Maria Dąbrowska. Przyjaźń

Karol pozostał sam.

Usiadł na schodach ganku i patrzył między drzewa, czy w samej rzeczy nie wyjdzie stamtąd ktoś, przed kim trzeba domu strzec, kiedy nikogo w nim nie ma. Ktoś czy coś, jakieś złośliwe licho bez nazwy, które może po opuszczonych dworach płatać figle. Czy na przykład nie nadejdą bandyci. Będą jak najpewniejsi, że w biurku są pieniądze i że w domu nikogo nie ma.

– Ale ja tu czuwam i strzelam. Ostatecznie z floweru można doskonale zabić człowieka.

A jeżeli przyjdą po prostu złodzieje, którzy uciekną jak się tylko poruszę? Tchórze!

Nikt jednak się nie zjawił.

Dopiero na trzeci czy też czwarty dzień podszedł do dworu Wysoki człowiek z krótką, kłaczastą brodą, z rozpalonymi oczyma i uchylonymi ustami.

Dosyć przy tym obdarty.

– Mam otwartą gruźlicę i nie mam za co się leczyć. Zbieram, żeby pojechać do doktora – rzekł ponuro. – Niech pan mnie poratuje. Niech pan to pokaże mamusi – dodał i wręczył Karolowi plik papierów.

Karol usiłował odczytać, co było w nich napisane, ale z przejęcia nic nie rozumiał. Zastanawiał się z pośpiechem, czy powiedzieć, że nie ma rodziców czy też udać, że są. Zdecydował się udać, że są, wszedł pospiesznie do domu i stanął na środku pokoju ojca. Postawszy tam przez chwilę, uprzytomnił sobie raptem, że ów z kłaczastą brodą może tymczasem pooglądać wszystkie zamki i wejścia, że może nawet porobić na domu jakieś znaki. Na tę myśl wybiegł czym prędzej na ganek. Przybysz stał nieruchomo i z wolna obcierał sobie dłonią oczy, jak gdyby przedtem śnił albo płakał. Karol zawołał: “proszę!” i wysypał mu na rękę drobne pieniądze, które znalazł w kieszeni. Brodacz przypatrzył się surowo tym groszom, powiedział: “dziękuję” – zabrał swoje papiery i odszedł.

Karol pytał się ludzi, czy kto go widział. Tak jest. Jedni widzieli go, jak stał dobrą chwilę około stajni, drudzy widzieli go, jak chodził koło spichrza. Po co stał? Po co chodził? Na pewno utajony bandyta.

I Karol z sercem walącym w piersiach szykował się do rozprawy. Flower jak flower, ale jeżeliby przyszło do walki wręcz, trzeba mieć jeszcze coś pod ręką. Ostatecznie zdecydował się na młotek od krokieta. Ustawił go sobie koło łóżka. Jest lekki, daleko lżejszy niż siekiera, a jednak nie daj Boże dostać tym po łbie.

Brodacz z otwartą gruźlicą nie pojawił się jednak żadnego z następnych dni.

Za to pojawiły się rozmaite inne rzeczy, sprawy i uczucia związane z tym, że Karol pozostał w domu sam.

Było to prawie nie do wiary, że mu się tak udało.

Doktor powiedział był, że dla matki jest jeden tylko ratunek. Jechać do Włoch i zostać tam najdłużej, chociażby rok.

Była jednak za słaba, ażeby mogła jechać sama. Wtedy Karol powiedział, że on z nią pojedzie. Byłby pojechał w jednej chwili. Byłby ją nosił na rękach. Wszędzie by trafił i wszystko by urządził. Jakżeby mógł czegoś dla niej nie potrafić? Czyż nie była jego najmilszą, najukochańszą, czyż nie mówiła do niego: “syneczku”. A on za to jakże często zapominał o niej w swoich zabawach, prawie co dzień. Gdyby wiedział, że matka zachoruje, byłby zupełnie inny.

Teraz jednak nie pozostaje nic innego, tylko pojechać z nią i służyć jej bez przestanku.

Lecz kiedy postanowił wypowiedzieć swoje gorące pragnienie, zauważył, że jest to jedna z tych rzeczy, co do których porozumienie pomiędzy dorosłymi i dziećmi nie jest możliwe. Poznał to ze sposobu, w jaki rodzice mówili o wyjeździe. Mówili tak, że nie było nawet miejsca na zapytanie: “czy ja bym nie mógł pojechać?” Zatem dał spokój. Ale w takim razie zostanie, aby pilnować domu.

Jeżeli są dwie rzeczy, które wymagają opieki, i jeżeli jest na to dwóch zdrowych, silnych mężczyzn (dwanaście lat nie są żartem), ojciec i on – to jasne, że muszą tę opiekę między siebie podzielić, jeśli nie tak, to tak.

