Wspomnienia wojenne-10

Lwów, wrzesień, II rok wojny, 18 K 1942

I have been studying how I may compare

Thisprison where I live unto the world:

And for because the world ispopulous

And here is not a creature but myself,

I cannot do it: yet I'll hammer't out,

My brain I'llprove thefemale to my soul,

My soul thefather: and these two beget

Ageneration ofstill —  breeding thoughts.

And these same thoughts people this little world.

(King Richard II)

Dalej mówi Ryszard:

In humours like the people ofthis world

For no thought is contented[1]

ale tych stów ja już jako motto tu wypisać nie mogłam, bo tego o swoich myślach nie mogę powiedzieć. Wiele moich myśli arę contented. Po ogromnym wysiłku tych lat ostatnich nastąpił dla mnie przymusowy okres medytacji i skupienia, po pracy wyłącznie praktycznej, ostatnia możliwość wysiłku, jaka mi pozostała, jest wyłącznie duchowa — bo mi wolno mieć książki. Z początku tego okresu lwowskiego czytałam same dzieła historyczne: [...] Guglielmo Ferrero: Grandeuret decadence de Rome, 4 tomy. Pisane trochę po dziennikarsku [...] płynnie, gładko, przy ostrożnym wymijaniu istotnych problemów i bez talentu psychologicznego. Jednak tej lektury Ferrera nie żałuję. W obliczu ogromu owych wypadków nabywa się tego, co daje dystans, oderwanie, a zatem spokój ducha, tzn. pokorę przed historią.

Renan: Marc-Aurele, prześlicznie napisane. W młodości i ja zachwycałam się myślami Marka Aurelego. Dziś jest on mi obcy do szpiku kości i myślę, że to nie jest nastawienie indywidualne: O Homme tu as etę citoyen de la grandę Cite vat'en avec un coeur paisible po prostu nie wystarcza (o ile się nie jest w mojej obecnej sytuacji).

Szczęśliwy i bez wielkich konfliktów okres końcowy XIX w. podziwiał, a nawet heroizował tych, którzy gardzili używaniem życia, dla nas to za mało. Marek Aureli duszę swoją, niezmiernie szlachetną, jakby z życia wycofał. Jest w tym coś indyjskiego, dla nas ta cnota wydaje się jakby blada i daleka od owej ińrtus, której nam tak trzeba. W słowie cudownym ińrtus jest i cnota, i siła, arete ifortitudo zarazem), virtus jest podstawą akcji w ogóle, a więc i akcji najważniejszej, tj. etycznego oddziaływania na drugich, oraz akcji każdej, po prostu czynu...

Stosunek Marka Aurelego do otoczenia, do ludzi w ogóle, też nasuwa wiele wątpliwości. Jeśli się przechodzi nad złem jako nad rzeczą konieczną w każdym człowieku, w ten sposób, że się tego zła świadomie nie widzi, wtedy ten drugi czuje się w wielu wypadkach tym samym "dyskulpowanym", tzn. nie poczuwa się do obowiązku pracy nad własnym charakterem, dla wykorzenienia tego złego — a pobudzenie tego drugiego do pracy nad sobą jest jednym ze szczytowych obowiązków ludzi odpowiedzialnych. Osiąga się ten cel dwiema drogami — przykładem ponad wszystko, większą wobec siebie niż wobec drugich surowością, większym wymaganiem, a poza tym wymaganiem od drugiego w miarę i w granicach jego możliwości. Mając czas, i to dużo czasu, do zastanawiania się nad tymi zagadnieniami, starałam się w tych miesiącach, danych mi może dla skupienia wszystkich swoich sił moralnych i przygotowania się do dalszej pracy — o ile mam pozostać jeszcze przez parę lat w winnicy Pańskiej — zająć stanowisko wobec tych problemów, stanowisko osobiste, tzn. odpowiedzieć sobie na pytania [...] co do rozwoju własnego charakteru, jedynego terenu działalności, jaki mi pozostał. Lektura Renana pobudza bardzo do takich rozmyślań...

S i n k o: Literatura grecka — 2 tomy.

... Rozdziały o Homerze, szczególnie o Iliadzie, dały mi bardzo wiele, dały mi przede wszystkim możliwość myślenia przez parę dni i parę nocy o Iliadzie.

To, co Sinko pisze o "pogodzie Iliady" i o "czarze Odysei", porównania, które przeprowadza (na korzyść Iliady), jest piękne i trafne, ale nie wydaje mi się wyczerpywać tego olbrzymiego tematu. Atmosfera Iliady jest nie tylko słoneczna, ale przede wszystkim heroiczna. Lektura Iliady jest nie tylko "kąpielą słoneczną" dla ducha i nie "przenosi nas jedynie w jakiś rajski poranek świata i ludzkości", tylko i przede wszystkim jest epopeją piękna, które promieniuje z bohaterstwa. Na pojęciu bohaterstwa w każdym z nas, który kiedyś czytałlliadę, świadomie czy nieświadomie, spoczywa blask bijący od tarczy Achillesa, a może bardziej jeszcze od aureoli, która opromienia ofiarę Hektora. Iliada — wywyższa, nas, ponad nas samych, dlatego wszyscy ludzie o indoles idealistycznym zawsze będą woleli Iliadę od Odysei, epopeję herosów od przygód andros polytropou[2], bohaterstwo od sprytu. Myli się Sinko, jeśli mówi, że młodzi kochają Odyseję, a starsi Iliadę.

Subiektywnie tu wspomnę, że o ile o mnie chodzi, to czytałam Homera po raz pierwszy mając lat l8 — odniosłam z Iliady wrażenie od pierwszej chwili piorunujące, dające się porównać jedynie z wrażeniem, jakie w trzy lata przedtem odniosłam we Florencji z Dawida Michała Anioła, a z Odysei nie pamiętam nic![3]

Nie wierzę w ogóle (nawiasem mówiąc) w zmianę nastawienia do dzieł sztuki z wiekiem. Nie wierzę też, by dzieło sztuki, które robi na kimś wielkie wrażenie w młodości, mogło w późniejszym wieku "zblaknąć", tak samo jak nie blakną ideały młodości. Rozwijają się one i dojrzewają z człowiekiem, ale ten, który w młodości przysięgi im składał, zawsze, choć w cząstce, będzie dążył do ich spełnienia, a ten, który nie mial komu lub czemu przysięgać wierności za młodu, nie odkryje później nagle ideałów życiowych, bo ich nie ma. Kto się ślepcem urodził, nie stanie się widzącym z wiekiem.

