Tezeusz i Ariadna-1

JADWIGA ŻYLIŃSKA

TEZEUSZ I ARIADNA

 

W EUROPIE I NA MORZU ŚRÓDZIEMNYM

Przed kilku tysiącami lat ziemie, gdzie później powstały królestwa — Francji, Anglii, Niemiec, Polski, Węgier i innych państw europejskich po dziś dzień istniejących — porastały puszcze przerywane kwietnym stepem i wyrębami leśnymi, z rzadka zamieszkałe przez ludzi.

Życie płynęło tu zgodnie ze zmianami pór roku. Drogi były nieprzetarte, żegluga niepewna. Zimą zaspy śnieżne tamowały przejścia, na wiosnę roztopy odcinały jedno osiedle ludzkie od drugiego. Dzikie zwierzęta czyhały na samotnych wędrowców. Puszcza żywiła i odziewała swoich mieszkańców, dawała im poczucie bezpieczeństwa i złudzenie niezmienności świata.

Ale na południu Europy, u wybrzeży Morza Śródziemnego i na rozsianych po nim wyspach, gdzie klimat był łagodniejszy i szerokie drogi wodne nigdy nie zamarzały, od dawna istniały potężne królestwa morskie, kwitło życie miejskie, a statki z towarem krążyły od portu do portu.

Spośród wszystkich państw na Morzu Śródziemnym najsłynniejsza była Kreta. Jej flota handlowa docierała daleko na północ, do krain zamieszkałych przez barbarzyńców, do Wysp Brytyjskich i do wybrzeży Bałtyku, skąd Kreteńczycy przywozili cynę i srebro, futra i bursztyn, płacąc wyrobami z brązu i posążkami Wielkiej Bogini czczonej pod różnymi imionami.

Potężni władcy Krety narzucili swoje zwierzchnictwo wysepkom na Morzu Kreteńskim, Egejskim oraz miastom na Peloponezie, które składały im daniny.

Daniny były różne: w zbożu i oliwkach, srebrze i wełnie. Ale Ateny musiały co dziewięć lat — na zakończenie Wielkiego Roku — posyłać na Kretę siedem dziewcząt i siedmiu młodzieńców dla Minotaura.

Był to haracz za zabójstwo królewicza kreteńskiego, który przybył na igrzyska do Aten i tam został podstępnie napadnięty i zabity.

O Minotaurze krążyły po całym Morzu Śródziemnym najróżniejsze wieści. Jedni utrzymywali, że jest to potwór — pół byk, pół człowiek — któremu rzuca się na pożarcie zakładników ateńskich. Inni — że brązowy Strażnik Grodu w przystani knossyjskiej, sztuką mistrzowską Dedala zdziałany, jeszcze inni, że jest to Biały Byk, święte zwierzę Krety, który przed laty wynurzył się z fal morskich. Później za sprawą Posejdona, pana Mórz i Rydwanów, którego król Minos rozgniewał, byk zdziczał i zaczął pustoszyć Kretę, aż stał się postrachem mieszkańców wyspy. W końcu został schwytany i zamknięty w Labiryncie, gdzie rykiem dawał znać, że domaga się ofiar.

Jedno jest pewne — żaden z zakładników ateńskich, wysłanych na Kretę, nigdy nie wrócił.

 

STATEK Z ZAKŁADNIKAMI WYRUSZA NA KRETĘ

Zbliżał się czas, kiedy po raz trzeci miano — drogą losowania — wybrać siedem dziewcząt i siedmiu chłopców dla Minotaura. Statek z czarnym żaglem stał już w porcie i w całym mieście rozlegał się lament i zawodzenie, gdy przed Aigeusem, królem Aten, stanął jego syn, Tezeusz.

— Przyszedłem do ciebie, ojcze, z prośbą: pozwól mi jechać z zakładnikami do Knossos.

— Chcesz, żeby złożono cię w ofierze Minotaurowi?

— Postanowiłem go zabić.

