Wspomnienia wojenne-11

Rozdział VI BERLIN

(29 listopada 1942-9 stycznia 1943)

Wróciłam do przedziału i usnęłam. Obudziłam się dopiero w okolicy Wrocławia. Wypatrywałam pilnie, czy zniszczenia są bardzo widoczne, i stwierdziłam, że ich prawie nie ma. Po południu byliśmy w Berlinie. Już w drodze opiekunowie moi prowadzili długie dyskusje, dokąd też mają mnie zawieźć. Przy sobie mieli telegraficzny rozkaz natychmiastowego odstawienia mnie do Berlina, ale nic więcej. Jeździliśmy więc taksówką po różnych centralach gestapo i różnych więzieniach. Jedno z nich miało wygląd bardzo nowoczesny, ciekawa więc byłam, jak też wygląda więzienie berlińskie, zapewne na wzór amerykański urządzone. Ale nas znowu wyrzucili, gdyż tam nie przyjmowano kobiet. Wreszcie w jakimś biurze, po długich a ciężkich telefonach dowiedzieliśmy się, że nie pozostaje nic, jak tylko Alexanderplatz, dokąd z widoczną niechęcią mnie wreszcie zawieźli. Tak po długim błądzeniu wylądowaliśmy na V piętrze nieprawdopodobnie brudnego, olbrzymiego budynku, budowanego w stylu fortecy romańskiej, powstałego w XIX w. Zamknięto mnie w wąskiej bardzo celi. Niezwykle odrapane ściany i sufit były pokryte poplamionym pokostem ciemnoszarej farby olejnej. Był wieczór, byłam zmęczona, rzuciłam się na pryczę i zasnęłam natychmiast.

 

Rano zobaczyłam niebo zimowe, szare, miejskie niebo, dziwnie brudne, przez kraty wysoko umieszczonego, ale dość dużego okna. Wstałam, chciałam się umyć, ale tu powstały od razu trudności duże. Na zydelku bardzo wiekowym stała miedniczka pokryta śladami emalii, mniejsza od tych, których używano w Komarnie czy w Rozdole w przedszkolu. Gdy jeszcze tak stałam i rozmyślałam, otworzyły się drzwi, weszła władza, dała "kawę" i pouczyła, że się do niej mówi Frau Wachtmeisterin[1]. Była raczej młoda i niebrzydka. Zastanowiła mnie myśl, czy nawet Niemcowi nie jest nieprzyjemnie żenić się z kobietą, która nosi ten tytuł. Drzwi się znowu zamknęły. Zaczęła się jeszcze jedna niedziela więzienna, ale już bez książek. Nie bardzo nawet jeszcze za nimi tęskniłam, miałam tyle przeżyć dni ostatnich do uporządkowania. Mówił mi gestapowiec, który mnie przywiózł ze Lwowa, że w poniedziałek po mnie przyjdzie. Trzeba było się do nowej batalii przygotować. Myśli wracały do owej wizyty wieczornej i do owego człowieka, który — jak twierdził — odmówił strzału do profesorów, założył życie własne, by pokonać zwyrodniałego przeciwnika, złożył mi życzenia gorące dla mojego Narodu, a jednak na ostatni krok się nie zdobył, trupiej czaszki z czapki nie zdjął, nosił dalej ten mundur, o którym wiedział doskonale, że jest zhańbiony. Co to jest za naród, w którym jednostka niewątpliwie szlachetna i nawet w pewnym stopniu odważna ostatecznych konsekwencji nie wyciąga i tym samym firmuje owe Schandtaten[2], o których sama mówi. Czy naród taki może się kiedyś dźwignąć z takiego moralnego upadku?

Po południu przyszła Frau Yorsteheriw[3] wszystkich Wachtmeisterek, stara, przedwojenna Niemka, długa, chuda, o siwych, ściągniętych do tyłu włosach i o przyzwoitym tonie w odzywaniu się do więźniarek. Oświadczyła mi, że mam prawo do światła elektrycznego wieczorem oraz do wyrażania innych życzeń. Poprosiłam o większą miednicę. Popatrzyła na mnie, potem na podkomendną, która za nią stała, potem znów na mnie: "O większą miednicę? — powtórzyła ze zdziwieniem ogromnym — Nie, czegoś podobnego u nas nie ma! Ale na co to pani?". — "Jestem duża, a u nas takie miednice są używane najwyżej do szóstego roku życia". — „Merkwurdig!"[4] — i poszła.

