Przymierze z dzieckiem_3

IV

Mijały miesiące. Niemowlę potłuściało. Stało się różowe i pogodne. Z twarzy jego spadła maska strzygi ukazała się szczęśliwa buzia jedynaka. Co najważniejsze — pośród ulewy wrzasków, płynących z kosza, wy­odrębniły się pewne dźwięki o barwie stałej, które miały moc kierowania popłochów matki ku ściśle wiadomym czynnościom.

Malec z wolna odwykał od narowów przedziemskiej egzystencji i zaczynał na ludzi zwracać spojrzenia ludz­kie. Ku pociesze Teresy, nieprzyjaźń i natarczywość, przyniesione na świat z pepiniery, rojącej się gdzieś na dnie wulkanu, ustępowały z wolna miejsca słonecznej głupkowatości dziecka.

Z każdym dniem egzotyzm małego stworzenia obłaził zeń wraz z czerwoną skórą. I coraz mniej był ten czło­wiek podobny do fetysza Aszantów, a coraz więcej do Jędrusia.

Rzeczywiście... Po sześciu miesiącach dopiero imię chłopczyka zaczęło nabierać cech prawdopodobieństwa. Matka nauczyła się stroić w nie syneczka jak w pierwsze włóczkowe butki — bowiem wiadomym się już stało, że to dzieciątko chce mieszkać w rodzinie i że te nóżki będą chodziły po ziemi.

Ponura groteska nasiąkała barwą sielanki. Więc do domu, rozgromionego przez katastrofę Teresy, z wolna wracał pokój.

Z czasem przy stole stanęło nowe krzesło — wysokie a malutkie — na tym tronie celebrował Jędruś nad miseczką kaszy. Żaden obrządek dorosłego świata nie dałby się porównać z Jędrusiową ceremonią jedzenia ryżu. Nigdy kochanek nie śledził z taką egzasperacją dłoni kobiecej, odpinającej suknię, nigdy myśliwy nie obejmował wzrokiem tak srogim odległości między lu­fą a cielskiem niedźwiedzia, jak zaciekle Dzidzio uja­rzmiał oczami każdy ruch pełnej łyżeczki.

Ciałko ujęte w uścisk krzesła prężyło się ku kaszy jak heliotrop ku słońcu; tęczówki, aż czarne od nabożnej zgrozy, jadły ryż, zanim buzia zdołała jeszcze pochwycić ofiarę. Cała istotka: policzki, frywolny czub na środku głowy, ręce bezradne, a — mimo dołków — na­miętne, nogi, rozdęty z wysiłku nosek — wszystko czy­hało na ryż z zajadłością tygrysa, a z komizmem lalki.

Wielki mlask szedł znad talerza, niańka dostawała wypieków, a Teresa — niby pszczoła w lipcowe połud­nie — napełniała się słodyczą aż do zmęczenia W miarę jak kaszy ubywało z miseczki, wzrok Jędrusia łagod­niał, wolniało naprężenie postaci i po twarzy — podo­bne obłoczkom — zaczynały snuć się kaprysy. Nie te zgryźliwe, urodzone ze swędzenia dziąseł, z głodu albo z nienawiści ku mechrowatemu cielsku nocy; nie — kaprysy różowe, leciutkie i niezmiernie śmieszne. Po uczcie malec rozłożony na plecach trawił bez wysiłku. Sytość, na kształt kuli aksamitnej, zamykała ciało w świecie uśmiechu. Podrygi członeczków podobne były tańcowi fontanny; ręce i nóżki pląsały, jak strugi naj­weselszej wody. Oczy Jędrusia wyrażały wtedy radość, w nieposzlakowanej czystości podobną tylko słońcu albo pieśni Malajczyka.

