Marja Dąbrowska. Listy i pisma Orzeszkowej

Listy wielkich pisarzy mogą być niekiedy bezwiednem dziełem sztuki nie gorszem niż inne ich utwory, oficjalnie do literatury należące. Takiemi są, dajmy na to, listy Flaubert’a lub Słowackiego. Kiedyindziej stanowią przejmujący obraz epoki lub są wizerunkiem samych pisarzy jako ludzi danego miejsca i czasu. Czy przyczyniają się wtedy do lepszego zrozumienia ich dzieł? Z artystycznego punktu wiedzenia – myślę, że nie. Dzieła sztuki mogą być odczute, zrozumiane i ocenione w pełni, nawet gdy nic o ich twórcach nie wiemy. Przykładem – rzeźba i architektura starożytności, katedry gotyckie, wielka epika ludowa itd. Iliada, Boska Komedja, Don Kichot, Hamlet, Dawid Coperfield, Wojna i Pokój czy Błogosławieństwo Ziemi obiegły świat czytający, nim dowiedziano się czegokolwiek o autorach, a przynajmniej o większości autorów tych dzieł. Szczegóły, zawarte w listach i pamiętnikach, mogą rzucić wiele światła na pochodzenie i kształtowanie się różnych motywów artystycznych. Zaspokaja to naszą umysłową i uczuciową ciekawość, wzbogaca naszą wiedzę ogólną i jak wszystko co ją wzbogaca – jest potrzebne i pożyteczne. Do spotęgowania jednak przeżycia artystycznego rzeczy te nie przyczyniają się bynajmniej, czasem nawet utrudniają obcowanie z utworem, zaśmiecając je skojarzeniami ubocznej, często plotkarskiej natury.

Natomiast ów bezpośredni obraz epoki, zawarty w listach znakomitych pisarzy posiada bezcenne znaczenie. Bo wielki pisarz bywa zazwyczaj nie tylko twórcą wiekuistych wartości piękna. Bywa i przedstawicielską postacią swego czasu, bądź nawet – również wiekuistych i w każdym czasie powtarzających się – postaw ducha społecznych i moralnych. Z tego powodu jego życie, przygody, cierpienia i radości są dla narodu, czasem dla świata, źródłem wiedzy o samym sobie i sprawdzianem sądu o własnych dziajach duchowych. Źródłem nie mniej ważnem niż wszystkie inne dokumenty przeszłości.

Pierwszy tom listów Orzeszkowej (Eliza Orzeszkowa: Dwugłosy. Nakładem Tow. Im. Orzeszkowej oraz Inst. Wydawn. “Biblioteka Polska. Warszawa–Grodno 1937 r.) przynosi nam pod tym względem rzeczy niebywale ciekawe, tembardziej, że wydany jako “dwugłosy”, zawiera też listy pisarzy tej miary, co Kraszewski, Jeż, Świętochowski, Reymont, Konopnicka, Bałucki, Krzemiński. Listy Orzeszkowej pozbawione piękna być, rzecz prosta, nie mogą. Ale jako artystkę, wsłuchaną i wpatrzoną w tajemnice życia lub zaprzątnięta problemami tworzenia dzieł sztuki widzimy ją tu stosunkowo niewiele. Występuje natomiast w całej pełni jako patriotka, myślicielka i działaczka społeczna. Ten sam charakter posiada większość drukowanych tu listów do Orzeszkowej, z wyjątkiem chyba listów Konopnickiej, nieco bardziej kontemplacją artystyczną przepojonych, i listów Reymonta, odskakujących dosyć niekorzystnie od ogólnego wysokiego w tym zbiorze poziomu korespondencji. Z myśli snutych w “Dwugłosach” na temat życia własnego lub życia Polski uderzyły mnie szczególnie dwa rodzaje wynurzeń. Dotyczą one rzeczy, które zadawały się być związane tylko z ówczesnymi warunkami pracy i bytu naszych pisarzy, ale które okazują się niezwykle aktualne i w dzisiejszych warunkach.

