Irena Wilde. Kapryśne serce (fragment)

Pierwszy tenor państwowej opery – Alexi siedział przy wejściu do parku miejskiego i z pozorną uwagą przypatrywał się długim rzędom koszów z kwiatami, które dziewczęta powykładały na sprzedaż. Dwie albo trzy damy z towarzystwa, chodzące wieczorami do opery, a przed południem, wedle wskazówek domowego lekarza – na spacery do parku, uśmiechnęły się daleka do artysty. Jedna z nich, zdaje się jeszcze bardzo młoda, zobaczywszy Alexiego na ławce, zwolniła kroku, a zrównawszy się z ławką, lekko się zarumieniła.

Ale pierwszy tenor państwowej opery nie chciał widzieć niczego, oprócz dwu rzędów koszów z kwiatami.

Można mieć dwadzieścia siedem lat, sławę i bogactwo, dostawać uprzejme uśmiechy (i to, co za niemi się kryło), pań z towarzystwa i nietylko nie czuć się szczęśliwym, ale nawet jako-tako zadowolonym.

Można.

Ludzkie serce niekiedy takie kapryśne. Za kulisami opery państwowej krążyły plotki, że pierwszy tenor, ten niedostępny, piękny Alexi nie ma szczęścia w miłości. Plotkę ową musiała puścić w obieg chyba jakaś statystka, chociaż wydawało się to nieprawdopodobnem.

Alexi, bożyszcze artystycznego świata, ten sam, którego na scenie kobiety obrzucały kwiatami, a poza sceną wiele mówiącemi uśmiechami, on nie miałby mieć szczęścia w miłości?

Jednak plotkę ową po pewnym czasie potwierdził również pianista opery, który z całego zespołu stał najbliżej pierwszego tenora. Alexi rzeczywiście nie ma szczęścia w miłości.

Dlaczego?

Alexi nie może się zakochać.

Nie może, bo nie może znaleźć kobiety, któraby go nie lubiła i nie była muzykalna. Oczywiście – tłumaczy pianista zdziwionym artystkom opery – tych wyrazów nie należy brać dosłownie. Możliwe, że Alexi szuka kobiety, której serce trzebaby zdobywać, a nie brać.

Ale kto młody, piękny, sławny, bogaty, ten nie musi zdobywać niewieścich serc. Ten może przebierać.

Dziwne.

Lecz pierwszego tenora państwowej opery mało obchodzą takie zapatrywania jego operowych koleżanek.

Podniósł zlekka brew na widok uśmiechu i rumieńca młodszej damy z towarzystwa i znów utopił wzrok w długie rzędy kwiatów na sprzedaż. Gorąco-żółte georginje wabiły swoim natarczywym uśmieszkiem. Dojrzał pęk białych, wczesnych chryzantem z listowiem rozpuszczonem jak piórka.

Niebawem dostrzegł taką samą białą plamę po drugiej stronie ulicy. Tam zatrzymała się jakaś jasna (wszystko jasne: twarz, włosy, suknia) kobieta na skraju chodnika i rozglądała się lękliwie wgórę i wdół ulicy.

Takie wrażenie, jakby ta jasna pani uciekała przed kimś i waha się, którędy lepiej uciec? Za chwilkę, oglądnąwszy się jeszcze raz w lewo i w prawo, szybko przebiega ulicę i już spokojnie idzie chodnikiem w kierunku wejściowej bramy parku. Alexi może teraz, nie odwracając głowy, odgadywać, dlaczego ma ona taką obawę przed ruchem ulicznym.

Ależ to prawie jeszcze dziecko! Tylko oczy, nieco przerażone, dają tej twarzyczce poważny wyraz. Jasna pani mija powoli rząd koszyków z kwiatami i z wahaniem zatrzymuje się przed pękiem białych opierzonych chryzantem. Uśmiechając się, bierze je pieściwie do ręki i nie pytając o cenę, daje sprzedawczyni papierowy pieniądz.

Przy przechodzeniu ulicy, ta sama historja co przedtem. Alexi tego dnia zrobił kilka spostrzeżeń: dziecięca twarzyczka, bogata cudzoziemka i boi się ulicznego ruchu.

Alexi, jak każdy wielki, znany artysta musi mieć swe kaprysy. Ostatnim kaprysem (czy tylko kaprysem?) naszego Alexi jest zachcianka, by dowiedzieć się czegoś bliższego o płochliwej cudzoziemce z dziecięcą twarzyczką. Lecz miasto, które ma swój teatr, za wielkie jest, aby można w niem tak szybko odszukać człowieka przelotnie zauważonego. Bogate cudzoziemki podobno nie kupują kwiatów wyłącznie u sprzedawczyń.