Jeść dawali niewiele, ale więcej niż w Stanisławowie, było głodno, ale już wiedziałam, że tu z głodu nie umrę. W poniedziałek 30 listopada rano przyszedł "opiekun". Wyszliśmy na świat. Jechaliśmy tramwajem. Uderzyła mnie znowu, tak jak dawniej przed wojną, brzydoto mieszkańców i przede wszystkim mieszkanek Berlina. Stwierdziłam też, że zniszczeń jest bardzo mało i pomyślałam z bólem o Warszawie, którą wtedy uważałam za straszliwie zniszczoną. Znowu błądziliśmy, byliśmy w dwóch czy trzech miejscach, wreszcie weszliśmy do nowoczesnej kamienicy, gdzie na piętrze, na drzwiach mieszkania wisiała czarna tablica z ohydnym znakiem Der Richter beim Reichsfuhrer SS[5]. Na zegarze w przedpokoju była godzina dziesiąta. Wprowadzono mnie natychmiast. Opiekun pozostał za drzwiami.

Znalazłam się w dużym biurze. Przede mną stał wysoki mężczyzna w mundurze, o włosach i oczach czarnych, mający najwyżej lat 32 lub 33. Poprzednio powiedział mi "opiekun", że jadę na przesłuchanie u Sturmbannfuhrera (majora) Hertla. Dalej, pod oknem, stał drugi, wysoki, chudy blondyn w ubraniu cywilnym. Hertl zapytał mnie, wymawiając moje nazwisko dość poprawnie, o moją tożsamość. Kazał mi usiąść przy dużym stole naprzeciw okna, tak że pełne światło padało na mnie. Sam usiadł przy biurku z lewej strony, profilem do okna, a chudy blondyn zajął miejsce naprzeciw niego.

Hertl pokazał mi jeden z egzemplarzy mojego sprawozdania i zapytał, czy się przyznaję do autorstwa i do podpisu. Zapytał następnie: "Dlaczego pani to napisała?". — "Bo mi komisarz Kutschmann kazał napisać to, co mu powiedziałam". — "Jakie komisarz Kutschmann zrobił na pani wrażenie?" — „Jźinen richterlichen Eindruck "[6]. (Od tej chwili myślę, że Hertl już nie podejrzewał Kutschmanna i mnie o zmowę). "Ale dlaczego pani to napisała? Aby dać Niemcom naukę?" — "Polce, zamieszkującej Generalne Gubernatorstwo, taka myśl przy traktowaniu, jakiego doznajemy, w ogóle przyjść nie może. Chciałam ratować siebie, wierzyłam, że mnie komisarz Kutschmann zwolni, jak się dowie, za co zostałam aresztowana i jak byłam traktowana. Przecież Hauptsturmfuhrer Krűger tak mnie pytał, że nie mogąc poświęcić honoru, wyjścia nie miałam". — "Oczywiście, że pani nie mogła odpowiedzieć inaczej". Ton Hertla był rzeczowy, ale ostry, tempo przesłuchania niezwykle szybkie. Przypuszczam, że sędzia chciał stwierdzić, czy też w odpowiedziach moifch nie znajdzie jakiegoś odchylenia od treści sprawozdania. Starałam się więc możliwie odpowiadać słowami i zwrotami użytymi w piśmie, by tą mechaniczną ścisłością wzbudzić jego zaufanie. Chudy blondyn przez cały czas nie odzywał się w ogóle, natomiast oka ze mnie nie spuszczał. Z przesłuchania wynikły fakty następujące:

1) że Hertl był w Stanisławowie (kazał sobie na przykład opisać kancelarię Krűgera);

2) że przesłuchał tam szereg gestapowców, którzy przyznali rację mnie;

3) że Krűger absolutnie wypierał się faktu, że mi powiedział o zamordowaniu profesorów.