Wracając do Iliady, zapewne już zauważono, że u progu kultury greckiej i kultury włoskiej stoją dwie epopeje, zarazem dwa najwyższe szczyty w literaturach tych kultur — Iliada i Boska komedia. Jak każde arcydzieło, tak i obie te epopeje nie tylko rozpoczynają nowy okres rozwoju ludzkości, ale są i zarazem zamknięciem poprzedniego. Spór, czy Iliada należy jeszcze do kultury miceńskiej, czy już do greckiej, jest tak samo jałowy, jak spór, czy Dante jest największym poetą średniowiecza, czy renesansu. Słupy graniczne, widne z daleka, należą do jednej i drugiej strony.

To, co w tym porównaniu uderza, jest, że ani w Iliadzie, ani w Boskiej komedii nie ma, dla laika przynajmniej, objawów przekwitania kultur poprzednich ani niedojrzałości kultur młodych. Geniusz Grecji i geniusz Włoch rodzą się w tych dziełach w pełnym uzbrojeniu z Ducha Bożego, jak Pallada z mózgu Jowiszowego.

Wypadki, które się działy wokoło mnie w więzieniu na ul. kiego, odbijają się tylko pośrednio na tych notatkach, które nie były nigdy pomyślane jako pamiętnik, tylko jako soliloąuia o rzeczach jedynie ważnych. Poza tym liczyłam się oczywiście każdej chwili z rewizji celi, która też raz miała miejsce. Trwała jednak nadzwyczaj krótko, bo SS-man nadział się najpierw akurat na słownik grecki. Jak go zobaczył, oczy wybałuszył, rewizję przerwał i poszedł.

Pomimo pozornie tak kompletnej izolacji miałam jednak już kontakt ze "światem", tj. z więzieniem, ponieważ raz na tydzień prowadzono mnie pod tusz. Zaraz za pierwszym razem, gdy przyszła po mnie strażniczka z mego dawnego oddziału, powiedziała mi, że było znów Himmelfahrtskommando, że rym razem poszła docent Helena Polaczkówna z wierną służącą i szereg innych, m.in. Zofia Kruszyńska[4].

Tuszem, tj. regulowaniem wody gorącej, zajmował się Ukrainiec, inżynier spod Kijowa, z którym co tydzień ucinałam sobie dłuższą rozmówkę, bo mnie strażniczka zwykle "zapominała" natychmiast odprowadzić do celi. Inżynier miał na imię Tymon, nazwiska nie pamiętam. Był młody, żywy i nadzwyczaj głodny wiedzy. Ktoś mu powiedział, że jestem naukowcem, odnosił się więc do mnie bardzo ładnie, trochę jak do kogoś, kto posiada skarby, lecz nie żałuje ich drugiemu, i przyznawał się, że cały tydzień czeka na rozmowę, z której się za każdym razem czegoś nowego może nauczyć. Opowiadałam mu więc w tych dwudziestu minutach cokolwiek, co go mogło interesować, za co on mi podawał trochę wiadomości politycznych, zasłyszanych od świeżo aresztowanych. Mówił, że to jeszcze potrwa długo, ale nie wątpił ani na chwilę w katastrofę Niemiec. Nie mówiliśmy oczywiście nigdy o rym, co "będzie potem", mówiliśmy natomiast, tzn. opowiadałam mu, o rym, co czytałam w tych dniach. Słuchał jak ewangelii, dziękował jak dziecko. Nieraz, gdy było bardzo ciężko, to czasu nie było na te pogadanki, bo inżynier musiał mi opowiedzieć, co się znowu w tym tygodniu działo. Widziałam, że go to opowiadanie najwyraźniej odpręża i uspokaja, że opowiada tak, jak człowiek musi wypluć rzecz wstrętną. Mówił, czy znów była egzekucja, zwykle też wiedział, ilu tym razem poszło "na piaski". Często nawet wiedział, kto poszedł, szczególnie wtedy, gdy chodziło o kogoś dobrze ubranego. Wszystkie bowiem ubrania po zabitych przynoszono do niego do łaźni "na dezynfekcję". Tam SS-mani się potem nimi dzielili. Jeśli poszedł "elegant", to nie dochodziło czasem do dezynfekcji, ponieważ SS-mani natychmiast rzucali się na rzeczy. Często chodziło o futra męskie czy damskie, głównie żydowskie, w których pod podszewką znajdowali nieraz złoto lub dolary. Wówczas dochodziło do regularnych bitew między oprawcami. A zachłanność ich wzrastała, w miarę jak coraz więcej było rzeczy do zdobycia. W tym okresie coraz bardziej męczył mnie lęk przy pacierzu. Chodziło o słowa "jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Odpuścić to, co się działo wokoło mnie, stawało się wręcz niemożliwością. Zupełnie mi już nie chodziło o siebie — bo chodziło o męczarnię tysięcy! Przecież nie mogłam kłamać Bogu! Wreszcie (długo się męczyłam i strasznie się gryzłam) wycięłam te słowa z Modlitwy Pańskiej i — tak okaleczoną — odmawiałam ją do końca wojny. Gdy po uwolnieniu powiedziałam o tym księdzu, odpowiedział: "Wielu tak postąpiło".

