Mój ojciec_7

PRZYJACIELE

Ojciec powrócił do lekcji w szkołach prywatnych i tak zwanych „kompletach”, matka wykładała na pensjach ukrytych, później na uniwersytecie ro­botniczym. Nawet mała siostra, do której w Domu nad łąkami przychodziły na naukę dzieci wiejskie, teraz uczyła geografii dzieci robotników.

Niektóre z tajnych wykładów ojca odbywały się w naszym mieszkaniu na Hożej. Przychodzili na nie prawie wyłącznie studenci.

Nałkowski był reformatorem geografii jako na­uki, zarówno jak sposobu jej nauczania. W artyku­łach polemicznych zwalczał „kucie” pamięciowe, wyliczanie nazw gór, rzek i miast, żądał ujawniania w zjawiskach geograficznych ich przyczynowych związków. Wskazania te zawarł w książce: Zarys metodyki geografii, a zasadę „rozumowości” prze­prowadzał w swych dziełach, jak Geografia rozumowa, Geografia poglądowa, Geografia fizyczna. Opracował też na nowo według tej metody geo­grafię Polski, ogłaszając ją pod dziwnymi dziś dla nas, a spowodowanymi przez wzgląd na cenzurę ówczesną tytułami, jak: Obraz geograficzny Polski historycznej albo Geograficzny rzut oka na dawną Polskę.

Poza tym pisał o zasługach dla geografii polskich uczonych, jak Michał Hube, Hugo Kołłątaj i Jan Śniadecki. Przez wiele lat prowadził kronikę geograficzną w miesięczniku Wisła, współpracował w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej i w Słowniku Geograficznym, wiele artykułów naukowych i polemicznych zamieszczał w czasopismach.

W pracach swych dość wcześnie od zagadnień przyrody przeszedł do sprawy człowieka. Niespra­wiedliwość społeczna, ucisk polityczny, straszny los ludów kolonialnych, gnębionych przez zdobyw­ców, zwłaszcza imperialistów angielskich, budziły w nim oburzenie.

„Nawet publikacje naukowe nie były wolne od dygresji na tematy radykalno-społeczne'' — pisał po jego śmierci geograf Stanisław Lencewicz.

Toteż i w swoich wykładach ojciec nie przesta­wał być, jak mówiło się wtedy, „człowiekiem prze­konań”

Niektórzy spośród jego uczniów i słuchaczy sta­wali się później znajomymi, przychodzili do nas już jako przyjaciele.

Od jednego z takich słuchaczy ojca posłyszałam później żart, który krążył o nim pomiędzy studen­tami. Nałkowski wykłada: „...ziemia jest bryłą ku­listą, spłaszczoną u biegunów, co dzieje się z wy­raźną krzywdą klasy pracującej”

Przejście od nauki o ziemi do zagadnienia czło­wieka zbogaciło twórczość Nałkowskiego. Po wy­daniu w roku 1901 zbioru prac pod tytułem Ziemia i człowiek, powstała w trzy lata później Jednostka i ogół. Zebrane tam artykuły polemiczne, druko­wane naprzód w czasopismach, przysporzyły mu wrogów. Ale zjednały też wielu przyjaciół.

Poza pensją, która zajmowała mi tylko godziny szkolne, pomagałam ojcu pisząc za jego dyktandem albo chodziłam na tajne wykłady popołudniowe. Były to naprzód wykłady Jana Władysława Dawi­da, redaktora Głosu (historia filozofii i logika), pó­źniej Ignacego Radlińskiego (historia języka fran­cuskiego), wreszcie Cezarego Jellenty (historia sztuki). Wszyscy trzej byli przyjaciółmi ojca, ich rodziny bywały w naszym domu, dzieci też przyjaźniły się ze sobą.

Z owego czasu pamiętam też wysoką, piękną ko­bietę, Stefanię Sempołowską, opiekunkę więźniów politycznych, Ludwika Krzywickiego i Juliana Marchlewskiego. Wtedy już — w tym mieszkaniu na Hożej — w jego tak zwanym „salonie”, gdzie krótka różowa kanapka służyła mi za legowisko, a nieduży czarny stół z kręconymi nogami — za biurko, pisałam nie tylko pensjonarskie wierszyki i samodzielne drobne artykuły do Wielkiej Encyklopedii, ale przetłumaczyłam Gerlache’a: Piętnaście miesięcy na Oceanie Antarktycznym i Karajewa Wskazówki dla samouków — i po raz pierw­szy, mając lat szesnaście, dostałam prawdziwe ho­norarium.