(Tu można było wyczuć wyraźnie, co mu Berlin przede wszystkim zarzuca, mianowicie, że mnie o tej sprawie powiedział, a nie, że profesorów zamordował).

Do tego ostatniego punktu Hertl wracał ciągle, powtarzając, że Krűger i jego sekretarka twierdzą, że nigdy nie byłam z nim sama, że sekretarka była zawsze obecna i nic o tym nie słyszała. Ja zaś ciągle powtarzałam, że przy drugim przesłuchaniu byliśmy sami. Hertl mówił kilka razy, że przecież Krűger takiej rzeczy powiedzieć nie mógł, lecz raz dodał, jakby sam do siebie: "No tak, ale skąd by pani o tym wiedziała, gdyby nie on to pani powiedział?". — "Na to już ja panu odpowiedzieć nie mogę" — odrzekłam.

Wreszcie powiedziałam powoli i bardzo dobitnie (sama czułam, że zmieniam ton i tempo wobec szybkiego, a nie głośnego dotąd przesłuchiwania): "Oświadczam w miejsce przysięgi, że tak było". Patrzyłam Hertlowi w oczy, obaj gestapowcy wbili swe spojrzenia we mnie. Nastąpiła chwila ciszy. Przerwał ją Hertl, oświadczając, że przesłuchanie jest skończone. Kazał mi wyjść do przedpokoju i czekać, aż spisze protokół. Wyszłam. Opiekun tam czekał i powiedział, że trwało godzinę i 20 minut. Po dłuższej chwili zostałam wezwana z powrotem. Hertl przeczytał mi protokół krótki i rzeczowy, odpowiadający w treści moim odpowiedziom. Na końcu było zdanie: "Jestem każdej chwili gotowa złożyć przysięgę na powyższe oświadczenie". Później nieraz zastanawiałam się nad faktem, że sędzia Himmlera, dla którego zbrodnia była przecież normalnym, codziennym spełnianiem obowiązku służbowego, jednak jeszcze wiedział, czym dla człowieka o moralności innej jest przysięga. Zgłosiłam jedną czy dwie drobne poprawki, które w protokole uwzględnił. Podpisałam, po czym mi oświadczył: "Wobec zeznań pani, muszę wytoczyć Kiigerowi proces. Niech się pani przygotuje na konfrontację". — "Będzie to może przykre, ale nigdy jeszcze niczego o kimś nie powiedziałam, czego bym mu w oczy powtórzyć nie mogła". — "Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. W sprawie pani — dodał innym głosem, przy czym po raz pierwszy unikał mego wzroku — to jeszcze zapadnie decyzja co do jej losów, po przesłuchaniu we własnej sprawie".

Wyszliśmy, wsiedli znów do tramwaju i wrócili na Alexander-platz. Tym razem, w godzinach południowych, budynek więzienny, schody i korytarze wydawały się jeszcze bardziej ohydne, obdrapane i brudne niż wieczorem, w dniu przyjazdu.

Gdy się drzwi celi znów za mną zamknęły, usiadłam na "łóżku" i starałam się uporządkować myśli. Byłam z tego pierwszego etapu nowej kampanii zasadniczo zadowolona. Miałam wrażenie, że mi Hertl uwierzył — a to było najważniejsze.