Ojciec jednak nie wpadł widocznie na tę myśl tak prostą, gdyż przed wyjazdem powiedział Karolowi:

— Zabieraj się do stryja!

Karol skoczył jak ukąszony. Chciał być delikatny, gdyż widział, jak bardzo ojciec jest znękany, sam zresztą cierpiał też niezmiernie. Zaczął więc hamować wzburzenie i zapytał przesadnie cicho:

– No, jak to, a co z domem?

– Z jakim domem?

– Ktoś musi zostać w domu.

– Dajże spokój. Sam nie możesz tu zostać.

Teraz Karol utracił miarę. Zaczął wołać płonącym głosem:

–Ale dlaczego! Ale dlaczego! I co za sam. Przecież zostaje rządca! Przecież zostaje Mateusz. Przecież tutaj są ludzie.

Ojciec popatrzył na niego cokolwiek niecierpliwie.

– Cicho, nie krzycz. Wiesz, jak matka jest chora – rzekł ozięble. I wyszedł.

Karola to stropiło. Krążył z daleka, nie śmiejąc wznowić tej sprawy. Rodzice też jej nie wznawiali.

Jednak o stryju nie było więcej mowy. Uściskali syna. Wydali polecenia. Pożegnali się. Odjechali. Nie mieli widać czasu i głowy, ażeby długo się namyślać. Odjechali, jak gdyby w roztargnieniu. Może będą niedługo żałowali, że dom pozostał na opiece, której nie uważali za dosyć pewną. Więc tym bardziej muszą się przekonać, że to była pewna opieka. Karol gorzał od chęci dania dowodu tej opieki.

Jednak samemu już przebywaniu w pustym domu nie było tak łatwo sprostać. Dręczące oczekiwanie bandytów minęło wprawdzie po kilku dniach, lecz i bez tego dość było wzruszeń. Prawdę mówiąc, wszystko wzruszało Karola, i to tak, że chodził zgorączkowany i cały przepełniony bijącym sercem jak gradem tętniącym w jego wnętrzu.

Wieczorem sam ryglował drzwi od werandy, włóczył się po pokojach, sprawdzał wszystkie zamknięcia. Przysłuchiwał się wtedy meblom. Cóż mogły mu powiedzieć? Nic. A jednak przysłuchiwał się. Gdyż, owszem, wszystko zdawało się mieć swój głos, który dotąd brzmiał przez usta rodziców. Wszystko miało w swoim wyglądzie osobliwość, której dotąd Karol nie zauważył. Teraz rzeczy te dawały się we znaki.

Kiedy usiadł na ganku, płatki akacji, zawsze tak ciche, spadały mu na głowę z chrzęstem, od którego się wzdrygał. Nawet pączki jaśminu, rozwierające się zazwyczaj niepostrzeżenie, pękały teraz hałaśliwie wśród złowrogiej gęstwiny. Nawet w śpiewaniu ptaków było coś przeraźliwego i zarazem na swój sposób jaskrawo przyjemnego. I w ogóle wszystko dawało się słyszeć znacznie wyraźniej. Tak jakby wyjazd rodziców wyjął mu watę z uszu, watę odgradzającą go od reszty świata. Dotąd rodzice byli pomiędzy nim a każdą rzeczą. Teraz wszystko uderzyło prosto w niego, tak że to aż bolało, aż oślepiało, aż przerażało. Wszystko krzyczało na niego i wołało na niego, wszystko zdawało się czegoś od niego żądać, do czegoś go pobudzać, czymś jakby straszyć. Trzeba było ciągle o czymś pamiętać, coś wybierać i przed czymś mieć się na baczności.

Dawniej wszystko żyło, istniało, jaśniało powabami przez to, że miało związek z ojcem i z mamą. Teraz rodzice odjechali – na razie zdawało się, że świat się wstrzymał – tymczasem nie, rzeczy i sprawy żyły i toczyły się dalej, pokazując swoje własne oblicze, swoje własne, trudne, borykające się albo znowu czarowne życie.

Na przykład służba. Dawniej Karol mógł wcale nie spostrzec, że do pokoju weszła służąca. Wchodziła jak jedno z zarządzeń mamy. Teraz, kiedy służąca weszła, a Karol na przykład leżał z książką na sofie, zrywał się zawstydzony. Kiedy zaś wołał na Mateusza: “proszę mi oczyścić buty” – nagle zaczynało mu się zdawać, że w czymś Mateuszowi przeszkodził. Mówił prędko: “albo potem” – i cichaczem szedł sobie czyścić buty sam.

I rodzice przeistoczyli się bardzo. Dotychczas nie mieli oni granic, roztaczali się nad Karolem tak jak niebo, wypełniali sobą wszystko, jak niepożyte szczęście, którego żadna siła nie może niczym naruszyć.