Działo się bowiem coraz gorzej, o tym i w celi wiedziałam bardzo dobrze. Bo jeśli mnie władze nie potrafiły nawet odciąć od wszelkich kontaktów z resztą więzienia, to tym mniej potrafiły pozbawić mnie słuchu. A przyszły chwile, w których przeklinałam własne uszy. W zupełnej, absolutnej samotności, gdy nic nikomu pomóc nie można, niełatwo jest słuchać godzinami, jak męczą drugich. Nie mówię tu o jękach, które w każdym więzieniu przedzierają się do innych cel — to należy do życia więziennego; na Łąckiego owej jesieni działy się jeszcze rzeczy inne. Był to okres likwidowania getta lwowskiego i Żydów w Polsce całej. Wiedziałam od Tymona, że w mieście mordują ich masami. Pewnego dnia zaczęły się sceny na dziedzińcu, tym wybrukowanym żydowskimi grobowcami. Tam spędzano duże grupy Żydów. Sądząc z kroków (do wysokiego okienka mojego dostać się nie mogłam) było ich kilkuset. Wycie SS-manów, bicie kolbami i jęki zagłuszały chwilami nawet kroki tych ludzi. Czasami padał strzał, później dowiedziałam się od Tymona, że to Pelz (jeden z głównych SS-manów) w ten prosty sposób usuwał z szeregów starych czy chorych, których nie potrafili zmusić do marszu. Przy wychodzeniu z dziedzińca każdą dwójkę czy czwórkę — tego nie wiem — bito regularnie, by dać rytm marszowi. Z czasem rozeznawałam dokładnie suchy trzask uderzenia kolbą w głowę od bardziej tępego bicia po ramionach czy plecach okrytych odzieżą.

Czasami ładowano ich na lory. Pamiętam, gdy zabierano raz kobiety z dziećmi, głos bardzo wysoki jednej z nich. Powtarzała ciągle to samo: Jch bin keinejudin. Bitte telephonieren Się Pełczyńska — Zentrale Zimmer (tu podawała numer pokoju i nazwisko komisarza), sonst wirdes zu spdt, das ist ein Misverstdndnis! Ich bin keine Jiidin!"[5] Im bardziej starano się ją uciszyć, tym wyższym dyszkantem rozpaczy powtarzała ciągle te same słowa, przy czym łamana jej niemczyzna nie miała nic żydowskiego. Tymczasem ładowano i bito dużo innych, a ta jedna ciągle i coraz głośniej wołała, aż wreszcie zawarkotały motory. Samochody ruszyły, jeszcze słychać było ten sam, teraz już strasznie wysoki głos: „Bitte telephonieren". Lory wyjechały. Dziedziniec opustoszał, zapanował spokój — do następnego razu.

Rozmowy SS-manów na dziedzińcu też często mnie dochodziły. Raz w nocy, pamiętam, że mówili: "Chodźmy trochę do Żydówek. Ordnung machen". Poszli. Słuchałam, bo wiedziałam, że zbiorowa cela Żydówek znajduje się pode mną i że podłoga jest bardzo cienka. W chwilę później już zaczęły się odzywać piski i krzyki kobiet i dzieci, śmiech i dzikie ryki SS-manów — trwało to do rana.

Rano zaś wracało światło — a z nim książki i zeszyty.

 

 

20 IX, niedziela (19. W wiezieniu)

What, in ill thoughts again?

Men must endure theirgoing hence

even as their coming hither.

Ripeness is all.

(Edgar in King Lear, VII[6])

Ostatni wers w zeszycie zapisany dużymi literami i dwa razy podkreślony.

Poza tym 28 października zabrano mnie z celi dużej i jasnej, w której od 4 sierpnia przebywałam, i przeniesiono do celi innej na tym samym piętrze, bardzo małej i bardzo ciemnej. Przenosiny odbyły się w ten sposób, że otworzono nagle drzwi, SS-man z wrzaskiem kazał mi rzeczy zabrać i dał mi do pomocy młode Żydówki, które właśnie sprzątały korytarz. Jedna z nich, o regularnych syryjskich rysach, podobna do świętych na mozaikach Rawenny, wzięła książki, spojrzała na Tucydydesa i paru łacińskich autorów i stanęła jak wryta. SS-man poszedł na chwilę na korytarz, dziewczyna więc szepnęła mi do ucha: "Co to jest? Kto pani jest? Toż to był kiedyś mój świat! Jestem uczennicą prof. Ganszyńca[7]. Gdy niosła książki przez długi korytarz, łzy rzęsiste padały na nie z jej dużych, czarnych oczu, ale nie szlochała.

Przez kilka dni przychodziła potem do judasza mojej nowej celi — który nie miał szybki — podczas sprzątania, tak że mogłam jej podawać trochę jedzenia. Potem był znów wielki exodus Żydów z dziedzińca. Na drugi dzień znowu Żydówki sprzątały korytarz, ale mojej klasyczki już między nimi nie było.

Nowa cela była na tym samym korytarzu co dawna. Było to dla mnie bardzo ważne, bo znałam SS-manów i znałam sąsiadów, tj. wiedziałam, komu można dać jedzenie do roznoszenia i kto gdzie "mieszka". Między SS-manami byli też różni ludzie, byli i Austriacy, i Foksiki (Volksdeutsch),np. jeden słuchacz Politechniki Lwowskiej, który mnie znał i wyraźnie się wstydził. Był też między sprzątającymi jeden dziwak, Niemiec, który twierdził, że jest księdzem. Tym ludziom można było podawać przesyłki dla tamtych cel, gdy się im wręczało i dobrą porcję dla nich. Roznosili jedzenie zazwyczaj dość sumiennie. Sąsiedzi na potwierdzenie otrzymania prowiantu stukali do ściany, mieszkający nade mną artysta teatru lwowskiego tupał nogami, a dalej mieszkający szeptali przez judasza, gdy szłam lub wracałam z kąpieli (zawsze w czwartki), że dostali — lub nie dostali — tyle a tyle razy. Ponieważ szłam ze strażniczką Polką, pozwalała mi nieraz na podawanie przez judasza przekrojonych już ćwiartek cebul lub kostek cukru, o ile oczywiście nie było właśnie na górnym korytarzu SS-mana.

Jedną z najważniejszych osób dla mnie była przez długi czas dziewczynka 10-letnia, Janka (zapomniałam nazwiska), aresztowana za udział w konspiracji. Dziecko bezustannie, zamiast wypierać się wszystkiego, powtarzało, że wie, ale nie powie, bo jest Polką. Mieszkała z kobietą Volksdeutsch, która ją miała szpiegować, co Janka opowiedziała w kąpieli, i którą, wobec tej sytuacji, też dokarmiać musiałam. Po kilku tygodniach zabrali Jankę. Na parterze była druga konspiratorka, 8-letnia, ale do tej docierałam tylko pośrednio i bardzo rzadko, była specjalnie pilnowana i w przeciwieństwie do Janki nigdy nie prowadzona do kąpieli.

