Dziewczęta z Nowolipek - Fragment

ĆWICZENIE STYLISTYCZNE NR l

Teraz już jest wiadomo, co będzie w odnawianym sklepie narożnym: wspaniała cukiernia. Codziennie, gdy idą do szkoły, coś innego przybywa za lśniącymi szybami, dwa widoczne pokoje są odmiennie wytapetowane: jeden czerwony, drugi błękitny ze złotym. W czerwonym ustawiono bufet koloru krwi i oszklone ogromne półki za bufetem. W błękitnym – stoliki i kanapki wybite aksamitem. Ale gdy zawieszono landszafty z paniami w długich, powłóczystych sukniach, z rozpuszczonymi złotymi włosami, przeglądającymi się w wodzie, gdy na półkach ustawiono w kolorowych wazonach płaskie bukiety – wtedy też zaciągnięto u okien żółte firanki. Nic już nie można było widzieć.

Pani Ziemska stała bezczynnie przed swoją mydlarnią, ludzie zawsze przypominają sobie o nafcie wieczorem, gdy czas zapalać lampy. Wtedy jest tłok w sklepie, nie można się doczekać swojej kolejki. Pani Ziemska rzekła:

– To ten Kac otwiera cukiernię.

– Kac?

Nie znały żadnego Kaca. Pani Ziemska roześmiała się i najspokojniej w świecie powiedziała, że był już dzwonek w szkole. Już po dzwonku?! Pędziły na górę, szkoła mieściła się akurat nad mydlarnią.

Żółte zasłony zaciągnięto na okna, ale i tak na tym rogu zrobiło się jakoś niezwykle gwarno. Tam uwijali się teraz chłopcy z gazetami, tam gromadzili się mężczyźni, stali grupkami, rozmawiając, wchodzili do wnętrza i wychodzili z zapalonymi papierosami. Tam wreszcie, gdy się szło wieczorem po naftę do pani Ziemskiej lub na spotkanie z Kwiryną, po raz pierwszy ujrzało się i widywało umalowane dziewczyny w chustkach na ramionach.

Miały głowy pięknie uczesane, ufryzowane, widać, że na podkładkach z fałszywych włosów, nic nie rozmawiały ze sobą, tylko chodziły, mijały się, chodziły prędko i niespokojnie, zawracały raptem i znów odbywały tę samą drogę. Janka pożerała je wprost oczyma, miały lśniące agrafki wpięte we włosy, w formie półksiężyca. Kwiryna przeszła ze spuszczonymi powiekami i pociągnęła siostry Mossakowskie za sobą.

– Nie gapcie się, bo nam nawymyślają.

Także i matka zabroniła surowo przystawać przed Kacem, miały nakazane chodzić drugą stroną ulicy. Tym razem ojciec był zgodny z matką.

– Jeśli was tam kiedy zobaczę, to popamiętacie!

Przy końcu tygodnia pani wprowadziła nowość do klasy, napisała na tablicy swym pięknym pismem: „Ćwiczenie stylistyczne nr l”. I wyjaśniła, że to ćwiczenie stylistyczne mają napisać w domu, do soboty, na temat dowolny.

– Dowolny, proszę pani? – zapytała Kwiryna.

To znaczy, że można sobie wymyślić, co się komu podoba.

– W sobotę zbiorę kajety, a w poniedziałek nastąpi głośne odczytanie najlepszych opowiadań.

Cała klasa zaczęła narzekać.

– Czy nie lepiej, żeby pani powiedziała od razu, o co chodzi, co jest zadane?

Były oszołomione. Ale pani roześmiała się i rzekła, że właśnie o to chodzi, aby zaczęły myśleć same, bez zadanego.

– Możecie napisać o książce, którą czytałyście, o miłej jakiej niedzieli, możecie wymyślić bajkę...

– Czy dużo ma być napisane? Ile stron?

Pani rozgniewała się i puknęła linią w stół:

– Cisza! Powiedziałam już raz, że jak kto chce i ile kto chce.

I oto w poniedziałek pani zasiadła na katedrze tak podniecona, iż ciągle załamywała ręce.

Przed nią leżał stos kajetów w kolorowych okładzinach, kajety nowe, niezniszczone i niepotłuszczone: Ćwiczenie stylistyczne nr l.

– Ach, zgroza! – powiedziała mimo to pani.

Najpierw Kwiryna z swą historią o Barbarze Ubryk. Po co Kwiryna czyta takie głupstwa?

W dodatku trzeba się było domyślić, o co chodzi, tak niezdarnie napisane. A błędów gramatycznych... raz, dwa, trzy... nie do obliczenia. Dwója!

Cechna opisała historię jakiejś lalki, tak strasznie płaczliwie, że pani doczytać do końca nie mogła. Ciągłe tęsknoty i ciągłe rozstania „mateczki z córeczką”, a przecież Cechna jest taka wesoła i łobuz co się zowie. Trójka z minusem.