Owo szczęsne jarzenie się, ta brylantowa gorączka zdrowia przekwitała jednak szybko i Dzidzio zapadał w sen. Buzia, przed chwilą jasna jak płomień, mierzchła, przybierając wyraz kukiełkowatej srogości. Namysł i racja stanu osiadały między brwiami; nos lekko rozdęty już coś tam bredził o pasjach; za to cala najśliczniejsza śmieszność dzieciństwa, głupota bez skazy, słodycz i indolencja oplatały wianuszkiem Jędrusiówe usta. (“Różane wardzusie” — mówiła niania). Oddech pulsował cichutko między tymi wargami — rzekłbyś skrzydlate serce stokrotki…

I nigdy najbogatsza pani na świecie nie nosiła tak miękkich jedwabiów ani najświetniejszy książę Orientu nie całował skóry tak gładkiej, jak miękkie i gładkie były dwie czerwone wstążeczki zawiązane w uśmiech na twarzy Jędrusia.

Teresa, pochylona nad śpiącym, zatracała się w uro­ku, który wsysał ją w siebie niby przepaść wchłaniająca potok. Ze snu dziecka biło szczęście mocniejsze od wo­ni storczyka, podniecające na sposób górskiego powie­trza, szczęście drapieżne i słodkie aż do omdlenia. Mat­ka odchodziła od łóżeczka bardziej wyczerpana zmysło­wo niż po nocy napełnionej pieszczotą od brzegu do brzegu.

Za tę cudowną mękę oczu i nerwów Teresa najpierw pokochała syna.

 

Przyszło drugie Jędrusiowe lato i zastało synka na własnych biegających nóżkach. Minęło wreszcie u Te­resy uczucie organicznego związania z tworem fatygu­jącym jak narośl na mózgu. Znowu poczuła się czło­wiekiem.

Nie była jeszcze piękną kobietą sprzed dwóch lat, ale przestała przynajmniej być karmiącą samicą. Między nią a dzieckiem wytworzyła się pewna — na razie płytka – jednak już obiecująca perspektywa.

Jędruś, podobnie młodemu odnóżu leszczyny, odszczepił się od matki i bujał coraz dalej od pnia. Można było zapomnieć o nim na godzinę i potem wracać nie do wrzeszczącego kosza, w którym głód impertynencko jazgocze, tylko do miękkonogiej istotki, która na własną rękę rozumnie brodzi wśród zalewu zdarzeń.

W mózgu Jędrusia wybijał się z obsłonek owad ciekawości i łaskotliwym skrzydłem drażnił czucia — tępe jeszcze, jak nos szczenięcia. Chłopczyk węszył, oglądał, dreptał i dotykał z gorliwością wyżła, a niedołęstwem ćmy.

Najbardziej wykształconym organem odbiorczym wrażeń był język i owe „różane wardzusie”. Więc też cokolwiek uszczęśliwiło oczy: czy to czerwień jakaś, pyszna na podobieństwo kogucich splendorów, czy też kształt krągły albo skoczny — natychmiast rzecz ta po­dlegała próbie smaku.

A jeśli, broń Boże, przedmiot nie dawał się oślinić ze względu na swoją nieuchwytność bądź ogromne roz­miary, z wnętrza małego człowieka buchał żal, serdecz­na obraza i zawód, splecione w strumień płaczu. Pier­wszy odporny gest Nieznanego. I pierwsze z pobudek idealnych płynące cierpienie.

Tymczasem upał — na podobieństwo zaklinacza szczurów, grając na sielskiej fujarce — chmarami wy­prowadzał ludzi z miast na pstre podwórce swobody, między koronkowe ściany cienia. Utrudzone mrowie, tysiące nóg rozbolałych od stąpania po bruku, śpieszyło a śpieszyło ku drogom wonnym jak ciepły razowiec. Tysiące głów niosło się nad ziemią z czołami podanymi na wiatr, by zaznać dotknięcia jego dłoni, mokrych od zabawy z morzem.