Konfrontacja z Krűgerem będzie prawdopodobnie etapem drugim. Zaczęłam się więc do niej przygotowywać i układać sobie odpowiedzi. Zastanawiałam się też nad owym przesłuchaniem we własnej sprawie, o którym mówił Hertl. Ciekawa byłam, jak długo przyjdzie na to czekać. Owej Ehrenhaft w Berlinie, którą Kutschmann uważał za rozwiązanie najbardziej prawdopodobne, zaczynałam się bać piekielnie. Być traktowaną ze szczególnymi względami przez wroga, być pozornie wolną i żyć wśród Niemców, być związaną wobec nich słowem honoru, którego waga przecież nie zależy od tego, komu ono jest dane, tylko jedynie od tego, kto je daje, wszystko to wydawało mi się sytuacją prawie potworną. Z drugiej strony, powtarzałam sobie, że mi przecież sam Hertl powiedział, że decyzja co do moich losów osobistych dopiero zapadnie. Jasne było, że wszystko zależeć będzie od przebiegu procesu Krűgera. Uważałam zresztą, że jeśli przyjdzie do konfrontacji, jeśli Niemcy posuną się tak daleko, że każą Polce świadczyć przeciwko oficerowi gestapo w jego obecności, to chyba zaraz potem muszą tę Polkę sprzątnąć. Z tym liczyłam się przecież od początku. Miałam ponadto wrażenie, że o ile przesłucha mnie sam Himmler, co Kutschmann uważał za wielce prawdopodobne, to również czekają mnie za to "piaski", tym razem berlińskie. Nie mam więc powodu bardzo martwić się o Ehrenhaft.

Zaczęłam się rozglądać po celi. W wielu miejscach na ścianach widniały na ciemnoszarej olejnej farbie napisy. Nieraz były to tylko inicjały, nieraz imiona i nazwiska, a czasem całe zdania. Przy łóżku, tuż nad moją głową mogłam z łatwością odczytać napis niemiecki: "Ewo, dziecko moje, masz 9 lat, któż ci kiedyś całą prawdę powie? Stań się taką, jaką pragnęłam cię wychować!" Potem inicjały i data z roku 1942. Trochę dalej drobniutkim pismem francuskim były wyryte igłą klasyczne słowa La Jeune Captive Cheniera: Je n'ai que 18 ans...[7], bez podpisu. Ile kobiet tędy już przeszło, i kim są te, które w tej chwili ze mną sąsiadują? Nieraz bowiem słychać je było przez grube dość ściany celi. Odpowiedź na to ostatnie pytanie przyszła szybko. Pewnego dnia usłyszałam dziwny szmer przy drzwiach i zobaczyłam wsuwający się złożony biały papier. Schnell, das ist ftir Sie[8] — usłyszałam głos Liesl, naszej sprzątaczki, która roznosiła też chleb, młodej dziewczyny, aresztantki kryminalnej. Pociągnąwszy mocno za papier, trzymałam w ręku list zaadresowany do mojego numeru celi. Sąsiadka po lewej, aktorka berlińska, w ten sposób się przedstawiała, podając równocześnie alfabet do pukania w jej ścianę. Zastosowałam go natychmiast, rozwinęła się rozmowa. Na moje zapytanie: Wbfur sitzen Się?[9], otrzymałam odpowiedź dość jasną: Kontakte mit Russland, meine Freundin schongekopftw[10]. Później nauczyłam się od niej, jak się windować po ścianie do okna w porze, gdy Wachtmeisterin bywa na obiedzie. Przez otwartą część górnego okna można było rozmawiać prawie normalnie z obydwiema sąsiadkami, aktorką po lewej i bibliotekarką po prawej stronie. Obie były wplątane w tę samą sprawę, dla której w owych dniach przywieziono z Głównej Kwatery Wodza piętnastu wyższych oficerów. (Przecież to już chyba długo trwać nie może, pomyślałam, słuchając tego wszystkiego).

Dla mnie ciekawa była wymiana myśli z osobami, które uważały to swoje postępowanie za obowiązek moralny. Spotkałam się wówczas po raz pierwszy z tą formą rozwiązania problemu, który musiał powstać w każdym Niemcu, o ile jeszcze wszelkiej etyki nie zatracił — i byłam przerażona. Hitleryzm do tego stopnia wymazał z ich sumień pojęcia, które wydają się nam podstawowe, że obie te kobiety zupełnie nie odczuwały, iż kontakty z wrogiem w czasie wojny są od wielu tysięcy lat uważane za zbrodnię, jedną z największych, jaką człowiek popełnić może. Mówiły, że hitlerowcy ich postępowanie oczywiście traktują jako zdradę stanu, lecz słowo to wymawiały z największym spokojem, bo uważały, że Rosja walczy tylko z reżimem, a nie z Niemcami; były przekonane, że ta sama Rosja przyniesie ich Ojczyźnie po obaleniu Hitlera okres niezmiernie szczęśliwy. Godność, z którą obie te kobiety odnosiły się do własnego losu, wzbudzała we mnie szacunek, natomiast rozumowanie ich było mi tak niewymownie obce, iż rozmowy nasze nieraz się urywały, dla niemożności znalezienia wspólnego języka.

