wyobrażałam sobie, jakie komplikacje w związku z ciążą powstały dla niej, pracującej w warszawskim RGO pod fałszywym nazwiskiem, jako żona wywiezionego do Rosji oficera! Przez dwa dni żyłam jak we śnie, ciągle sobie musiałam powtarzać, że pismo na własne oczy widziałam, że oni tam w Polsce są i pracują, że list rzeczywiście w ręku trzymałam.

W dwa dni później, 8 marca, zostałam z tego snu obudzona i to w sposób dość niemiły. Przyszła blokowa. "Ubieraj się natychmiast. Masz iść do komendanta, przysłali po ciebie. To nic dobrego. Pewno cię wreszcie znaleźli i wsadzą do bunkra".

Poszłam. Przy kancelarii czekała strażniczka i sprawdziwszy numer, zabrała mnie z sobą za bramę. Stamtąd skręciła na lewo i wprowadziła do dużego, murowanego gmachu. Schodami do góry i długim korytarzem doszłyśmy do drzwi, gdzie stał żołnierz. "Przyprowadziłam więźniarkę numer 16076, wezwaną do komendanta obozu" — powiedziała do niego Niemka. Żołnierz wszedł, wrócił i kazał mi wejść. Gdy weszłam, drzwi się za mną zamknęły. W środku luksusowo urządzonego biura stał oficer SS średniego wzrostu, chudy i rudy. Wiedziałam od koleżanek, że nazywa się Suhren* i że przed wojną był detektywem prywatnym. Patrzył na mnie blado-niebieskoszarymi oczami bez rzęs; zameldowałam mu się, jak to zrobić musiałam: "Schutshdftling[15], numer, nazwisko i imię", i czekałam. Zapytał, od kiedy jestem w obozie i czy jestem poważnie chora, gdyż widział, że kuleję, i zaraz dodał, że teraz będę miała staranną opiekę lekarską. "Zaszło bowiem nieporozumienie. Należą się pani warunki o wiele lepsze. Będzie je pani miała od jutra. Będzie pani miała przede wszystkim o wiele lepsze jedzenie" — dodał z naciskiem. "Czy będę sama, czy pozostanę z koleżankami?" — zapytałam. "Będzie pani sama, ale będzie pani o wiele lepiej, będzie pani dobrze jadła" — powtórzył. "Proszę mnie zostawić w obecnych warunkach, bylebym nie musiała być oddzielona od współwięźniarek" — powiedziałam. "To jest niemożliwe. Jutro pani wyjdzie z obozu. Do tego czasu obowiązuje panią tajemnica co do tego, co pani powiedziałem". Wyszłam.

Wieczorem opowiedziałam blokowej pokrótce całą sprawę zamordowania profesorów lwowskich, prosząc ją o złożenie o tym meldunku po wojnie tam gdzie należy, w razie mojej śmierci. Liczyłam się bowiem logicznie z tym, że szczelnie od reszty obozu odseparowaną dzierżycielkę takiej tajemnicy sprzątną w ostatniej chwili po cichu, gdy już przestaną działać interwencje włoskie, gdy już "osi" nie będzie. Wtajemniczone koleżanki natomiast przyjęły wiadomość o moim zamknięciu do bunkra z wielkim optymizmem. Przypuszczały, że mnie tam wyleczą i zwolnią po paru tygodniach. Nie wierzyłam, choć chętnie słuchałam, przecież to nie było niemożliwe. Sprzątaczka z bunkra dała znać, że sprawa mojej nieobecności w bunkrze wyszła na jaw z okazji kontroli porcji jedzeniowych. Przez dwa miesiące ktoś z SS najspokojniej się dożywiał za pomocą porcji mojej, aż się wczoraj okazało, że mnie tam wcale nie ma. Wówczas zatelefonowali do Berlina i stamtąd się dowiedzieli, że transportem z 9 stycznia pojechałam do Ravensbrűck. Wtedy mnie wreszcie znaleźli. Dowiedziałyśmy się równocześnie, że obsługa bunkra już odtąd składać się będzie tylko z bibelek.

Polki przychodziły do mnie i prosiły o uwiadomienie krewnych i przyjaciół, gdy wrócę do Kraju, i żegnały się bardzo serdecznie. Jakże blisko już byłam zżyta z nimi, po dwóch tylko miesiącach!

