Przymierze z dzieckiem_4

V

Drzewa coraz dalej odchodziły od ludzi, cofając się w gąszcz spraw własnych, niepojętych dla śmiertelnego oka.

Na wiosnę były bliskie każdemu, bezbronne, mło­dziutkie i do przechodniów wyciągały ramionka pełne ufności. Po lesie chodziłeś wtedy za pan brat z dębem czy z małoletnią leszczyną, a przejrzystość sieci złoto-zielonej dawała poczucie beztroski. Jak gdyby dęby, ludzie, żmije i zające były rodziną oddanych przyja­ciół!.„

Posunęły się jednak tygodnie i odmieniło słońce po­rę snu. Skomplikowały się, zgęstniały egzystencje zwierzęce i roślinne.

Drzewa na przechodniów zaczęły spoglądać hardo w poczuciu własnej mocy. Lis nawet – tchórzliwy w kwietniu — teraz pod koniec lata drwiącym oczkiem świdrował zza krzaka plecy pana wójta. Nieustępliwość rozsiadła się po miedzach, gęstwinach i gałęziach. Z puchowego chaosu wiosny wyodrębniły się dawno mięsiste jądra i teraz, w blaskach pożogi sierpniowej twardniały w kształt owoców. Las wzbronił ludziom dostępu; cały się zamknął w orgiach, w tytanicznych jakichś mozołach i w walkach krwawych.

Głowę włóczęgi nierzadko biły szyszki; pomniejsi stwory leśne wyskakiwały znienacka na intruzów i z bezgłośnym chichotem zapadały znowu w papro­cie — syte ludzkiego dreszczu. Liście przybrały pozór blaszek, trawy raniły ręce, a jałówki nastawiały pastu­chom rogi miękkie i głupie.

Coś się wszędzie działo między niebem a spoconą skórą globu; coś się działo w pośpiechu, w bólach, w porannym zgiełku i w zgrozie nocnej. Zawiązywały się istnienia, które nie dojrzeją na ziemi, i sowy szcze­kały księżycowi o zbrodniach, co tratują chaszcze i mą­cą wodne głębiny.

Teresa tymczasem sunęła wśród szpaleru równiutko strzyżonych godzin, czując, jak za jedną i drugą ścianą jej spokoju za łby się wodzi, szczuje, ujada i tańczy tysiące istnień trawo- i mięsożernych, boskich lub zgoła kanibalskich. Miała przed sobą swoją szafranową ścieżkę i metr kwadratowy wolnego powietrza po lewej i po prawej ręce; nad głową miała Niewiadome, a pod stopami nieustanny dreszcz ziemi.

Była Teresa sama. Niepewna losów, jak mewa, schwy­tana w sieć, zagubiona w prostej alei, niby mrówka na posadzce, i ciągle łakoma jakichś sygnalizacji z obce­go świata, które by na kształt semaforów napełniły czer­wienią jej drogę.

Otóż zdarzało się czasami, że w chwili takiej bladej u wylotu ścieżki stawał Jędruś i z drugiego bieguna  zdarzeń zbliżał się ku matce.

Szedł z daleka, z własnego, już zdobytego państwa; szedł, nie śpiesząc, malutki, a jednak pan własnych kroków i twórca samowładny malutkich spraw. Nie było go oto godzinę i dwie, wkoło Teresy zdołały narosnąć chłodne fale i nagle — podobny okrzykowi — w sferę ciszy wpadał malec.

 Jakiem było wtedy zdumienie i jaki zachwyt matki, że ze świata przychodził do niej jej syn, zza zielonej ściany, z pierścienia upału i wrzasków.

Deptał po skorupach ślimaków i po tysiącznych tułowiach w jaskrawe kropki i pręgi, stąpaniem ranił łodyżki, szamotał się z prętem wikliny, w nieodgadnioną dziurę chował zdobycze, brał cięgi od wszystkich kamieni wśróddrożnych i — wyśmiany przez wilgi, obszczekany przez psy sąsiedzkie — przychodził sam ze swymi sińcami, pełen radości.