Jednem z nich jest – odczuwane widać jako życiowa konieczność – podkreślanie duchowej niezależności wywnętrzających się pisarzy, ich przeciwstawianie się naporowi zaślepionych i krańcowych fanatyzmów przesądu czy doktryny. Pełno tego u Orzeszkowej, poza nią doskonale określa to stanowisko w jednym ze swych listów Kraszewski. “Europa – powiada – obawiając się socjalizmu, narzuca sobie wsteczność. Z jednej strony pod pozorem rozumnego konserwatyzmu i poczciwego patriotyzmu ciśnie się fanatyzm średniowieczny i zacofanie, z drugiej – pod pozorem postępu narzuca się doktryny ledwo na to imię zasługujące, fantazje umysłów chorych, szaleństwa. Utrzymać spuściznę zdrowej cywilizacji, którą mieliśmy, a nie dać się spętać fanatyzmowi wstecznictwa… jest to zaprawdę wielkie a wielkie zadanie”.

Drugi zastanawiający rodzaj wynurzeń mówi o nieuniknionej samotności, która z niezależnej postawy ducha wypływa. Co więcej, nie tylko o samotności i niezrozumieniu, ale o życiu śród wrogości i niechęci otoczenia. Temu znów daje wyraz Świętochowski, pisząc do Orzeszkowej:

“…niepodobna dociągnąć jakiegoś niegrywanego i nieśpiewnego powszechnie tonu do właściwej miary, bo wywoła się ostry dysonans, o co mniejsza, ale i złe wrzaski na przedmiot czcigodny”.

Tą ciągłą troską o “dociągnięcie tonu” do właściwej, wysokiej miary przepełnione było życie Orzeszkowej i tym ciągłym “złym wrzaskiem na przedmiot czcigodny”, cichnącym tylko, by ustąpić milczeniu odpychającej niechęci – otoczona była przez większość pracowitych swych dni. Tak przynajmniej sądzić należy z listów tego tomu, gęsto przetkanych napomknieniami o tej smutnej rzeczywistości.

“Dałam – pisze w jednym z nich – narodowi memu rzeczy parę dobrych i te wpadły niby w otchłań, nikt nie odezwał się”.

Orzeszkowa zastanawia się kilkakrotnie nad tem, co wywołuje wrogi lub obojętny stosunek społeczeństwa do jej pracy. I zawsze główną przyczynę znajduje w swojem “służeniu trzeciej prawdzie” , tej, która nie biegnie ślepo ani na prawo, ani na lewo, lecz dąży wgłąb i wzwyż. W tem, że jej credo życiowe brzmi: “…między dwoma krańcowemi frakcjami znajduje się trzecia… Ta godzi uczucia, uspokaja umysły do wykonywania akrobatycznych skoków w przyszłość i przeszłość skłonność umniejsza”.

Duchowe oblicze Orzeszkowej zawiera niewątpliwie i pierwiastki o charakterze przejściowym, właściwym jej czasom. Do tych należy wiara w bezwarunkową moralną wartość t. zw. postępu, racjonalizm pozytywistyczny i na bardziej domowym “odcinku” – wiara w możliwość i pożyteczność asymilacji mas żydowskich. Ale istotę jej natury stanowiły nie te czy inne, choćby najlepsze, hasła wieku, lecz ta prawdziwa wzniosłość ducha, która łaknie pogodzenia sprzeczności ludzkich przez dobrą wolę i miłość. Pisząc o konkursie Kuriera Polskiego na rozprawę: “Jaka jest najważniejsza wada narodu naszego”, Orzeszkowa mówi, że “jedna rozprawa prawiła o braku miłości – i wedle mnie – trafiła w sedno… Inne wady są pochodne, ta jest pierwotna… U nas nikt nic i nikogo do dna duszy silnie stale nie kocha”. W innym liście powiada: “Jest w naturze mojej jakiś składnik, który wzdraga się przed niezgodą, kłótnią, pogardą, nienawidzi nienawiści i pożąda braterstwa, pobłażliwości, harmonii”…

Niedolą pisarzy, którzy tak czują, jest, że pragnąc potakiwać i aprobować, muszą wciąż mówić – nie. Muszą wciąż przeciwstawiać się światu, świat bowiem szuka zwady. W zamęcie świata, służąc idei zgody, walczy się najtragiczniej, bo z obu walczącemi stronami. W myśl tej postawy duchowej Orzeszkowa boryka się zarówno z fanatyzmem nienawiści “ultramontanów”, jak z niszczycielskim fanatyzmem radykalnych “prądów ze wschodu”. Widzi i obnaża zarówno fanatyzm wyznaniowy, jak – podobnie zażarty – fanatyzm niewierzących, materialistów i racjonalistów. Wystarcza jednak, że nie walczy pod znakiem żadnej partii, że przyświeca jej tylko miłość wolnego, twórczego człowieczeństwa, by jedni okrzyczeli ją za ugodową, drudzy – za… komunistkę.

