Mój ojciec_5

UNIWERSYTET

Wacław ukończył gimnazjum w Lublinie ze złotym medalem. Zachęcony przez niezapomnianego nauczyciela, geografa Aleksandra Szumowskiego, który przepowiadał mu świetną przyszłość naukową, udał się na uniwersytet do Krakowa w roku 1871.

Ten wyjazd oznaczał rozstanie z rodzicami na zawsze. Wacław zobaczył ich jeszcze raz jesienią w Krakowie, na dworcu kolejowym w oknie pociągu, którym wracali do Lublina z kuracji w Szczawnicy. Było to widzenie ostatnie. Wkrótce potem odebrał depeszę z Lublina o śmierci matki, która umarła nagle na serce. Nie zdążył nawet na jej pogrzeb, zresztą brak pieniędzy uniemożliwił mu wyjazd. W paru listach wymienionych z ojcem widać rozpacz, w jakiej pogrążyła go ta strata. Michał leżał już wtedy w lubelskim szpitalu chory ciężko na astmę. Umarł w niecałe dwa miesiące po śmierci żony. Brak pieniędzy nie pozwolił i tym razem Wacławowi pojechać do Lublina.

Śmierć rodziców spadła na Wacława u progu jego pracy naukowej, rzuciła mrok żałoby na cały ten pierwszy czas młodości pochmurnej, zawziętej, pełnej wyrzeczeń i zawodów.

Mieszkał gdzieś nisko nad Wisłą, później na przedmieściu Zwierzynieckim. Ze skąpych zwie­rzeń osobistych, bardziej z listów do przyjaciela i do dalszej rodziny — można sobie odtworzyć ten okres. Było to skrajne ubóstwo, brak żywności, brak opału. Latem zbierał przy drogach pokrzywy, które gotował sobie na jarzynę. Zimą w jednym z tych mieszkań zamarzała woda w wiadrze i atra­ment w buteleczce. Wynikł z tego parokrotny po­byt w szpitalu, a także przerwy dłuższe w studiach.

Stosunki, panujące w ówczesnym świecie uni­wersyteckim i naukowym Krakowa, wpływy kleru i arystokracji, budzą w Nałkowskim oburzenie, a los tych, którzy padają ich ofiarą — głębokie współczucie. Widok ciągłego marnowania się ludzi najzdolniejszych i niezależnych sprawia, że i los własny ukazuje mu się ściśle zależny od warunków społecznych. Wskutek silnego wstrząsu moralnego, wywołanego śmiercią rodziców, nastąpiła już przedtem utrata wiary.

W tych doświadczeniach bierze początek ustale­nie się przekonań Nałkowskiego, których wyraz znajdujemy w ówczesnej korespondencji z rodziną matki, a także w pisanych później Wspomnieniach krakowskiego studenta.

Przyjaźń w okresie uniwersyteckim gra dużą rolę w twardym życiu Wacława. Jej warunkiem jest bliskość przekonań, wspólność „ideałów”, jak mówiło się wówczas. I oczywiście także nędza. Pie­niądze w ogóle wydają mu się wtedy czymś podej­rzanym i niewłaściwym, ludzie bogaci, choćby na­leżący do rodziny — światem wrogim, który należy zwalczać, gdyż — jak pisze — „tylko im i tylko kosztem innych dostępne są dobra życia”.

Między przyjaciółmi znajduje się człowiek wy­bitnie zdolny, zmarnowany przez ciężkie warunki młodości, student medycyny, późniejszy lekarz prowincjonalny, Wincenty Tryczyński, jest poeta Hugo Wróblewski, prześladowany przez austriacką policję, jest młody kolega o nieustalonym nazwi­sku, który z nędzy popełnił samobójstwo, opisane we Wspomnieniach krakowskiego studenta.

Nałkowski studiuje w Krakowie geografię astro­nomiczną, kartografię i zwłaszcza matematykę. Za­mówioną nieoczekiwanie przez księgarza Adolfa Dygasińskiego Geografię fizyczną, pisaną w naj­cięższych warunkach, młody uczony ukończył na­daremnie. Jako księgarz bowiem, wydający w Kra­kowie dzieła Darwina, dramaty Aleksandra Świę­tochowskiego, wreszcie Bibliotekę Umiejętności Przyrodniczych, Adolf Dygasiński zbankrutował i obrał sobie jak wiadomo inny zawód, pisząc sam piękne książki o ludziach i zwierzętach. Rękopis Nałkowskiego, częściowo zresztą zniszczony wsku­tek powodzi, która zalała jego nadwiślański pokoik, został później opracowany przezeń na nowo pod tytułem Geografia rozumowa. Jedynie tylko pole­miczny wstęp ukazał się jako druk jego pierwszy w jednym z miesięczników krakowskich w roku 1876.