Teresa zasmakowała w słodyczy nagłych spotkań z dzieckiem, któremu już nie zawsze była potrzebna. Stwierdzenie początków emancypacji Jędrusia uczyni­ło go szczególnie drogim młodej matce.

Między nią a synem zaczynał się klarować „fair play” gentlemeńskich stosunków — świtało dobrowolne przymierze, tak mgliste jeszcze jak sieć kwitnących jabłoni, jednak wieczne jak zapach tejże sieci różanej.

I za przyczyną Jędrusiowych łowów w dzikim ostę­pie między grządką melonów a płotem z bukszpanu, za przyczyną także Jędrusiowych wtargnięć na ścież­kę i jego zwierzeń, Teresa przebaczyła jakiejś tam po­tędze (jakiemuś dobrodziejowi czy jakiemuś oprawcy) tę przemoc, która się dokonała na jej woli w pamiętną noc narodzin.

A — co ważniejsze — zdołała Teresa przeboleć i puścić w niepamięć ów szereg miesięcy macierzyńskich zabiegów koło szpetnie obcej istoty, wszczepionej w życie jak drzazga w ciało.  

Pod wpływem kilku spojrzeń syna-wojownika nawiedziło ją nawet przypuszczenie (nieśmiała raczej nadzieja), że jej łono nie było tą furtą najbardziej przypadkową, przez którą Jędruś dokonał pierwszego wejścia na świat.

Że może w kraju cudacznym, skąd ją samą kiedyś wywiedli rodzice, czyniąc znak jakiś — im samym nie znany, skrzętnie pochwycony przez anioła przeznaczeń – że w kraju nieurodzonych ludzi żyli już może ze sobą długie wieczności w porozumieniu obecny Jędruś i obecna Teresa.

 

W październiku, kiedy Bóg pokarał drzewa nagością za ich pychę sierpniową, Teresa pod futerałem nurkowego płaszcza odczuła żywo swoją nagość. Przypomniały się jej i zadrgały biodra, kolana, piersi i skronie. Usta nabiegły ogniem, wywinięte w kapryśny łuk. Muzyka, najpospolitsze uśmiechy, słowa bez treści i książki dawno czytane zakrzyknęły nagle o uściskach.

Na arenę wystąpił mąż w roli gladiatora. Żona spo­strzegła, że pan ten ma szerokie ramiona, że jego pieszczoty są bolesne i że można ich mieć dużo. W mał­żeństwo wsączył się słony strumyczek krwi. Teresa przestała rozumieć, co mówił jej mąż przy stole, a także zaniedbała swoje czepeczki o długich wstążkach. Nie układała się już na noc jak kokieteryjna nieboszczka do trumny, tylko niespokojna, z rozpuszczonym warkoczem czekała u drzwi.

Zrozumiała urok brzydoty, zuchwałość najniższego poddania, pojęła, za co anioł odwróci się zawsze od ko­biety i dlaczego zawsze przebaczy jej najmędrszy Bóg-Chrystus.

Rozkosz skręcała czucia Teresy jak ogień członki czarownicy, palonej na stosie: prężyły się w męczeńskim tańcu; i wtedy szaleństwo nerwów miało w sobie heroiczny pęd tęsknoty. Zdawało się: jedna fala krwi i pryśnie wreszcie w tysiączne drzazgi tajemnica, wyłuskwi się jądro – szczęście. Cel jednak żarliwości po­został śliski, rzekłbyś, kula szklana; furia ściekała strumieniami po chłodnych ściankach, a jądro tajemnicy zasklepiało się jeszcze mocniej.

Pogoda zstępowała zatem na twarze, ciało wyzute z tęsknoty skwapliwie zapadało w kretynizm. Jakże słodko było zapomnieć o wstydzie, tulić policzki do włochatego pyska bestii, czując się siostrą wilczyc, klaczy i cętkowanych perliczek! Głupkowate i tępe przewalały się minuty jak dynie; pokój pełen był inkubów, jaszczurek, aksamitnych jakichś drapieżców i warg nadto mięsistych.

