Przymierze z dzieckiem_2

II

Tapety były bieluchne, łóżko wygodne. Na stole w wielkim dzbanie stał snop mieczyków, pod ścianą dwa złocienie w donicach. Wsparta o poduszki, Teresa czytała.

Za oknem — krotochwilne, a pracowite — gazdowa­ły ptaszeczki. Dzień powszedni kroczył gładko jak sta­ry wodzirej, nieświadom nawet tego, że chodząc po uli­cach, pląsa.

O tę samą szybę, co wczoraj, roztrzaskało się znowu niebaczne słońce, te same kucharki krzyczały na innych schodach, na tym samym zakręcie zirytował się znowu, jak zwykłe, (inny) konduktor tramwajowy, i takuteńki dreszczyk przed klasówką niósł ze sobą do szkoły Górszczak (tylko że wczoraj to był Rontalerczyk).

Wyświeżone, najnowsze sunęły po niebie obłoki, cho­ciaż zeszłego wieczoru poszły spać czarne od sadzy i smutku. Na wiślanym brzegu zasiadł rybak; patrząc z sympatią na wodę, wolną ręką głaskał wygięty ko­nar wierzbowy, który onegdaj okaleczył ramię topielca. Z piętra na piętro przeszczekiwały się pieski. Czasem gwizd przyszedł z daleka, z daleka, i widać było, że podróżni jeszcze jedną noc przekiwali głowami w wagonie. Widać było także, jak daleką drogę mają przed sobą pociągi, mali chłopcy, Wisła i wszystkie dni powszednie. Podpływała ta droga sama pod koła, pod stopy i fale – niby ruchomy chodnik w magazynach Luwru; więc ludzie biegli i gazdowały ptaszeczki.

Leżała też i Teresa w szpitalnym pokoju, wyglądając, rychło li runie na struchlałą ból jakiś cudaczny. Długie miesiące rządziło się w niej cudze życie, a teraz, kiedy – wedle starego planu — miało ją zgwałcić i po­rzucić — tak była zagapiona, tak od nowa podziwem najstraszliwszym przejęta, jak człowiek, który widział nieboszczyka w godzinie jego śmierci, a w zgon uwie­rzył dopiero po pogrzebie. Leżała, nasłuchując, czy nie odezwie się sygnał alarmowy we własnym ciele, czy nie trzeba będzie bronić siebie przeciwko własnemu wnętrzu. Po korytarzu biegały kroki, rozpowiadał głos męski za ścianą, zapach smażonych potraw plątał się kolo okna, a chryzantemy patrzyły na wszystko z gry­masem litości.

Nikogo nie było przy łóżku, gdzie dwie istoty — jedna bezsilna i druga jeszcze nie urodzona — czekały, drzemiąc, nakazu, by zewrzeć się ze sobą w najsroższej walce. Ani gniewu, ani strachu, ani miłości niczy­jej nie starczyło na smutek u wezgłowia Teresy, której ciało i wola rozszaleć się miały w obmierzłym trudzie rodzenia. Więc przyszła taka chwila, że samotnica zwróciła oczy ku chryzantemom i po raz pierwszy wdzięcznie przyjęła litość.

 

Noc, która nadeszła, wywiodła Teresę purpurową ścieżką w samo jądro puszczy, do najdzikszego ostępu. Nad ustami pochylił twarz srogi brat życia — ból fizyczny. Ludzie chorzy na migrenę, suchotnicy w  eleganckich pledach, zdradzone przez kochanków panny i rodzice synów marnotrawnych zostali wśród pszenicznego pola; na spotkanie wyszli nowi towarzysze: lwice, wichry tropikalne, śmiertelny upal dżungli i ranni żołnierze. Rozstąpiła się ściana kniei i zza kwitnących lian wyjrzało piekło. Ogień jęzorem syczącym obśliniał z wolna nogi; wśród płomienia pokazały się oczy Joanny i tysięcy czarownic – oczy te po raz pierwszy wyznawały sekret o torturze. Braterskimi słowy zagadał Siuks poszarpany boleśnie wrażym tomahawkiem i stały się bliskie wszystkie dusze psie, wilcze i tygrysie. Łono, niby potworna soczewka, wsysało wszystką okrutność świata. Natchnione, rozpaczliwe, tłoczyło swoją nagość w doktorskie źrenice.