— Nikt nigdy go nie widział. Nie wiadomo, z kim przyjdzie ci się zmierzyć.

— Pewien jestem, że wrócę jako zwycięzca.

— Nie wiesz, na co się ważysz, mój synu.

— Król Minos nie żyje. Nad Kretą panuje młoda królowa.

— Młodej królowej także nie można ufać. Zwłaszcza jeśli jest nią królowa Krety!

Blask, jakim Kreta przez wieki promieniała, jej miasta, pałace, bogactwo i przepych słynne na całym Morzu Śródziemnym, wytwórnie olejków, gospody i winiarnie, stroje i ozdoby, jakie oferowała stolica, a nade wszystko tajemniczość otaczająca Labirynt tak ludzi oszałamiały, że na samą wzmiankę o Krecie truchlały w nich serca i uginały się kolana. Teraz także Aigeus, widząc, że nic i nikt nie zdoła powstrzymać Tezeusza od powziętego zamiaru, czuł ogarniającą go trwogę, jak gdyby syn wyruszał na pewną zgubę.

Tymczasem Tezeusz uzbroił młodzieńców przeznaczonych dla Minotaura, ażeby mogli przynajmniej walczyć o swoje życie — gdyby nie udało mu się pokonać potwora, a dla siebie zabrał ostry miecz brązowy.

Aigeus dał synowi najlepszego z całej Grecji sternika, imieniem Nauzyteus, i zaopatrzył okręt w drugi żagiel — biały.

— Codziennie będę wychodził na Akropol i stawał na cyplu wypatrując twojego powrotu — powiedział. — Jeżeli ocalejesz i będziesz wracał żywy i cały, nie zapomnij zaciągnąć białego żagla.

I Tezeusz odrzekł:

— Nie zapomnę.

W dniu wyjazdu Tezeusz wraz z zakładnikami oddali się pod opiekę Afrodycie i złożyli jej ofiarę z kozy. Po czym podążyli do przystani. Odprowadzały ich matki, które do ostatniej chwili chciały towarzyszyć swoim dzieciom. Przyniosły placki jęczmienne i miód, figi i oliwki i przez całą drogę opowiadały pradawne legendy o herosach i hero-inach porzuconych na kamienistej wyspie, przy-kutych do skały, zamkniętych w lochu i w ostatniej chwili cudownym sposobem — uratowanych.

Był szósty dzień Munychionu, jak w Helladzie nazywał się kwiecień, kiedy podniesiono kotwicę i okręt z czarnym żaglem wypłynął z portu na zielone, lekką pianą pokryte morze i pożeglował w kierunku Krety.

 

ARIADNA, NIMFA KRETY

Ariadna, Nimfa, jak zwano królową Krety, siedziała przed gotowalnią zastawioną niezliczoną ilością szkatułek i słoików z kości słoniowej i jadeitu, drzewa hebanowego wykładanego perłową macicą i srebrem, podczas gdy służebna układała jej włosy w misterne loki, wplatając w nie sznury turkusów i bursztynów.

Wtem w metalowej powierzchni zwierciadła zamajaczyła jakaś wyniosła postać z dwoma brązowymi wężami w rękach.

Ariadna odwróciła się: u wejścia stała arcykapłanka Teomessa. Była to jedyna osoba w Knossos, a właściwie na obszarze świata śródziemnomorskiego, a zatem na całym świecie, która miała o każdej godzinie dnia i nocy otwarty wstęp do komnat królowej. Teomessa opiekowała się Ariadną od dziecka, wychowywała ją na następczynię tronu, nauczyła starożytnego alfabetu, w którym każdej literze odpowiadał inny krzew lub drzewo i wtajemniczyła w obrządki ku czci Bogini Księżyca. Odkąd jednak Ariadna została królową, Teomessa rzadko odwiedzała ją w pałacu i Ariadna wiedziała, że tylko ważna przyczyna mogła ją skłonić do opuszczenia świętego gaju platanów, gdzie znajdowała się Grota Diktynny.