Jędruś również pilnie przyuczał stopki do chodzenia po trawie. Podnosząc do góry, niby ślimak różki, wielkie palce i kurcząc resztę, biegał po łąkach, podobny do kolejki za trzy złote, która nigdy nie wiadomo, kiedy się zatnie, a kiedy popędzi bez przytomności. W ślad za nim pośpieszały wedle sił pięty i rozchybotana głowa. Był ciągle jeszcze przy Teresie nieodstępnie, ale obecność ta straciła właściwości zmory. Jego potrzeby stały się uregulowane, wolne od wszelkiej tajemniczości: pozwalał się hodować prosto, ni to wesoły krzak w doniczce dziewczyny.

Nad wszystko służyło mu słońce. Więc Teresa często wyłuskiwała ciało syna z lalczynych szatek i puszczała nagiego między dziewanny i cykorie.

Malutka nagość pieściła wtedy oczy jaskrawiej od kwiatów, krzątała się wśród zieleni na kształt egzoty­cznego zwierzęcia z rodziny małp czy też rokokowych aniołów. Ruchliwość osoby, a zwłaszcza nieposkromiony głód rąk, przypominały sposób bycia prześwietnych Bandar-Logów. Natomiast kształt, jakby ulepiony z po­szczególnych fal tłuszczu i cały lśniący od porcelano­wej glazury, zgoła był anielski.

Niektóre przegięcia tułowia, wykręty rąk i przewra­canie źrenic dawały pozór świętości w stylu Bouchera. Dziecko zdawało się drapieżne, niczym uczeń czarno-złotej Baghery, nurkującej wśród lian, a zarazem bieg­łe w sztuce gawota i w recytowaniu antyfon. Tło zaś Jędrusiowych igraszek z naturą równie było przyjazne błyskawicznym chwytom systemu Bandar-Logów, jak i wniebowzięciu tanecznemu Rokoka.

Cokolwiek umyślił chłopczyk: czy to napaść na kitę łubinu, czy poćwiartowanie chrabąszcza, czy też prze­sadne umizgi do muchy albo jakieś rondo capriccioso z bułką w garści — zawsze trawa, chmury, blask i lep­kie od słodyczy powietrze (potworna owa szata wielkie­go cielska ziemi) przylegały pieściwie, z wdziękiem dziecinnego fartuszka do postaci Jędrusia.

Kiedy malec, rzęsiście roześmiany, tarzał się w gnieździe macierzanki, a gałąź głogu chwytała go za włosy, Teresa patrząc, jak żyje jej nagi syn, przestawała wkrótce odróżniać, co jest ręką dziecka, co warkoczem uplecionym z liści, co radością małego człowieka, a co uśmiechem rośliny.

 

Jakoś tymże czasem Teresa zaczęła znowu podobać się sobie. Jej biodra i piersi, przez które przeszła kosmi­czna fala narodzin, wróciły do poprzednich form, pra­wie dziewiczych. Z rozbujania organizmu, z karmicielskiej obfitości został ślad zaledwie znaczny, jako miękkość ogólnego zarysu i zmężnienie niektórych mięśni.

Jedynym śladem wyraźnym było przesunięcie światopoglądu na jego właściwe miejsce — to miejsce, które Jehowa krwistą plamką naznaczył w mózgach pierwszych małżonków.

Wszystko, co dręczyło wyobraźnię, zostało odkryte. Wszystkie zasadnicze prawdy ludzkie odsłoniły oblicza – została tylko śmierć, a przed nią nieskończony szereg powtórzeń, przypomnień i uzupełnień rzeczy po­znanych.

Kiedy Teresa, zacisnąwszy powieki, siedziała w tra­wie, a z bliska dochodziło pogadywanie jej dziecka, w myślach o życiu młoda kobieta widziała krąg dosko­nale zamknięty.