Między ziemią a niebem jedna tylko trwała rzecz — na śmierć wezbrane życie. I w mózg Teresy — sinoczarny od męki — wstępowała krwista prawda o ciele. A także prawda o samotności. Bo w obręczy spojrzeń leżała tak samotna, jak trup Araba na piaskach Hoggaru.

Kiedy żuła cicho swój ból, wodząc półżywą źrenicą po twarzach, siadały na jej czole, na szyi i piersiach niefrasobliwe myśli pielęgniarek. Zdawać by się mogło, że to motyle tańczą nad ścierwem. I obcość była podo­bna czarnej chuście apasza, która dusi krzyk, nadzieję i trwogę. W świetle elektrycznym fachowcy skakali, niczym samo zło, harcujące bezwstydnie po drogach.

O którejś tam godzinie mierzchnąć poczęły żarówki; z siności świata wypłynęła gałąź i smukłym ciałem przylgnęła do szyby. Pierwsza istota bez żółci. Więc Teresa cała wybiegła przez oczy ku słodkiej nieznajo­mej. Aliści gałązka syknęła po wężowemu, skręciła się niczym bat i w tysiącznych rzutach jęła siec biodra i ręce kobiety. Najwyraźniej za szybą również nie było miłosierdzia. Rodząca ze wstydem cofnęła wzrok od brzasku i – podobna ślimakowi — zamknęła się w skorupie bólu.

Nie pozwolono jej jednak cierpieć w biernym pod­daniu. Żądano męki czynnej — pracowitej na sposób pożaru, który żrąc wszelkie zapory, niszczy sam siebie. Ani śladu prośby nie było we wzroku doktora: nakazywał i groził. Kosmata łapa krzątała się wśród omdlało­ści ciała niczym skorpion wśród ziela. A furie w kitlach — niecierpliwe i wściekłe — szczuły Teresę na dziecko, jak psy gończe szczują myśliwego na wilka.

Kiedy, zdyszana na śmierć, zaszczuta do plugawego obłędu, potworna i ślepa ze strachu, chciała spłynąć z łoża tortur na kształt strumienia, co bez pamięci pada w przepaść — wychynęły z brzasku żelazne paszczęki, kleszcze złowrogie i opasłe butle jodyny...

Tłuszcza oprawców przywarowała w ciszy, by na da­ne hasło dziesiątkiem zębów szarpnąć łono i rozedrzeć je na dymiące ochłapy. Wówczas pod skorupą męki za­czął wzbierać krzyk: pęczniał, podważał skorupę... aż pękł niby wrzód ogromny, bryzgając słowami jak ropą. Na sinych falach świtu rozlał się ów wrzask gryzącymi strugami, kąsał, pienił się, pluł — szalał, cichł i skomlił po szczenięcemu. Teresę nakrył gorący całun krwi.

O tej to chwili lampy nabrały ostatecznie pozoru bla­dych od bezsenności tęczówek. I zaraz ból stal się leni­wy, ni to zerwana struna, i lepki — rzekłbyś dziegieć. Z jednej żyły w drugą spływała gęsta, czarna ciecz. Od­stąpili ludzie, płakało coś w kącie cienko, szkliście. Po­dobno urodziło się dziecko. Teresa już spała.

III

W domu Teresy zamieszkała malutka strzyga. Stwo­rzenie wszczepione w życie jak drzazga w ciało.

W chwilach cichej, a intensywnej pulsacji domowego organizmu, kiedy dzień wzbierał sokami i, zdawałoby się: powietrze zasklepia się wkoło Teresy kształtem kokonu, aby mogła – spokojna — bytować wśród swoich sprzętów, sukien, książek i najwłaśniejszych myśli, wytryskał nagle krzyk z gutaperkowej twarzyczki. Zjadliwy, niby uderzenie rózgi, ten krzyk szarpał każdą godzinę. Matka podrywała się, podobna do wróblicy, i biegła do kosza, który był — zupełnie jak owa francuska “boite ś surprises” — wiecznym źródłem spazmu. Zawsze jednakowy — obrażony i natarczywy – wrzask dziecka nigdy nie tłumaczył po ludzku, czy żąda jedzenia, czy wścieka się pod naciskiem jakiegoś bólu, czy oznacza chęć dotknięcia piętą sufitu, czy też po prostu złorzeczy mokrej płachcie.