Ponieważ pozwolenie otrzymywania paczek w dowolnej ilości nie zostało nigdy cofnięte, więc Niemcy, którzy na szczęście w obliczu Befehl[8] nigdy nie myślą, nie dziwili się fenomenalnemu nadal apetytowi tego więźnia, tak hermetycznie od świata odciętego. Ta minimalna możliwość niesienia pomocy była dla mnie ogromnym źródłem sił.

Nowa cela przyniosła pewne pogorszenie sytuacji fizycznej. Nie tylko była bardzo ciemna, nieba już w ogóle widać nie było (z tamtej codziennie wieczorem mogłam przez kraty patrzeć na Kasjopeję), cela była malutka — mogłam teraz zrobić tylko dwa kroki w jedną stronę, a dawniej spacerowałam swobodnie. Przede wszystkim zaś była nadzwyczaj wilgotna, przechodziły przez nią jakieś duże, zawsze mokre rury, co w listopadzie było nieprzyjemne. Gorsze jeszcze, że światło było bardzo marne, tak że po południu z trudem tylko można było czytać i pisać. Po paru dniach odebrano mi "na rozkaz" i to światło i zastąpiono błękitną lampeczką nocną. Oznaczało to dwie rzeczy — że od jakiegoś czasu jestem specjalnie szykanowana i przede wszystkim, że pisanie o Michale Aniele i wszelka lektura zostały tym samym ograniczone, gdyż po trzeciej po południu było już zupełnie ciemno w celi. W tych godzinach wieczornych głównie więc deklamowałam wszelkie wiersze, jakie potrafiłam wygrzebać ze swej pamięci. Był jeden SS-man, zresztą dosyć paskudny, którego to moje głośne zachowywanie się wśród śmiertelnej nieraz ciszy tej kaźni wyraźnie niepokoiło. Specjalnie nie lubił Manzoniego Cinąue magio i przede wszystkim Iliady. Sprawdzał wówczas zawsze, czy też zamki są u mnie w porządku, czy się nie wymknę. Gdy się zbliżał korytarzem, opierałam się o drzwi, wołając głośno np.: klythi meu argyrotoks [usłysz mnie srebrnołuki] (Iliada, ks. I). Uciekał wówczas kłusem na drugi koniec korytarza.

Powtarzałam sobie też często wiersze mojej ukochanej Emily Bronte. Raz, pamiętam, szmer przedziwny mi przerwał — jakby regularne padanie dużej kropli z wysokości. Nie mogłam wykombinować w ciemnościach, co i skąd może tak kapać, aż się domacałam na stole torebki papierowej z kostkami cukru, przysłanej mi tego samego dnia z Komitetu. Cukier się po prostu roztapiał w wilgoci i spływał kroplami ze stołu. Położyłam więc torebkę na talerz gliniany, a rano miałam na śniadanie smaczną bardzo wodę z cukrem.

W notatniku w tych dniach rozpisywałam się nad problemem, jak wytłumaczyć młodzieży akademickiej, czym jest praca naukowa, czym jest w ogóle Nauka i jej służba. Jest tam też na dzień Wszystkich Świętych normalne wspomnienie zmarłych; i Ojca mojego, i przyjaciół osobistych i tam, na cmentarzu Rakowickim mam przecież i groby tych, co mi na rękach umarli — [...] Kozlowskiego, Bielewicza, Wierzbowskiego..,, a na Salwatorze ten grób, od którego dziś jeszcze bije i bić będzie silą Ducha i Wiary, odwiedza dziś jak zawsze Rózia z synami. Czy ja tam jeszcze kiedyś z nimi pójdę?![9]

A ilu jest takich, co obchodzą dziś święto umarłych bez grobu. Przyjaźń nie kończy się ze śmiercią przyjaciela. Końcem przyjaźni byłby tylko koniec wartości, które się od przyjaciela otrzymało. Przyjaciel żyje, póki żyje w nas wpływ jego czy przykład, a jeśli potrafimy wartości te drugim przekazać, to i ze śmiercią naszą przyjaźń owa nie umiera, tylko duch jej żyje dalej w innych już ludziach... My jesteśmy niczym, tylko pochodnię Platona musimy przekazywać... wtedy stajemy się ogniwami łańcucha, który zespala świat. To jest naprawdę tradycja.

l XI, cd.: Dziś znowu niedziela — moja 25!!

Quousque?[10] Wczoraj przyszła Iliada.

8 XI, niedziela 26.

Miejmy nadzieję, że It's darkest before daion, ale it's very dark at any ratę[11]

Dowiedziałam się wówczas od SS-mana, który mi przyszedł powiedzieć, że już mi nie będzie wolno raz na tydzień chodzić do kąpieli, że komisarz Kutschmann (u którego wobec nowych zaostrzeń prosiłam o przesłuchanie) już we wrześniu wyjechał ze Lwowa. Wywnioskowałam z tego, że sprawę "moją", tj. oskarżenia Krűgera, w Berlinie przegrał, że wobec tego został wysłany gdzie indziej i że ja — w najlepszym wypadku — mogę tu gnić bez końca albo mnie przy sposobności zlikwidują po cichu. Na wszelki wypadek oddałam polskiej strażniczce brulion mego pisma oskarżającego Krűgera, upewniwszy się uprzednio, że nie umie słowa po niemiecku. Powiedziałam jej, że jest to protokół moich zeznań, i poleciłam w razie mojej śmierci wręczyć osobie zaufanej, o której wiedziałam, że prześle ten dokument Dowódcy. A dręczyła mnie bezustannie myśl, że pomimo dwóch grypsów, jakie mi się udało wysłać, Dowódca będzie w razie mojej śmierci myślał, że "zginęłam" na skutek nieodpowiedzialnie brawurowego gadania, na które Niemcy niewątpliwie zwalą winę za moją śmierć[12].

W tym czasie miałam też pośrednią wiadomość ze Stanisławowa. Nowy SS-man zapytał mnie przy podawaniu jedzenia, czy tu nie jest o tyle lepiej niż w Stanisławowie, skąd mnie pamiętał. Zapytałam go natychmiast o panią Kordyszową. Gdy ją opisałam, przypomniał ją sobie, potem oczy spuścił i nie powiedział już nic. Wtedy zapytałam o Łucję. "Ta młoda, ładna blondyna, której rodzice też tam byli?..." — "No — ja tam nie wiem... nie pamiętam". Miałam w tej chwili pewność, że z tych osób już nikt nie żyje.