Ariadna powstała i odprawiwszy służebną, pośpieszyła do drzwi powitać arcykapłankę.

Teomessa istotnie przybyła z ważnymi wieściami: oto do przystani w Knossos zawinął statek z zakładnikami ateńskimi, a wraz z nimi przyjechał Tezeusz.

— A któż to jest Tezeusz? — zapytała Ariadna.

— Syn króla Ajgeusa i następca tronu w Atenach.

— Czy wiesz coś o nim?

— Jest młody, odważny i dzielny. Sam jeden pokonał olbrzyma czatującego na podróżnych w Przesmyku Korynckim i rozprawił się z opryszkami grasującymi na gościńcu z Aten do Trojzeny.

— Jak myślisz, co sprowadziło tego Tezeusza do Knossos?

— Myślę, że przyjechał prosić cię o zniesienie haraczu nałożonego przez twojego ojca na Ateny.

— Jestem pewna, że Tauros będzie się temu sprzeciwiał.

— Nie wiem, jaki sposób wynajdzie Tauros, żeby utrzymać Ateny w zależności, ale pamiętaj o jednym: nie możesz dopuścić do wojny. Kreta nie pokona Aten, jak pokonała je przed osiemnastu laty.

— Myślałam, że Kreta jest najpotężniejszym królestwem na Morzu Śródziemnym.

— Kreta żyje już tylko pozorem dawnej wielkości. Kretenczycy wolą trudnić się handlem niż podejmować dalekie wyprawy morskie i zakładać nowe kolonie. Nawet w straży królowej służą barbarzyńcy.

— Więc co mam robić? Zawrzeć z Tezeuszem przymierze? — Ariadna zawiesiła wzrok na twarzy arcykapłanki.

— Jakąkolwiek dasz odpowiedź Tezeuszowi i jakkolwiek postąpisz, winnaś się mieć na baczności.

— Przed Tezeuszem? Czy przed Taurosem? A może przed oboma?

— Powiedziałam ci już wszystko.

W tej chwili wszedł herold.

— Dowódca Straży Pałacowej prosi o posłuchanie.

— Idź powiedzieć Taurosowi, że zaraz przyjdę do sali tronowej.

 

* * *

Tauros, dowódca Straży Pałacowej, już od godziny czekał na audiencję.

Był to mężczyzna okazałej postaci, o zimnych, niebieskich oczach w opalonej twarzy i z głębokimi bruzdami dokoła warg, co nadawało jego obliczu wyraz zawziętości i pychy. Po śmierci króla Minosa zagarnął całą władzę na Krecie i nikt nie śmiał mu się przeciwstawić.

Królowa weszła do sali tronowej i usiadła na wzniesieniu.

Tauros podszedł do stopni tronu. Na sobie miał półpancerz z brązu, a u boku brązowy sztylet.

— Przybił statek z zakładnikami — oznajmił. — Kazałem ich odprowadzić do pomieszczenia dla zawodników. Ale to nie wszystko. Przyjechał z nimi syn króla Attyki i następca tronu, Tezeusz. Domaga się posłuchania.

— Chętnie mu go udzielę. Czy domyślasz się, po co tu przyjechał?

— Bez względu na to, po co przyjechał, nie powinien wrócić do Aten.

— Ciekawa jestem, w jaki sposób chcesz go zatrzymać. Nie jest zakładnikiem.

— Sposób musi się znaleźć. Nie mogę dopuścić, żeby wrócił do Attyki teraz, kiedy zna przystań i rozmieszczenie straży.

— Czy spodziewasz się napaści ze strony Aten?

— Spodziewam się wszystkiego najgorszego po kimś, kto uzbroił zakładników i sam nieprzymuszony ważył się z nimi przyjechać.

— Chciałabym go zobaczyć.

— Na wszelki wypadek każę mu odjąć miecz — powiedział Tauros i poszedł wydać odpowiednie rozkazy.