Głos z kosza nie dopuszczał dyskusji, nakazywał zabiegi natychmiastowe i skuteczne. Podobny wahadłu, które trąciła niebaczna ręka, przybierał na gwałtowno­ści z każdą sekundą, podniecał się sobą i bujał w prze­strzeń coraz ostrzejszy, coraz szerszy, póki się nie prze­silił i nie przeszedł w tik-tak regularnej obstrukcji.

I gdybyż to można było nie drżeć za dotknięciem aro­ganckiego wezwania, gdyby nie skręcały się tak wszy­stkie trzewia pod chłostą niezrozumiałych emocji!

Teresa — choć niechętna i skrzywdzona — krążyła dniem i nocą w orbicie krzyczącego kosza. Przepadło gdzieś niepowrotnie umiłowane „chcę” i ,,nie chcę”. Otworzyła się era grubiańskich musów. (Początek jej, niczym rana, krwawił w czeluściach tej nocy, kiedy Teresa poznała prawdę o ciele. A także prawdę o sa­motności.) Nie lubiła Teresa wcale małej strzygi o sardonicznie podrygujących policzkach, ale stało się tak samo przez się, że wrzask tejże strzygi unormował we­dle swoich niedocieczonych zachcianek wszystkie chwi­le matki.

I — co dziwniejsze — osoba, która na odległość cho­ciażby kilku pokoi od dziecka czuła się zbuntowana, stając oko w oko z prześladowcą, patrzyła nań pokornie.

Czas odtąd został pokratkowany wedle potrzeb przyrodzonych ssaka. I podczas wędrówek po mieście, w toku niefrasobliwej rozmowy lub między jedną a drugą tyrada aktorki, Teresa uczuwała nagle targnięcie się jakichś nie znanych jej splotów własnych żył czy jelit, które to targnięcie mówiło: strzyga woła jeść. Jak lunatyczka natychmiast kierowała kroki w stronę krzyczącego magnesu.

Było to jak gdyby pępowina nie pękła jeszcze między nią a małym tworem: każdy gwałtowniejszy skurcz tamtego ciała przyciągał matkę ku niemu z siłą orga­niczną.

 

Dziecko rzuciło zły czar na całe życie. I cokolwiek przedsięwzięła Teresa, obracało się w porażkę, a w koń­cu prowadziło do wysługiwania się „skrzynce z niespo­dzianką”. Wielokrotnie usiłowała matka dźwignąć się na dawny, utracony przez katastrofę, poziom egzysten­cji; bardzo mocno pragnęła zasnuć ruchliwością wyrwę między dawnym a nowym czasem.

Próbowała śpiewać. Jednak, ledwie zdołała melodia nasiąknąć ciepłem krwi, ledwie rozedrgały się i za­brzmiały pełnią dźwięku struny głosowe — na dnie krtani, tam gdzie zamiera pieśń, a jęk się poczyna, w tym samym punkcie akustycznym ożywała nagle bli­zna nie dość jeszcze zasklepiona, blizna po ryku „tamtej nocy”. Oczywiście gardło przestawało natychmiast wi­brować słodyczą, a serce wypełniała gorycz.

Kiedyś dzień przyszedł tak niewinny, tak w prostocie swej rozbrajający, że Teresa zgodziła się pójść na teni­sa.

Wśród parku, na dnie zielonej studni (cień kasztanów był niby studnia zielona) błyszczał kort. Na spotkanie wyszedł chłopak, jak tygrys ciężki od siły; podszedł wolno, przeciągając leniwie mięśnie nóg, rzekłbyś stalowe linki, gorące od słońca. Za chłopcem, ni to dwie Niki służące Hermesowi, niosły się dwie dziewczyny.

Rakiety we wzniesionych dłoniach przypominały broń jakąś swawolną, stworzoną ku żartobliwym zapasom. Piersi dziewczyn były twarde i malutkie.

Zaczęła się gra. Piłki śmigały tuż nad ziemią, podobne jaskółkom. Nie kwapił się ku nim zbytnio Hermes, raczej opędzał się od natrętów ledwie znacznym falowaniem ramienia.

Mimo tę nonszalancję pociski, godzące w jego wielostrunną tarczę, odskakiwały z furią do punktu wyjścia, trzymając w napięciu hałaśliwą energię panien.

