Zofia Nałkowska. Dzienniki (fragment)

Lwów, 12 V 1930. Hotel George'a

To jest miasto, w którym nigdy nie byłam i w któ­rym przyszła na świat moja matka. Nikogo tu nie znam. Wieczór. Wyszłam na plac Mariacki, z hotelu, obeszłam jakimiś ulicami, kupiłam gazetą i niechcący wróciłam do punktu wyjścia. Jestem teraz dużo sa­ma – ja, zawsze żyjąca w rodzinie – do nikogo nie mówię, dużo rozmyślam. Poranki, kiedy nie wchodzi do pokoju Diana i wkrótce w podskokach za jej ogonem Jakia, wielki biały angora, kiedy nie przynosi śniadania sama mama – tylko wydzwoniony kelner. Z po­wodu tej samotności w Krakowie przyszedł do mnie sam pomysł nowego dramatu, z rana, gdy jeszcze leżałam. Już o nim roję, poznaję tych swoich ludzi, rozmyślam jacy są[1]. Jest mi w tej samotności s źle, i dobrze, nie przejmuję się już, jak kiedyś, złymi swymi stanami z rana lub nocą, zażywam sobie coś na serce albo na nerwy i czekam, aż minie strach. Być samej z dala od domu – to mię jednak zawszą kosztuje trochę smutku i trochę przerażenia, to mi jest jeszcze zawsze trochę trudne. Za to jakże się skupiam, jak ostro myślę. W Krakowie zresztą dużo okazał mi dbałości Gałuszka i jego młoda żona, muszę mu to zachować w pamięci – choć nie reaguję dobrze ani na jego poezje, ani na jego intelekt. Za to jego uśmiech w chłopskiej twarzy jest miły i zwłaszcza miła jest ta żona. Ostatnie godziny krakowskie spędziłam przypadkowo z Reicherową, mym warszawskim lekarzem od serca. Jest katoliczką z przekonania i wyboru, mając ciekawą, niezupełnie już młodą twarz biblijnej Debory. Zaprowadziła mnie do kościoła Dominikanów na śpiewy gregoriańskie, a później pojechałyśmy na Zwierzyniec taksówką – i tam przejechałam koło domu i ogrodu babci, ale nie zobaczyłam nic, nie poznałam nawet miejsca. Ulica ro­bi się czysta, równa, zabudowana willami, elegancka.

Och – jakże mię wzruszały te miejsca śliczne nad Rudawą, którą już przed dwudziestu laty za mej pa­mięci przetoczono gdzie indziej, w wybrukowane, ka­mienne łożysko, te wzgórza Salwatora, dziś tak zarosłe drzewami ogrodów, płaskie błonia zielone, pełne lu­dzi – pamiętne z dzieciństwa, rozległe wówczas jak świat. Przed laty, gdy przyjeżdżałam do Krakowa, poznawałam i widywałam wielkie nazwiska “starych”: Żeromski, Brzozowski, Irzykowski, Feldman, Ortwin. Teraz w Krakowie poznałam tylko młodych, a z kolei ja byłam dla nich “wielka” (?) i stara. Wszyscy dali mi swoje książki. Nie wspomniałam jeszcze o najcie­kawszym może z nich, Polewce. Jest mały, brzydki, śmieszny, mądry, syn prostego robotnika, wierzący w Boga i socjalizm, reformujący teatr. Miałam z nim dłu­gą, głęboką rozmowę na kanapce w pokoiku hotelo­wym. Czachowskiego nie widziałam poza jego przemó­wieniem w teatrze, a później drugim przemówieniem na wieczorze poetów, gdzie słyszałam Piechala (z Ło­dzi, niechętnego mej nagrodzie), Jalu Kurka, Czuchnowskiego i innych. Czachowski wciąż pije. – Tu we Lwowie jestem w tej chwili samotna można powiedzieć absolutnie. Jutro dopiero przyjedzie z Przemyśla teatr i znajome kobiety z mej sztuki. Nikogo nie znam, niko­go nie ma – jakież niesamowite uczucie. W gazetach piszą: “rozgłośna sztuka Nałkowskiej”.

 

Lwów, 13 V 1930

Już po premierze. Nie wiem, od czego to zależy, ale dziś znowu grały lepiej, zwłaszcza Przybyłko powściąg­nęła się, była nierównie lepsza niż w Krakowie. Sala słuchała dobrze, ja sama byłam wstrząśnięta i zdzi­wiona. Tu znów, jak w Warszawie, miałam swoją lożę z lewej tuż przy scenie – i dobrze widziałam widownię. Ten obcy tłum, ani jednej znajomej twarzy. Cudze oczy otwierają się z napięcia i uwagi, niefrasobliwe usta tężeją w powadze. Widzę to zasłuchanie, jest to rzecz niezmiernie pasjonująca: czytanie siebie całej, najgłębszej, najszczerszej, czasami nawet dla siebie czymś nowej – w tych nieznajomych twarzach. W lo­ży towarzyszyli mi panowie z Wydawnictwa im. Osso­lińskich, Lewak i Maykowski – i na nich też oglą­dałam wrażenie Domu kobiet. Oni to pokazywali mi na widowni niektóre nazwiska: Zbierzchowski (którego w antrakcie poznałam), Kozicki, Ortwin (siwy, niegdyś ogromnie czarny). Jestem zadowolona z wie­czoru – może ryzykownie. Jednak i Kraków dawał mi przecież z każdym dniem więcej tryumfów.

 

Lwów, 15 V 1930

Tu, w pokoju hotelowym, przyjmowałam życzenia i kwiaty. Jednak okazało się, że byli znajomi: Neyowie (Grodno) i Gürtlerowie (Nicea) oraz cały szereg no­wych: Hojnaccy, ona redaktorka “Świata Kobiecego”, z którym byłam w stosunkach, Siemaszkowa, Modrzew­ska i Lubieńska, oczywiście Lewak (Maykowskiego żo­nie też jest Zofia). Chodziłam po tym radosnym, ślicz­nym mieście trochę z tymi panami, trochę z Siemaszkową. Śmieszne amory i wyznania Cudn[owskiego], de­pesza od Baranowskiego, który z żalem nie zastał mnie w Krakowie. No tak. Jeszcze nieznany Niemiec Scherlag, zachwycony tym Domem kobiet, przyszedł do ho­telu z tym, że to musi tłomaczyć. Maykowski bardzo inteligentny, z mijającą i źle utrzymaną urodą, trochę zaniedbany, jednak interesujący – okazał się mieć dość skomplikowaną biografię. Kozickiego poznałam na pewnej herbacie, rozmawiałam z nim, nie wiedząc do końca, że to on. I jeszcze jakiś recenzent, chcący dość bezceremonialnie flirtować. – Wizyta u Neyów, tych specjalistów od niedoli. U Hojnackich – ciekawie zrefe­rowana przez nią ich spółka małżeńskiej przyjaźni, on – pan niewątpliwie wart i takiego wysiłku, star­szy, wytworny, miły. – Lwów wypadł świetnie, lepiej niż Kraków. Chętnie tu wrócę.

 

Zofia Nałkowska. Dzienniki. Tom IV. 1930-1939 / Opracowanie, wstęp i komentarz Hanna Kirchner. – Warszawa 1988.



[1] Chodzi tu o dramat Dzień jego powrotu (1931).

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.