 

Postawa tych, którzy szukali porozumienia z wrogiem, była tak samo moralnie nie do obronienia, jak linia, którą wybrał Kutschmann dla ratowania, ile się da, nawet z narażeniem siebie, ale bez wyciągania ostatecznych konsekwencji. Wtedy odczułam wyraźnie, że dla Niemca dziś już właściwie wyjścia nie ma. Tego śmiertelnego grzechu, który popełnił każdy z nich wówczas, gdy dopuścił zbrodnię do władzy, gdy uległ kusicielowi, który mu mówił, że należy do narodu wyższego ponad inne, i obiecał panowanie nad światem, tego grzechu już nie zmyje z niego nigdy nic — nawet zdrada stanu.

I znowu po raz setny czułam tak bardzo intensywną wdzięczność wobec Stwórcy za przynależność do narodu, który w tej rozpaczliwej walce o własny byt broni zarazem wszystkich najwyższych dóbr ludzkości.

Krąg moich znajomości wśród współwięźniarek miał się wkrótce rozszerzyć. Zostałam bowiem zapytana, czy chcę iść do lekarza. Ponieważ moje dolegliwości skórne ulegały stałemu pogorszeniu i odbierały prawie wszelką możliwość snu, zgłosiłam się do badania.

W pewien czwartek po południu Wachtmeisterin przyszła po mnie i sprowadziła w dół, z piątego piętra na parter. Kazano mi wejść do poczekalni i tam czekać na swoją kolejkę. Po ciszy mojego oddziału, miałam wrażenie, że weszłam do ula, gdy się znalazłam w małej dość poczekalni i zobaczyłam dwadzieścia parę kobiet wszelkiego rodzaju i wieku, zbitych w grupki. Prowadziły one ze sobą rozmowy szeptane czy półgłosem, pośpieszne, urywane i patrzyły coraz to na drzwi prowadzące do ordynacji lekarskiej, które się od czasu do czasu otwierały. Wówczas wywoływano nazwisko i jedna z obecnych wchodziła do lekarza. Gdy tam stałam, podeszła do mnie kobieta bardzo wysoka i bardzo koścista i zapytała o moją narodowość. Gdy jej powiedziałam, że jestem Polką, odpowiedziała: "Ja jestem Niemką, ale z tych, które walczą o Stany Zjednoczone Europy". — "Pod przewodnictwem Rosji?" — zapytałam z miejsca, ponieważ już znałam to hasło z rozmów "okiennych". "Tak, tak" — odpowiedziała z ożywieniem. — "Oczywiście Rosja nas weźmie pod swoją opiekę, pójdziemy za jej przykładem". — "Ładna perspektywa" — pomyślałam.

Dalszą konwersację przerwałam, bo w tej chwili z innego kąta doszły mnie urywane słowa rozmowy, którą tam dwie kobiety prowadziły w języku polskim. Pożegnałam się więc z przyszłą obywatelką Stanów Zjednoczonych Europy i podeszłam do Polek. Jedna z nich, bardzo młoda, szybkim, przyciszonym głosem jakby referowała. Druga, starsza, słuchała uważnie i przerywała tamtej pytaniami. "Dzień dobry" — powiedziałam, przystępując do nich. Rozmowa się urwała, obie popatrzyły na mnie. "Cieszę się, że słyszę swój język" — powiedziałam i czekałam na odpowiedź. "Pani chwileczkę zaczeka" — powiedziała starsza — "niech ja najpierw z tą panią skończę". Zaczekałam i z rozmowy, prowadzonej teraz już bardzo ostrożnie, zrozumiałam, że tu chodzi o poradę, jak odpowiadać przy przesłuchaniach. Gdy się oddaliłam więc trochę, żeby nie przeszkadzać, natychmiast znów wypłynęła przy mnie owa ogromna Niemka, zapewniając mnie, że i Polsce, i Niemcom będzie niewymownie dobrze pod opieką Rosji. "Czy tu jest dużo wyznawców tej idei?" — zapytałam. "Jeszcze nie dosyć, żeby zrobić koniec z tym wszystkim, co się tu dzieje. Widzi pani, tu w pokoju jest szereg komunistek" — i wskazała na parę grup. "Wszystkie nas wzięto w jednej sprawie, dla której zaaresztowano też pewną ilość oficerów z Głównej Kwatery Wodza, ale to wszystko za mało. Jeszcze jesteśmy za słabi".

