Mój ojciec_6

NASZE ŻYCIE

Namiętny i nieustępliwy w polemikach — z Ka­są Mianowskiego o ,,zmarnowanie” jeszcze raz opracowanej Geografii fizycznej, z księdzem Niedziałkowskim o napisanie zwalczającej równoupra­wnienie kobiet książki pod tytułem Nie tędy droga, szanowne panie! — z geologiem Siemiradzkim o lodowce, z profesorem Lutosławskim o logikę i zwłaszcza z Henrykiem Sienkiewiczem o Rodzinę Połanieckich — Nałkowski był przy zetknięciu osobistym człowiekiem uprzejmym w obejściu, wesołym i dowcipnym. Nie zachowałam w pamięci żadnej przykrej sceny, żadnego domowego sporu, niczyich przez niego spowodowanych łez. Anna zresztą odgradzała go od wszelkich przykrości do­mowych, czuwała nad potrzebnym mu do pracy spokojem.

W książce Heleny Boguszewskiej Czekamy na życie znajdujemy taki jego opis: „Pan Nałkowski był wysoki, smukły, piękny, z ciemną chmurą wło­sów nad bladością twarzy pociągłej, o długim nosie, z połyskiwaniem szkieł nieodstępnych binokli, z błyskiem ślicznego uśmiechu nad czarnością brody”.

Pracował w ścisłym odosobnieniu, czytał i noto­wał późną nocą, światło w jego pokoju widać było do drugiej i trzeciej po północy. Pisał zawsze ołów­kiem na małych kartkach papieru, po wykorzysta­niu przechowywanych starannie w szufladzie. Na­stępnie leżąc na sofie dyktował teksty swoich ksią­żek Annie albo mnie, gdy ledwie wyszłam z dzie­ciństwa.

Jedyną jego rozrywką były ćwiczenia w ówczes­nej sali gimnastycznej Pieńkowskiego — wespół z krytykiem Ignacym Matuszewskim, Adolfem Dygasińskim, Ignacym Radlińskim, Cezarym Jellentą. Przez pewien czas — łyżwy, rower, do końca zaś dalekie spacery, podmiejskie, piesze wycieczki — zwłaszcza z Radlińskim, historykiem religii i ba­daczem literatur wschodnich, towarzyszem świetnych rozmów o sprawach dawno minionego i nadchodzącego świata. Jedynym zaś zbytkiem – książ­ki, ustawione na prostych, niepoliturowanych pół­kach i w ogóle, gdzie się dało.

Poza książkami zbytków nie znał. Nigdy na przykład nie miał futra, a ciemne palto jesienne powtarzało się to samo przez wiele zim. Z jego to kieszeni wyjął kiedyś, w mroźny wieczór zimowy wróciwszy do domu, zmarzniętą mysz, odebraną dybiącym na jej znikome życie chłopcom na ulicy i położył na stole obok lampy naftowej.

— Dajcie no ciepłego mleka — powiedział. — Może jeszcze przyjdzie do siebie.

Zajęłyśmy się tym natychmiast, bardzo nie­spokojne, czy ożyje. Ach, cóż by to była za radość!

Mysz wróciła zwolna do życia. Wypiła mleko, długo czyściła sobie włochaty, ruchomy pyszczek łapkami zbyt krótkimi, jak u kaleki. Wreszcie z wahaniem ujęła nimi kawałek mięsa i powoli, z namysłem, zjadła.

Naprzód trzymałyśmy ją u siebie, w wysłanym watą pudełku z trawy morskiej po czekoladkach, karmiły z rąk, marzyły o jej oswojeniu. Wypuszczona, chodziła po stole, próbowała różnych  rzeczy do jedzenia. Była przez czas dłuższy naszym zwie­rzęciem domowym.

Ale raz znalazłyśmy pudełko puste z wygryzioną okrągłą dziurką z boku. Nie zjawiła się więcej, przepadła gdzieś, zostawiając po sobie nadgryzio­ne jedno ubranie w szafie i najlepsze wspom­nienie.

DOM NAD ŁĄKAMI

Nastał czas, gdy życie nasze uległo dużej zmia­nie.

