Mój ojciec_2

DZIECI Z WROTKOWA

 

Wacław Nałkowski urodził się na Podlasiu dnia dziewiętnastego listopada 1851 roku, we wsi No­wodworze, małej dzierżawie, leżącej w powiecie garwolińskim. Był jedynakiem. Rodzice Wacława, ubożejąc coraz bardziej, przenosili się parokrotnie z dzierżawy na dzierżawę i kupili ostatecznie niewielki folwark Wrotków pod Lublinem. Z dziecin­nych notatek Wacława widać, jak ciężko odczuwał te zmiany, z żalem opuszczał każdy ogród i dom, tęsknił długo za małymi przyjaciółmi, którzy zo­stawali na miejscu.

Charakter Wacława kształtował się pod działa­niem łagodnej, uczuciowej, nawet piszącej poezje matki, Celiny z Rudnickich, i gwałtownego, zawiedzionego w swym zamiłowaniu do skrzypiec i rzeźby, a nie lubiącego wiejskiej gospodarki ojca, Mi­chała. Jedynak, pieszczony przez matkę i surowo za drobne przewinienia karany przez ojca — wy­robił w sobie dużą wrażliwość uczuciową i niepo­hamowaną ambicję, domagającą się zadośćuczynie­nia za gorycze i krzywdy dzieciństwa.

Wacław nie lubił opowiadać. Zwłaszcza nie lubił czasów młodości i dzieciństwa. Pisząc o tej epoce zdana jestem prawie wyłącznie na sam papier, na listy, dokumenty i notatki.

W rzadkich wypadkach odwołuję się do własnej pamięci, z której mogę wyłowić zaledwie parę wspomnień. Tak zapamiętałam najdawniejsze opowiadanie ojca o burzy. Tak — niejako z samego powietrza, z samej nieuchwytnej mgły — zstępuje do mnie tych dwoje dzieci.

Burza była jeszcze w Wierzchowiskach. Jednego letniego wieczora Wacław z młodym swym nauczy­cielem stali w sieni, podpierając wątłe drzwi wej­ściowe domu, który, jak mówił, był „prostą cha­łupą”. Niezwykły wicher huczał na dworze, deszcz bił o ściany, pioruny padały jeden za drugim. Na­gle gwałtowny napór wiatru wywalił drzwi i wy­biwszy chłopcami drzwi następne, wepchnął ich obu do spiżarni na końcu sieni, gdzie potłukli faski i dzieże, a sami pokaleczyli się i powalali rozbity­mi jajami i nabiałem. Jakąś „żelazną deskę”, ze­rwaną znad ganku, znaleziono nazajutrz o pół wiorsty od domu w polu. Burza całe świeżo zebra­ne w stogi z łąk siano zniosła do rzeki, tak że moż­na było przejść po nim w tym miejscu z jednego jej brzegu na drugi. Wynikłe podczas tej burzy szkody stanowiły z pewnością znaczną część strat poniesionych na dzierżawie Wierzchowisk. Za to walka z żywiołami zacieśniła węzły przyjaźni mię­dzy uczniem i zaledwie o lat parę starszym od niego nauczycielem.

Inne dwa szczegóły odnoszą się już do Wrotko­wa. O zachodzie drogą od łąk ku domowi wracały z pastwiska konie. Wacław oczekiwał ich siedząc na wysokim płocie i gdy przebiegały blisko, wska­kiwał na grzbiet upatrzonego zwierzęcia.

Wynikało z opowiadania, że skoki te zawsze mu się udawały, że tylko raz zwalił się na ziemię, ale razem ze spłoszonym wierzchowcem. Tak że mimo potłuczenia ambicja młodego miłośnika sportów nie poniosła szwanku.

O drugim zdarzeniu dowiedziałam się później znacznie. W czasie, gdy zaczęło się już między na­mi to, co było prawie przyjaźnią: rozmowy we dwoje.

Rzecz odbyła się na tym samym zboczu, między domem a łąkami nad Bystrzycą. We Wrotkowie dom stał wysoko i ścieżka do rzeki, z której nosiło się wodę, była stroma. Tą ścieżką szło pod górę dwoje dzieci: nieduża dziewczynka i mniejszy od niej chłopiec, niosący razem konewkę pełną wody. Ale nim doszli do wierzchu wzgórza, przystanęli jeszcze po drodze, postawiwszy konewkę na ziemi. I tak stali chwilę, odpoczywając.

— Długo nie mogłem o tym zapomnieć — po­wiedział. — Bo były takie małe. Były za małe na tę konewkę.

Ojciec mówił to niechętnie, z przymusem, nie patrząc w moją stronę. Było widać, że jest to dla niego ciężkie i pełne dużego znaczenia wspomnienie.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.