W tych dniach raz zjawiła się u mego okienka, pod krótką nieobecność SS-mana, pani Eugenia Langie, niegdyś pracownica RGO, przede mną aresztowana, teraz pracująca w kuchni więziennej. Była roztrzęsiona, zapytała, czy o niczym nie wiem? Mówiłam, że chyba była egzekucja, bo od samego rana podejrzany ruch i wewnątrz gmachu, i na dziedzińcu. Zdążyła mi tylko powiedzieć, że zabito kilkunastu Ukraińców, wyłącznie z inteligencji, jako represję za antyniemieckie wystąpienia jednego odłamu społeczeństwa ukraińskiego we Lwowie. Dodała, że poszedł Piaseckyj, potem znikła. Stałam przez dobrą chwilę po jej odejściu jeszcze przy drzwiach i nie mogłam się otrząsnąć. Piaseckiego z krótkiego okresu naszej współpracy w sanitariacie i intensywnej wówczas wymiany myśli zachowałam w pamięci bardzo serdecznej[13]. Przypominały się nasze rozmowy polityczne o przyszłości. Chyba z tej krwi we wspólnej walce wylanej zejdzie kiedyś zew jedności między nami!

11.XI: Czytam i tłumaczę dziś mowę Peryklesa. Przypuszczam, że z wielu tysięcy Polaków, którzy w r. 1942 Święto Niepodległości spędzali w więzieniu, ja jedna byłam tak uprzywilejowana, że mogłam dla uczczenia tego dnia tłumaczyć takie ustępy jak (11.37):

"... w sprawach publicznych nie ośmielamy się obrazić praw lub nie słuchać tych, którzy w danym okresie władzę dzierżą, lub odmówić posłuszeństwa tym prawom szczególnie, na których polega obrona pokrzywdzonych i tym ponad wszystko niepisanym prawom moralnym, których przekroczenie publiczną przynosi hańbę".

Lub z drugiej mowy (11.61.4):

"Obywatelami przecież jesteście wielkiej Rzeczypospolitej, w tradycjach godnych jej wychowani, jest więc waszym obowiązkiem czoło stawiać największym nieszczęściom raczej, niżbyście dopuścić mieli do uszczuplenia jej sławy. [...] Przeboleć więc musicie nieszczęścia wasze osobiste i ześrodkować wszystkie siły dla ratowania sprawy wspólnej".

12 XI: Dziś pada pierwszy śnieg. Przed pół rokiem, 12 maja, jechałam rano autem do Kołomyi. Właśnie świeża zieleń pokrywała ziemię. Wczoraj wieczorem skończyłam opis pierwszego, głównego cyklu Sykstyńskiego.

15 XI: Dziś znów niedziela, moja 27. Czuję się pełna sił i ochoty do pracy. Magnificat! Dzisiejsza epistoła zawiera najważniejsze to zdanie: Plenitudo ergo legis est dilectio[14] (Ront. 13, 10).

22.XI: Niedziela 28! Czekam i tłumaczę Tucydydesa.

Nie miałam już czekać długo po tej ostatniej notatce z niedzieli 22X1, gdyż w czwartek 26 po południu otworzono nagle moje okienko: obcy SS-man wsunął głowę, zapytał o moje imię i nazwisko, po czym powiedział: "Przygotować wszystko! Wyjazd do Rzeszy nastąpi jutro przed południem. Rano będzie jeszcze kąpiel". Głowa znikła, okienko się zamknęło, wróciła cisza więzienna. Trudno mi było zebrać myśli. "Wyjazd do Rzeszy". Co to znaczy? To znaczy, że Kutschmann przegrał w Berlinie, tu już nie wraca, a ja jadę do obozu koncentracyjnego lub — jeszcze dalej. Mam dużo znajomych we Lwowie, to może wolą mnie zakatrupić gdzieś w Rzeszy.

Gdy się już zrobiło zupełnie ciemno, zabrałam się do moich prowiantów z ostatnich paczek. Zaczęłam je rozkładać na porcje — dla sąsiadów, dla kobiet na ogólnym oddziale, dokąd jutro zabierze je strażniczka po kąpieli itd., itd.

