Maria Dąbrowska. Przyjaźń_6

Na koniec przyszedł dzień, kiedy doktor Łopuszewski spotkawszy Karola na korytarzu szpitala, rzekł:

– Gorączka spadła!

Karol zapytał strasznie spokojnie i cicho, zająknąwszy się tylko cokolwiek:

– Czy można do niego, do niego iść?

– A można. Tylko nie siedź długo. Jest osłabiony.

Nie siedź długo! Łatwo to powiedzieć ludziom, którzy się wydostali z dna przepaści i zobaczyli słońce. Czyż tak nie było?

Gdy Karol zbliżył się tym razem do łóżka, Stefan powiedział:

– No, widzisz, wszystko dobrze.

– Ja zawsze byłem dobrej myśli — odparł, biorąc go za wychudzone ręce i wpatrując się w zbiedzone rysy przyjaciela.

– Ty mnie uratowałeś — zaszeptał po chwili Stefan.

– Cóż ty za rzeczy mówisz. Pomyślę, że znów majaczysz.

– A tak. Niejeden raz wcale nie miałem przytomności, ale jak ty tu stałeś i brałeś mnie za rękę, to taka zażarta moc we mnie wstępowała, mówię ci — życie.

– Naprawdę? Naprawdę byłem ci na coś potrzebny?

Potem zdarzało się jeszcze niekiedy, że temperatura się pojawiała, ale nie była wysoka i prędko przechodziła. Karol przesiadywał u chorego coraz to dłużej.

Objąwszy leżącego przyjaciela, całymi godzinami toczyli z nim szeptem rozmowy. Niekiedy marzyli o przyszłości. Mieli swoje poglądy na wszystko, dużo rzeczy pragnęli zmienić. Czekali tylko chwili, kiedy pochwycą ster życia w ręce.

– Posłuchaj — mówił Stefan. — Ci starzy myślą, że jak mają niepodległość, to już jest wszystko. A cóż, dla nas to dopiero początek. Patrz na mnie. Byłem chory. Zrobili mi operację. Wyleczyli. To co, mam teraz siedzieć i cieszyć się? Ha, teraz dopiero do pracy! Dalej! Muszę ponauczać ludzi, że mają być dobrzy dla siebie. I prawdziwi żeby byli. Muszę wszystko zdobyć, do wszystkiego dojść.

Karol przeciwnie. Chciał wszystko tracić, trwonić, porzucać. Pienił się mówiąc:

– Żadnego spadku nie uznaję, a mnie co po tym, wszystko na szkoły, na oświatę.

W marzeniach były to rzeczy bardzo łatwe.

Innym razem nadarzały się do rozstrzygnięcia praktyczne zagadnienia. Te były trudniejsze.

Oto raz Karol ni stąd, ni zowąd spotkał na korytarzu znajomą twarz. Z początku oczom nie wierzył, później poznał. Był to ów brodacz z otwartą gruźlicą, który go nagabywał w początkach lata. Więc w istocie był chory! On Karola nie poznał.

W pierwszej chwili Karol ucieszył się, że nie został poznany. Ale gdy już szczęśliwie minął “bandytę”, na którego przygotował był kiedyś swój młotek od krokieta, pomyślał, że wymykanie się chyłkiem nic tutaj nie pomoże. Przeciwnie, trzeba zawrócić, dać się poznać i może jakoś przeprosić.

Tak też uczynił.

– Dzień dobry! — rzekł z takim uczuciem, jakby przełykał nieuniknioną łyżkę tranu. — Pan był u nas. Pan przychodził...

Czy była to zbyt nieokreślona forma przypomnienia się, czy też chory brodacz uważał, że Karolowi nie należało się nic lepszego, nie wiadomo. Odpowiedział bowiem szorstko, a zarazem lękliwie:

– Co się kawaler czepia. Ja już nigdzie nie przyjdę, tylko mnie na Bródno stąd powiozą.

Karolowi wydało się, że usłyszał stęknięcie nieubłaganego losu — stracił odwagę do dalszej rozmowy.