“Jestem także podejrzewaną – pisze – świadczy o tem ów całun milczenia, którym okryto księgarsko-wydawnicze zamiary moje. Ktoś poważny i wiarogodny znać mi dawał, abym ostrożną była, usposobienie bowiem jest takie, że lada nic znaleźć może tłumaczenia najfatalniejsze. Najlepsi przyjaciele moi według dosadnego wyrażenia jednego z nich “objadać się” za mnie muszą. Za co? Dlaczego? Alboż wiem?... Cóż czynić z położeniem takim? Ze łzami pochylić głowę przed tą wielką niedolą, cierpliwie przenieść zrodzoną z niej niesprawiedliwość, kochać wiernie, pracować i może… przekonać”.

O stosunku do swych zacnych poczynań księgarsko-wydawniczych, które miały być placówką prawdziwie twórczej polskości na kresach, a zwalczane były przez tych, co się za bastiony polskości na ziemiach owych mają, pisała Orzeszkowa: “Rozchodzą się o nas wieści najpotworniejsze. Zrazu mówiono, żeśmy kupieni przez rząd i powstajemy w celu rusyfikacji, teraz po wyjściu pierwszej książki naszej mamy być nie rządowi już, ale socjaliści, godzący na porządek i spokój publiczny. Trzeba filozoficznie otrząsnąć z twarzy te bryzgi błota i jadu i iść dalej… Dowiedziawszy się, że przed dwoma miesiącami byłam rządowa, a teraz jestem socjalistką – śmiałam się z całego serca. Wyznaję jednak, że jeśli oszczerstwa te i bredni zabiją mi wydawnictwo, śmiać się nie będę”. Nieprzebierające w środkach oszczerstwa te i brednie, a w końcu tajemnicze donosy, zabiły księgarnię i piękną akcję wydawniczą Orzeszkowej, zaś ją samą oddały pod nadzór policji i na pięć lat uczyniły więźniem Grodna, zaś na siedem – więźniem w granicach powiatu.

Nim to się stało, pisze Orzeszkowa po wydaniu książki Chmielowskiego “Zarys literatury”: – Nie krytykują ją, ale na nią wyją, a za jednym zachodem na jej wydawczynie”. Spowodu swej własnej broszury “O Żydach i kwestji żydowskiej” powiada: “...Wiem, co po wyjściu jej nastąpi. Albo gromy i łajania od zdrajców i odstępców, albo grobowe milczenie”. I czegóż mo­gła spodziewać się innego? Wszak miała odwagę powiedzieć, że ówczesne krwawe rozruchy antyżydowskie to nie akt, wyłącznie Żydów dotyczący, ale pierwszy objaw nie­wybrednego zdobywania wpływów przez reakcje moralną i społeczną. “ – Żydzi – pisze do Jeża – pono to dobre ko na początek, pour se faire la main, pour essayer – nic więcej”. Miała odwagę powiedzieć, że “co do win żydowskich... to prześladowania uczyniły Żydów jakimi są, prześladowania więc poprawić ich nie mogą”. A w takim wypadku i wobec takich opinij pewna część Polaków woli raczej wyrzec się całej kultury polskiej i odżegnać się od największych jej twórców, niż pogodzić się z tem, co myślą oni o metodach walki, zrozumiałych jedynie pośród dziczy.

Po zamknięciu przez policję księgarni swej Orzeszkowa donosi Jeżowi: “Z Warszawy tylko Meyet i Chmielowski odważyli się do mnie napisać. Inni, ci którzy nawet często pisywali, umilkli. Jestem jakby od­ciętą od świata żyjących i najlżejszego pojęcia nie mam, czy to, co mnie spotkało, uczyniło jakiekolwiek wrażenie i jakie. Wogóle nie mogę poszczycić się, aby mię rodacy moi sympatją swą zbytnio obdarzali”.