Do sali tronowej wszedł wysoki młodzieniec w hełmie na głowie i ze skórą narzuconą na barki. Spod hełmu spadały mu na ramiona kędziory barwy jęczmienia.

Był to Tezeusz.

Minął strażników stojących u podwoi, zrobił kilkanaście kroków, po czym zatrzymał się i jął wodzić oczami po sali.

… Ściany malowane w łany lilii, a wśród nich spoczywające różowe gryfy, w narożnikach lampy z górskiego kryształu, jarzące się ciepłym światłem. W głębi na niewielkim wzniesieniu tron z szarego alabastru, a na nim postać o lśniącej jak masa perłowa twarzy, z wysoko na czole wymalowanymi brwiami, ubrana w szaty z tak starannie ułożonymi falbanami, jak gdyby były wyrzeźbione.

Tezeusz przez chwilę przypatrywał się nieznanemu zjawisku, wreszcie zaczerpnął tchu i oświadczył gromko, aż echo odbiło jego słowa o ściany sali tronowej.

— Chcę mówić z królową Krety!

— Stoisz przed nią — rzekł Tauros skłaniając się przed królową.

— Myślałem, że jest to statua bogini — odparł Tezeusz zmieszany.

Ruszył w jej stronę, a idąc czuł, jak po raz pierwszy opuszcza go odwaga.

Na Peloponezie władzę sprawowali królowie-wojownicy, a chociaż jadąc na Kretę wiedział, że stanie przed obliczem królowej, nie wyobrażał sobie, że będzie wyglądała jak bóstwo. Nie wiadomo, czy sprawił to strój Ariadny, czy światło padające od lamp, czy powietrze przesycone aromatem wonnych olejków, w każdym razie Tezeusz poczuł się naraz jak nieokrzesany pastuch, który cudownym sposobem trafił do siedziby bogów. Z oszołomienia wyrwał go głos Ariadny:

— Co cię sprowadziło na mój dwór, Tezeuszu?

— Przybyłem prosić cię, królowo, o zwolnienie mieszkańców Aten z haraczu, jaki twój ojciec na nich nałożył.

— A cóż w zamian jesteś gotów mi ofiarować?

— Gotów jestem sam jeden pójść do Labiryntu i stoczyć walkę z Minotaurem — wyrzekł jednym tchem Tezeusz.

— Nie boisz się sam jeden wejść do Labiryntu?

— Jeśli to jedyny sposób, by uwolnić Ateny od haraczu…

Zaległa chwila ciszy. Pierwszy przemówił Tauros:

— A więc królewicz Attyki chce pokonać Minotaura, który stoi na straży Krety. Czy królowa przyjmuje wyzwanie?

Ariadna przez cały czas milczała, tylko oczy jej barwy hiacyntu przenosiły się z twarzy barbarzyńskiego księcia na twarz Taurosa, a wreszcie wzrok jej zatrzymał się na Tezeuszu. Czy przeczuwał, że Tauros postanowił go zgubić?

Na koniec powiedziała:

— Przyjmuję. Każ wezwać sternika statku ateńskiego — zwróciła się do dowódcy Straży Pałacowej. — Niechaj Tezeusz w jego obecności oświadczy, że to on sam chciał iść do Labiryntu walczyć z Minotaurem.

Tauros spojrzał z podziwem i uznaniem na królową:

— Idę wysłać herolda na statek ateński.

Tezeusz i Ariadna zostali sami.

— Zbliż się, Tezeuszu — Ariadna skinęła ręką wskazując stopnie tronu. A gdy Tezeusz stanął, gdzie mu kazało, wyrzekła szeptem, nie poruszaszając wargami:

— Przyjdź nocą do Gaju Diktynny.