Wtem przystąpiła do mnie owa Polka, na którą czekałam. Była to kobieta może 45-letnia, niska, szczupła, z czołem wysokim, kruczymi, przyprószonymi siwizną włosami, bardzo gładko w tył zaczesanymi. Wyrazisty nos i cienkie dość usta nadawały tej bladej twarzy wyraz intensywności i energii, wielkie, bardzo czarne oczy miały niezwykle dużo życia. "Skąd się pani wzięła? Z kraju? Skąd? Kiedy?" Odpowiadałam na pytania, gdy zaś zapytała również o nazwisko, powiedziałam, że przecież nazwisk w więzieniu nie potrzeba. "Przeciwnie, właśnie w więzieniu trzeba wiedzieć, z kim się ma do czynienia. Proszę o nazwisko". Było to powiedziane głosem prawie rozkazującym. Ta nieznana mi osoba, o przeszło głowę ode mnie niższa, budziła jednak we mnie taki respekt, że usłuchałam. Twarz interlokutorki rozjaśniła się. "Co? Lanckorońska? Widzi pani, jak dobrze, że pani powiedziała — wyciągnęła rękę — Bortnowska". Padłyśmy sobie w objęcia. Maria Bortnowska* była bardzo znaną i bardzo poważaną pracownicą Polskiego Czerwonego Krzyża oraz wielce zasłużonym żołnierzem AK, o czym również dobrze wiedziałam. Nie znałyśmy się dotychczas osobiście, ale miałyśmy od dawna kontakt ze sobą poprzez współpracowników jawnych i tajnych. Wymieniłyśmy więc szybko polecenia i adresy przyjaciół, których należy uwiadomić w razie śmierci jednej z nas i zwolnienia drugiej. Potem Bortnowska opowiedziała mi krótko, że miała przesłuchania liczne i dręczące, dotychczas Niemcy się w niczym nie zdążyli zorientować, dzięki bardzo twardej postawie. Prosiła, bym zawsze chorowała w czwartki, bo ona się w ten dzień zgłasza do lekarza, jak i kilka innych Polek, wśród nich owa młoda dziewczyna, z którą przed chwilą rozmawiała. "To ciężka sprawa, dziewczyna została wysłana na roboty do Niemiec. Tam z rozkazu rysowała plan fabryki, gdzie pracowała. Została zaaresztowana, plan znaleziono".

Nagle Bortnowska została zawołana do lekarza. "A więc w przyszły czwartek" — i poszła.

Wkrótce za nią weszłam i ja, ale już jej nie zastałam. Stary, doświadczony lekarz więzienny obszedł się ze mną przyzwoicie. Wysłuchał mnie uważnie, zbadał i skrzywił się. "Jeśli pani nie wyjdzie szybko, będzie bieda. Jak dawno pani siedzi?" — "Siedem miesięcy". — "No tak, to jest sprawa nerwowa". — "Nie jestem histeryczką". — "Niestety, nie" — odpowiedział stary. "Gdyby pani nią była, odprężyłaby się pani w inny sposób. Nie byłoby doszło do nerwowego zapalenia skóry. Pani mi na to wygląda, jakby pani nie płakała w celi". — "Oczywiście, że nie, a po co miałabym płakać?" — "Lekarstwo dam, podziała kojąco, ale procesu chorobowego nie zatrzymam". Dał lekarstwo, jakaś Wachtmeisterin kazała mi wyjść. Chciałam wrócić do poczekalni, lecz wyprowadzono mnie innymi drzwiami, wprost na schody i do celi.