Osamotnienie to dało się wielkiej pisarce jeszcze bardziej we znaki, gdy pojechała do Krakowa, …“hr. Tarnowski – pisze do Jeża – oskarża nas, Świętochowskiego, Konopnicką i mnie o nic więcej tylko o relegację polityczną i o zdradę kraju. Zdaje się, że jest to zdanie większości inteligencji krakowskiej, bo bawiłam tam cały tydzień, a oprócz Bałuckiego i Bełcikowskiego żaden z braci po piórze nie raczył mnie odwiedzić ani podać mi ręki z przyjaznym uściskiem. Co więcej, kiedy Bełcikowski zaproponował, aby Kolo Literackie zrobiło dla mnie przyjęcie takie jak zeszłej zimy dla Deotymy, powstała dyskusja silna i projekt upadł. Nie spodziewałam się i nie wymagałam niczego, nie byłam więc zawiedzioną; obłudną jednak byłabym, gdybym twierdziła, że tak energicznie objawiona niechęć rodaków i kolegów nie była mi bardzo, bardzo smutną”.

Takiemi uczuciami częstowana, nic dziwnego, że Orzeszkowa w końcu pragnie “zasiąść gdzieś w cichym wiejskim kącie za światem i pracując ile sił jeszcze starczy, tą tylko pracą wiązać się z ludźmi, jaknajmniej ich widując.

Że taki stosunek dotykał nietylko Orzeszkowej, świadczy jej list do Jeża w sprawie projektu urządzenia w Warszawie jego jubileuszu.

“Sprawa jubileuszu Pana – pisze – choć to nie pięknie, we wściekłość mnie wprowadza. Jest Pan ekskomunikowany, dzieli Pan losy Józefa Supińskiego, do uczczenia którego nikt z ludzi rozsądnych Warszawy skłonić nie mógł. Niema na to rady. Są tam ludzie, którzyby Pana chętniej spalili niż uczcili i inni w większej liczbie, którzy wyznają dla Pana cześć należną, ale boją się tamtych”.

Tak to było, tak to bywa i dzisiaj. A jednak i w tej rzeczy istnieje drugie oblicze, inna strona medalu. To, co spotykało Orzeszkową, spotykało zawsze i wszędzie pisarzy, posiadających oprócz talentu jakąś postawę moralną i jakiś pogląd na świat, a więc wszystkich prawie pisarzy większej miary. Nie wybacza się z łatwością wyrastania nad poziom na tym świecie. Powszechnym aplauzem cieszą się tylko ci, co jak Sienkiewicz prześlizgują się nad tragizmem zagadnień, dla których wszystko jest najlepsze na tym najlepszym ze światów i dla których, jak znów dla Sienkiewicza, nawet religja jest tylko mniej lub więcej emocjonującym ornamentem. Pomijając liczne, od prawieka ciągnące się przykłady niesprawiedliwości lub nienawiści, dotykającej wielkich duchem przedstawicieli człowieczeństwa, dość znajdziemy ich w ostatniem stuleciu. Wszak niezależność duchową, tak mało wdającego się w sprawy bieżące Conrada, so­cjaliści osądzili jako służbę kapitalistom, a jego dziwne, tragiczne i powikłane losy – narodowcy – jako zdradę kraju.

Dodajmy, że sami wielcy pisarze też bywali krzywdzący i niesprawiedliwi wobec innych znakomitych twórców. Dość przypomnieć stosunki Słowackiego i Mickiewicza. I Orzeszkowa była krzywdzącą wobec tegoż Con­rada, z którym obeszła się wręcz nielitościwie. O zamieszczonym w “Dwugłosach”, a nadającym się chyba do niewybrednej brukowej gazetki sądzie Reymonta o Żeromskim prawie wspominać nie warto.

Zauważyć trzeba i to, że pisarz cierpi bardziej od wypadków niesprawiedliwości czy niechęci ogółu, niż cieszy się spowodu objawów uznania u miłości. Te bowiem odczuwa jako naturalny stan zespolenia się z ludźmi w sztuce, tamte – jako stan pewnego rodzaju choroby duchowej, zatruwającej życie.