 

W GAJU DIKTYNNY

Odkąd Tezeusz znalazł się na Krecie, nie mógł pozbyć się jakiegoś oszołomienia, na które składały się: wspaniałości stolicy, rozległe place i dziedzińce, ulice, wzdłuż których stały sklepy z towarami z całego świata, i pałac Nimfy, otoczony kwitnącymi ogrodami, a nade wszystko unosząca się wszędzie woń perfum, z wyrobu których Kreta słynęła na całym obszarze Morza Śródziemnego. W swojej barbarzyńskiej prostocie mniemał, że sama odwaga wystarczy mu do zmierzenia się z Minotaurem, lecz teraz czuł, że poza niebezpieczeństwem noszącym miano Minotaura ze wszystkich stron otacza go obcy, niezrozumiały świat, niepokojący i zagadkowy. Przeczucie mówiło mu, że królowa i Tauros nie działali jednomyślnie, że każde z nich miało nieco inne zamiary, że jedno z nich gotowało mu zasadzkę.

Czyżby to była Ariadna?

O zmierzchu wykąpał się w morzu, po czym wyszedł na ląd i okrężną drogą udał się do świętego Gaju Diktynny. Noc już zstąpiła na ziemię i głęboki mrok przenikał świat, gdy Tezeusz pogrążył się w platanowy zagajnik. Drzewa były tu wysokie jak kolumny i tworzyły nad nim sklepienie z gałęzi, przez które sączyło się zielonawe światło księżyca. Stąpał ostrożnie po miękkim poszyciu traw, wśród rozpościerających się różanych głogów, czując ściskający go za gardło niepokój.

Znienacka zagrodziła mu drogę jakaś postać. Była to kobieta z diademem na głowie. W rękach trzymała dwa brązowe węże.

— Co tu robisz sam jeden nocą w świętym Gaju Diktynny? — usłyszał głos poprzez szum krwi pulsującej w skroniach.

— Jestem Tezeusz. Królowa kazała mi tu przyjść.

— Chodź za mną.

Ruszył za postacią, która prowadziła go w gęstwinę drzew i w coraz większą ciszę. Szli ścieżką wijącą się wśród zarośli i łanów złotych lilii, aż znaleźli się na niewielkiej polanie, w głębi której wznosiła się grota świecąca tajemniczym blaskiem.

Przed grotą, gdzie mirt rósł zielony, stała Ariadna. Otulona była w przejrzystą tkaninę, cała spowita w aromaty nocy i lśniąca srebrnym blaskiem księżyca.

— Czy nikt cię nie widział? — zapytała.

— Nikt.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Przemówiła królowa:

— Jeszcze nikomu, kto nie zna planu Labiryntu, nie udało się z niego wydostać.

— Więc co mam zrobić?

— Tu masz kłębek czerwonej wełny. Dostałam go przed laty od Dedala. Przywiąż jeden koniec nici u wejścia i idź rozwijając kłębek i nie wypuszczając go z dłoni cokolwiek się wydarzy…

— Ariadno, powiedz mi, kto to jest Minotaur?

— Być może, nie ma go wcale.

— Jak to nie ma? Z kim więc mam stoczyć walkę?

— Nic więcej nie mogę ci powiedzieć. Jeśli znajdziesz Minotaura i uda ci się go zabić, tylko po nitce zdołasz wyjść stamtąd.

— Czy mam go zabić gołymi rękami? Tauros zabrał mi miecz.

— Tu masz swój miecz. A teraz idź.

Tezeusz poczuł w dłoni dobrze znany jelec i ogarnęła go fala nagłej radości, poczuł jak serce wali mu poczuciem mocy i pewności zwycięstwa.

Dostał swój dobry, brązowy miecz, którym zabił Olbrzyma Zginającego Sosny i dokonał niejednego bohaterskiego czynu.

— Ariadno…

Ale Ariadny już nie było. Stał oszołomiony, czując upajającą woń olejków i kwiatów, i chłodzące dotknięcie nocy na licach.

— Chodź, wskażę ci ścieżkę do wyjścia — rozległ się głos kapłanki.

Tezeusz ocknął się z odrętwienia i ruszył za postacią wskazującą mu drogę.