Inne były jeszcze gorsze, okropne; kto właściwie od kogo ściągał? „Wstałam rano, umyłam się i zmówiłam pacierz, zjadłam śniadanie i poszłam do kościoła, przyszłam, do domu i zjadłam obiad, wieczorem zjadłam kolację i położyłam się spać”. Jak to, i nic więcej się nie wydarzyło? Co było na obiad, co matka ugotowała, o czym rozmawialiście przy stole?

Dziewczętom powoli rozjaśniało się w głowie – ach, rzeczywiście, tyle można było napisać różnych rzeczy! Mogłyby opowiadać dzień i noc! Ale opisać jakoś trudniej!

– Trzeba myśleć – rzekła pani. – Frania myślała i jej wypracowanie jest najlepsze! Wstań, Franiu.

Frania wstała, taka blada, ramiona jej drżały. Stała z opuszczoną głową, miała oto sama przeczytać swoje „Ćwiczenie stylistyczne nr l”, ale nagle pani rozmyśliła się i powiedziała z naciskiem, że wypracowanie jest tak piękne, iż odczyta je sama, a klasa niech słucha uważnie.

Była to historia o oknach.

O oknach o zmierzchu. Jakiś człowiek idzie pustą ulicą, jest samotny, a tu zapalają się światła w oknach. Tu siedzi rodzina przy stole, tu pani z panem czytają książki, tu dzieci uczą się lekcji. Najrozmaitsze okna, najrozmaitsze światła, nawet światła świec w srebrnych lichtarzach, okna jasne i tajemnicze. Są tu i okna z żółtymi zasłonami, okna cukierni Kaca.

Ale na samym końcu, ulicy jest okno ciemne, opuszczone, bez firanek i kwiatów. Człowiek staje tam, stoi i czeka długo. Stoi bez końca, nikt nie zapala światła. Wreszcie podchodzi blisko, wspiera się ramionami o gzyms, przytyka czoło do szyby. Widzi tylko niezgłębioną ciemność, tam jest mrok.

Pani skończyła. W klasie jest cicho, klasa nie może ochłonąć ze zdumienia. Frania, Frania wymyśliła taką historię! Nagle pani pyta:

– Co chciałaś przez to, Franiu, powiedzieć, przez to ciemne, ostatnie okno?

Frania nie odpowiada: ona nie wie. Bąka:

– To się tak samo ułożyło.

Wygląda w tej chwili jak oskarżona, jak oskarżona o coś złego. Pani przyrzekła sobie w domu, że nie powie nic ponad zwykłą pochwałę, ale teraz, wobec tego nieszczęsnego, skurczonego stworzenia, nie może się opanować. Przecież tu nie ma żadnej miary między tym, co napisały dziewczęta – a tym, co „wyszło” spod pióra Frani.

– Powinnaś być szczęśliwa, Franiu! Bóg cię obdarzył takimi zdolnościami, dotychczas niczym tego nie zdradzałaś, opowiadania ustne wychodziły ci słabo. Ale umiesz pięknie czytać wiersze i pięknie pisać. Kto wie, co z ciebie będzie! – Pani mówi to głośno, wyraźnie, nie tylko Frani, ale całej klasie. Wszyscy patrzą na Franię. Ona płacze, płacze w objęciach Bronki!

Pani jest zgnębiona tym cichym płaczem. Myśli: – To dziecko nie może znieść szczęścia. Zbyt długo było smutne. – Odkłada zeszyt Frani, z piątką nakreśloną czerwonym ołówkiem, i nagle zaczyna się śmiać:

– A czy wiecie, co napisała Bronia?! „Historię o pani, która uciekła spod szubienicy”! Ale to jest nadzwyczajne, jak to sobie Bronią wyobraziła!... – śmieje się pani.

Bronią napisała krótko: „Jedną panią prowadzili pod szubienicę. Było to rano. Szła ze skrępowanymi rękoma i opuszczoną na piersi głową. Ale pod samą szubienicą podniosła głowę i spojrzała. Dozorcy zostali porażeni tym wzrokiem i upadli na ziemię. Ręce pani rozwiązały się same, pani odeszła z tego miejsca, poszła do czytelni i wydaje książki”. Tak, ale co z dozorcami! Czy możliwe, aby Bronią uśmierciła dozorców? „Dozorcy podnieśli się, było to tylko porażenie tymczasowe”.

Wszystko skończyło się dobrze. W szkole też. Śmieli się wszyscy. Bronia najgłośniej, aż do łez. „Ćwiczenie stylistyczne nr l” – to wyszło zupełnie wesoło. I nawet nikt nie przypuszczał, że w tajnym kajeciku pani nie tylko Franka otrzymała czerwony krzyżyk, ale i Bronia. „Zdolności pisarskie” napisała pani przy imieniu Franki – a przy Broni: „Bronia widzi”.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.