Uczestnikiem tej podróży, opisanej przez Gerla­che’a był Polak, Antoni Bolesław Dobrowolski, pó­źniejszy autor świetnej Historii naturalnej lodu.

Kiedyś i on wybrał się do ojca w odwiedziny. I tak zaczęła się nasza wieloletnia przyjaźń z nim i jego żoną, panią Zofią.

Wszyscy oni latem odwiedzali nas na Górkach i wraz z nami cieszyli się ich urodą.

Bo jednak co roku wracaliśmy do Górek na le­tnie miesiące. Czekały nas tam kochane zwierzęta, Morus i Półmordek, kury, mające też własne imiona, oswojony zając, przez czas niedługi oswojona wrona, wrzeszcząca o byle co, a później już nieza­pomniana sowa, zwana Wunią, i utrapienie wszy­stkich zwierząt — mały, ruchliwy i kolący jeż.

Nad domem i zwierzętami czuwał Władysław. Znaliśmy całą jego rodzinę, zamieszkałą w pobli­skim Nadarzynie. Stary ojciec Władysława przy­chodził czasami na dłuższe rozmowy o polityce. „Bywałem na świecie — mówił — różnego zazna­łem losu”. I zapamiętał z tego, że „Włoch to chrze­ścijanin, a Turek to niedowiarek”.

Jego żona, staruszka o wspaniałym siwym war­koczu, rumieniła się jak dziewczyna, gdy chwalo­no Władysława i inne jej równie udane dzieci.

Mieliśmy tam wielu przyjaciół. Była to dalej liczna rodzina niezapomnianej Magdy, której cały los, opisany w Domu nad łąkami, ułożył się tak dzi­wnie tylko dlatego, że od dzieciństwa musiała kraść drzewo z lasu. Ludzie mówili, że ma złego ojca. To prawda. Ale i ten ojciec też był nędzarzem.

Żyli w tych czasach pradawnych smutnie i ubo­go. Żyli z tego, co dała krowa, co zniosła kura, a ko­bieta dźwigała na sprzedaż do miasta. O tej swojej żonie, której wielki siwy warkocz ledwie mieścił się na głowie, mówił wtedy ojciec Władysława: „Zjem jajko na Wielkanoc, a już przez cały rok jajka nie oglądom. Nie do”.

Mieszkał jeszcze w pobliżu dawny krakowski ko­lega ojca, Konstanty Woyciechowski, gospodarujący na niewielkim folwarku. Z kolei my z jego dzie­ćmi związałyśmy się przyjaźnią. Ale Niutek, Wi­told i Manią umarli młodo.

Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałyśmy staru­szka, ich dziadka. Wiedziałyśmy o nim, że walczył w powstaniu 1863 roku. Raz opowiadał nam, że dane mu było widzieć Mickiewicza, którego — je­szcze jako młodzieńca — pokazał mu ktoś w wi­leńskim kościele.

Tam w Domu nad łąkami powstało wiele ojca szkiców i studiów geograficznych, tam napisał część pierwszą Geografii malowniczej, tam pracował nad Podręcznikiem do nauki geografii powsze­chnej oraz Geografią fizyczną.

Tam pisał ojciec rzeczy, które weszły do tomu: Ziemia i człowiek. Tam powstała Kronika geo­graficzna dla Wisły. Tam powstał wreszcie Wielki atlas geograficzny ze skorowidzem nazw.

W jednym z pokojów Domu nad łąkami stał fortepian długi i żółtawy, pamiętny jedną sonatą Mozarta i tym zwłaszcza, że na jego zamkniętym wieku układaliśmy jednego lata ściśle według alfa­betu bezlik małych paseczków papieru do tego właśnie Wielkiego atlasu geograficznego. Z tak uło­żonych papierków przepisywało się ów skorowidz nazw już w gotowej kolejności abecadła. Otóż je­dnego razu gwałtowny wicher otworzył nagle okna zamknięte przed nadchodzącą burzą i zwiał wszy­stko z fortepianu, tak że uniesionych karteczek trzeba było szukać po całym lesie. Na szczęście nie zmokły, bo na burzę tylko „się zanosiło”, a skoń­czyło na paru grzmotach. I ani jedna kropla de­szczu nie spadła.

