Inne

Inne

 

W wielkiej, wysokiej sali, przeznaczonej dla godzin zabawy i wytchnienia, mającej w jasnych murach swoich chronić młodość i wesele beztroskie, panował zmrok zimny i głęboki, jak w nieodwiedzanych przez nikogo muzeach. Dwa okna weneckie pokryte były całe srebrnymi kwiatami dziewczęcych, zamarzniętych marzeń o kwiatach; rzeźwe słońce zimowego południa przenikało tu, przemienione w światłość matową, jak przez witraże katedr średniowiecznych.

Po sali chodziły wokoło bezustannie smutne, zamyślone, zdenerwowane dziewczęta. Przytulone do siebie po trzy lub cztery, poszczepiane wątłymi, zgiętymi w łokciach rękami, w dłoniach trzymały książki otwarte i – nie patrząc w nie – powtarzały półgłsem długie łańcuchy słów, niżąc je na wiotkie nici myśli, by się nie rozsypały, jak martwe paciorki roz­dartego różańca.

Wszystkie były ubrane w jednakowe, ciemne, nieładne suknie, miały twarze blade, pełne zautomatyzo­wanego niepokoju, i oczy śmiertelnie znużone, za­patrzone w mgławe, nierzeczywiste, jakby w krzy­wych zwierciadłach odbite obrazy abstrakcyjnie poz­nawanego życia, oczy śmiertelnie znużone wiecznym wyobrażeniem, oczy bezsilnie i żałośnie marzące o  u j r z e n i u.

Na tle tym odcinała się nieruchomo stojąca pod ścianą dziewczyna. Była blada, nieładna i bezbarwna, jak wszystkie, tylko w twarzy jej i spojrzeniu nie było ani niepokoju, ani marzenia, a oczy miała poważne, mądre i obojętne. W ręce nie trzymała książki, a głowę ciężko oparła o futrynę zamarzniętego okna.

Chodzące wokoło sali dziewczęta mijały ją raz po raz i w tej wędrówce przechodziły miejsce, z którego oparta o futrynę głowa rysowała się czarnym, medalionowym profilem na bladosrebrnym tle szyby, podoobna do głowy wielkiego ptaka.

Jedna z uczennic rzekła do towarzyszek po francusku:

– Ta Julka nigdy nie robi powtórzeń w czasie pauzy.

I zaraz dalej mówić zaczęła głosem martwym, monotonnym powtarzaną lekcję, nawlekając szereg słów na myśl, jak paciorki na sznurek, by nie zatracić w pamięci ich kolejności.

Julka przeciwstawiała się towarzyszkom swym mi­mowolnie, chociaż świadomie.

Nie była najlepszą uczennicą, nie była faworytą profesorów i przełożonej, a jednak w rówieśnicach swych budziła zazdrość i podziw. Podziwiały ją dziew­częta anemiczne, niezdolne, leniwe, odsunięte na miej­sce ostatnie w demokratycznej hierarchii klasy, za­zdrościły jej nerwowe, bystre, ambitne, okupujące no­cami bezsennymi i nadludzkimi napięciami wszystkich nerwów – stopnie, odznaczenia, pierwszeństwo.

Julka nie bała się tu nikogo i nigdy. Serce jej nie uderzało silniej na dźwięk dzwonka, wieszczącego nastanie specjalnie groźnej godziny, nie ściskało się trwożnie pod ciężkim, wyrafinowanym spojrzeniem zwyrodniałych, pełnych okrucieństwa starców, dla których rozkoszą było grać na jęczących z męki ner­wach dzieci.

Mądrzejsza była od ludzi tych, w których mocy się znajdowała. Z wyrozumiałością patrzyła na ciasną sferę ich zainteresowań, uśmiechała się dobrotliwie do ich drobnych życiowych pasji, do prostych, ciężkich maszyn ich mózgów. Nie dostrzegała ich mściwej, starczej złośliwości, właściwej tym, których przemijanie potrzebne jest po to, by nastali inni. Przewagę nad nimi dawała jej wyniosła filozofia życia, zlekceważenie jego niedostępnych dla niej potęg kuszących, wiedza zmienności, względności i przemijania tych rzeczy, które dla nich były wartościami stałymi.

Zamknięta w sobie i skupiona, nie wdająca się w łatwe dysputy z profesorami postępowymi, nie maskująca się podstępnie przed despotami – stanowiła dla jednych i drugich zagadkę dziwaczną i niepokojącą. Wiedziała to – i od miłej myśli o tym odchodziła dalej jeszcze, w jasną nieskończoność.