Przy niebieskiej lampce dawałam sobie dobrze radę, a przynajmniej nie było obawy, że o tej godzinie jeszcze ktoś przyjdzie. Wtem zbliżyły się kroki, drzwi zostały otwarte, na progu stanął Niemiec w mundurze, ale nie zwykły SS-man, tylko oficer, bo na tle słabo oświetlonego korytarza zarysowała się wyraźnie sylwetka mężczyzny w pelerynie z czapką na głowie. Za nim, poza celą na korytarzu wyprężał się na baczność SS-man. Stałam jak wryta, mocno speszona z powodu wystawy porcji prowiantowych, a nie wątpiłam, że teraz będzie rewizja celi przed wyjazdem. Nastąpiła chwila ciszy. Wreszcie się przybysz odezwał i poprosił mnie, abym wyszła z celi. Poznałam komisarza Kutschmanna. Wyszłam. "Teraz proszę nas gdzieś zaprowadzić, gdzie jest światło" — powiedział do SS-mana. Przeszliśmy przez korytarz do kancelarii strażnika. "Proszę nas tu zaniknąć i zostawić samych, aż zapukam". Strażnik wyszedł i zamknął drzwi. Bardzo mnie raziło światło — no i byłam trochę ogłupiała... Pamiętam, że mój interlokutor musiał dobitnie powtórzyć swą prośbę, abym usiadła, nim usłuchałam. Wtedy siadł i on. Zdjął czapkę. "Byłem nieobecny przez czas dłuższy". — "Wiem coś o tym". — "Wyłącznie z powodu pani, a o tym pani nie wie". — "Nie, tego nie wiem" — odpowiedziałam idiotycznie. "Tak, stoczyłem najcięższy bój mojego życia — myślę, że zwycięsko. Mamy mało czasu, a jest dużo do powiedzenia. Zaczynam od rzeczy najważniejszej. Krűger ist gesturzt[15], a z nim jego wspólnik (Gesinnungsgenosse) Stawitzky, mój tutejszy przełożony, który wszedł, gdy mi pani czytała swoje sprawozdanie". — "Kto je czytał w Berlinie?" — spytałam. "Fűhrer. Zerwała się burza. Himmler szalał (hatgerast). Pani miała być natychmiast zastrzelona, ale za panią stoi dom sabaudzki". — "Czy Krűger mścił się za mnie na Polakach w Stanisławowie?" — "Na to czasu nie miał. Jest w Berlinie; tam też przyjechał z Głównej Kwatery Wodza sędzia przy Himmlerze, Sturmbannfiihrer Hertl (lub Hertel), który tam czeka na głównego świadka, tj. na panią. Bardzo być może, że pani będzie też przesłuchana przez samego Himmlera. Przez szereg miesięcy się tam kłócili o sprawę zasadniczą, czy w tym wypadku można w ogóle przesłuchać Polkę jako świadka; jedni głosowali za tym, drudzy za egzekucją pani. Wygrali pierwsi. Krűger stanowczo zaprzecza, że powiedział pani o zamordowaniu profesorów (von der Lemberger Blutnacht[16]). Ja już zrobiłem swoje. Oddaję teraz sprawę w ręce pani. Na pani spoczywa w tej chwili wielka odpowiedzialność wobec jej Narodu, dlatego tu przyszedłem, o czym proszę możliwie nie mówić. Ich musste Ihnen das notwendige Ruckgrat geben[17]. Jeśli pani pozyska zaufanie sędziów, wyjdzie zakaz zabijania aryjczyków na terenie Galicji, bez wiedzy Berlina. Byłaby to już wielka rzecz, choć bardzo długo to już trwać nie może, gdyż wojna jest przegrana". Drgnęłam. "Pani nic nie wie? Powiem w dwóch słowach: Amerykanie są w Afryce, Rommel, który już stał pod Aleksandrią, jest pobity. Sytuacja jest jasna. Co do pani, to wierzę, że pani potrafi sędziów o prawdziwości swych zeznań przekonać i że sprawę wygramy. Zupełnie pewne to jednak nie jest. O ile o mnie chodzi, to przy tej sposobności wyszło, że odmówiłem strzału, gdy miałem strzelać do profesorów. Należy mi się właściwie za to obóz koncentracyjny, ale myślę, że do tego nie przyjdzie. Ze Lwowa będę przeniesiony, bo po tym, co zrobiłem, tu zostać nie mogę". — "Czy pan zostanie w Polsce, to znaczy — poprawiłam się z uśmiechem — w Generalnej Guberni?" — "Mam nadzieję, że zostanę w Polsce, choć sobie dobrze zdaję sprawę, że przy końcu będę wisiał na pierwszej polskiej latarni fur alle Schandtaten[18], których-śmy tu dokonali; tymczasem jednak będę może jeszcze mógł w czymś pomóc. Ale musimy pewne rzeczy uzgodnić. Co pani powie, jeśli sędzia panią zapyta, co pani myśli, dlaczego tak wobec pani postąpiłem?" — "Mogę tylko powiedzieć to, co myślę, że panu chodziło o honor Niemiec". — "Wyłącznie i jedynie" — odpowiedział. — "Nie wiem jeszcze, jak się przedstawi pani sytuacja" — ciągnął dalej. — "Do obozu koncentracyjnego pani już chyba nie pojedzie. Może czeka panią Ehrenhaft"[19]. — "Co to jest?" — zapytałam. "Swobodne mieszkanie i poruszanie się np. po Berlinie pod słowem honoru, że się pani stamtąd nie wydali". — "Koszmar" — pomyślałam, ale starałam się mu wytłumaczyć, że moje osobiste losy wobec takiej sprawy już nie są ważne. "Niech pani tego nie mówi, pani była o włos od śmierci". — "Przecież wiem dobrze, proszę pana, że mogę i teraz w Berlinie być rozstrzelana". — "Myślę, że to nie nastąpi" — powiedział po chwili. "Ale — odrzekłam — jeśli nastąpi, no to ostatecznie — dulce et decorum..." Żachnął się: "Ani dulce, ani mniej jeszcze decorum, sonder ganz gemeiner Meuchelmord"[20].

Prosił mnie następnie, abym w Berlinie powiedziała, że byłam coraz gorzej traktowana we Lwowie, bo stało się to wbrew rozkazom Himmlera, "dzięki wpływom ze Stanisławowa". Wreszcie wstał. "Muszę iść. Czy mogę jeszcze coś dla pani zrobić?" — "Owszem. Napisałam tu w celi część książki, którą projektuję o Michale Aniele. Mam też inne notatki naukowe. Gdybym miała wojnę przeżyć, mogą mi się przydać. Czy mogę je jutro oddać przed wyjazdem w Komendzie więzienia dla pana, a pan zechciałby te zeszyty po cenzurze przesłać Komitetowi Polskiemu jako moją własność? Tylko cenzor musi być wykształcony, inaczej będzie uważał greckie teksty za szyfr". — "Proszę mi dać te zeszyty". — "Są w celi". Wstał, podszedł do drzwi i zaczął do nich stukać. Strażnik otworzył, poszliśmy do mojej celi. Oddałam mu zeszyty. "Czy tam nie ma nic innego prócz notatek naukowych?" Powiedziałam, że nie ma, co było prawdą. "Wobec tego ja je zabieram. Jutro rano będą przesłane do Komitetu[21]. Czy jest jeszcze coś?" — "Owszem. Pragnę panu złożyć podziękowanie". Odpowiedział szorstko, że nie mam za co dziękować. Odrzekłam, że mi dał rzecz wielką, którą sobie bardzo wysoko cenimy, a która nam się zdarza bardzo rzadko, mianowicie możność uszanowania przeciwnika. Skłonił głowę. Milczał. Wreszcie na korytarzu stanął przede mną, wyprostował się i powiedział: "Zechce pani przyjąć moje najlepsze życzenia dla jej osoby i — dodał powoli i dobitnie — dla jej Narodu. Proszę mi wierzyć, że to ostatnie życzenie biorę bardzo na serio. (Glauben Się mir, mit diesem letzten Wunsch istes mirsehrernst)". — "Zechce pan przyjąć moje najlepsze życzenia dla jego osoby" — odpowiedziałam. Odszedł. Wróciłam do celi. Po chwili, gdy przyszłam do siebie, byłam szczęśliwa niezmiernie. Zaczęłam odmawiać Magnificat za to wszystko, co w życiu otrzymałam, które odmawiałam codziennie od chwili aresztowania:

Magnificat anima mea Dominum

Quia magna fecit mihi

Quia me creavit

Quia dedit mihi vitam pulcherrimam

Quia misit mihi tribulationem hanc terribilem

Et dedit animifortitudinem ad sustinendam eam...