O ile ruchy chłopaka były skąpe i dopasowane do każdego ciosu ze ścisłością maszyny, o tyle Niki — wal­cząc — pląsały jak dzieci. Szatki to wznosiły się motylim skrzydłem przy podskokach, to — w chwili pędu — przylegały ciasno do giętkich ramion i bioder.

Z tych rzutów, przysiadów, przygięć, lotów i wirowań składał się fryz czarujący, który nad wyraz zro­zumiale opiewał powaby młodości.

Teresa stała po stronie Hermesa, więc mało zostawa­ło jej do czynienia na placu. Tym zachłanniej patrzyła na dziewczyny. Ich gesty były dla niej do niedawna najcodzienniejszą zwrotką własnego życia, przynętą nieuświadomioną, która opływała kształt naturalnie, jak fałdy sukni; wystarczyło podnieść rękę lub zgiąć kolano, by z członków tych skrzesała się iskra piękna. Teraz ciało matki było zahukane, do cna wyzute z pe­wności siebie, całe nasiąknięte jeszcze pamięcią o ranach.

Bieganina po korcie wydała się Teresie rozkoszą od­jętą na zawsze od jej mięśni i nerwów. Statecznym kro­kiem podchodziła piłce naprzeciw albo usiłowała prze­gięciem postaci nasztukować długość ramienia. Czyniąc to wszystko, nienawidziła siebie i z rozpaczą myślała o nieskończonych udrękach starości.

W domu – w rzadkich godzinach ciszy (strzyga sy­piała czasami) — Teresa, schylona nad robotą, wyczuwała nagle jakąś niewygodę nie znaną jej dawniej; to piersi ciążyły i rozpierały stanik. Prześliczne piersi, stokrotki wdzięczne — tak upragnione oczom i ustom mężczyzny, tak beztroskie — piersi Teresy stały się rzeczą cudzą, przedmiotem grubego użytku; stały się łu­pem ssaka. Wiadomo było, że kiedy wrzask z kosza bu­cha szczególnie natarczywy, trzeba ująć w dłonie różo­we czarki i pozwolić wargom żarłoka, by niezdarnie szarpały to, co nie zaznało innego dotknięcia prócz pie­szczoty. Zresztą nowe to już były piersi — nie te sny opalowe, ledwie znaczne wśród falistości ramion; raczej krzyczące magnolie, nalane pychą i mlekiem.

Wszystkie suknie zostały poszerzone i Teresa — ze śmiercią w duszy — obnosiła po świecie nienawistny przepych swego ciała.

Raz na dancingu... Zapomniała o wszystkim. Trzymał ją w objęciu piękny tancerz. Wróciły dawne młodziut­kie rozkosze. Oto muzyka gorącym oddechem całuje usta. Rytm powraca członkom gibkość; stalowa słodycz bioder męskich głaszcze i podnieca. Sama radość, sam dosyt, samo krągłe jedwabne „tak” przemawia wszę­dzie; i w oczach, patrzących zza mgiełki szampana, i w cielistym jaśnieniu lamp, i w zapachu perfum — ciężkim jak warkocz odaliski — i w niemądrej melodii fokstrota. Teresa czuła, jak topniał w małmazji tańca pancerz jej kalectwa. Odzyskiwała siebie.

W którymś tam bostonie tancerz przygarnął ją moc­no do siebie. I... od razu pierzchło zaledwie rozpoznane szczęście: piersi — zamiast sprężyć się rozkosznie — za­bolały jak rana. Nie były już własne (ukochanie i pie­szczota) – były wezbranym owocem, karmem żarłocz­nego ssaka. Natychmiast zrozumiała nakaz, rzuciła pięknego tancerza i, co tchu, wkładać zaczęła rękawiczki, myśląc ze smutkiem o dalekiej drodze do domu.

W tychże czasach zmienił się gruntownie Teresy do ludzi. Stwardniało serce i zahartowały się nerwy. Przed urodzeniem dziecka każdy ból cudzy wydawał się zdrowej, obcej wszelkiemu cierpieniu krzywdą, na której wyrównanie nigdy dość uśmiechu i darów. Teraz, kiedy na biodrach nosiła siateczkę perłowych żyłek, z których każda miała sens hieroglifu, upamiętniającego spazm nieludzki — teraz złe dole bliźnich wydawały się zdarzeniami bez treści. Dla siebie żądała Teresa darów, czułości i ofiar bez liku, by zabalsamowały okrutną krzywdę jej ciała.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.