Tymczasem świat okazał się większy, świat jak smok wynurzył się z jaskini i pochłonął rodziców. Byli teraz daleko, w paszczy świata, zmartwieni, proszący Boga o zdrowie, naruszeni w swoich potężnych posadach. Karol się teraz o nich bał. Bał się strasznie o mamę. Kiedy otwierał list od nich, słowa “Kochany syneczku” – tańczyły po całym pokoju, a potem piekły oczy jak rozpalone żelazo.

Listy mówiły, że ojciec wróci dopiero w końcu lata, a mama aż za rok. Zimą może pojadą do niej obaj, oby tylko żniwa poszły dobrze – ale jakież to będą żniwa, gdy ojca przy nich nie ma.

Wieczorem przy kolacji Karol pytał rządcę tymi samymi słowami:

– Jakie to będą żniwa, proszę pana, w tym roku, kiedy tatusia nie ma.

– Cóż... będą – odpowiadał pan Kalikst po chwilowym namyśle.

Karol czekał jeszcze przez chwilę z zapartym tchem, ale nic więcej nie nastąpiło. Pan Kalikst nie powiedział: “Przecież Karolek jest. Przecież Karolek będzie przy żniwach za ojca”. Nie, tego nie powiedział – nie ma co wmawiać w siebie, że może pomyślał. Nie pomyślał.

I zasypiając Karol powtarzał zniechęcony:

– Więc po co ja wszystkiego doglądam? W takim razie rzucam wszystko i będę tylko czytał.

Lecz nazajutrz budził się z odmiennym postanowieniem. Trzeba właśnie zacząć doglądać pola. Tak jak ojciec. I biegł do sianokosów.

Tam zapominał natychmiast, że idzie strzec jakiegoś dobra. Przed czym miał strzec i przed kim? Przed tymi srogimi ludźmi, którzy mieli potężne ręce, straszny, huczący oddech – którzy umieli już wszystko, podczas gdy on miał przed sobą jeszcze tak wiele lat nauki.

Cóż to było za szczęście, gdy dopuścili go do siebie! Zapomniawszy o wszystkim, Karol pracował z nimi pijany od radości. Grabił, woził, próbował nawet kosić. Wszystko w nim ustawało, tylko duma, że może sprostać parobkom, rozrastała się na cały świat.

Potem wieczorem siedział na werandzie nad kwaśnym mlekiem i dyszał. Ręce, które kładł na stole, były purpurowe i drgały rytmicznie, jak gdyby, leżąc, wciąż jeszcze pracowały. Wtedy patrzył na usta pana Kaliksta, nie aby usłyszeć, że potrafi zastąpić ojca, ale by usłyszeć, że jest mocny. Czasem trzeba było długo na to czekać. Ale na koniec pan Kalikst, spędzając muchy z talerza, mówił:

– Ale Karolek mocny – no...

Karolowi było wtedy tak, jakby mu kto w serce nasypał pałającego żaru.

Kiedy pewnego dnia odpoczywał tak właśnie na werandzie przy podwieczorku, zobaczył, że przed jaśminami ktoś stoi. Stoi chłopiec ubrany tak, jak często bywają ludzie na wsi, w odzież mającą kolor ziemi. Nawet koszula, chociaż była czysta, wyglądała jak trochę jaśniejsza ziemia. Za to twarz chłopca przypominała raczej niebiosa. Smugi rumieńca i opalonej śniadości rozpościerały się na niej podobnie do zorzy, czerwone usta świeciły jak zachodzące słońce, oczy ciemniały jak niebo ponad zachodem.

– Po co przyszedłeś? – zapytał Karol nie ruszając się z miejsca.

Chłopiec postąpił parę kroków i wtedy można było zobaczyć, że bardzo mocno utyka na jedną nogę, a właściwie, że nogą tą powłóczy. Karol zaczerwienił się.

– Czego chciałeś? – spytał ponownie.

Chromy przybysz zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednakże oczu z Karola. Na koniec spytał:

– Nie boisz się tu sam?

Karol zbiegł pędem ze schodów werandy.

– Nie – odparł drwiąc troszeczkę. — Nie bałbym się nawet, żeby napadli bandyci. Jestem duży i mocny.

Przy tych słowach zawstydził się i rozzłościł.

Chciał udać, że szedł po to, aby iść w swoją drogę. Mianowicie, ażeby spędzić kury z klombu. Tupnął nawet na nie nogą, udając, że mija nieznajomego chłopca, gdy usłyszał, że on coś mówi.

Odwrócił się i stanęli sobie twarzą w twarz.

– Bo ja — rzekł tamten pospiesznie — ja myślę, że ty się boisz. Tak tu siedzisz samiusienieczki w takim okropnym domu. U nas w chałupie tyle nas jest, a tu na tyle pokoi nikogo a nikogo.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.