Zofia Nałkowska. Koteczka czyli białe tulipany (wybrane opowiadania)

Sclavae

Była zima, kiedy przyjechałam do tego smutnego, obcego miasta.

Poranki ciemne były, jak zmierzchy. Noce nie miały końca. Po ulicach jeździły dzwoniące sanki. Życie pod dachem było odległe o setki mil od natury. Z powodzią światła wybuchało w nocy i oczy zmęczone zamykało na śmiertelny smutek dnia.

Dlatego zawsze w zimie dzieją się dziwniejsze i gorsze rzeczy, niż w porze róż kwitnących i konających bzów.

Uczułam ból w sercu, gdy zobaczyłam go pierwszy raz. I zrozumiałam od razu, że tego człowieka tylko strasznie nienawidzieć mogę – albo kochać. I prze­szył mię dreszcz trwogi o moją słodką, cichą, pierwszą miłość.

Odwróciłam głowę, ale czułam na sobie rozpaloną stal jego spojrzenia. Zadrżały mi i zapłonęły usta – i szeptem niesłyszalnym wymówiły imię tamto, jak słowo zaklęcia. Lecz tamten wołania nie usłyszał – za daleko był ode mne – i za daleko już w owej chwili od mego serca.

Z nienawiścią zwróciłam oczy moje na tego nowego, obcego, wrogiego mi człowieka.

Stał przy mnie – i mówił mi rzeczy słodkie i złe. A ja słowa jego przebierałam, jak kwiaty – i w pa­mięci swej zostawiłam te tylko, które miały woń cu­dną, senną, narkotyczną, woń przypominającą mi złote kwiaty mojego ogrodu.

I owiał mię kłamny czar konkretnego prawie przy­pomnienia.

– Niech pan mówi tak jeszcze – długo, długo – rzekłam zasłuchana. – Taki pan ma podobny głos do człowieka, którego kocham...

Zamilkł natychmiast – i brwi zmarszczył gniewnie. A ja rozśmiałam się.

Był to śmiech radości: zdawało mi się mianowicie, że naprawdę go nienawidzę. I byłam już spokojna.

 

Nie spotykaliśmy się długo. Nie myślałam o nim, tęskniłam za moim narzeczonym i pisałam do niego dużo listów. Więcej, niż zwykle. Może właśnie za dużo.

Napisał mi, że nie całował w życiu swym ust innej kobiety. Przeczytawszy te słowa, płakałam z wielkiego, bezgranicznego kochania. Ale gdy tegoż same­go wieczoru ujrzałam po raz drugi w życiu tego złego, dziwnego człowieka – uczułam płomienie na twarzy i szał w mózgu, i purpurową zasłonę na oczach.

I nie broniłam się już.

Powiedziałam mu wszystko, czego chciały jego oczy. Że nigdy nie kochałam i zawsze tęskniłam za miłością, że siebie tylko czciłam, – i że to najsmutniejsze ze wszystkich kultów, że dla oczu mojej myśli za ciasna już nieskończoność, chociaż rękami dosięgnąć nie mo­gę nawet najbliższej z gwiazd. Że smutno mi jest śmiertelnie, że pokonana już jestem, że słowo jedno – pokorna się stanę i czekająca.

A on – przyjął moją ofiarę.

 

Uczynił ze mnie lunatyczkę swego spojrzenia. Błą­kałam się po gankach zawrotnych jego kapryśnych myśli. Tańczyłam, gdy mi kazał, albo płakałam, roz­puszczałam wielkie moje włosy i ciemnozłoty ich płaszcz słałam mu pod nogi, bijąc pokłony przed je­go złą mocą. I blask słońca miałam w oczach – i krew na ustach.

Ale bolała mię dusza.

Odchodziła daleko, gdy ja na spadzistej drodze zbierałam potargane, aksamitne, prawie czarne z męki róże. Odchodziła daleko – i nie wolała mnie już za sobą. I najdumniejsza, najbardziej daleka od życia była wtedy, gdy ciało moje mdlało pod chłostą zatrutych kwiatów. A gdy w ekstazie odkupienia chciało pójść za nią po kamienistych szlakach dumy bolesnej, wracała prędko, jak cień – i łączyła się z nim w przebolesnym, wrogim uścisku.