Spotkanie z Bortnowska znaczyło dla mnie bardzo wiele. Przestałam być sama w Berlinie. Udało mi się spotykać z nią w czwartki jeszcze dwa razy. Wyglądała coraz gorzej — przesłuchania stawały się coraz cięższe, przy czym jej siła moralna zdawała się wzrastać z każdym tygodniem. Przy ostatnim naszym widzeniu była też obecna owa młoda robotnica fabryczna, którą widziałam za pierwszym razem. Była blada, ale zacięta — miała już wyrok śmierci. Istniała jeszcze słaba nadzieja, która się zresztą nie ziściła, że pomimo wyroku zostanie wysłana do Ravensbrűck, dokąd i mnie niegdyś wysyłał Krűger. Nie tylko dla owej dziewczyny, ale i dla siebie samej uważała Bortnowska obóz koncentracyjny za najlepsze rozwiązanie. Skończyłyby się już raz przesłuchania, byłyby w towarzystwie innych Polek — znała szereg kobiet, które już tam były i wyobrażała sobie tak samo jak i ja, że przebywanie wśród więźniarek politycznych wyłącznie musi być pociechą ogromną i wielkim źródłem sił. Współżycie z osobami narodowości innych, a ideowo z nami związanymi, musi też być piękne i zajmujące. Dalsze moje z Bortnowska spotkania nie doszły do skutku, bo Wachtmeisterin pozwalały mi schodzić do lekarza tylko w piątki — myślę, że się zorientowały, że mi na czwartkach szczególnie zależało. Obchodziły się ze mną zresztą przyzwoicie. Gdy mi się raz Liesl na nie skarżyła, co uważałam za prowokację, odrzekłam, że nie mam powodu do skarg. "No oczywiście, one mają co do pani specjalny rozkaz, przecież tu wszyscy wiedzą, że pani jest kuzynką Mussoliniego". Zaprzeczyłam z przerażeniem, co miało ten skutek, że Liesl już odtąd odnosiła się do mnie z mniejszym znacznie respektem.

Miałam wówczas pozwolenie kupowania gazet i książek "odpowiednich". Zażądałam Mein Kampf i otrzymałam natychmiast tę książkę, arcyciekawą, w której cały plan olbrzymiej, na światową skalę zakrojonej zbrodni, jest przedstawiony zupełnie jasno. Zrozumiałam wówczas, że każdy Niemiec, który — przeczytawszy tę książkę — poszedł za tym człowiekiem, musi być zupełnie świadom tego, na co się godzi.

Pewnego dnia otworzyły się drzwi celi, Wachtmeisterin przedtem zapowiedziała wizytę Herr Direktor — wtem już stanął we drzwiach starszy, ubrany po cywilnemu Niemiec, a za nim Frau Vorsteherin. Dyrektor zapytał mnie, czy pragnę wyrazić jakieś życzenie. Po niepowodzeniu z miednicą postanowiłam sięgnąć do innej dziedziny. Poprosiłam o Goethego. Chwila milczenia, wreszcie się Herr Direktor odezwał: "Przecież pani jest Nationalpolin?!". Zdębiałam. "Tak jest". — "A pani chce czytać Goethego". — "Nie widzę związku między jednym a drugim" — odparłam. Dyrektor potrząsnął głową i wyszedł. Na drugi dzień przyszła stara Vorsteherin i oświadczyła, że mi przyniesie i Goethego, i Schillera, bo posiada dzieła obu, ale że to potrwa dzień lub dwa, bo są w naftalinie. Rzeczywiście w dwa dni potem przyniosła silnie naftaliną pachnące tomy, których przybycie sprawiło mi ogromną przyjemność. Rzuciłam się do czytania, ale wkrótce zrobiłam odkrycie nad wyraz bolesne. Nie tylko Goethe, którego nigdy dobrze nie zrozumiałam, ale nawet Schiller, którego niegdyś wielbiłam, stali się dla mnie dziwnie trudni do zrozumienia. Miałam wrażenie, że jakaś zapora stanęła między mną a nimi — tą zaporą był język niemiecki. Ten sam język, w którym niegdyś przyjmowałam tyle dóbr kulturalnych, był dziś dla mnie jakby skażony. Przeżycia lat ostatnich go zhańbiły. Odczuwałam tę odrazę tak bardzo silnie, że nie pomogło namawianie siebie, perswazje, że sama sobie szkodzę, zacieśniając sobie własny horyzont kulturalny. Czytałam oczywiście dużo, ale bez prawdziwego wewnętrznego pożytku.