Dwadzieścia kilka lat temu urodziła się sama; nastą­piły liczne wiosny i jesienie, które wszystkie, z palcem na ustach, prosiły o cierpliwość i obiecywały nagrodę. Przez cały ów okres przygotowania malutka — i coraz większa — Teresa biegała ode drzwi do drzwi zamkniętych i próbowała włamać się w życie. Tymczasem — nic o tym nie wiedząc — żyła, a to, co było za drzwiami, wyciekało przez szpary i w przybytku nagród coraz więcej miejsca obejmowała pustka.

W miarę jak kształciły się zmysły i rósł zapas wiadomości, co dzień niemożliwszym się stawał nakaz czekania przed drzwiami. Przyszła wreszcie pora Erosa.

Podobne sezonowym kwiatom — pęczniały, rozwijały się i więdły tęsknoty — te przyjęte i te odrzucone. Zza węgła nagle wyszedł i w poprzek drogi stanął mężczyzna. Ni to jastrząb — spadła na serce pierwsza miłość; głupia i męcząca gorzej od bólu. Przyszła za nią druga, już wykluta z poczwarki, romantyczna, cała zamknięta w słowie i w spojrzeniu, nie wiedząca o ciele, zachwycona i najszczęśliwsza. Później była miłość taneczna; złośliwa jak jaszczurka, nieuchwytna; rzekłbyś: dama w masce, intrygująca kąśliwie, a przecież uroczo.

Rzecz ciągle jednak działa się przed zamkniętymi drzwiami. Aż w końcu wielkim płomieniem buchnął ro­mans. Panieński. Chłopięcy. Romans bez ostatniej kar­ty. Ale tak przejmujący, tak bliski jakiejś pozaludzkiej prawdy, że kiedy spopielała owa pożoga, Teresa u za­mkniętych drzwi błądziła już zmęczona i prawie nie­ciekawa.

Wtedy wyszła za mąż. Z całą sumiennością jęła roz­gryzać cierpkie jądro małżeństwa; i któregoś tam dnia, o którejś godzinie spostrzegła, że drzwi zostały poza nią, że mieszka już w domu ludzi dojrzałych. Ogarnąwszy wszelako spojrzeniem nową siedzibę, poznała, jak ma­ło — za progiem tajemnicy — zostało do poznania...

Bowiem przez czas szamotania się Teresy na przy­zbie, życie uszło spośród ścian, niby woda z basenu. Te­raz dopiero olśniło czekającą widzenie fal upłynnionych, które w przepływie obmywały jej ciało, a które były życiem. Ku zadziwieniu bez miary stało się jasnym, że to, co każdej godziny przemija nienazwane, że to wła­śnie jest wyjawioną tajemnicą; i jasnym się stało ró­wnież, że strumień już prawie cały odbieżał. Aliści w najtajniejszym wnętrzu domu biło jeszcze niedocieczone źródełko: zagadka narodzin. Teresa spod oka śledziła pulsacje tej zagadki: nie pragnęła wcale przenikać jej odmętu — bała się na dnie zobaczyć robaka brzydoty. Tymczasem okazało się, że wzgardzone źródełko jest kraterem wulkanu, bluznęło lawą i po niewoli zatopiło Teresę w płomieniach bólu. Urodziła syna. I oto krąg zamknięty.

Matka ze spokojem patrzyła na drogę, którą trzeba będzie odejść ku śmierci. Patrzyła na tę drogę rudą od słońca, szarą od dni powszednich i pijaną od niedziel. Widziała tłum, który wespół z nią pogoni drogą aż do miejsca, gdzie czarny kamień oznaczy kres wszelkim krokom i stąpaniom.

W sercu Teresy — tak do niedawna atlasowym, tak wybrednym i zgoła królewskim — mieścił się poufale cały kurz tej drogi i cala jej gminna konieczność. Nie czuła ucisku w sercu ani obrzydzenia w źrenicach — czuła tylko, jak krwią nabiega ten sam punkt purpurowy, którym Jehowa naznaczył mózgi pierwszych mał­żonków.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.