Na tym samym fortepianie mała siostra rozkła­dała później rajzbrety i różne tajemnicze przybory, żeby rysować piękne figury do ojca Geografii astronomicznej.

Pamiętam jeszcze ostatnią krótką bytność ojca na Górkach. Pojechałam z nim późną jesienią zała­twić tam jakieś sprawy z Władysławem, chyba po prostu zawieźć mu pieniędzy. Przy sposobności za­braliśmy też paczkę żywności dla Morusa i Półmordka.

Psy radowały się nam bardzo. Wyleciały do nas na ogród, skakały i życzliwie poszczekiwały. W ogrodzie było już pustawo, ostatnie liście na drzewach, pożółkłe i suche, opadały wolno na zie­mię, jakby się namyślając.

Oba psy zainteresowały się żywo treścią paczki i chętnie zabrały do jedzenia rozesłanego na papierze nad ścieżką. Czas jakiś jadły w zgodzie, ale o pewnej chwili Morus warknął, Półmordek się obraził i nagle cienko zaszczekał. Morus skoczył do niego z zębami i zaczął go gryźć z niezwykłą zaja­dłością, chociaż różne kości i kawałki mięsa były jeszcze do zjedzenia. Ojciec usiłował je rozdzielić, ale nawet ustępując, warczały jeszcze i porywały się do bitki.

Ojcu zrobiło to widoczną przykrość. Jednak psy przez resztę dnia były ze sobą w zgodzie. I ta ostatnia bytność ojca na Górkach skończyła się po­godnie.

ROZSTANIE

Gdy dziś usiłuję przywołać pamięcią ściany, w których działo się tamto życie, widzę, że znaczna większość warszawskich naszych adresów stała się pustym miejscem powietrza.

Dom, w którym się urodziłam — i gdzie powstał zapewne ojca Geograficzny rzut oka na dawną Pol­skę, a może jeszcze Zmienność morskiego poziomu czy Afganistan wraz ze swym stanowiskiem geo­graficzno dziejowym — ten dom stał kiedyś przy ulicy Kruczej gdzieś w pobliżu Wspólnej czy Hożej.

Pierwsze widzenie życia — tamtejsze wnętrza, hiacynty, hodowane przez matkę, jej śpiew, książki na półkach z niepoliturowanego drzewa, łóżko ojca, zasłane brunatnym kocem, niewielkie biurko z je­dyną szufladą, na którym nie mieściły się rozkładane tomy i atlasy, mapy na ścianach, szerokie “napoleonki” w tak zwanym „salonie”, wreszcie jedyny wówczas ocalały jakoś sprzęt z mahoniu: duża je­dnodrzwiowa szafa na ubranie z pewnego względu zasługująca na wspomnienie. Mianowicie powlekający te jej drzwi fornir rozłożony był na nich symetrycznie w taki sposób, że wyglądały jak dwa czerwono-złote skrzydła ogromnego motyla, poz­bawionego zresztą głowy i odwłoku.

Zdarza mi się dziś przechodzić tamtędy lub prze­mykać autobusem — i nie wiem wcale, czy to miejsce powietrza, miejsce tych wnętrz i obję­tego nimi życia, zawisa nad pewnym parkanem, za którym coś budują, czy unosi się ponad miej­scem otwartym, zasypanym poczerniałymi gru­zami.

Później to jest sam koniec ulicy Wspólnej, sięga­jący niegdyś w głąb Ogrodu Pomologicznego, które­go też już prawie nie ma. Tylko rzecz cała odbywała się tutaj niżej, blisko ziemi. Były to dwa po­koje na parterze, z tych jeden zimą nie ogrzewany. Jak to mogło być, nie wiem. Jednak było. I na miejscu tego jedynego zimą pokoju, w którym mieściło się jakoś prócz nas biurko ojca i jego praca, jest już tylko sięgające do ziemi powietrze.