Ale owego wieczoru dodałam nowe zdanie:

Et quia dignatus est me uti, sicut instrumento iustitiae Suae[22].

Czułam się jakby narzędziem Woli Wyższej, skoro prawie bez własnego współudziału stałam się mścicielem mojego uniwersytetu. Świadomość, że aresztowanie moje dało powód do uwolnienia ojczystych wschodnich ziem od jednego choć kata, stało się od owej chwili dla mnie olbrzymim źródłem sił. Przez długi okres niewoli, jaki jeszcze miałam przed sobą, byłam skutkiem tego znowu uprzywilejowana wobec tylu innych, bo nigdy mnie nie opuściło przeświadczenie, że niewspółmiernie drogo za mnie zapłacił wróg.

Ale owej ostatniej nocy we Lwowie inna jeszcze myśl bardziej bezpośrednio aktualna nie dawała mi usnąć. Nim wyjadę z Polski, Dowódca musi być przeze mnie uwiadomiony, kto zabił profesorów i dlaczego jadę do Rzeszy. Była w tym i myśl egoistyczna. Nie mogłam się, pomimo całego wrodzonego optymizmu, nie liczyć z szybką śmiercią — chciałam się więc pożegnać i chciałam, żeby Dowódca wiedział, że się sprzedałam drogo, że się nie dałam zakatrupić za nieprzemyślane antyniemieckie wystąpienia. Rano więc, gdy wreszcie zrobiło się jasno, zabrałam się do roboty i wykropkowałam w literaturze greckiej Sinki starym szyfrem krótki meldunek do Dowódcy. Sytuacja była utrudniona ciągłymi przerwami. O ile przez tyle miesięcy siedziałam jak w grobie, tak dziś właśnie, gdy tak bardzo mi było potrzeba spokoju, przychodzili ciągle, nakazu — szykować do wyjazdu, do lekarza, do kąpieli itd. Meldunek wypadł więc bardzo krótki, ale byłam gotowa z "kropkowaniem", gdy przyszła strażniczka, by mnie zabrać do kąpieli — ta sama, która mi już dwa grypsy przeznaczone dla Dowódcy wyniosła. Rzuciła mi się na szyję i żegnała z całego serca. Oddałam jej książki do zwrotu oraz prowiant dla kobiet, wreszcie, patrząc jej bardzo mocno w oczy, wręczyłam jej Literaturę grecką i poprosiłam, by spowodowała, aby ta książka była wysłana do Krakowa, i podałam adres Wisi Horodyskiej. Powtórzyłam tę prośbę dwa razy i bardzo dobitnie. Miałam wrażenie po wyrazie jej twarzy, że zrozumiała, iż tu nie chodzi o prośbę natury osobistej. Ten pierwszy meldunek nie doszedł.

Po kąpieli mi oświadczono, że mogę w obecności komendanta więzienia pożegnać się z pracownicami Komitetu, gdyż był to właśnie "dzień zupy". Obie panie (jedną z nich była Lesia Dąmbska) były niezmiernie zaniepokojone, a raczej przerażone, obie widocznie uważały ten wyjazd, tak samo zresztą, jak moja strażniczka, jak lekarz — za ostateczny. O ile o mnie chodzi, to rozumowo wiedziałam, że dobrze ze mną być nie może, ale złych przeczuć nie miałam, zresztą na rozmyślania nie było czasu. Około jedenastej wyprowadzono mnie z więzienia na ulicę Leona Sapiehy, kazano wsiąść do osobowego samochodu, w środku między dwoma gestapowcami, obok kierowcy siadła młoda Niemka. Samochód ruszył. Był dzień śliczny, zimowy, trochę śniegu lśniło się w słońcu. Jadąc, zobaczyłam nagle profesora Franciszka Bujaka*, w dużej futrzanej czapie, przechodzącego ulicą Gródecką. Cofnęłam głowę w głąb samochodu, żeby mnie nie poznał człowiek, któremu by widok mój w tym towarzystwie był bardzo bolesny. Ale mnie było miło, że w chwili żegnania się ze Lwowem zobaczyłam chlubę naszego uniwersytetu, lumen mojego wydziału, człowieka, który zawsze był dla mnie wyjątkowo dobry.

Dojechaliśmy na dworzec. Wysiedliśmy. Jeden z gestapowców czekał ze mną przed wejściem, podczas gdy drugi poszedł załatwiać formalności. Patrzałam na Lwów po raz ostatni. Popatrzyłam potem na fasadę dworca i stwierdziłam, że choć metalowe litery zostały zdjęte, z łatwością odczytać można było po śladach na murze napis: Leopolis semper fidelis.

Weszliśmy. Gestapowcy nieśli moją walizkę. Wsiedliśmy do pociągu, do przedziału trzeciej klasy zarezerwowanego dla nas. Gdy pociąg ruszył, ze wzruszeniem wielkim patrzałam na krajobraz tak niezmiernie mi drogi, który widziałam po raz ostatni w lecie, tuż przed żniwami. Teraz pola dawno ogołocone, pokryte były świeżo cieniutką warstwą śniegu. Przejeżdżając przez Przemyśl, wspominałam, jak niegdyś, dwa i pól roku temu, uciekałam tędy przed bolszewikami, teraz mnie Niemiec wywoził z ojczystych stron. Ale jechałam z konkretnym celem — nie było mi więc ciężko.

