Maria Kuncewiczowa. Przymierze z dzieckiem

I

Sama była w domu.

Przebrzmiały w sieni hałaśliwe kroki; mąż już po­biegł ulicą ku nieciekawym męskim sprawom; po ką­tach mieszkania drgały jeszcze fale słów, śmiechu i krętaniny. Ale szybko marły te fale, zaś na ich miejsce występowała zaskórna woda ciszy.

Pokoje napełniały się zmierzchem. A wśród szarego rozlewu sprzęty — obmyte z cudzego życia — odzy­skiwały twarze własne. Zegar, który przed chwilą je­szcze był obłudnym gorliwcem, drepcącym w kieracie, wkroczył śmiało na ścieżkę wieczności. Potrząsnęły grzbietami stoły, wyzwolone z opresji naczynia, co — podobne stadu wroniemu — rozpościera rządy nad dę­bem. Na sofie napuszyły się jedwabne poduszki i ode­tchnęły różowo hiacynty.

Teresa zstępowała w popołudniową samotność jak w kąpiel. Czuła, że nie tylko mąż od niej odszedł, ale odbiegły ją także pocałunki, dreszcze i wszystkie mi­łosne sprawy. Strumień ciszy opływał z wolna ciało nasycone życiem i — wkrótce — w czterech pokojach trwał w dążeniu tylko zegar i spalały się tylko hiacynty.

Teresa ni to wyspa pochłonięta przez morze, za­pomniała o sobie. I była szczęśliwa. Głosy z podwórza przychodziły bezcielesne, jak echa katastrof szalejących gdzieś w nikomu niewiadomych krajach. Turkot dorożek i samochodowe wrzaski szturmowały dom – rzekłbyś spienione bałwany, tańczące u stóp skały. Wyciągnięta na kanapie, przymknęła oczy i cala wsiąkła w zielone gwiazdy, pulsujące pod powleką.

Aliści od strony sufitu, który był jak gdyby naskórek oceanu, chwytający powietrze z obcego świata, nadeszło zawołanie: wstrząs drobniutki, błyskawica dźwięku. Sąsiad z czwartego piętra uderzył w klawisz — ton roztrącił fale ciszy i spadł na samo jej dno, aż w serce Teresy. Więc obudzone nerwy brzęknęły na alarm i zaraz rozruch poszedł po domu, zataczając kręgi zrazu małe, potem coraz szersze, że stanęły na baczność przed­mioty i czekały ludzkiego dotknięcia.

Pan z czwartego piętra zaczął grać na dobre. Nie wiadomo zresztą było: pan to czy dziewczyna; karie­rowicz, który zapluł ostatnie swoje marzenie, czy mę­żatka, która nigdy nie miała romansu. Ktoś smutny, a obrzydzony, siadł przy fortepianie i puścił luzem myśli na biało-czarne klawisze... Najpierw padło pytanie. Ono właśnie, ten dźwięczny rekonesans we wszystkie sąsied­nie światy, dotknęło Teresę. Tak było wzdęte łzami, takie dojrzałe i ważkie, że pierwsze wypłynęło za kra­wędź milczenia...

Wsiąkło. Obudziwszy cudzą ciszę pytaniem, człowiek grający nie czekał odpowiedzi; czym prędzej wygady­wał w przestrzeń swoją udrękę.

Posypały się pasaże gderliwe (starcze jakieś zrzędze­nie), co kilka taktów znaczone czerwoną fermatą, jak przypomnieniem młodości. Urągały, a urągały bez koń­ca, świecąc w przelocie ranami.

Niby to były polubowne, niby z losem zbratane; w ostatnim słowie jednak zawsze krzyczała pogróż­ka.

Spłynęły wreszcie.

Złym okiem łypnęła pustka. Pan (może dziewczyna?) przeszedł w largo. Co było kurzem, miałką obrazą, codziennym smuteczkiem — przeszumiało w pasażach i poszło! Teraz odezwał się głos mądry, jak gdyby źródło wszystkich ech, i z wolna a dobitnie przemawiał z serca do serca. Rozprawiał się z ludźmi wedle prawa judzkiego i ku Bogu zwracał orzeczenia zgoła boskie, potem każdego zawołał po imieniu.

Jeden akord wyraźnie powiedział: Teresa. Zrozumia­ła i bez protestu otworzyła duszę. Chciała usłyszeć, przyjąć zwierzenie i zaradzić...

Więc leżała tak rozprężona, ochotna miłosierdziu, rozwarta na wszelkie czucie.

Człowiek znad sufitu zagadał jak udręczony przyja­ciel. Mówił rzeczy wstydliwe, wyznawał najdokuczliwsze tęsknoty; płacząc w rytmie walca, zdawał się panną świadomą i głodną miłości; to znowu wśród zmiennego rubatto ukazywał twarz mężczyzny, który pokonał wro­ga i sam wygląda, kto by go zgniótł władczą stopą.

Raz tony śmiały się prowokująco, rzekłbyś, dama igra z kochankiem; później zaraz wykwitało cantabile iście chłopięcej ufności...

Sprawy te nad wyraz żywe i wymowne krążyły przed Teresą, dobijając się do jej zmysłów, niczym ptaki za szybą w dzień bardzo mroźny. Patrzyła na nie bez zmrużenia powiek — spokojna, choć wtajemniczona... Nerw żaden nie dawał przystępu włóczęgom.