W ręku trzymał kłębek czerwonej wełny, talizman, jaki dała mu Nimfa Krety.

 

SPOTKANIE Z MINOTAUREM

Nazajutrz herold zaprowadził Tezeusza do Labiryntu

Minęli czworokątny dziedziniec, w głębi którego wznosiła się stroma ściana cytadeli wzniesionej ongi przez najsłynniejszego architekta świata — Dedala.

Był to Labirynt.

Prowadziło do niego jedno tylko wejście, niewielkie, pięknie w brązie kute drzwi.

— Powiedz mi, heroldzie, czy widziałeś kiedy Minotaura?

— Nikt go nie widział. Ale niekiedy nocą pojawia się na dachu Labiryntu postać mężczyzny z głową byka i wpatruje się w księżyc.

— I nikt nie próbował wejść do środka i zobaczyć go z bliska?

— Może próbował. Ale żaden z tych, co wszedł, nie wyszedł stamtąd.

Stali przed wejściem.

— Dalej musisz iść sam — powiedział herold i pchnął drzwi, które dziwnie lekko się rozwarły.

Tezeusz przestąpił próg i znalazł się sam jeden w Labiryncie. Przed nim otwierał się długi, zda się w nieskończoność ciągnący się ciemny tunel, który przy końcu się rozjaśniał, jakby z góry padało nań światło.

Tezeusz uwiązał u nadproża koniec czerwonej nitki i z kłębkiem w jednej ręce i brązowym mieczem w drugiej ruszył przed siebie.

Szedł kamiennym korytarzem, a jego kroki odbijały się echem od ścian i pułapu, wzmagając wrażenie otaczającej go pustki. Na końcu korytarza znajdowały się schody: jedne wiodły w górę, drugie w dół. Tezeusz po chwili namysłu zaczął wstępować w górę. Schody prowadziły na krużganek, który załamywał się pod kątem prostym i łączył się z innym krużgankiem, położonym o kilka stopni wyżej, a ten z kolei prowadził do następnego krużganku i tak niezliczoną ilość razy. W pewnym momencie Tezeusz zdał sobie sprawę, że kroczy po obwodzie czworoboku, którego każdy bok leży wyżej od poprzedniego. Tak idąc, doszedł do najwyższego piętra, gdzie znajdowała się wnęka z kolumienkami, a w głębi drzwiczki.

Tezeusz przystanął i jął nasłuchiwać.

Czyżby tam, za tymi drzwiami znajdowała się kryjówka Minotaura?

Dokoła panowała cisza. Po chwili wahania Tezeusz ostrożnie spróbował uchylić tajemnicze podwoje. Rozwarły się natychmiast i oczom jego ukazała się rozległa sala, a w głębi, na wprost niego ogromny byk z pochylonym — jak do skoku — łbem; na grzbiecie byka wiotka, półnaga akrobatka gotowała się do skoku.

Tezeusz rzucił się w tamtą stronę — i stanął jak wryty: to co wziął za żywe zwierzę, było martwym malowidłem.

Czy Labirynt gotował mu więcej podobnych zasadzek?

Z komnaty z malowidłem byka wiodły drzwi do drugiej sali, a z tamtej do trzeciej, czwartej, dziesiątej. Każda sala była położona na innej kondygnacji i ozdobiona innymi malowidłami.

Jak urzeczony wędrował z komnaty do komnaty, przystawał, odwracał się, jakby na zawsze chciał zapamiętać, utrwalić obrazy, napierające na niego orgią kolorów i wyobrażeń. Nie wiedział, ile już razy szedł po stopniach w górę, ile razy w dół. Dawno już stracił orientację, na jakim poziomie się znajduje. Za każdym razem, kiedy zdawało mu się, że dociera do najwyższego piętra, na drodze jego zjawiało się parę stopni podstępnie sprowadzających go w dół, by w następnej sali, w następnym przedsionku trafić na ukryte schodki, po których zaczynał piąć się od nowa w górę. Krążył jak oczadziały, nie wierząc już, że kiedykolwiek skończy się jego wędrówka, gdy znienacka znalazł się w przestronnej galerii zalanej światłem. Wysoko ponad nim był wybity prostokąt, przez który widać było niebo.

Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Usiadł na ławeczce między kolumienkami, wspierającymi strop, położył u swoich nóg miecz i ze zwisającymi rękami ciężko oddychał.

A więc obszedł cały Labirynt, dotarł na sam jego szczyt i nigdzie nie spotkał Minotaura.

Czuł się pusty, jak gdyby ta daremna wędrówka wyssała wszystkie jego siły przygotowane na walkę i zwycięstwo. I oto okazało się, że nie miał z kim walczyć ani kogo zwyciężać.

Labirynt był pusty.

Nie wiedział, jak długo tak trwał, wsłuchując się w dzwoniącą mu w uszach ciszę, gdy wtem rozległ się odległy grzmot.

Odruchowo podniósł głowę, jak gdyby spodziewał się, że przez wybity w stropie otwór ujrzy burzowe chmury, ale nad nim wznosiło się błękitne, bezchmurne niebo.

Po chwili znowu doszedł go ten sam odgłos, tylko o wiele bliżej i jednocześnie w głębi galerii mignął jakiś cień.

Tezeusz pochwycił miecz leżący na ziemi i zerwał się na równe nogi. Czyżby mu się coś przywidziało? Nagle powietrze przeszył złowieszczy ryk i jednocześnie zza kolumny wychylił się rogaty łeb byka i zniknął. Wszystko to trwało okamgnienie, ale tym razem był pewny, że nie uległ złudzeniu. Z mieczem w garści zaczął się skradać w kierunku, gdzie ukazał mu się potwór, lecz gdy doszedł do końca galerii — nie zastał tam nikogo.

Przed nim otwierała się czeluść, a w niej ukryte schody.

Były to jednak inne schody niż te, którymi przyszedł na górę.

Nie ulegało wątpliwości, że prowadziły do kryjówki Minotaura.

Tezeusz zaczął się opuszczać w dół. Stopnie zrazu wygodne i mocne stawały się coraz bardziej niepewne. Tu brakowało cegły, tam sypał się gruz spod stóp. Widocznie schody były dawno nie używane, czy może zostały podczas trzęsienia ziemi uszkodzone. Wreszcie Tezeusz dosięgnął dna studni. Znajdował się w ciemnym, sklepionym lochu. Panował tu mrok, chłód i wilgoć. Pachniało pleśnią i starym winem. Skądś, nie wiedział skąd, sączyło się zielone światło; w półmroku widniały rzędy amfor i dzbanów ustawionych wzdłuż ścian lochów.

Ostrożnie posuwał się naprzód, rozglądając się na lewo i prawo, by nie zostać zaatakowanym od tyłu. Uszedł już kilkanaście kroków, gdy wtem z jakiejś wnęki, której istnienia nie przeczuwał, wynurzył się potwór i zagrodził mu drogę.

Był wspaniałej jak zawodnik budowy, a zamiast głowy ludzkiej miał osadzony na karku łeb byka, lśniący złotym blaskiem.

— Zginiesz! — ryknął i z mieczem w dłoni runął na Tezeusza.

— Albo ty, bestio!

Tezeusz wzniósł miecz i tamten cofnął się zdumiony, widać nie spodziewał się, że przeciwnik będzie uzbrojony. Ale trwało to tylko ułamek chwili. Wnet natarł na niego z furią. Tezeusz poczuł, jak perlisty pot okrywa mu wargi, lecz ramię jego nie zadrżało, gdy odparowywał cios Minotaura. Na chwilę odstąpili od siebie, po czym miecze ich znów się skrzyżowały, za każdym uderzeniem klingi wywołując stokrotne echo, jak gdyby w lochach Labiryntu walczyła cała armia. Tezeusz pojął, że ma do czynienia z mistrzem nie lada, ale i on nosił miecz nie od parady. Od jego męstwa i sprawności zawisł los zakładników Attyki i jego własne życie. Sama Ariadna dała mu miecz i kłębek. Przypomnienie Ariadny wzmogło jego siły, jakby imię jej miało moc czarodziejską. Niespodziewanie z obrony przeszedł do ataku. Z młodzieńczą zuchwałością runął na potwora i jednym straszliwym pchnięciem przebił jego pierś. Minotaur zwalił się na ziemię, bluzgając krwią.