MIŁOŚĆ

Oprócz pięknie ilustrowanej książki o Krzysztofie Kolumbie, stanowiącej dokument dziecinnego triumfu Wacława, jako nagroda za pilność w klasie pierwszej lubelskiego liceum, ocalała jeszcze z po­żaru Warszawy inna książeczka — małe, czerwono oprawne wydanie Konrada Wallenroda. Na kartce tytułowej nieśmiało wypisane ołówkiem litery M.D.H. oznaczają, że jest to prezent dla „mojej drogiej Hani”. W tekście książki podkreślony jest jeszcze tym samym ołówkiem jeden wiersz poema­tu:

Trzy piękne córki było nas u matki...

Anna była z nich średnią. Hugo Wróblewski jest tym, który poznał Wacława z rodziną Szafranków. Mieli mały domek i ogród na Zwierzyńcu, nad nie istniejącą już dziś rzeczką Rudawą, i parę poza tym zagonów pola na stoku pochyłości pod Kopcem Kościuszki.

Anna była córką urzędnika kolejowego, zagna­nego w strony galicyjskie z ojczystych winnic Morawii. Urodziła się już we Lwowie, ukończyła kra­kowską szkołę klasztorną na Zwierzyńcu. Gdy po­znał ją Wacław, chodziła do seminarium nauczy­cielskiego, wybierała się jechać na kondycję.

Piękna i gorzka, nieufna i oporna wobec miłości, dwukrotnie zrywała zaręczyny, wreszcie wyjecha­ła jako nauczycielka na wieś do wschodniej Galicji i pozostała tam przez całe dwa lata. Dużą kores­pondencję, pozostałą z tamtego czasu, włożyła w wiele lat później, po śmierci Wacława Nałkow­skiego, do jego trumny.

Przez całe życie pomagała mu w pracy nauko­wej, do której przygotowała się podczas wspólne­go, już po ślubie pobytu w Lipsku, gdzie on studio­wał geologię i etnologię, a ona była słuchaczką zna­komitego Kirchhoffa. Napisała ponadto parę mono­grafii geograficznych, jak Śląsk i Wisła oraz Geo­grafią ziem dawnej Polski i wiele podręczników geografii powszechnej na różne klasy.

O niej właśnie — już po jej śmierci — wydru­kowane zostały takie słowa:

To jej usta były nadąsane od młodości, gorzkie od dumy. To ona odmówiła ręki człowiekowi, którego jednego w życiu kochała. I jej to twarz dziewczęca na ciemnym starym portrecie była pochmur­na, jak oblicze bizantyjskiego anioła.

Dopiero po dwóch latach tęsknoty i udręczenia przystała na tę jego i swoją miłość.

W ubogim domu uczonego, pełnym książek i map świata, hodowała z cebulek hiacynty i ustawiała je zimą kwitnące na nagich sprzętach. Do gabinetu męża wsunęła niewielkie swoje biurko i przycho­dziła tam, gdy dzieci już spały, by na uboczu jego pracy, cicha i skupiona, pisać własne książki.

Przeżyła całe życie rozległe w powadze i trudzie tej jednej miłości. Zbytkiem jedynym był jej pięk­ny, uczony głos altowy, gdy śpiewała — sama sobie akompaniując — zapamiętane pieśni swej dawnej ojczyzny, pięknej Morawii. A także wciąż nowe kopie, sztychy, rysunki z waz greckich, powtarza­jące poprzez epoki i stulecia jej nieskazitelny profil.

Po zgonie męża przepisywała notatki do jego nieukończonych dzieł, pilnowała jego domu i ogro­du, pielęgnowała jego grób.

Dziełami jego biblioteki obdarowała instytucje i stowarzyszenia naukowe. Nie odstąpiła nigdy od zasad jego wyznania wiary. W jej oczach świat był jednością, a energia promieniujących gwiazd nie rozpraszała się w próżni, tylko zasilała mgławice i wyłamywała z nich nowe gwiazdy. Wierzyła, że świat nie ma początku ani końca, wierzyła, że ludz­kość wywodzi się z tworów niższych i oparta o pra­wa, jednoczące ją ze światem pozaczłowieczym, zdąża do czysto ludzkiej, przez siebie zamierzonej sprawiedliwości”.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.