Na mijające w przyciszonym szumie szkoły godzin patrzyła bez żalu, z dala. Nie ceniła, młodości swojej, ani życia. W każdej chwili widziała całą posępną drogę swej przyszłości, wytkniętą równo, prawidłowo. Do życia jej nie mogło się wedrzeć słońce, jak nie mogło przeniknąć do tej sali szkolnej przez szyby zamarznięte. Ponieważ była biedna, brzydka i mądra.

Koleżanki nie lubiły jej, ale interesowały się nią, szukały pretekstów do rozmowy, usiłowały uwagę jej zwracać na siebie. Uległy mocy magnetycznej jej dobrych nerwów, otamowanych myślą nieustanną.

Była dla nich niedostępna i mało zrozumiała. Dzi­wiły się, że nigdy nie mówi im nic o sobie, nie opo­wiada o domu swym ani rodzinie.

To, że Julka jest biedna, nie ma rodziców i mieszka z bratem studentem, że wolno jej robić, co chce i czy­tać wszystkie książki – wiedziały jedynie w wiel­kiej tajemnicy od Kitty, pensjonarki, do której jednej Julka miała nieco zaufania. Z tego względu nazywano je nawet przyjaciółkami.

Różnica, jaką Julka czyniła dla Kitty, nie podobała się koleżankom bardzo i wywoływała wiele komentarzy. Trudno było właściwie wytłumaczyć, dlaczego wybraną była jedyna Kitty.

Naturalnie, że i teraz czeka tu, aż wrócą z obiadu stale, a z nimi Kitty.

Julka czekała na nią rzeczywiście. Od rana Kitty zapowiedziała, że ma jej coś do powiedzenia. Ale to jest długie, więc można tylko na dużej pauzie, po obiedzie.

Popatrzyła przed siebie posępnymi oczami. Na sali uczynił się ruch półgłośny. Uczennice rozstępowały się niepostrzeżenie, czyniąc przejście dla kogoś, kogo przedtem nie było w sali.

Przez drzwi główne weszła Kitty, jasnowłosa dziew­czyna, wyższa nieco od reszty uczennic – i szła po­między nimi, pociągając spojrzenia i półodwrócone gło­wy, prosto do Julki.

Ubrana była tak, jak wszystkie, ale ciemna jej suknia zrobiona była z materiału, podobnego do jedwabiu i krojem wytwornym przypominała postacie wielkoświatowych dam. Gdy szła, długa jej szyja wychylała się ponad kołnierz sukni i gięła wdzięcznym ruchem, jak szyje ptaków, kołysząc na sobie małą, rasową głowę ze starych portretów królewskich, o jasnych, prześlicznych oczach bez wyrazu, oplątanych delikatnymi rzęsami z bladozłotego, jakby spłowiałego w słońcu jedwabiu. Szła, jak księżniczka udzielna między poddankami, niezupełnie świadoma siły swego uroku, pełna jeszcze zadziwień nad tym i niedowie­rzania, że jest aż taka śliczna.

Spotkawszy uśmiech jej ust bladobrązowych, jak płatki najrzadszych kwiatów, Julka uśmiechnęła się także.

Łaskawie, z dziwną przyjemnością poddawała się czarowi tej rozpieszczonej, delikatnej, zuchwałej i od­danej sobie dziewczyny. Bo Kitty rozkochana była w niej z całą kapryśną i fantastyczną pasją ludzi, którzy we krwi mają poczucie, że wolno im wszystko i że wszystko jest im należne. Ta ukraińska magnatka, która zajeżdżała wierzchowce, szpicrutą służbę i bez żalu zabijała przerażone sarny – wobec Julki stawała się nieśmiała, tkliwa, zalękniona. A Julka lubiła to ciche, pokorne oddanie, tę egzaltację i patos, do którego sama nie była zdolna.

– Jestem już – rzekła Kitty. – Wyrwałam się najpierwsza. Tak już za tobą tęskniłam. 

W jej oczach czystych i matowych, jak perły, zapaliła się na krótką chwilę prawie miłosna udręka. Julka wypiła ją chłodnym spojrzeniem i przelotnie doznała wrażenia, które było echem najsłabszym nieznanej jej zupełnie radości życia.

– Doprawdy, Kitty?

– Zawsze chciałabym patrzeć na ciebie – potwierdziła Kitty, patrząc jednakże gdzieś bardzo daleko jak gdyby okna zamarzłe były przezroczyste.

– A cóż miałaś mi do powiedzenia?

Kitty przymrużyła swe rzęsy bladozłote. Zmieszała się.

– Ach, mój Boże... Zresztą...

– No powiedz, Kitty.

Ona przeczyła główką.