– Słuchaj — spowiadał się potem Stefanowi. — Ja go niesłusznie posądziłem, że jest bandytą. Co ja mam zrobić? Jeżeli mu powiem i przeproszę, to mu będzie przykro, że mogłem go tak posądzić. A zresztą on wcale nie chce ze mną rozmawiać.

Stefan myślał nad tym do następnego dnia. Potem rzekł:

– Są takie rzeczy, że nie zawsze można je naprawić. Ale mogą służyć na drugi raz, jak się jeszcze co takiego zdarzy, żeby za prędko nie posądzać.

Oto do czego doszedł Stefan. Ledwo się wykpił śmierci, już ma pełno myśli o życiu, już coś
zdobywa.

Siostra szpitalna patrzyła krzywo na te ich długie szepty.

– Proszę pana. Czy chory nie za dużo mówi? Nie zanadto się męczy? — pytała, podchodząc z termometrem. — Doktor kazał mu wypoczywać.

– Dobrze, proszę siostry — odpowiadał Karol ulegle. — Już odchodzę.

I uśmiechali się do siebie troszeczkę. Doktorzy mają różne lekarstwa, ale czy wiedzą, jak dużo lekarstw mieści się w dobrej przyjaźni? Wracając ze szpitala, Karol spoglądał już teraz przytomnie dookoła, wszystko zaczynało go na powrót interesować. Zauważył, zdumiony, że lato się już kończy. Więc przebył w udrękach i w radościach prawie dwa miesiące.

Pewnego dnia, wróciwszy, zastał u Szostaków swojego stryja.

Powitanie było bardzo serdeczne, chociaż z początku troszeczkę zawstydzone. Stryj powiedział, że ojciec wróci dopiero w końcu września i że Karol ma się zaraz przenieść do ciotki i zacząć systematycznie naukę. Bardzo dobrze. Teraz Karol nie może już nic mieć przeciw temu. Gdy się jednak żegnali z Szostakami, zdawało mu się, że stryj był mało serdeczny. Wobec tego podszedł i, tak jak pierwszego wieczoru, pocałował Rozalię w rękę. I ona tak samo zawołała:

– Widzicie go. Cóż to za taki chłopiec!

Przyszłość zapowiadała się szczęśliwa i przyjemna, wsparta na wypróbowanej przyjaźni jak na opoce. Lecz gdzież na świecie jest miejsce, w którym by nie tkwił cierń. Teraz kiedy wzburzone uczucia Karola zaczęły się pogodnie uspokajać, obnażyły się niby zdradzieckie rafy — wszystkie grzechy, przez które szedł za głosem swego serca. Porzucił dom w tajemnicy, obraził stryja, zawiódł rodziców, a co gorsza, prawie że o nich zapomniał, prawie nie czytał ich listów, kazał Rozalii do nich pisać.

Wszystkiemu temu trzeba będzie stanąć nie na żarty do oczu i stoczyć walkę albo się upokorzyć. Tak jedno, jak i drugie przerażało Karola. Najgorsze zaś było, że nie mógł o tym wszystkim pomówić ze Stefanem. Nie było rzeczy, o której by ze sobą nie mówili, a o tej niedoli nie można mu powiedzieć. Gdyż stała się ona dla niego i przez niego. Delikatność i godność przyjaźni kazały milczeć.

Ku tej sprawie zbliżał się już ktoś inny — ojciec. Idą teraz ku sobie. Gdzie się spotkają? Jak to będzie? Karol gubił się w myślach.

W październiku, nieco później, niż było zapowiedziane, przyszedł list ojca.

Przyjeżdżam. Za tydzień będę w domu. Jeżeli chcesz się ze mną rozmówić, to przyjedź na taki a taki dzień. Konie będą. Pieniądze na drogę przysyłam.

“Jeżeli chcesz się ze mną rozmówić” — tak pisał ojciec. Jak gdyby nie do syna. O mamie ani słowa!