Na drugi dzień, 9 marca, zaprowadzono kilkanaście z nas jako "zwolnionych" do łaźni i do rewiru. Tam koleżanki zupełnie inaczej zrozumiały to moje pozorne zwolnienie. Jedna z nich, przechodząc, jakby mimochodem wcisnęła mi maleńki przedmiot do ręki. Dopiero po chwili zdołałam stwierdzić, że był to miniaturowy krzyżyk z wiszącym na nim Chrystusem. Widziałam już poprzednio takie przedmioty w obozie. Były one wyrzeźbione scyzorykami z rączek od szczotek do zębów. Z tego daru zrozumiałam, że donatorka przypuszcza, iż idę na śmierć. Było to w każdym razie na dłuższą metę więcej niż możliwe, a dar jej głęboko mnie wzruszył.

Później przeprowadzono nas parami przez słoneczny plac obozowy. Polki stały opodal i kiwały do mnie w milczeniu. Wreszcie doszłyśmy do bramki bunkra, która się po chwili zamknęła za nami. Weszłyśmy do gmachu. Wpuszczono nas do celi przeznaczonej na jedną osobę. Było ciasno, trochę jak w przedziale kolejowym w okresie okupacji. Po chwili wszystkie moje towarzyszki zaczęły mówić naraz. Były to prawie wyłącznie Niemki. Najpierw wszystkie mówiły głosem przyciszonym, później gadały coraz głośniej. Były ogromnie podniecone; miało się wrażenie, że się te kobiety w tej chwili upajają powiewem wolności, tak bardzo niespodziewanej. Opowiadały sobie nawzajem, jak to było dziś rano, gdy stały na apelu jak zawsze, gdy wywoływano ich nazwiska, kazano się szykować, gdy wreszcie zrozumiały... Inne zaczęły sobie układać, do którego pociągu zdążą w Fiirstenbergu, na które połączenie trafią do Berlina, kiedy, o której godzinie dnia czy nocy staną... w domu...

Siedziałam w kącie na pryczy i poczułam się w tym tłoku niewymownie sama. Wrzało wokoło mnie, a ja miałam wrażenie, że się ten cały tłum jakoś dziwnie ode mnie oddala, że zapada pomiędzy mną a tymi ludźmi wolnymi jakby jakaś zasłona dymna, która gęstnieje z każdym ich słowem. Wreszcie dano nam obiad, po czym otworzono drzwi i kazano wyjść wszystkim z wyjątkiem mnie. Niemki wyleciały jak z procy, tylko dwie ostatnie odwróciły się przy drzwiach i popatrzyły na mnie z przerażeniem. "A pani nie jest zwolniona?" — zapytały. Ten ich ludzki odruch był mi miły, uśmiechnęłam się więc do nich: "Paniom życzę wszystkiego najlepszego. Zostaję tutaj" — i drzwi się zamknęły.

Władza wróciła po chwili i zaprowadziła mnie do celi, takiej samej jak poprzednio, tylko zamiast pryczy stało w niej łóżko zasłane czystą, białą pościelą, na stoliku leżała serwetka, a na niej stały kwiaty. Wprowadzając mnie, strażniczka przyglądała mi się uważnie. Wreszcie zapytała: "Schon, nichtwahr?"[16]. Wówczas zrozumiałam, że mam być zachwycona "luksusami" celi. W odpowiedzi zapytałam, czy mogę się położyć do łóżka, ponieważ jestem chora. "Naturalnie, pani może tu robić, cokolwiek się pani podoba" — odpowiedziała Niemka z grzecznością, która po wszystkim, co widziałam w obozie, zrobiła na mnie wrażenie przykre. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że trudno o rzecz bardziej bolesną od wyróżnienia w takiej sytuacji. Odeszła, a ja, zamiast się rozbierać, siadłam na łóżku w ogromnym zmęczeniu. "Więc znowu będzie trzeba patrzeć na niebo przez kraty" — pomyślałam i podniosłam głowę ku wysoko usadowionemu okienku. Wówczas zrozumiałam, że na niebo stąd w ogóle patrzeć nie będę, ponieważ szybki były matowe z drutami, u nas czasem w stajniach używane. Tak siedząc, myślałam o wszystkim i o niczym, uczuciem tylko wracałam ciągle do tych w obozie, które były tak blisko, a tak daleko — a myśl o nich i tęsknota bolały bardzo. Wreszcie położyłam się i zasnęłam. Gdy się obudziłam zapadł już zmrok. Dostałam podwieczorek na tacy, a wieczorem kolacja składała się z dwóch dań bardzo smacznych, na białym fajansie. Za każdym razem strażniczka pytała, czy ma przynieść drugą porcję.