Gdy już wieczór dość wcześnie zapadł, zaczęłam przechodzić w pamięci okres, który się w tym dniu dla mnie zamykał, i doszłam do konkluzji, że cztery i pół miesiąca spędzone we Lwowie na Łąckiego były okresem stanowczo dobrym. Wydostawszy się ze Stanisławowa, "spod łopaty", wróciłam do sił fizycznych, czas spędziłam w ciągłym kontakcie z największymi wartościami wiecznymi, niezmiernie uprzywilejowana śród tylu tysięcy więźniów polskich, którzy giną z głodu, czy to w beznadziejnej, bezczynnej samotności, czy też w zgiełku i kłótniach cel. Ja miałam jedzenia więcej, niż mi było potrzeba, a pokarmu duchowego najwięcej — bo i Homera, i Shakespeare'a i Tucydydesa, a pisać mogłam o Michale Aniele.

A teraz znowu ta deportacja odbywała się w nadzwyczaj korzystnych warunkach. Wyjazd z kraju do więzień i obozów koncentracyjnych Rzeszy był dla wielu ludzi początkiem końca, szczególnie pod względem psychicznym, ja miałam obowiązek ściśle określony — przede wszystkim zaś rola moja nie miała być na razie bierna, co jest rzeczą najcięższą, tylko czynna. Wiedziałam, że u końca tej jazdy czeka znów WALKA, a ta świadomość każdemu sił dodaje.

O drugiej w nocy byliśmy w Krakowie. Myślałam intensywnie o przyjaciołach i towarzyszach broni, którzy śpią w tej chwili, a nie wiedzą, jak blisko koło nich przejeżdżam.

Gestapowcy zachowywali się przyzwoicie. Urzędniczka, która jechała z nami, była mi dodana, abym ani na chwilę nie została sama, w nocy też sypiali na zmianę. Wyraźnie bali się samobójstwa z mojej strony; przy deportacjach zdarzało się to nieraz. Ja w owej chwili byłam niezmiernie daleka od takich nastrojów — mogli spać spokójnie. Około szóstej rano — o świcie — zapytałam dyżurującego gestapowca, gdzie jesteśmy. "Za chwilę będziemy w Bytomiu". To granica Rzeczypospolitej — pomyślałam — z General Gouvernement dawno wyjechaliśmy, przedwojenna granica państwa się zbliżała. Wstałam więc i wyszłam na korytarz. Stanęłam plecami do okna naszego przedziału, bo już wiedziałam, że wtedy za mną nie wyjdą i zostawią mnie w spokoju. Tak stojąc wyprostowana wyjeżdżałam z Polski. "Czy ja Ją jeszcze zobaczę — nie wiem. Ale w Jej służbie Ją opuszczam, i to pod przymusem wroga, a Ona za rok, może za półtora wolna będzie". Nie byłabym tak dumnie stała, gdybym wówczas wiedziała, że wyjdę z życiem, ale jako wygnaniec bez Ojczyzny. Lecz wówczas myśl tak potworna przyjść mi nie mogła. Stałam więc i żegnałam się, jeszcze gdy wjeżdżaliśmy do Bytomia. Nagle poczułam się zupełnie sama, przede mną leżała olbrzymia wroga Rzesza. Był to dzień 28 listopada 1942 roku.

 


[1] ,,Zastanawiałem się, jak by porównać

Świat z tym więzieniem, w którym tutaj żyję;

Ponieważ świat jest gęsto zaludniony,

A tutaj nie ma, prócz mnie, innych stworzeń,

Trudno mi idzie.

Wykuję to jednak.

Dowiodę, że mój mózg jest żoną duszy;

Dusza jest ojcem; a oboje razem

Spłodzili myśli płodnych pokolenie,

Które spłodziły z kolei nastroje

Na podobieństwo ludzi tego świata,

Gdyż żadna z myśli tych nie jest szczęśliwa."

William Shakespeare, Tragedia Króla Ryszarda Drugiego, w przekładzie Macieja Slomczyńskiego, Kraków 1984.

[2] wędrowca

[3] Cala literaturę klasyczną znaliśmy oczywiście wyłącznie z dzieł oryginalnych (K.L.).

[4] Bliska krewna rektora Abrahama (K.L.).

[5] Nie jestem Żydówką. Proszę zadzwonić: Pełczyńska — numer centrali, pokoju (...) inaczej będzie za późno, to nieporozumienie. Nie jestem Żydówką.

[6] "Co? Znów złe myśli? Ludzie muszą znosić

Na równi przyjście tu jak i odejście.

Dojrzałość wszystkim jest."

W Shakespeare, Wiernie spisane dzieje żywota i śmierci króla Leara i jego trzech córek, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego, Kraków 1979.

[7] Znany lwowski grecysta (K.L.).

[8] rozkaz

[9] Na Salwatorze, u stóp kopca Kościuszki, z widokiem wspaniałym na Wisłę i Kraków, stoi wielki drewniany krzyż na grobie Karola H. Rostworowskiego (K.L.). [Mowa tu o żonie i synach pisarza (red.)].

[10] Jak dtugo jeszcze ?

[11] Najciemniej jest przed świtem, ale w każdym razie jest bardzo ciemno.

[12] Już po wojnie dowiedziałam się, że jeden z grypsów dotarł do Dowódcy i on o wszystkim się dowiedział (K.L.).

[13] Po wojnie, za pośrednictwem kardynała Slipyja*, do którego poszłam na audiencję, udało mi się odnaleźć jego rodzinę w Kanadzie i uwiadomić o tym, jak wspaniale się trzymał do końca i że nie był męczony, tylko zginąt na miejscu (K.L.).

[14] "Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa" (Rz 13, 10).

[15] Krűger został zwolniony...

[16] O krwawej lwowskiej nocy.

[17] Dosl.: musiałem dać pani kręgosłup.

[18] za wszystkie haniebne czyny

[19] honor

[20] tylko zwyczajne, podle morderstwo.

[21] Te zeszyty istnieją. Nie nadają się do wydania. Korzystałam z nich, pisząc niniejsze Wspomnienia wojenne (K.L.).

[22] Wysławia dusza moja Pana, ponieważ wielkie rzeczy mi uczynił, ponieważ stworzy} mnie, ponieważ dat mi bardzo piękne życie, ponieważ zesłał na mnie te straszliwą udrękę i dał moc ducha, by można było ją znieść... ... i ponieważ raczył posługiwać się mną jako narzędziem Swojej sprawiedliwości.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.