Dotąd stale mieszkaliśmy w Warszawie, przeno­sząc się kolejno z ulicy Kruczej na Wspólną, a z tej na ulicę Leopoldyny i wreszcie na Nowogrodzką. Tylko dwa krótkie miesiące wakacji spędzaliśmy niekiedy u babci na Zwierzyńcu pod Krakowem.

Wbrew przepowiedniom lubelskiego profesora Szumowskiego Nałkowski nie objął katedry, tylko zarabiał na życie nauczając geografii w szkołach średnich i to prywatnych — gdzie językiem wy­kładowym był polski — jak znana szkoła postępo­wa Hermana Benniego, w której wykładał też zna­jomy z Krakowa Dygasiński, albo pensja żeńska Anieli Hoene, która została później żoną poety i redaktora Chimery, Zenona Przesmyckiego, zna­komitego tłumacza poezji francuskiej i czeskiej.

Toteż do babci przyjeżdżaliśmy zwykle dopiero pod koniec lipca, w czasie wakacji, powaby wiosny znając tylko z parków Warszawy, szczególniej z Ogrodu Pomologicznego.

W ogródka babci nad już dziś nie istniejącą rze­ką Rudawą rosła kukurydza, o której powiedział Fryderyk Engels, że jest ze zbóż „najlepsza”. Po­dzielałyśmy jego zdanie i też najbardziej nam sma­kowała. Lubiłyśmy poza tym agrest i porzeczki, wyznaczające kolącymi krzakami ścieżki ogrodu. Dwa zagonki truskawek leżały pod zielonymi szta­chetami, dzielącymi ogród od szosy Zwierzyniec­kiej. Ale o tej porze były już zwykle wyzbierane. Wielką uciechą było dla nas  znaleźć pod ich wielki­mi ciemnymi liśćmi ostatnie zapomniane, ciemno­czerwone owoce i z triumfem przynieść dorosłym do stołu.

Zajęty przez zimę lekcjami ojciec na wakacje zabierał ze sobą swoją robotę. I tutaj więc wiele godzin spędzał na pisaniu w małym pokoiku, gdzie prócz żelaznego łóżka, stołu i krzesła nie było nic, a książki i papiery mieściły się na podłodze. Mając do rozporządzenia cały ogród nie potrzebowałyśmy hałasować pod jego drzwiami. Za to za jego oknem, wychodzącym na podwórze, hałasowały głośno gdakające kury, piał kogut i poszczekiwał bardzo miły, nieduży pies, który miał na imię Fidel. Ale to widać ojcu nie przeszkadzało.

Jednak wyjazd do Krakowa nazywał się jeszcze wtedy „wyjazdem za granicę”, wymagał starań o paszport, był zbyt kosztowny.

Wówczas to rodzice zdecydowali się kupić na spłaty niedaleko od Warszawy trzy morgi piaszczystego porosłego sosnami wzgórza, które ojciec nazy­wał wydmą utrwaloną, i za pożyczone „na hipotekę” pieniądze postawić drewniany domek. Wiejski cieśla wybudował go w ciągu lata, które spędziliśmy w pobliskiej wsi jako „letnicy” zajmując jedną izbę chaty, gdy w drugiej mieszkali starzy gospodarze razem z synem, jego żoną i malutkim płaczącym bez przyczyny dzieckiem na jej ręku. Z tej chaty co rano szliśmy na Górki i spędzali tam całe dnie przy budowie, rozmawiając z robotnikami, którzy pozwolili nam heblować leżące na kozłach deski i wypytywać się o wszystko. Z tego czasu zapamiętałam, że „filungi” oznaczają prostokątne deseczki wstawiane we drzwi dla ozdoby. I że takie drzwi nazywają się filongowe. Zrozumia­łam też, że „hipoteka” oznacza, iż co jakiś czas trzeba płacić komuś pieniądze, zwane „procenta­mi”. I że to nie jest sprawa łatwa.

W domu na Górkach zamieszkaliśmy, zanim był gotowy. Łóżka nasze stały na stryszku, który je­szcze nie miał szczytowej ściany, tylko u dołu oddzielony był od powietrza czymś, co z kolei nazy­wało się „tremplem”.

Budząc się widziałyśmy czerwone wschodzące słońce w ogromnym trójkątnym otworze, wysła­nym ciemnymi gałęziami sosen. Gdy nastały  chło­dy jesienne, mogliśmy już przenieść się do pokojów na dole.