Nazajutrz rano zaczęłam się uważnie rozglądać po celi. Miałam wreszcie to, czego byłam tak ciekawa, gdy jechałam do Rzeszy — nowoczesne więzienie niemieckie. Zamiast drzwi żelaznych, obdrapanych, zardzewiałych jak w Berlinie — drzwi były jasne, dębowe, z nadzwyczaj grubej deski, w tym samym kolorze łóżko, stolik i krzesło. Urządzenia higieniczne były automatyczne, ogrzewanie centralne. Cela była wybielona czyściutko, przy kaloryferze tylko była widoczna duża różowa plama, nie mogło być wątpliwości, że jest to krew, powierzchownie zmyta.

Po chwili weszła bibelka, która mi oświadczyła, że ma rozkaz zamiatania w mojej celi. Poprosiłam ją, by zabrała kwiaty, na co otrzymałam odpowiedź, że przeciwnie, ma rozkaz przyniesienia mi więcej jeszcze kwiatów. Wreszcie poszła, a dla mnie rozpoczął się pierwszy z wielu dni, które przeleżałam w bunkrze. Były bardzo podobne jeden do drugiego. Przez szereg tygodni stan mojego zdrowia stale się pogarszał; ropienie całego ciała sprawiało, że lekarz SS, który czasem przychodził, robił miny coraz bardziej pesymistyczne. Był to ten sam, który odebrał naszą defiladę zaraz po przyjeździe, a teraz był grzeczny i mówił spokojnie i prawie uprzejmie, tak samo jak strażniczki. To ich zachowanie budziło we mnie większy jeszcze wstręt niż uprzednia ich brutalność, bo było dowodem, że na rozkaz potrafią wszystko, nawet zachowywać się jak ludzie.

Pocieszałam się w czasie tej choroby zdaniem Tołstoja, że kobieta, która nigdy nie chorowała, jest potworem. Pamiętałam, jak bardzo byłam niegdyś przerażona, czytając to zdanie, i byłam zadowolona, że przestałam być potworem. Miałam zresztą, wbrew opinii mego sympatycznego otoczenia, przez cały czas wrażenie, że wylezę z tego paskudztwa. Na zmianę przychodziły dwie aufzejerki, Binz i Mewis, przynosiły jedzenie i nocą zaglądały co dwie godziny przez "judasza", zapalając przy tym ostre światło. Nieraz były wymowne. Binz mi nawet opowiedziała, że jest z zawodu kucharką i ma lat 22. Nazywały mnie Frau Lange. Zapytane o przyczynę wytłumaczyły, że tu jestem pod tym nazwiskiem, by nikt w obozie się o mojej obecności nie dowiedział. Nie wiem, czy mi dano ten pseudonim z powodu wzrostu czy z powodu pierwszych liter mego nazwiska. Nie podobało mi się to, miałam wrażenie, że chodzi o zatarcie śladów mojego istnienia... Od czasu do czasu przychodził też Suhren, pytając, czy sobie niczego nie życzę. Poprosiłam o zabranie z mojej celi kwiatów, które "nie licują z moją sytuacją". Był zły, ale się kwiatów pozbyłam. Za każdym razem, gdy przychodził, pytałam go, kiedy wreszcie będę przesłuchana, co mi w Berlinie obiecano w grudniu, bo dotąd nie wiem, za co siedzę. Mówił, że mam prawo napisać podanie do Reichsfuhrer der SS Himmlera, prosząc o przesłuchanie. Otrzymywałam regularnie gazety niemieckie, Voelkischer Beobachter" i "Das Reich" Goebbelsa. Pamiętam w jednym z tych pism fotografię żołnierzy niemieckich słuchających w Rzymie na placu Weneckim przemówienia Mussoliniego. Mimo woli nasunęło mi się pytanie Petrarki: "Chefan'qw tante pellegrine spade?"[17].

