Dzieła literackie

Bolesław Leśmian Prolog

„Prolog”,

Bolesław Leśmian

 

Lucy Maude Montgomery Błękitny zamek

Lucy Maude Montgomery

Błękitny zamek

 

Wisława Szymborska Jeszcze

W zaplombowanych wagonach
jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą,
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.

 

Maria Dąbrowska. Marcin Kozera

NIEZNAJOMY CHŁOPIEC

Działo się to przed pierwszą wojną światową. Nikt z was nie pamięta tych czasów, lecz ja pamiętam dobrze różne rzeczy, które się wtedy działy. Jednej z nich posłuchajcie.

Daleko stąd z pienistego oceanu wynurza się, jak wiecie, wyspa, na której dumnie powiewa sztandar Anglii. Londyn jest olbrzymią stolicą tego kraju. Otóż w Londynie, na uboczu, w hałaśliwej dzielnicy biedaków jest plac, który się nazywa Charles Square. Miejsce to nie jest wesołe, bo domy, które tam stoją naokoło, są prawie czarne. A gdy wiatr porozpościera nad placem dymy fabryk, niebo nad nim staje się także czarne. Ale na środku placu rosły w owym czasie drzewa, rosły na trawie, która zieleniła się prześlicznie i jaskrawo aż do Bożego Narodzenia - co niechże was nie dziwi, gdyż w Anglii zima jest bardzo łagodna.

Maria Kuncewiczowa. Korona Kwiatów

Rozwidniało się, drzewa spłonęły w pierwszych promieniach słońca, tragarz zatrzasnął za nami drzwiczki od wagonu, drugie ustąpiły same pod naporem ramion i waliz — kurier, ledwie sapnąwszy w Puławach, ruszył dalej, a my wtargnęliśmy z naszą Koroną Kwiatów do dusznego przedziału. Pociąg szedł z Wołynia przez Lwów i ludzie, którzy razem przebiedowali noc, spojrzeli na nas wszyscy jednakowym wzrokiem jak ubogie plemię zbrojnych najeźdźców. Dopiero co wyszliśmy z ogrodu i z domu, w ustach trwał jeszcze rzeźwy smak pomidorów, dopiero co nacięliśmy masę róż, rosa jeszcze na nich błyszczała, dziewczyny świeże były ze snu, chłopcy mieli włosy zaczesane gładko mokrym grzebieniem. Stanęliśmy między ławkami i zamknęli oczy. Napuchnięte, poodciskane policzki, skołtunione grzywy, rozchełstane koszule, skorupy z jaj, mętne lepkie butelki... Za nic nie chciało się tego widzieć. Chciało się odwrócić głowy i wyjść. Nikt chyba nie miał prawu żądać, aby wonny, soczysty świat letni przełamywał się w miejską jesień tu właśnie, w tym wagonie zaśmieconym pestkami.

Zofia Nałkowska. Dzień ten

O słonecznym południu usiadła pani Katarzyna na kamiennym balkonie swego domu. Słodki ciężar słoń­ca, od którego odgrodzona była markizą w białe i rubinowe pasy, kładł się niewidzialnie na jej ciele i pętał je miękkim znużeniem niby siecią jedwabną. Z pustej głębi, znajdującej się pod stopami, szedł drewniany szelest wirujących kół i klaskanie kopyt. Przechyliwszy się ponad balustradę, pani Katarzyna mogła widzieć drobnych ludzi, idących w słońcu bo­kami, a środkiem duże, dobre, oswojone zwierzęta, z gracją grzyw potrząsanych ponoszące za sobą pudła pojazdów. Białawy, duszny kolor powietrza malował głęboką perspektywą wysadzanej drzewami ulicy w gobelinowe, nieczytelne desenie oddalenia.

Zofia Nałkowska. Dom kobiet. Fragment

BABKA

(po chwili)

Ty się nie krępuj, Joanno. Może ty wolisz samotność teraz, może też chcesz wypocząć. Prawda? Ja jestem przyzwyczajona, ja mogę być sama.

JOANNA

Nie, nie, babciu. Dlaczego tak mówisz? Ja nawet wolę zostać. Pozwól, ja zostanę.

(patrzy na nią przeciągle)

Ja — tak we dwie z tobą, ty, babka, i ja, wnuczka, obie stare kobiety.

BABKA

Ty stara? Nie wiesz nawet, co mówisz, moje dziecko. Starość, to nie jest łatwa rzecz. Wiesz — ja zawsze aż do dzisiejszego dnia, dziwię się, że jestem stara. Nie mogę w to uwierzyć. Za każdym razem, gdy to pomy­ślę — zawsze to jest dla mnie nowe. Jak gdyby się starość odbywała tylko naokoło, nie w nas. A my zo­stajemy tacy sami: my — i nasze zdziwienie.

(milczenie)

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.