Jednego mrocznego popołudnia, mniejwiecej w tym czasie, kiedy artysta nie miał już wątpliwości, że jasna pani wyjechała do swojej ojczyzny, spostrzegł, przejeżdżając pryncypalną ulicą, jak jego znajoma „nieznajoma” przypatrywała się wystawie zabawek dziecięcych. Natychmiast odprawił woźnicę, a sam poszedł oglądnąć wystawę.

Widział, jak jej źrenice błyszczały na widok tych cacek przeróżnych, z jakim zachwytem wodziła ona nieco zalęknionemi oczyma po strojnych główkach lalek i w duszy przemianował ją z „jasnej pani„ na „jasne dziewczątko”.

Nalubowawszy się dosyta, poszła zadumana wgórę chodnikiem, nie obdarzywszy go nawet półwejrzeniem. Alexiemu nie pozostało nic innego, jak pójść wślad za nią. Weszła w bramę jednej z nowowybudowanych will starej dzielnicy miasta. Alexi zapamiętał sobie numer willi, a po dwu godzinach wiedział już, że pierwsze piętro zajmują państwo Komarenkowie (więc nie cudzoziemka!), że panna Komarenkówna (imienia nie znali) nie ma przyjaciółek, sama nigdzie nie bywa i nigdy nie chodzi do teatru. Nawet takiemu człowiekowi, jak Alexi trudno było w odpowiedni sposób zaznajomić się z kobietą, która nie ma przyjaciółek, nigdzie nie bywa i nie chodzi do teatru. Dlatego Alexi postanowił na swoje poranne przechadzki chodzić do starej dzielnicy. Ale panna Komarenkówna, to jasne dziewczę z nieco zalęknionemi oczyma, które uśmiechem łowiło motyla w locie, nie chciało zauważyć wielkiego artysty, dzień w dzień przechadzającego się obok nowozbudowanej willi. Można być urodziwym, sławnym, mieć talent i sympatje dam z towarzystwa, a nie mieć szczęścia u jasnowłosego, płochliwego dziewczęcia.

Ludzkie serce niekiedy takie kapryśne. Alexi ośmie­lił się posłać dziewczątku z willi rozkoszny bukiet chryzantem. Kwiaty przyjęto, lecz jego w bardzo umiarkowanym tonie utrzymane listy zostały bez odpowiedzi.

Jasne dziewczę miało swoje kaprysy. I kiedy pew­nego ranku artysta Alexi odważył się przystąpić na ulicy do panny Komarenkówny i wbrew wszelkim prawidłom towarzyskim przemówił do niej, nieznajomej, to krok ten nie był już wypływem kapryśnego nastroju rozpiesz­czonego przez publiczność artysty. On nie mógł tego nie zrobić.

Jasne dziewczę, strapione takim niespodziewanym postępkiem, stanęło, poczerwieniało, potrząsnęło ze zło­ścią głową i pobiegło prościutko do domu. Alexi stał ja­kiś czas nieruchomo, potem obrócił się i ciężkim, powolnym krokiem poszedł ku miastu.

Dwa dni po tej niewesołej przygodzie zetknął się (spotkanie na prośbę artysty) śpiewak państwowej opery Alexi ze starym panem Komarenką.

Siwy pan mówił nieco kłopotliwie:

- Pańskie zainteresowanie, panie Alei, przynosi mnie i mojej rodzinie prawdziwy zaszczyt… gdyby nie pewna okoliczność... Jestem bardzo nieszczęśliwym ojcem, panie Alexi, bardzo nieszczęśliwym… Halusia… moja córka, panie Alexi, od urodzenia – głuchoniema. Tak, tak, panie Alexi, ciężko los nas pokarał i dlatego tak troskliwie ukrywamy jej stan przed świa­tem, aby uchronić ją i siebie przed ludzkiem współczu­ciem. Widzi pan, jak nieszczęśliwym ojcem jestem, panie Alexi. Ten stan jej wpłynął zdaje się również na jej umysłowy niedorozwój… Ona, pomimo swoich dwudziestu dwu lat, jeszcze zupełne dziecko… Jedno, czem można jej zrobić przyjemność, to dziecięce zabawki i kwiaty… Wszystko inne zupełnie jej nie interesuje…

Artysta przypomniał sobie swoje marzenia o kobie­tach, których serca chciałby zjednać swoją urodą, głosem i pieniędzmi i pomyślał, ze najpiękniejsze z nich wydawały się mu zabawkami i kwiatami…

 

Tłumaczył: TADEUSZ WASYLKOWSKI

Sygnały / 1934, nr 15, s. 9–10.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.