Nie obmyślając nazwy na to miejsce ziemi, mó­wiliśmy o nim po prostu: Górki. I tak na długo zo­stało. Dopiero w wiele lat później otrzymało nazwę Domu nad łąkami.

Nieznaczne zagłębienia dzieliły wzgórza jakby na trzy części. Najdalsze od domu i najwyższe wzniesienie, gdzie zakwitały pod sosnami pierwsze sasanki — duże kudłate kwiaty fiołkowe, okryte srebrnym puchem — nazwane zostało przez nas Kopcem Kościuszki przez pamięć o spacerach pod­krakowskich.

Wszędzie rosły tu stare sosny, a piasek porośnię­ty był seledynowym meszkiem, zwanym płucnicą islandzką, oraz kępkami trawy cienkiej, suchej jak włosie, raczej niebieskawej niż zielonej. Ale więcej niż trawy i płucnicy było tu brunatnego igliwia, po którym dość trudno było chodzić boso, bo kłuło.

Najbliższe znów od domu zagłębienie, okolone gęstym, niewysokim zagajnikiem sosnowym, nazywaliśmy Doliną Zoli. Tam bowiem jednego dawnego lata, odpoczywając po kopaniu grządek czy podlewaniu drzew na tarasach, rozsiadaliśmy się w niedbałych pozach przed wieczorem i czytaliśmy na głos Zoli Lourdes i Terminal. Nazwa została, chociaż później na tym samym miejscu czytaliśmy wiele innych książek, jak Tkacze Hauptmana albo Ibsena Wróg ludu.

Ziemia na Górkach była me tylko nieurodzajna, ale bardzo sucha. Woda deszczowa łatwo spływała z pochyłości po igliwiu, nie przenikając gruntu. Dlatego ojciec — kierowany wiedzą raczej geogra­ficzną niż rolniczą — postanowił na zboczu połud­niowym, gdzie rosło mniej sosen, zrobić na sposób włoski tarasy.

To była nasza dziecinna robota — sypanie tych tarasów. Robiło się je w ciągu lata i sadziło na nich fasolę i pomidory, a także drzewa owocowe, zwłaszcza brzoskwinie, hodowane z pestek i odporne na mróz.  

Już następnego roku mieliśmy własną fasolę i groch, własne kartofle, a nawet trochę truskawek, na niższych tarasach udawała się “najlepsza” kukurydza. Ale na owoce trzeba było poczekać dłużej, bo drzewa były jeszcze zbyt młode.

Po podwieczorku ojciec nie wracał już do swoich książek i papierów, tylko z rowu, wykopanego nad samą łąką, dźwigał pod górę wodę w dwóch zielonych polewaczkach, gdyż susza była dla naszego ogrodu największym kłopotem. Pomagałyśmy mu w miarę swych sił, mając do tego małe lżejsze polewaczki. I wtedy właśnie po raz pierwszy powiedział nam o tych dzieciach z Wrotkowa.

Na Górkach spędziliśmy wtedy parę lat. Ojciec wyjeżdżał do Warszawy na posiedzenia w redakcjach, na rozmowy z wydawcami. Czasami przy­woził pieniądze, częściej nie. Wracał zimą, w ciemne wieczory od stacji przez las w tym samym pal­cie, w którego kieszeni przyniósł kiedyś zmarzniętą mysz. I zasiadał przy biurku, by pracować do póź­nej nocy.

To było dość męczące nawet przy jego zamiło­waniu do pieszych wycieczek. Przy tym i dla mnie nadszedł czas systematycznej nauki. Dotąd uczy­łam się z matką geografii i niemieckiego, a z ojcem — arytmetyki, geometrii i logiki. Nie było to uzgodnione z żadnym programem szkolnym. Zdecydowano, że powinnam iść do szkoły żeńskiej prywat­nej, zwanej wówczas „pensją”, gdzie językiem wykładowym był polski. Wybór padł na pensję panny Hoene.

Przenieśliśmy się więc na zimę do Warszawy. Naprzód był to jeden pokój na Podwalu pod nume­rem czwartym, później dwa na Koszykowej, wresz­cie trzy na Hożej 60, na czwartym piętrze w po­dwórzu.

Odtąd do Górek wyjeżdżało się tylko na lato.


 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.