Przyszły święta, ciche, skupione, spędzone w pewnej intymności, którą dać może tylko samotność, bez walk, bez konfliktów.

Już miesiąc prawie minął od owego przesłuchania u Hertla — a dalszego ciągu wciąż jeszcze nie było. Minął sylwester, zamknięcie tego roku 1942, tak bardzo dla mnie bogatego w doświadczenia, rozpoczął się rok nowy, 1943, który już na pewno Polsce wolność przyniesie. Wreszcie 8 stycznia przyszła Wachtmeisterin i kazała się szykować do drogi, gdyż jutro jadę z transportem do RAVENSBRUCK.

Na drugi dzień, 9 stycznia o jedenastej rano stałyśmy czwórkami w szerokim, parterowym korytarzu więzienia. Było nas 70. Policjanci i wachmeisterki biegali, liczyli, szukali i bardzo się kłócili, ciągle kogoś czy czegoś brakowało. Wreszcie szukano więźniarki, która miała pieniądze złożone w dyrekcji. Ta poszukiwana nazywała się Bankowska. Była nie do odnalezienia. Wtem błysnęła mi myśl, że to mogłabym być ja, ponieważ znalezione przy mnie w chwili aresztowania pieniądze aż tu dowiozłam. Podniosłam więc rękę. Wachtmeisterin niechętnie udzieliła mi głosu. Do mojej hipotezy, że tu może chodzić o mnie, odniosła się z niedowierzaniem, wreszcie po długim namyśle powiedziała: "Trzeba zatelefonować na piąte piętro — ob Się nicht in der Zelle sind[11]". Ani drgnęłam wobec tak nieoczekiwanej możliwości mojego rozdwojenia. Okazało się jednak po dalszych piętnastu minutach, że mnie w celi nie ma i że pieniądze były w dyrekcji zapisane na nazwisko nawet trochę podobne do mojego. Wreszcie po godzinie ruszyliśmy. Na dziedzińcu załadowano nas do dwóch samochodów więziennych. Były to wielkie paki z maleńkimi zakratowanymi szparami. Stałyśmy po 35 kobiet, ściśnięte jak sardynki. Przypatrywałam się towarzyszkom. Były to głównie Niemki. Twarze ich dziwnie nie licowały z pojęciem, jakie miałam o deportowanych politycznych. Były bardzo podniecone, gadały dużo i głośno. Dyskutowały nad problemem, jak by to zrobić, żeby nie być poznanym na dworcu przy wsiadaniu do pociągu, jak zasłonić twarz lub część twarzy itd. Zastanowił mnie ten ich lęk. Gdy mnie prowadzono przez Lwów, tak bardzo pragnęłam spotkać kogoś znajomego i w ten sposób dać znać o sobie. Czegóż się one boją i dlaczego tak strasznie wyglądają? Przecież to są typy po prostu kryminalne!

 

 

 


[1]   pani wachmistrzyni

[2] czyny haniebne

[3] przełożona

[4] Osobliwe!

[5] Sędzia Fuhrera Rzeszy SS.

[6] Wrażenie sędziowskie

[7] Mam zaledwie 18 lat...

[8] Szybko, to dla pani.

[9] Za co pani siedzi?

[10] Kontakty z Rosją, moją przyjaciółkę już stracono.

[11] ... czy pani me ma w celi.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.