Aż poruszyło się zawstydzone sumienie: „Czemużeś to twarda taka, duszo nieużyta? Czemuż nie oddźwiękniesz na skargę? Jutro może sama zechcesz grać własną krzywdę, a ucho niczyje nad skargą twoją się nie po­chyli”...

Teresa pogłębiła gotowość; do łez zapragnęła polu­bić gawędę z nieznajomym. Najczulszymi wyrazami przyzywała dobroć, by rozpaliła jej pełnię... Intencje krzątały się po wierzchu jak mrówki — wnętrze zostało szczęśliwe i chłodne.

Wtedy sąsiad z czwartaka wpadł w zapamiętanie: myśli wymknęły się palcom i rozpełzły bez sensu po biało-czarnych klawiszach. Biegały tam i sam śmieszne wykrzykniki, podrygiwały płacze i śmiech zsuwał się i arpeggiów niby paciorki ze sznura.

Z melodii wypłynęła krew; zostały puste dźwięki, które tłoczyły się i stukały o siebie, jak malutkie szkie­lety. Wreszcie hałas doszedł do nieznośnego fortissimo, szczeknął i rozpadł się w miliony zgrzytów.

Fortepian zamilkł.

Teresa nasłuchiwała czas jakiś, czy nie kwilą struny, nieludzko zmaltretowane dłońmi człowieka. Potem wstała z kanapy — wypoczęta i świeża; z pilnikiem w ręku podeszła do okna.

Latarnia zajrzała jej w oczy, latarnia spłoniona po dziewczęcemu, zachęcająca i poufna. Uśmiechnęła się do niej serdecznie, jak do drogiej siostry, i sama sta­nęła w blasku najzdrowszej błogości.

 

– Proszę pani, praczka — furknęły słowa służącej. Głowa kostropata od loczków wsunęła się do pokoju.

– Pani mówiła, że się sama rozmówi, mnie się tam o to nie rozchodzi... — wzruszenie ramion, galopada oczu po wszystkich kątach, i drzwi zatrzasnęły się znowu. Po chwili weszła praczka.

Zawiązano rozmówkę fachową, nie pozbawioną towa­rzyskich dygresji, a nawet argumentów natury politycz­nej. Teresa — z włosami zlanymi krwią zachodu — siedziała na tle okna jak renesansowa dama, wtłoczona przez antykwarza w ramy modernstyle'u. Pod ścianą jazgotała praczka.

– Co do florku nie potrzebuje się pani obawiać; sody musowo jest dodać troszuchne, ale co tysz tam do tego florku, to na't zbytkownie jest mówić...

Kobiecina była drobna, z twarzą ptaka i z brzuchem kangura. Spojrzenie tak miała wymyte parą i łzami, że ledwie na samym dnie oczodołów majaczyły wiotkie smużki błękitu. Te oczy nie brały udziału w wymowie warg: zawsze, niezmiennie prosiły. Bez względu na to, czy praczka złorzeczyła drożyźnie, czy wypierała się chlorku czy szeptała donosy na kuchnię, źrenice jej prosiły bez wytchnienia. I to z krzykiem, z uniesieniem bez granic, z modlitwą. Nie wiadomo było, czego chcą tak natarczywie dwie dawno wyblakłe plamki, przy­siągłbyś tylko, że nakryte powieką, a nawet nieżywe, skomleć będą jeszcze. Natomiast nigdy nie słyszała Te­resa jednego słowa prośby z u s t pani Kwiatkowskiej.

Osoba owa raczej lubiła wyświadczać łaski. „Wy­jątkowo w piątek i tylko dla panny Brońci” przycho­dziła prać na Hożą, choć ulubiony jej magiel znajdo­wał się na Złotej. Z tegoż magla czasem przynosiła o dwie chusteczki więcej, i często zgadzała się jeść na kolację szynkę zamiast serdelków. Teraz proponowała osobiste prasowanie na sztywno.

Widocznie na przyjęciu propozycji zależało, bo spo­między ruchliwych zębów ślina strzykała aż na środek pokoju, a koniec nosa krzywił się jak u psa. Jednak zdania bulgotały dziarsko, sposobem krakowiaczków i ani myślały namawiać.

Teresa spojrzała na „talię” pani Kwiatkowskiej, po czym stwierdziła:

– Praczka potrzebuje pieniędzy.

I pewnie. Była w ósmym miesiącu. „Paletot” ledwie zipał z wytężenia, kiedy spuchnięte palce dopinały go gwałtem na ostatni guzik. Kobieta, rozdęta w kształt gąsiora na krótkich esowatych nóżkach, groziła lada moment wylewem, jak wiosenna rzeka. Co tam komu miesiąc, kiedy ciało zdręczone skowyczy o ulgę!

Trzeba jur będzie prędko babki z lekami i pieluchów, i alembiku dla kumotra.

…Tymczasem urażony wzrok Teres z zaciekłością węszył katastrofę w kształtach przyszłej matki. Po setne razy wracał od nadszarpniętego torsu i chudych ramion do obrzydliwej obfitości brzucha. Z patrzenia spływała zupełnie materialna gorycz — wstręt gorzki niczym chinina... Praczka wydawała się głowonogiem, stworą ze złego snu, która lepkimi mackami dusi wszystką radość życia. Już połknęła hiacynty, zaraz wyssie resztę czerwieni z nieba i dotknięciem oślini dywany.

Teresa skurczyła się w fotelu i z brwiami jak czarne kreski ślubowała: “Nie. Po tysiąc razy nie chcę”.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.