We właściwym czasie Karol poszedł ostatni raz do szpitala pożegnać się ze Stefanem.

Chory chodził już po korytarzu w szpitalnym szlafroku w niebieskie prążki. Skryli się w niszy pod oknem, Karol powiedział, że ojciec przyjeżdża i że on jedzie się z nim zobaczyć, bo będzie na wsi pewno z tydzień.

– Przez ten czas i ja już wyjdę ze szpitala — rzekł Stefan. — Za tydzień ojciec ma po mnie tu przyjechać.

– I stanowczo idziesz do tej preparandy?

– Tak. Jak będziesz u ojca, to dowiedz się o warunki. Przecie to niedaleko. Idzie o to, czy można wstąpić od Bożego Narodzenia.

Preparanda, o której mówili, mieściła się we dworze sąsiedniego, rozparcelowanego majątku.

– Będziesz tak blisko nas — zaczął się żalić Karol. — Moglibyśmy się tak ciągle widywać. A tymczasem ja teraz właśnie będę stale w Warszawie. Będziemy rozłączeni.

Stefan rzekł z namysłem:

– Przychodzi taki czas, że trzeba się rozłączyć.

– Ale ten czas nie był taki? — zapytał trwożnie Karol.

– Jaki “ten”?

– Ten... ten — rzekł Karol znacząco i potrząsnął ręce Stefana.

– Nie, nie, ten był taki, żeśmy powinni byli być razem. Ten był taki — uspokoił go Stefan ze
śmiechem.

– I nie żałujesz, co?

– Jak możesz pytać?! Jak możesz?!!

Nazajutrz nastąpił odjazd. W pociągu Karol spał cały czas i to go pokrzepiło. Mimo to, kiedy siadał na bryczkę, serce biło mu jak szalone, a zanim dojechał, zmarzł z niepokoju.

Za bramą ogrodu powitał go krajobraz późnej jesieni. Ciemnozielone świerki stały się bardziej widoczne, ogród bez liści wyglądał przezroczyście i smutno. Naokoło panowała złowroga, śmiertelna cisza.

Lecz kiedy bryczka stanęła, okazało się, że cisza ta nie jest zupełna. Pomimo że nie było wiatru, tylko zaledwie przewiew snuł się w powietrzu, świerki szumiały trochę. Oparte na swych gałęziach jak na łapach, szumiały od dołu aż do góry. Ten szum potoczysty i rzewny ukołysał Karola.

Przede dwór wyszedł Mateusz.

– Dzień dobry, Mateuszu! Czy ojciec jest u siebie?

– Pewno jest u siebie w pokoju.

Karol wszedł do pokoju ojca i stanął w progu. Niebo zrobiło się przez ten czas żółte, jak bywa często jesienią nad wieczorem, i napełniło pokój swym pałaniem. Na pół przytomnymi oczami Karol zobaczył, że ojciec podniósł się z kanapy, stojącej w głębi pokoju, i szedł ku niemu aż do progu. Cóż to miało znaczyć, że szedł ku niemu aż do progu?

Nagle Karol zobaczył coś, na widok czego zdrętwiał. Ojciec osiwiał!

I tak jak gdyby nie był siwy, zapytał wprost:

– Cóż? Dawno nie widzieliśmy się, synu.

– Tatuś... osiwiał.

– A tak, miałem trochę zmartwienia.

– A mama? — i Karol przełknął głośno.

– Z mamą było różnie. Jakiś czas była... mama bardzo niepokoiła się o twoje sprawy. Właściwie...  rozumiała ciebie, a jednak przyplątały się jakieś cierpienia nerwowe, ale to szczęśliwie minęło. Za to tak w ogóle z płucami — nie bardzo...

Tym słowom ojca Karol z gniewem zaprzeczył:

– Ależ mama jest zdrowa! — wykrzyknął. — Ależ mama jest zdrowa!

Tak to jest na tym świecie. Od czego ojciec siwieje, temu syn wcale nie wierzy. Cóż robić. Karol nie wierzył, żeby komu mogło co złego grozić. Czyż nie przekonał się na Stefanie, że wszystko dobrze się kończy?

