Maria Dąbrowska. Aforyzmy (zbiór aforyzmów)

Najcenniejsze źródło męstwa, pociechy i spokoju płynie z przyjęcia groźnej prawdy,

że istnienie jest i może być jedynie tragedią

 

Człowiek tyle samo ulega warunkom, ile je tworzy. A tworzy je nie tylko przez wstrząsy i rewolucje – ale i przez to, czym się sam staje z dnia na dzień – on i jego praca powszednia.

Nie z pozornych sukcesów ludzi pustych i głośnych, ale z kolorowych kamieni naszych powszednich dni budują się niedziele i uroczyste święta ludzkości.

Być niepospolitym i zajmującym we własnej wyobraźni – to łatwo. Lecz być niepo­spolitym w codziennym zwyczajnym ży­ciu i wszystko przepoić nowością – oto mi zadanie.

Nie ma innego zaklęcia na szczęście – jak tylko umieć i lubić pracować.

Żadna nasza zdolność, żadna zaleta nie uwalnia nas od tego, żebyśmy więcej myśleli o innych niż o sobie.

Codzienną pracą twoją możesz wszystko dobre na tym świecie zepsuć i wszystko złe naprawić.

Dobrze, kiedy jest w nas trochę czegoś sprze­cznego z naszym zawodem, z naszym środo­wiskiem czy zajęciem.

Powiedzieć, że coś jest czyjeś, to jakby pozbawić tej rzeczy cały świat, wszystkich innych.

Człowiekowi często się zdaje, że już się skończył, że się w nim nic więcej nie po­mieści. Ale pomieszczą się w nim jeszcze zawsze nowe cierpienia, nowe radości, nowe grzechy.

Najcenniejsze źródło męstwa, pociechy i spokoju płynie z przyjęcia groźnej prawdy, że istnienie jest i może być jedynie tragedią.

Ludzie wydają mi się zawsze lepsi niż ich najgorsze uczynki i byleby każdy mógł do­trzeć do bliźniego swojego, pewno znikłoby wiele złowrogich nieporozumień.

Gdy nas nie stać na miłość, stać nas zawsze na zazdrość.

U nas nieraz tak bywa, że im co mniej święte, tym więcej poświęcane.

Komuż przyjdzie do głowy, że dusza zbłą­kana śród niedomagań starego ciała szuka drogi z taką samą rozpaczą i nadzieją jak w dniach młodości.

Cóż stąd, że umieramy? Życia jest wciąż tak dużo. Wszystko mija, a nic się, nic się nie zmienia.

Rwać się od życia do życia jest zwyczajnym losem człowieka.

Poczucie, że mamy na widoku coś, co nam się zdaje życiem prawdziwym, przeobraża w cenną prawdziwość także i to, co się przedtem zdawało cieniem rzeczy.

“Wypaść z cierpliwości” wolno tylko czło­wiekowi mocno władnącemu sobą.

Upierać się przy swoim zdaniu to nie zawsze znaczy zyskać na powadze. Bywa i tak, ale najczęściej ten, kto się z nami nie zgadza, obniża się i traci w naszych oczach.

Jesteśmy sami skłonni mówić różne złe rze­czy o ludziach i przypisywać im wszelkie nie­prawości. Ale nieopisane przerażenie ogarnia nas, gdy się dowiemy, że oni mówią o nas tak samo.

Zasługi wspominać – i sto razy nie dużo. Winy – i razy dwa za wiele.

Przed nowym krokiem życia, choćby najbłahszym, jest chwila, w której człowiek ociąga się i pragnie, by czas z litością zatrzy­mał się w swym biegu. Lecz chwila ta prze­mija, czas bieży i nie zostaje nic innego, jak przystąpić do rzeczy.

Żadne bodźce nie mogą powstać ani działać, kiedy sumienie zapomniało, co na nim ciąży.

Solidarność, miłość, godność – dopiero w imię tych rzeczy postępując – postępu­jemy jak ludzie.

Autonomia wewnętrzna człowieka bywa w mniejszym albo większym zakresie po­trzebna w każdym ustroju, a często jest nieodzowna dla ocalenia lub wytworzenia pewnych najcenniejszych wartości życia ludzkiego.

Autonomia wewnętrzna człowieka nie bywa nigdy wygodna dla żadnej władzy, skoro nawet lojalny Sokrates musiał przypłacić ją życiem.

Biedny człowiek, czemukolwiek by służył, chce wierzyć, że służy czemuś wielkiemu i wiecznemu.

Kiedy się jest w nieszczęściu i kłopotach, wtedy bywa przyjemnie dowiedzieć się, że inni cierpią to samo co i my – to przynosi niemałą ulgę. Ale kiedy się samemu naciułało sporo dobrego, tedy na wiadomość, że drugi z dołu sięga także po jakieś dostatki, ogarnia człowieka mętny niepokój.