— Nie wyjdziesz stąd nigdy — wycharczał i dziwnie przechylił łeb odsłaniając żylastą szyję starego mężczyzny.

Tezeusz stał przez chwilę nie wierząc własnym oczom. U jego stóp leżała bestia z kadłubem człowieka i z głową byka lśniącą martwym metalem. Wzniósł miecz, chwycił Minotaura za rogi, by odciąć jego potworny łeb i — zachwiał się. W rękach trzymał złotą maskę byka z rogami, a na ziemi leżał martwy Tauros.

Tezeusz przypasał miecz i ze złotą maską w jednej ręce i kłębkiem czerwonej wełny w drugiej ruszył w drogę powrotną. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ogromu Labiryntu i z całej zawiłości jego planu. Nigdy, przenigdy nie zdołałby się stąd wydostać, gdyby nie czerwona nić Ariadny, co na kształt strużki krwi Minotaura wiła się przed nim, prowadząc go ku wyjściu.

Słońce miało się już ku zachodowi, gdy Tezeusz znalazł się na prostokątnym dziedzińcu wyłożonym płytami ze znakiem mątwy.

Na dziedzińcu stała straż, a przed drzwiami czekał herold.

— Zabiłem Minotaura — rzekł Tezeusz i podniósł wysoko maskę byka ze złotymi rogami. W łunach zachodu maska wydawała się jak z ognia.

— Czy to już zachód słońca? — zdziwił się.

— Tak. Cały dzień byłeś w Labiryncie. Myślałem, że już stamtąd nie wyjdziesz.

— A jednak czekałeś.

— Królowa kazała mi czekać na ciebie.

— Zaprowadź mnie do niej.

Nimfa Krety siedziała na tronie z szarego alabastru na tle ścian malowanych w lilie i różowe gryfy jak w dniu, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy. Ale teraz nie było obok niej Taurosa. W ręku miała labrys, oznakę swojej władzy. Tezeusz szedł prosto ku niej, trzymając w wyciągniętej prawicy maskę byka.

— Zabiłem Minotaura! — zawołał. — Oto złota maska zdarta z głowy Taurosa.

Podszedł do tronu i stanął na wprost królowej.

— Czy wiedziałaś, że Tauros i Minotaur to jedno?

— Niekiedy domyślałam się tego. Jeszcze nikt z tych, kogo Tauros zwabił do Labiryntu, nie wyszedł stamtąd z życjem. Ale byłam bezsilna. Dokonałeś czynu godnego herosa, Tezeuszu.

— Dokonałem go dzięki tobie, Ariadno. Bez kłębka Ariadny przepadłbym na zawsze w Labiryncie.

— Cieszę się, że zdołałam cię ocalić. Jesteś wolny, Tezeuszu, ty i zakładnicy ateńscy, wszyscy, których Ateny przysłały.

— Więc oni żyją?

— Występowali jako zawodnicy w Igrzyskach na zakończenie Wielkiego Roku. Po dziewięciu latach odzyskiwali wolność.

— Dlaczego więc żaden z tych, których Ateny wysłały, nigdy nie wrócił?

— Być może, urzekła ich Kreta. Nasz sposób życia. Nasze miasta-ogrody, nasza sztuka i sława, jaką zdobywali na zawodach.

Na to Tezeusz:

— Mnie również urzekła Kreta. A może urzekła mnie Ariadna.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.