Tych powietrznych adresów jest dużo. Jest wre­szcie Nowogrodzka 32 — piętro trzecie w podwó­rzu, gdzie już przychodzi Ignacy Radliński, Lu­dwik Krzywicki, Zygmunt Heryng, przychodził Cezary Jellenta z żoną Albiną i synem Fredkiem, który zginął później na wojnie. I mieszkała z nami przez czas pewien Marynia Komornicka. Wtedy powstały Forpoczty, książka zbiorowa, której par­tie odczytywali niekiedy jej autorzy — Komorni­cka, Jellenta i Nałkowski — przy stole w długiej jadalni.

To wszystko działo się w powietrzu. Nie ma tej podłogi, nie ma ścian. Nie ma tych ludzi.

Istnieje natomiast prawie nieuszkodzony adres ostatni z tamtej epoki — Nowowielka 14-a. Mo­żna jeszcze wejść na podwórze tego domu i przy­pominać sobie, jak to było. Schody jedne i drugie, piętro na ten raz czwarte, bez windy. Znowu inne wnętrze — chyba już ocalałe — mimo dość zna­cznych zniszczeń. Poza dawnymi przyjaciółmi przychodzili tam jeszcze geografowie Wacław Jezierski i Antoni Sujkowski, przychodził Antoni Bolesław Dobrowolski, Stefania Sempołowska, Ludomir Sawicki, Maria Czaplicka, Janusz Korczak, Jadwiga i Władysław Dawidowie.

Jest jeszcze brama, przed którą w zimnym dniu 31 stycznia 1911 roku stały zastępy uczniów, słu­chaczy i przyjaciół zmarłego. Zniesiono trumnę, wóz ruszył. Między wieńcami na trumnie był jeden od kogoś nieznanego, wieniec z cierni, związany długą wstęgą czerwoną. W czasie pochodu żało­bnego na cmentarz policja zażądała od rodziny zdjęcia tego wieńca. Wówczas ktoś z przyjaciół podszedł do trumny i zwinął wstęgę, podsuwając ją pod ciernie. Pochód ruszył dalej.

Jedna z jego uczennic, historyk sztuki, Miłkówska-Samotychowa, drukowała we wspomnieniu o nim takie słowa:

„Wchodził do klasy, rzucając na nas szybkie jak strzała spojrzenie. Życzliwy, pełen szczerości, nieco drapieżny uśmiech odsłaniał mu białe zęby, W spojrzeniu tym i uśmiechu była świeżość i no­wość jakiegoś pięknego, nieznanego życia.

Gdy po wejściu do klasy zamykał za sobą drzwi, robiło się jaśniej i jakby czyściej, zapanowywała atmosfera ładu i ożywczego powietrza. W jego szybkich ruchach, w nagłych obrotach było coś z wi­chru, a w głosie metalicznym szlachetność pier­wszej próby.

Jego swoboda, uprzejmość i grzeczność zbliżały, trzymając równocześnie w przyzwoitej odległości szacunku. Przy nim klasa prostowała się bezwie­dnie, siadała porządniej, nabierała fizjonomii uwa­żnej i wykończonej.

O jakimkolwiek zatargu z tym profesorem nie mogło być mowy. Notatnik wychowawczyni leżał na jego lekcjach bezczynnie.

To, co dawał Nałkowski, było rzadką w szkole średniej niespodzianką. Dawał czystą, szczerą i pra­wą emanację swojej osobowości. Stał przed nami jako człowiek śmiały, bezwzględnie wierny so­bie.

Promieniował samą intensywnością umysłu i du­cha, wytwarzając atmosferę zainteresowań naj­wyższego porządku. Tajemnica jego oddziaływania polegała na tym, że nie przestawał być wśród nas sobą. Świąteczny dzień myśli był jego dniem po­wszednim

Aleksander Świętochowski w dzień 25-lecia pra­cy Nałkowskiego pisał:

“...umysł wielkiej, samorodnej mocy, duży i nie­pospolity, Wacław Nałkowski, który w społeczeń­stwie najoświeceńszym i posiadającym najbogatszy zasób sił naukowych szedłby w pierwszym ich rzędzie, między mistrzami, u nas jest prywatnym nauczycielem elementarnej wiedzy, wyrobnikiem podręczników, kruszącym marnotrawczo drogocenną bryłę swego mózgu dla zaspokojenia potrzeb codziennych, a mniej znanym ogółowi niż wielu twórców piany literackiej, po której nie zostaną nawet echa jej szumu”.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.