Mój ojciec_4

RODZINA

Michał Nałkowski nie lubił wsi ani gospodarstwa. Folwarki i dzierżawy niszczały w jego rę­kach. Powodem były tu zamiłowania innej natury: muzyka, rzeźba w drzewie, matematyka.

Nie lubiąc gospodarstwa, lubił natomiast bawić się po amatorsku różnymi rzemiosłami. Długie godziny spędzał w swoim pokoju i przy ustawionym tam warsztacie piłował, heblował, z gorliwością na­prawiając wszelki sprzęt gospodarski i domowy! A gdy zmrok zapadał, mały Wacław towarzyszył ojcu godzinami, stojąc z lichtarzem w ręku, by przyświecać jego robocie. Drugą pasją Michała by­ły skrzypce. Gdy zrobił jaką przykrość żonie, mu­zyką wyrażał swą skruchę, gdy poniósł szkodę na gospodarstwie, w muzyce szukał pociechy. Zdarza­ło się, że grywał późno w noc i zapałem w tej sztu­ce też zakłócał nieraz sen swym najbliższym. W jego obyczajach wyrażała się niezgoda na los, niechęć do życia na wsi, do ziemiaństwa.

Drwiny z bogatych lub utytułowanych krew­nych, z ich próżności, weszły w obyczaj tamtego czasu, stały się jakby konwenansem. Ślady tego przetrwały w różnych domowych powiedzonkach. Z dzieciństwa zapamiętał Wacław przekręcone na­zwisko Scipio del Campo na Scipio il Bombo. A je­den z wujów Rudnickich tak opowiadał scenę za­brania nowej znajomości: „...i przedstawia mi się: – Colonna Walewski jestem. — A ja na to: — Bar­dzo mi przyjemnie — Piramida Rudnicki”.

Tak się stało, że od wczesnego dzieciństwa Wac­ław Nałkowski był nie tylko świadkiem, ale ofiarą tych przemian. Jego cierpienia osobiste, wszelkie smutki i żale, jego dziecinne dramaty wiązały się ściśle z procesem, który pogrążał w upadku jego środowisko. Tu bierze początek jego pragnienie siły, wielkie ambicje, marzenie o życiu wspania­łym, poświęconym nauce i przynoszącym sławę. Odziedziczona po matce duża wrażliwość uczucio­wa wzmaga te pragnienia i każe tym bardziej cier­pieć z powodu stojących na drodze do ich urzeczy­wistnienia przeszkód.

SZKOŁA

Uczony przez matkę francuskiego i innych przed­miotów szkolnych, a przez korepetytora, młodzień­ca z trzeciej klasy liceum — łaciny i rosyjskiego, Wacław — niedostatecznie przygotowany, z opóź­nieniem wstąpił do tegoż liceum w Lublinie, przy czym egzamin powiódł mu się, jak pisze, „dość dobrze”. Mimo że zaraz w początkach zachorował ciężko na zapalenie płuc, pierwszą klasę ukończył z nagrodą. Nagrody powtarzały się w każdej klasie, chociaż i on od klasy drugiej zarabiać musiał ko­repetycjami. Rodzice jego, po sprzedaży Wrotko­wa, mieszkali już wtedy w Lublinie, a ojciec został urzędnikiem Towarzystwa Kredytowego Ziem­skiego.

„Zawsze z trudnością przychodziło mi nauczyć się rzeczy nie mających loicznego związku” — pisze Wacław w dziecinnych notatkach. „Jeografię lubiłem, bo ona nie była dla mnie przedmiotem pamięciowym. Wszystko, com się z niej uczył, wi­działem w umyśle. Miałem szczególne upodobanie nieraz po kilka godzin przyglądać się mappie...”

“Arytmetykę lubiłem dlatego, że nie potrzebo­wałem nic uczyć się na pamięć, a loiczne rozumo­wanie zawsze z łatwością pojmowałem”.

Mimo że Wacław zarabiał korepetycjami więcej niż ojciec, do domu „wkradła się nędza”. Nadmier­na praca i niedostatek powodują nowe niezdrowie. Była to poważna choroba oczu, zagrażająca utratą wzroku. W późniejszych nieco notatkach znajdują się takie wyznania:

„Chęć wycelowania we wszystkim wychodziła mi zawsze na złe. Tak we Wrotkowie, żyjąc jak dziecię natury, dosiadałem najdzikszych koni — raz koń się ze mną wywrócił. Chciałem od razu pływać jak najlepsi nurkowie, o których czytałem. Pływałem do zupełnego opadnięcia z sił. Gdy da­łem nurka, siedziałem długo pod wodą, choć mi tchu nie stawało. I mało com się nie utopił, gdym za wcześnie usta otworzył.

Ta sama żądza napadła mnie w naukach i także złe wywołała skutki: zły wpływ na zdrowie fizyczne i nie wiem doprawdy, czy dobry wpływ na stro­nę moralną. Zaczęła się od połowy trzeciej klasy. Chciałem w nauce przejść profesorów, gdy mnie który na czym złapał, martwiłem się, traciłem sen i apetyt, a natomiast pracowałem w dwójnasób. Ta praca zmieniła mnie bardzo: gdy dawniej goniłem za zabawą śród grona kolegów, gdy umysł mój zwracał się prawie wyłącznie ku przedmiotom zewnętrznym, teraz, przeciwnie, unikałem zabaw i towarzystw, polubiłem samotność. Czytywałem, a więcej nierównie myślałem. Był to stan przejścia z lat dziecinnych do wieku młodzieńczego. Siedząc nieraz sam wieczorem przy otwartym oknie mego pokoiku patrzyłem w te miliony światów jak w kar­tą otwartą rozprawy matematycznej.

A pracowałem nie tylko nad tym, co miałem za­dane w szkole: aby nie zapomnieć swego języka, pracowałem w domu nad literaturą i historią Pol­ski. Mając zamiłowanie do matematyki i geografii, a będąc w gimnazjum filologicznym, gdzie te nauki nisko stały, musiałem swych wiadomości dopełniać: zamiast czas wolny poświęcać zabawom, nieraz całe dnie świąteczne przepędzałem przed tablicą, roz­wiązując zagadnienie za zagadnieniem. Tak prze­robiłem kilka książek, mieszczących ponad tysiąc najtrudniejszych zagadnień. Umysł mój wzmacniał się, nie było zadania, którego bym nie rozwiązał, ale ciało słabło coraz bardziej. Toż samo przepę­dzałem cale godziny na przypatrywaniu się mapom — często z pomocą powiększających szkieł. Wkrótce okazały się dobre i złe tego skutki: uważa­li mnie w szkole za pierwszego matematyka i geo­grafa, przedstawiali chlubnie wizytatorom. Lecz za to często, szczególniej w zimie, zapadałem na zdro­wiu, a oczy odmówiły mi posłuszeństwa. Lekcji musiałem się uczyć w ten sposób, że chodziłem od kolegi do kolegi i przysłuchiwałem się, jak który czytał lekcje, a wywdzięczałem się uczeniem ma­tematyki. Cóż za boleść dla człowieka, który całą przyszłość założył w pracy naukowej, naraz pozba­wionym być możności pracy lub możność tę prawie jałmużną zdobywać”.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.