Pewnego dnia, w tej samotności zupełnej, dowiedziałam się nagle, w sposób namacalny, że nie jestem sama na świecie. Nadeszła pierwsza paczka z kraju. Od tego czasu przesyłki nadchodziły regularnie, a za nimi zaczęły się pojawiać kartki i listy po niemiecku pisane, krótkie, ale cenne niezmiernie. Wolno mi było otrzymywać korespondencję i odpisywać w ilości dowolnej, podczas gdy w obozie dopuszczalna była tylko jedna kartka miesięcznie, i ta często nie dochodziła. Z obozu nie docierało do mnie wówczas nic. Przez okienko, które się otwierało tylko na ukos, sposobem tzw. "oberluftu", słyszałam wprawdzie codziennie w południe ożywione rozmowy paru kobiet, lecz ich języka nie rozumiałam. Poza tym dochodził mnie stamtąd nieraz gęsty dym, który napełniał celę dziwnie przykrym zapachem.

Po paru tygodniach, zupełnie niespodziewanie, zdrowie moje zaczęło się poprawiać, a odtąd już stosunkowo szybko goiły mi się rany. Gdy już ręce były mniej więcej wyleczone, otrzymałam katalog książek biblioteki SS. Postanowiłam wówczas zapoznać się z teorią zbrodni, która mnie otaczała, i zamówiłam Rosenberga* Der Mythus des XX. Jahrhunderts. Z zainteresowaniem czytałam tę książkę pisaną zawiłą, złą niemczyzną, w której mistycyzm fizycznej pracy i nienawiść dla siły moralnej chrześcijaństwa tworzą całość, mającą dać teoretyczne podstawy reżimu gwałtu i przemocy. Podobny cel o ileż mądrzej osiągnął Stalin, nadając doktrynie tak podobnej demokratyczną formę konstytucji, pisanej w krótkich, formalnie jakże jasnych, a w treści jakże dwuznacznych, ustępach! Czytając Mythus, układałam sobie w myśli "odpowiedź daną Rosenbergowi z obozu koncentracyjnego", ale jej oczywiście wolałam nie napisać.

Wkrótce przyszły i książki inne, przysłane przez przyjaciół. Jedną z pierwszych była antologia wierszy angielskich, pożyczona przez profesora Dyboskiego. Wkrótce potem przysłano mi na moje specjalne życzenie Tacyta. Pewnego dnia powiedziała mi Binz, że nadeszła znów książka, ale że komendant zabronił mi czytania jej, gdyż są to "modlitwy katolickie". Byłam mocno zaciekawiona i poprosiłam, czyby mi Binz nie chciała tej książki pokazać przez okienko, co też uczyniła. Zobaczywszy tomik, powiedziałam spokojnie:,frau Aufseherin, to nie są modlitwy katolickie, to są wiersze miłosne z XIV wieku". — "W takim razie może pani wziąć tę książkę". Wzięłam i ucieszyłam się bardzo. Były to bowiem sonety Petrarki. Tak się skończyło jedyne zapewne spotkanie pani Binz z Petrarką. Chyba tylko zwrot Madonna mia mógł być powodem tej pomyłki...

 


[1] naród panów

[2] wychodzić

[3] Pani jest Polką.

[4] Od: Aufseherin — dozorczyni.

[5] Sanatorium dla oficerów SS. Przebywali tam inwalidzi frontowi.

[6] Stosunki z Niemcami.

[7] Wstawać!

[8] Uwaga!

[9] Od: aufien — zewnątrz

[10] Tj. nowo przybyłych więźniarek, od: Zugang — wejście.

[11] aspołeczny

[12] Międzynarodowe Towarzystwo Badaczy Pisma Świętego

[13] Stul gębę, bezczelna!

[14] Komorowska (K.L.). Komorowskim urodził się w 1944 r. drugi syn — Jerzy. K. Lanckorońska została jego matką chrzestną.

[15] aresztowana prewencyjnie

[16] Nie, prawda?

[17] Co tutaj robi tyle szpad pielgrzymich (tzn. obcych) ?

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.