Teresa śniła ciężki sen na jawie i budziła się zeń zrozpaczona, jak mniszka, która w marzeniach uległa księżycowi. Przy łóżku stawał czwartek czy poniedziałek i zawieszał nad ścierniskiem pieszczot dwoje oczu z kamienia.

I stało się raz, że — zamiast któregoś czwartku — wkroczył Jędruś z Misiem w objęciach. Zagadał ptaszęcymi słowami, spytał. Nie o wrażenia ubiegłej nocy, oczywiście, ani nawet o to, czemu Mamusia jeszcze nie jadła śniadania. O coś tam spytał śmieszniutkiego.

Od owej chwili żądze — naznaczone krwistymi pręgami wstydu — przywarowały jak psy obite, a na po­wierzchni wszystkich nocy Teresy rozlała się oliwa spokoju. Dni zyskały przez to na przejrzystości i na tętnie. Życie znowu błysnęło elegancją jak salon, z którego wyniesiono łóżka.

 

W ciągu trzeciej zimy Jędrusiowego istnienia macierzyństwo przestało być dla Teresy „stanem wyjątkowym” – stało się “stanem cywilnym” równie mało kłopotliwym jak posiadanie dożywotnej renty.

Dziecko wessało się w życie na podobieństwo nowotworu, który zdołano unieszkodliwić.

A zatem niezliczone sprawy skłębione poza domem: ludzie, samochody, polityka, artyzm, zwierzęta i kwiaty – ich kolizje, ich głosy – powlekły się znowu barwą widzialną dla oka.

Zwłaszcza skwapliwie przywołani zostali ludzie. (Samochody były za drogie – jednak ich kwik z daleka ściągał wesołe myśli o bogactwie. Artyzm, ni to obrażony książę, spacerował po parku, chowając przebaczenie na śmiertelną godzinę kochanki. Polityka wrzeszczała prosto w twarz, ziejąc czosnkiem i octem siedmiu złodziei. Zwierzęta nie wszystkie umiały służyć, zaś kwiaty same chodziły za ludźmi jak pudle.)

A więc Teresa sprawiła sobie dużo sukien i pozwalała sercu biegać do drzwi za każdym dzwonkiem w zawody z pokojówką.

Wrócili dawni znajomi, sprowadzając ze sobą nowych. Godziny Jędrusia zwrócono ich dawnemu władcy – fryzjerowi.

Panowie i panie obsiedli co najpiękniejsze krzesełka w domu, obiady straciły własną porę, wieczorom urosły macki, sięgające aż do południa, telefon stał się naj­ważniejszą osobą, a twarz zaczynała być potrzebna do­piero o zmierzchu.

Jeden i drugi mężczyzna oświadczył się Teresie. Nie o miłość zresztą, tylko o „To, co najważniejsze”, o „To, za co biją po twarzy”. Tańczono. W Łazienkach fauny pochowały rogi pod czapice ze śniegu. Pocałunki marzły na wargach; tajały dopiero w cieple balu i słodką rosą opływały niektóre tańce.

Kiedy Jędruś we snach witał letnią swoją przyjaciółkę — krowę Zazulę, jego matka najżyczliwszym uśmie­chem witała „swój” stolik na dancingu.

Zapamiętali ją i obdarzyli sympatią kelnerzy, portierzy i wodzireje. Nauczycielka ludowa z brzydkiej wsi daleko od kolei i pomocnik buchaltera w związku rzeźników zaliczyli jej nazwisko do tych słówek ślicznych, pachnących jak tuberozy, słówek, które w ”Kurierze” oznaczają przepych, nieosiągalną rozkosz, piękno zza siedmiu rzek.

Teresa zaczęła miewać migreny, a jej smak pogłębił o całą skalę, sięgając finezji niemal gallijskich.

Przez cały ten czas nie parała się wcale myśleniem. Jednak konstatacje i oceny nieprzerwaną strugą wycie­kały spod stempla świadomości i nasycały źródło, bijące y duszy. Niezbadane były loty wrażeń, dziwne — lądo­wania.

I tak: po wieczorze, spędzonym w dziesiątkach uścis­ków tanecznych, przegadanym mową kolibrów — Te­resa zasypiała, mając w mózgu objawiony po raz pierw­szy obraz zadziwiająco jasny wszechświata.