– Kiedy tutaj i tak nic mówić nie można, bo one wszystko widzą.

– To chodźmy stąd.

Kitty wahała się.

– No Kitty! — surowo powiedziała.

– Dobrze, chodźmy na nasze okno – uległa Kitty.

Pośród rozstępującego się tłumu rówieśnic, drogą znaczoną bladymi półuśmiechami i spojrzeniami bez­silnymi, wyszły z sali.

W milczeniu usiadły we dwie na parapecie okratowanego okna schodów, wiodących do sali na dole, gdzie w czasie dużej pauzy bawiły się klasy niższe, oparła swe wąskie, aksamitne ręce na kracie żelaznej i przytuliwszy do nich twarz patrzyła w wąskie, głębokie podwórko miejskie – podobna do uwięzionej, cudzoziemskiej princessy.

– Słucham, Kitty – znów surowo rzekła.

– Nie, nie – wstydzę się... Tyś taka niedobra...

Julka zdziwiła się.

– Cóż ja ci zrobić mogłam?

– Ach – to jest takie smutne...

Kitty westchnęła głęboko, a Julka pogłaskała ją po włosach. Perłowe oczy Kitty pokryły się delikatną, ledwie dostrzegalną łzą. Zaczęła z wahaniem:

– Ty powiedziałaś do jednej naszej koleżanki, Julo (do której, nie mogę powiedzieć, bo to wielka ta­jemnica) – powiedziałaś, że ja jestem wprawdzie ładna i miła, ale – głupia...

Zamilkła, zmęczona wysiłkiem, upokorzona. Opu­ściła wyczekująco główkę, jakby w przewidywaniu ostatecznego ciosu. W duszyczce jej tłukła się rozpa­czliwa żądza zaprzeczenia.

Julka brwi ściągnęła, przypominając sobie. Po chwili spytała:

– Któż ci to powtórzył? Nic nie pamiętam…    

Kitty wahała się znowu.

– Mania – tylko że to wielki sekret. Nie mów jej nic...

Pytająco wpijała oczy w Julkę.

– To nieprawda?

Ta przypominała sobie.

– Ach tak, ale to dawno już. – Wzruszyła ramio­nami. – Jakże ta znów mogła powtarzać...

– Więc prawda!... Och, Boże, Boże – szeptała Kitty.

– Dajże pokój – takie głupstwo.

Kitty nie słuchała.

– I wczoraj dopiero mi powiedziała. Płakałam całą noc i rano zasnęłam, płacząc...

Patrzyła na Julkę z wyrzutem bezgranicznym. Po jej policzkach z alabastru toczyły się maleńkie okrągłe łzy. Tak płakałaby lalka.

– Bo największym marzeniem moim było wydawać się mądrą tobie jednej – półgłosem mówiła. – Wolałabym mieć najgorsze stopnie i żeby wszyscy uważali mię za głupią...

Julka pocieszała ją niezręcznie, chłodno. Widiała ją teraz na tle jasnego pałacu, pełnego cudów sztuki i natury, pełnego kwiatów rzadkich, nie znanych jej nawet z imienia. Widziała ją otoczoną rozkochanymi ludźmi i posłusznymi zwierzętami, pijącą aż do boskiego znużenia najwyszukańsze szczęścia życia. I nie była w stanie obudzić w sobie współczucia.

– Nienawidzę tego, że jestem ładna – mówiła Kitty. – Tylko mądrość można wielbić... Marzyłam, żeby stać się taką, jak ty, Julko, choć tylko trochę podobną do ciebie...

Julka rzekła, zajęta własną myślą:

– Mądrość szczęście zabiera.

Patrzyła teraz w swoje życie – pełne wiedzy i pogardy, dumy i wyrzeczeń. Brwi chmurnie ściągnę­ła.

Obok wytwornej postaci Kitty wyobraziła sobie smukłą, egzotyczną postać cudzoziemca, młodego nau­czyciela, w którym oficjalnie kochała się cała klasa, prócz Julki. Naprawdę jednak... I przypomniała sobie płomienne oczy południowca, przesuwające się błyska­wicznie po szarym tłumie klasy i pieszczące niepoję­tymi spojrzeniami królewską głowę Kitty...

– A ja myślałam, Julko, że ty powiesz, że to nie­prawda…       

Julka milczała. Kitty tuliła twarz do szorstkiego materiału jej sukni.

– Jakaś ty niedobra…

I zaraz pocałunkiem przeprosiła ją za wyrzut.

– Nie – nie – dobra jesteś, tylko ja ci tak zazdroszczę…

Z oddali dobiegał dzwonek, przyciszony gwarem.

 

1907 r.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.