I tyle męki było w tym wszystkim, że nie wytrwałam.

W chorobliwym pragnieniu ekspiacji zadałam sobie mękę najsilniejszą, by zabić tamtą. Odeszłam – pożegnana jego złym śmiechem.

 

Byłam w krainie róż kwitnących i konających bzów. Sypiałam na sianie i na bławatkach. Stałam się czysta i prosta.

Upojona bezmierną słodyczą powrotu, topiłam wdzięczne spojrzenie w srebrnoszafirowe, przebaczają­ce, mądre oczy człowieka, który nigdy nie całował innej kobiety.

Dusza jego była mi najbliższa i najdroższa na całej ziemi, serce kochające, pokorne, oddane bezgranicznie, palące się ekstatyczną miłością ascety.

Chodziliśmy po parku starym – marzący, dawni, stylowi, gardzący rzeczywistością –mieszkańcy cud­nej, własnej, monarszej wyspy – Utopii.

– Jesteś jedyna, królewska, święta – mówił z za­plecionymi rękami. – Szczęściem najwyższym jest – móc być cieniem twego majestatu.

– Czy nie marzysz o szczęściu większym? Czy nie pragniesz potęgą swoją oślepić mi oczu?

– Nie dorównam ci nigdy.

– Staraj się.

– Dlaczego?

– Znużyło mię już panowanie – wyznałam ci­cho.

– Nie, nie, nie mów tak – bronił się. – Tak musi być, jak jest. – Ja muszę czuć nad sobą siłę  twoją – spokojną, jasną, jak czuć muszę ciśnienie słupa atmosferycznego. Inaczej ta męka zwątpień rozsadzi mi czaszkę.

Zakrył sobie oczy moją dłonią a ja uczułam pustkę.

Bezwiednie obróciłam się poza siebie. On nie zro­zumiał i obrócił się także z niepokojem.

– Przecież nigdy nie lękasz się niczego — sze­pnął.

– Dla siebie – nigdy.

Pytał, lecz nie wyznałam prawdy.

Miałam połamane nogi od koturnów, na których kazał mi chodzić. Usiedliśmy nad wodą i patrzyliśmy w dno, po którym pływały gwiazdy.

 

Kiedy liście zaczęły żółknąć i purpurowieć, na ser­ce moje padł smutek przemijania.

– Musisz być moja, bo dla mnie tylko jesteś na tej ziemi, jak ja – tylko dla ciebie.

Czuł przeczenie we mnie, chociaż milczałam – i męczył się.

– Umrę bez ciebie – szeptał. – Nie wolno ci mnie gubić...

Uczułam, jak serce moje pod tchnieniem przymusu skurczyło się i zziębło.

Dusza moją posmutniała.

– Nie jestem twoja – rzekłam.

Gdy zostałam sama, wyciągnęłam obie me ręce niewolnicy w ponurą stronę północy i powiedziałam głośno:

– Zły człowieku o stalowych oczach – oto powracam do ciebie…

 

Nie był zdziwiony, gdy wróciłam, ani uradowany…

– Weź i połam moje srebrne skrzydła – rzekłam mu. – Tak mię męczy dusza...

Na nowo przytuliłam do ust spalone kwiaty wspomnień.

– Przekonałaś się więc – zaczął mówić – i roześmiał się nagle, a w śmiechu tym był tryumf.

– Tamto było marzenie tylko – szeptałam. – Cie­bie jednego kocham naprawdę. Nie mam siły być świętą i nieulękłą – żyć chcę, kobietą tylko jestem. Muszę wielbić, kochać, lękać się, by być szczęśliwą.

– Kobiecość wieczna... wieczysta kobiecość... – mścił się. – Sclavae amantes...

 

1905 r.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.