Innym razem, wśród gorączki przymierzań ze lśnie­nia „charmeuse’y” wywiązywały się nagle niezbite prawdy społeczne. Nazwy, które do niedawna fruwały pa szeleszczących skrzydłach intuicji, nabierały wagi kamieni.

Ustalały się dystanse, migotliwa ruchawka pojęć sty­gła w kształt dogmatu. Jednocześnie kształciła się Teresa na podziw sprytnie w sztuce żonglowania maskami. Ludzi brutalnych umiała już ubierać w koronkowe ma­leńkie maseczki, a filigranowych wrażliwców stroiła w barwy ponure, które z nich robiły brytanów.

Gdy tak działała i nieustannie poddawała się działa­niu zdarzeń — w głębi przechodził Jędruś, spleciony rączkami z Jankiem i z Hanusią. Zdążył pozawierać przyjaźnie. Nie chadzał już na zwierza w pojedynkę — miał towarzyszy. Poczynał sobie roztropnie, ze stanowczością i z wdziękiem. Słychać było często jego głosik, oparty na jakiejś nucie majorowej bardzo trafnej.

W mieście tańczono, bo karnawał był długi i waluta poszła w górę, a majonezy staniały. Do Teresy przyczepił się pan... Siaki taki. Czarny, długi, pięknie ubrany.

Przyczepił się jak maskota, jak strofka „Titiny”. Teresa przywykła, że ten pan jest z nią wszędzie. Wkładając suknię balową, wkładała z nią razem maskotkę. Wśród zajęć jak najmniej rytmicznych pan wyskakiwał z przestrzeni, rzekłbyś, uprzykrzona melodyjka. Kiedyś siedział na dywanie i Teresa patrzyła w jego oczy.

Poczuła, że cudze dłonie ujmują jej kostki nad stopami. To nie było straszne. Ale zaraz potem pan powiedział: „kocham”, a Teresa ciągle jeszcze widziała jego oczy.

Otóż to dopiero było straszne.

W oczach pana coś mętnego i śliskiego mówiło najwyraźniej: „Nienawidzę; zaraz cię ugryzę zatrutymi zębami i umrzesz z tej rany. Pogardzam; zaraz cię pocałuję i jak dłoń uderzy ten pocałunek. Żebrzę; zaraz wyciągnę ramiona i smrodliwa woń łachmanów otoczy twoją głowę”.

W ustach pana trzepotało się słowo „kocham” niby ptak złapany w potrzask, a wokół nóg siedzącej pełzały ręce, podobne dwu padalcom.

Teresa z krzykiem wypadła z pokoju.

Niesłychanie ckliwe i obmierzłe nastąpiły dni. Dni o krostowatych twarzach.

Teresa pływała we wstręcie. Nawet kwiaty patrzyły na nią krzywo.

Z dna pamięci wypłynęły jakieś robaczki, obgryzając wszystkie myśli, póki nie zostało śmiecie.

Zdarzenie zdawało się być ponad winę i ponad zasługę.

Jędruś właśnie wtedy przechodził fazę klocków. Przy­cupnięty wśród rumowiska czerwonych i białych cegiełek – tworzył.

Tłusta łapka krążyła z namysłem nad stosami materiału.

Nagle spadała na upatrzony obiekt i czym prędzej wracała z łupem do „wieży”, której kadłub nieco przyciężki mozolnie dźwigał się od ziemi.

Czoło Jędrusia w godzinach budowania nie mniej wyrażało powagi niż ongi oblicze Leonarda, schylone nad projektem latawca.

Zastała tak synka Teresa któregoś popołudnia. Sta­nęła za nim smutna, patrząc, jak wznosi swój piękny zamek.

Żeby okazać uprzejmość chłopczykowi, spytała: „Co to budujesz, Jędrusiu?”

Malec podniósł główkę i żywo zagadał:

“Dla ciebie przecież zawsze buduję domek, Musio”.

Więc Teresa, nie zwlekając ani chwili, okryła swoje zgryzoty pogodą jak welonem — i weszła do domku syna na wieczne zamieszkanie.

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.