Zofia Nałkowska. Mój ojciec

Ojca mego zapamiętałam jako czło­wieka zamkniętego zwykle z mnóstwem książek w swoim pokoju. Pod drzwiami tego pokoju nie wolno było hałasować. Gdy jednak wyszedł stam­tąd, sam hałasował chętnie, uczył nas różnych sztuk gimnastycznych, śmiał się głośno, ukazując dużo pięknych białych zębów. Nie bałyśmy się go wcale. Odpowiadał poważnie na nasze niemądre pytania, jakbyśmy już były dorosłe. I wtedy wiele było nam wolno. Nie wolno tylko było wątpić o tym, że ziemia jest kulista.

Jakże dziwnym wydawało się pomysłem, że obiegała naokół swego słońca po elipsie, jaką rze­czą fantastyczną! I to, że jej oś, której przecież nie ma, oś myślana — jest nachylona do ekliptyki! Dlaczego? I że dzięki temu właśnie możliwa jest wiosna. Podobno inaczej taka rzecz nie dałaby się wcale urządzić.

A wiosną na Górki przyfruwały wędrowne pta­ki i przed oknami zakwitały pachnące bzy. Bociany na długich czerwonych nogach brodziły po zalanej wodą łące i rozglądały się za żabami, które recho­tały na całe gardło późno w noc.

Dla nas, dzieci, widzenie gwiazd, które dawno zagasły, ich odległości, droga tysiącletnia ich pro­mieni, ciemność między światami, ich niepojęte zadania i sprawy, żałosne tajemnice ich dalekiego bytu w mrokach — to był jednak świat nieprzy­jemny, budzący nieufność, chęć, aby o tym zapom­nieć. Pewnie i przyjemnie czułyśmy się tutaj, w domu, pośród najdroższych ludzi, serdecznych zwierząt, codziennych przedmiotów, które były prawdziwe i niewątpliwe.

U matki też nie było ucieczki przed tym świa­tem. — Jak to, nie rozumiesz? — mówiła. I już w jednej ręce trzymała pomarańczę przebitą dru­tem od roboty jak osią, a w drugiej mały kłębek. Lampa nad stołem, naftowa, zwana „wiszącą”, miała być słońcem, pomarańcza — ziemią, a kłębek odgrywał po prostu rolę księżyca.

Rozumiałam ostatecznie — ale przecież nie mo­głam sobie wyobrazić, biegając po ogrodzie między wielkimi drzewami i szukając ich cienia przed gorą­cym, dalekim słońcem, które wydawało nam się mimo wszystko od ziemi mniejsze.

Ziemia była u nas wszędzie — w atlasach, na mapach ściennych, na globusie — błękitna oceana­mi, zielona nizinami, kremowa na wzniesieniach, czarno-brązowa tam, gdzie są szczyty gór — dziw­ność dzieciństwa: Gaurizankar, Everest i nawet Popocatepetl albo Titicaca!

I wcale nie zawsze była kulista — przeciwnie. Już wtedy wyciągała się na pas w „rzucie Mercatora”, robiła spiczasta — w „stożkowym”. Było to jednak do czegoś ważnego potrzebne i trzeba się było jakoś z tym zgodzić.

Podobnie raczej przez delikatność przystałyśmy na fakt, że słońce większe jest od ziemi i że to ona koło niego się kręci, nie odwrotnie.

Ziemia po prostu zmieniała się w oczach. Wydźwignięte przed wiekami pod niebo górskie łań­cuchy wędrowały ze swego miejsca na odległą ni­zinę, rozkruszone wodą na miał albo unoszone jako pył przez wianie wiatrów. Oceany zielonymi wo­dami weszły na lądy i śnieżne wierzchołki ich gór opłynęły jako wyspy, kwitnące zwrotnikowymi kwiatami. Korzystając z epoki lodowej, lodowiec skandynawski raz jeszcze spłynął na nizinę Wielkich Dolin. A odchodząc, zostawił moreny i błę­kitne pośród nich jeziora.

Oto na ziemi pojawiło się życie — to była epoka paleozoiczna, na ziemi pojawił się człowiek — to był czwartorzęd. Człowiek wyrósł z tej ziemi, poruszył się w jej skałach i trawie, jak dżdżownica, przeniknął do jaskiń jej i puszcz. Pomieszany z roś­linami i zwierzętami, opasał jej powierzchnię łań­cuchem życia, objął węzłami świadomości.

Wyrósł ze swej przyrody — tu jest brunatny, tam białoskóry, jego czaszka staje się szersza lub się wydłuża, szczęki są pro- lub ortognatyczne. Na różne sposoby czci swoich bogów i co innego mu jest święte.

Jego różnorakie postacie wypełniają nasz dom. Twarz Eskimosa, okutana, wyglądająca babim spo­sobem z kaptura futer, i twarz czerwonoskórego, powiewająca diademem z piór — są mi dziś równie pamiętne i bliskie jak fotografie ciotek i wujów. O Humboldcie i Stanleyu słyszałam więcej niż o dziadku Pawle lub wuju Świętopełku. Zresztą ciotki jakoś łatwiej od wujów mieściły się między Lapończykami i plemieniem Onów na kulistej mi­mo wszystko ziemi.

Astronomia, geologia i antropologia były tylko wstępem do życia. Życie właściwe było już blisko — życie człowieka w ówczesnym społeczeństwie. Wacław Nałkowski był nie tylko geografem, był także pisarzem społecznym. Dla niego trwanie świata nie miało kresu, a droga w przyszłość była drogą do sprawiedliwości. Ze wszystkim, co sta­wało przeszkodą na tej drodze, gorąco walczył. Pragnął wciąż wyższych form walki o wartości wciąż wyższe. I z tych zmagań się, z tych nieustan­nych zapasów czerpał pewność, że życie jest niezniszczalne.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.