Zresztą osamotnienie Orzeszkowej czy innych jej podobnych twórców bywa czysto życiowe i zewnętrzne. W głębszem, niejako metafizycznem znaczeniu samotni oni nie są i być nie mogą. Zawsze czują się zespoleni z tem, co w ludzkości i we wszechświecie najdonioślejsze, najlepsze i co tylko przez dziwną życia omylność zapoznawane lub odpychane być musi. Dlatego też i żyć mogą, mimo tak zdawałoby sic trudne do zniesienią oszczerstwa i zniewagi. I mimo, że pozostaje im tylko krzepić się, często przez Orzeszkową powtarzanemi słowami: – Fais ce que dois, advient ce que pourra. I słowami, nakazującemi “kochać wiernie, pracować”...

Ale i w życiowem znaczeniu osamotnienie Orzeszkowej nie było zupełne. Nie brakło jej przyjaciół i wielbicieli, a niepospolita wartość artystyczna jej dzieł zjednywała napewno serca i wyobraźnie nawet śród ideowych przeciwników. Kochały i czytywały ją rzesze wcale pokaźne, zarówno śród inteligencji miejskiej, jak i po lepszych dworach i dworkach wiejskich, tych, które zdołały w pełni ocenić oderwanie się tej ziemianki od stanowego ducha szlachetczyzny.

Jaki będzie stosunek narodu do Orzeszkowej dziś, pokaże to przyjęcie nowego wydania jej “Pism”, podjętego przez firmę Gebethnera i Wolffa pod redakcja Aurelego Drogoszewskiego i L. B. Świderskiego. Że li­czba ludzi, których razić będzie jej demokratyczna, humanitarna i nawskróś chrześcijańska postawa duchowa, nie zmalała, lecz znakomicie się powiększyła, to pewna. Że jednak śród moralnego zamętu, w którym wszystko, co było po wiek wieków cnotą i prawością, mianuje się zbrodnią, a zło i przemoc wynoszone są do godności zasługi, że w takich czasach rośnie pocichu rzesza ludzi spragnionych czystości i piękna duchowego, to też jest faktem niewątpliwym. A tej niepodejrzanej piękności w najprzedniejszych utworach Orzeszkowej znajdziemy zdrój nieprzebrany i z którego za mało, wiele za mało piło się dotąd w Polsce. Przytem, obok zblazowanego i przerafinowanego grona czytelników z t. zw. elity, sięga dziś przecie do skarbca kultury nowy czytelnik, nie zatruty jeszcze spaczonemi pojęciami epoki – chłop i robotnik. Ta sfera będzie napewno i nadewszystko wrażliwa na moralne i społeczne pierwiastki pism Orzeszkowej, a w miarę rozczytywania się wchłonie napewno także ich niepowszednią wartość artystyczną.

Wydanie pism Orzeszkowej zdaje mi się wielką zasługa dla kultury polskiej jeszcze z jednego powodu. Przywraca ono mianowicie naszej pamięci postać i dzielo, wyrosłe z najlepszych tradycyj ducha narodowego, tak dziś zamąconego mitami ze wschodu i zachodu, usulującemi odczłowieczyć życie ludzkości. Z tych manowców po cudzych drogach trzeba nam wrócić do Polski. Do tej prawdziwej Polski, której się wiecznie wypieramy, choć tylko z wyboru między jej tradycjami wysnuć moglibyśmy wartości, zabezpieczające nas przed stoczeniem się do rzędu kolonji duchowej Niemiec lub Rosji. Źródła tej rzetelnie polskiej kultury są skromne i niepozorne w porównaniu z temi, jakiemi biły zawsze inne, przodujące w cywilizacje kraje. Lecz, mówiąc stówami listu Konopnickiej do Orzeszkowej, “takiem jest każde źródło” – i byle go nie zasypać – najmniej pokaźne potężną może stać się rzeką. Oby pisma Orzeszkowej stały się początkiem katharsis z obcych złych wpływów nas oczyszczającego, tomy tych pism – kamieniami wiorstowemi drogi do Polski, a ich źródlana rodzima treść – wodą żywiącą naród, idący w nieznane jutro.

 

“Sygnały”, 1937, Nr. 29. S. 4–5.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.