Widać tak już musi być między ludźmi: nie­chęć i przywiązanie, obcość i bliskość, żadne z tych uczuć nie trwa i nie wypełnia całej istoty, jedno, nie wiadomo kiedy, przechodzi w drugie, wszystko połowiczne, niecał­kowite...

Póki słońce będzie błyszczeć na niebie, życie nigdy całkiem nie poszarzeje.

W życiu bywają noce i bywają dnie po­wszednie, a czasami bywają też niedziele.

Człowiek nie może bez wytchnienia załat­wiać powszednich czynności i jednocześnie zagłębiać się w jakieś rzeczy wiekuiste, po­wszechne. Więc może nie pozostaje nic inne­go, jak starać się uwierzyć, że w tym po­wszednim krzątaniu są też jakieś rzeczy wie­kuiste, powszechne...

Gdziekolwiek się jest, byle się było człowie­kiem, dźwiga się razem z wszystkimi losy świata.

Nawet kiedy jesteśmy niepospolitym czło­wiekiem – jesteśmy zawsze jednym z dość jeszcze wielu na świecie niepospolitych ludzi.

Próżność to najżałośniejsza postać miłości do ludzi, która gdy nie stać nas na samych siebie, każe nam żyć nie tyle dla drugich, ile przez drugich i w oczach drugich.

Człowiek i tak mało co może zdziałać na świecie, a jeżeli co może, to już tylko wtedy, kiedy się weźmie do rzeczy, nie żałując ni dni swoich, ni nocy.

Tylko człowiek z ludu mógłby przynieść ludowi nowy zakon.

Każda rzecz na tym świecie, czy to człowiek, czy przedmiot, czy bodaj kamień w polu, ma też i swój spód stargany, chropawy czy omszony, którym w mroku i śmieciach przy­wiera do reszty świata.

Nic tak nie roznamiętnia sporu, jak gdy ludzie podobnych przekonań znajdą między sobą różnice.

Wieczna niedola serca ludzkiego, które nuży się trwaniem, żąda zmian, drży przed nimi i modli się o niewzruszoną stałość wszyst­kiego.

Interes, władza, maszyna – te rzeczy nie widzą człowieka, potrzebują tylko masy.

Za zdobytą przez wieki posiadania tak zwaną kulturę duchową i umysłową płaci się utratą instynktów posiadania.

Wyjść ze swojej sfery jest łatwiej niż wejść do jakiejkolwiek innej albo niż jaką nową stworzyć.

Są w życiu chwile, bardzo rzadko, kiedy serce człowieka tak spocznie czy tak się wypełni, że za niczym nie goni, przed niczym nie ucieka.

Jesteśmy do wszystkiego po trosze stworzeni. W każdym losie jest trochę tego, co chcemy, i trochę tego, co nam się przykrzy...

Jedynym rozsądnym wyjściem jest pozostać samotnym w sensie życia doczesnego, a ob­cować z tą stroną ludzkości, która jest jedynie prawdziwym człowieczeństwem – z dorob­kiem ducha i myśli.

Może trzeba mieć na świecie kilka punktów oparcia? A może nie we świecie trzeba je mieć, ale ze siebie stwarzać, snuć jak nić ku różnym sprawom bytu.

Resztka uczuciowej wiary nurtuje zazwyczaj ludzi, którzy dawno zwątpili w rzeczywistość dogmatów.

Dokądkolwiek się wyjdzie, dokądkolwiek pośpieszy, zawsze wyjdzie się i pośpieszy ku śmierci.

Jak to bywa, że jednemu dolega, co kiedy złego doznał, a drugiemu – co kiedy złego zrobił.

Uprzywilejowani tego świata należą do dwu rodzajów. Jedni są dumni ze swego jakiego­kolwiek przywileju, drudzy wstydzą się go i chcą go tak czy owak okupić.

Bywa, że komuś starcza odwagi w wyjątko­wych okolicznościach, a nie starcza na co dzień.

Wszędzie są ludzie, którzy nawet zbrodni nakazywanej przez państwo potrafią służyć z dobrą wiarą.

Rozum powiada swoje, a serce chce tyć, chce się weselić.

Majątek psuje ludzi, a kto żyje z pieniądza, sam się robi twardy i zimny jak pieniądz.

W kroplach dni powszednich tak samo jak i w morzu całe niebo można zobaczyć.

Na dopusty losu los też zsyła człowiekowi tajemne swoje siły, dużo pomagające prze­trzymać.

Gniew najwięcej chwyta człowieka, gdy mu wypomną, że nie pomyślał o czymś, o co się właśnie starał.

Tych rzeczy najlepszych: serca, które nas kocha, słońca, które nam świeci, i tak na własność mieć niepodobna.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.