Na to ojciec powiedział:

– Oby, mój synu! Oby...

Tak powiedział i wziął syna za rękę, schyliwszy się nieco, aby tej ręki dosięgnąć. Wtedy dopiero na te niewyraźne słowa, pragnące przebłagać nieznany los — Karol zapłakał.

– Będzie zdrowa? — zapytał wśród łez. — Będzie zdrowa?

– No, tak — rzekł ojciec ciężkim głosem, a potem w milczeniu przyciągnął syna do siebie. Cofnął i do kanapy i usiadł. Karol stał przy nim i zakrywał sobie rękami ojca spłakaną twarz. Lecz to była za mała bliskość, uczuł potrzebę większej, ukląkł, wtulił się w ojca, skrył głowę na jego piersi, rękami opasał go ze wszystkich swoich sił. I wtedy się oskarżył.

– Patrz, co ja narobiłem — szepnął. — Dom zostawiłem. Mamie przeze mnie było gorzej. Przyplątały się te nerwy.

– Tak, to prawda — przytakiwał wszystkiemu ojciec.

Lecz kiedy rozpacz Karola stawała się coraz bardziej niepocieszona, zaczął mu przeczyć.

– Zdarza się czasem, że jedne rzeczy porzuca się dla drugich — mówił całując syna.

– Ale nie dom...

– Bardzo często dom...

– Ale nie matkę...

– Czasem także i matkę...

– Ale to nie dla takich rzeczy. Dla idei.

– Przyjaźń jest także ideą, dziecko.

Karol wytarł nos i obtarł sobie oczy.

– Dobrze — szepnął. — Ale nie zrobiłem tak, jak trzeba, bobym nie płakał. I ty sam mówiłeś, kiedy się przyznawałem, “tak, to prawda”. Więc powiedz mi, jak zrobić, żeby nie zmartwić nikogo kochanego?

– Nie jest to takie łatwe — rzekł ojciec kiwając głową.

– Ale tak trzeba. Nie?

– Trzeba, dziecko. Przychodzi taki czas — zaczął ojciec słowami Stefana — kiedy się człowiek nauczy tego spokoju, który jest potrzebny, żeby nie ranić po drodze, kiedy się pędzi na ratunek czy na pomoc drugiemu. Wtedy wszystkim naokoło jest lepiej. Ale...

– Co ale, o Boże! Co ale?

– Nic złego. Cóż się tak trwożysz? Chciałem powiedzieć... — ojciec znowu się zawahał. — Chciałem powiedzieć tobie, że trzeba mieć w sobie coś, nad czym warto panować. Mieć owo szalone serce. Nie chwalę ciebie, narobiłeś głupstw, ale... rozumiesz mnie? Jeżeli kto ma w sobie zaschnięte serce, obojętne na wszystko, to może nikogo nie rani i nie martwi, ale co komu po tym sercu? Trzeba mieć w sobie bezbrzeżną miłość, żarzyć się nieustającym pałaniem. A potem już będziemy mówili, jak zdobywać mądrość i spokój. Rozumiesz mnie?

– Nie jestem taki głupi — mruknął Karol i zamilkł.

Po długiej chwili, z ustami przy sercu ojca, Karol zapytał:

– Tatusiu, ty mnie powiedz. Ale ty nie chciej mnie pouczać. Powiedz mi prawdę. Ja przez to się nie popsuję. Ja wiem. Teraz jesteś taki mądry, że potrafiłbyś wszystko lepiej urządzić. Ale żebyś był taki jak ja. Niedoświadczony. I żebyś miał przyjaciela. Powiedz. Jak byś ty zrobił? Powiedz, jak?

Ojciec milczał. Karol myślał, że mu już nie odpowie i że to lube porozumienie zapadnie się na wieki.

Jednakże odpowiedział. Odpowiedział po cichu:

– Tak... jak ty, synu...

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.