Maria Dąbrowska. Przyjaźń_5

Okazało się, że Szostakowie mają we wszystkich rzeczach niemało wiadomości. Objaśnili go, że rano do szpitala nie ma po co chodzić. Wtedy doktorzy są na salach i woźni mają nakazane, żeby nikogo nie wpuszczać. I po południu także nie w każdy dzień można chorych odwiedzać. Tylko we czwartki i w niedziele. Jutro jest właśnie czwartek, ale w każdym razie z listem do popołudnia za długo czekać.

Dali mu pióro i atrament, usiedli po obu stronach stołu.

– Skoro ma się napisać list, trzeba obmyśleć różne sprawy, które na razie odkładało się na bok.

– A jeżeli będę tu musiał być długo — rzekł Karol z powątpiewaniem — to przecież nie mogę u was siedzieć.

– Czemu nie?

– No, przecież tak za darmo siedzieć nie mogę. Ale na przykład, czy ja mogę panu Szostakowi pomagać przy połowie?

– Ba — odrzekła Rozalia — żeby nasz syn żył, tobyście akurat razem sobie wyjeżdżali z niewodem.

– To ja tak napiszę do stryja.

I tak napisał. Za wszystko bardzo przepraszał i donosił, że o żadną pomoc prosić nie śmie, bo czuje sam, że pod pewnym względem źle może zrobił. Będzie tutaj żyć za to, że pomoże Szostakom przy połowie. Szczotkę do zębów ma, grzebień też i jedną zmianę bielizny. Jeżeli można o co prosić, to żeby Nacia pojechała do nich, wybrała jego bieliznę, zapakowała i przysłała mu pocztą.

List ten sam odniósł zaraz do skrzynki i zaczął pisać drugi, do ojca.

Z listem do ojca było znacznie już trudniej. Karol zaczynał go kilka razy i przekreślał. Raz zaczął tak: Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi — i podarł.

Potem próbował tak: Stało się według Twojej chęci. Jestem w Warszawie. Przyspieszyłem mój wyjazd, bo... — tu zaczerwienił się i podarł znowu.

Odłożył to do jutra — i zaczął układać się do snu.

Rozalia przyszła mu powiedzieć dobranoc i zapytała:

– Dobrze ci spać? — Zapytała zupełnie tak, jak mama. Karol pocałował ją w rękę.

– Widzicie go, jaki to chłopiec! — wykrzyknęła zagniewana i uszczęśliwiona.

Bardzo dobrze było zasypiać pomiędzy tymi ludźmi. Ciepło i bezpiecznie — o ile spokojniej niż w opustoszałym domu, na wsi.

Nazajutrz Rozalia pragnęła uczcić Karola i zrobiła mu jajka na miękko do śniadania.

– Tacy panowie to nic, tylko jajka na miękko lubieją jadać.

Karol nie lubił jajek na miękko, zwłaszcza że te się okazały za rzadkie.

– Uczciwie trzy Zdrowaś żem trzymała — mówiła Rozalia, zaglądając w skorupki. — Ale to zależy, jaka jest skaruszyna. Jak skaruszyna jest czasem grubsza, to nie dojdą.

Nie mówiła skorupka. Mówiła “skaruszyna”.

– Bardzo dobre — rzekł Karol mężnie i zjadał je aż do dna.

Cóż to bowiem wszystko znaczyło wobec rozpaczliwych pięciu godzin, po których dopiero nadejdzie popołudnie. Zjadłby piętnaście nie dogotowanych jajek, gdyby wiedział, że przez to godziny te się skrócą. Już o dwunastej znalazł się przed gmachem szpitala, błądził po wielkim skwerze, siadał na ławkach, zapuszczał się w pobliskie ulice. Nareszcie zbliżyła się druga godzina i można było już wejść.

– Chirurgiczny? Ósmy pawilon na prawo — objaśnił uprzejmy woźny.

– Ósmy? Dziękuję panu! Ósmy. Dziękuję bardzo!

Ceglaste pawilony stały w ogrodzie między drzewami, wśród których gwizdały wilgi, tak jak na wsi. Ósmy pawilon był nie ósmy, ale trzeci z rzędu. Idąc po schodach, Karol słyszał, jak jego buty świszczą na kamieniach, poza tym naokoło nie było słychać żadnego głosu. Pchnął oszklone drzwi bez klamki, które zaczęły się za nim po cichu kolebać w tę i w tę stronę. Znalazł się w bladym korytarzu, z którego głębi szedł ku niemu wysoki pan cały w białym fartuchu.

Zdumienie Karola nie miało granic, gdy poznał w tym panu znajomego, kolegę ojca doktora Łopuszewskiego.

– Co ty tu robisz? — spytał doktor.

– Przyjechałem, bo tu jest mój przyjaciel, który spadł z dachu.

Dowiedziawszy się, o kogo chodzi, doktor powiedział: — To w tej sali. Stan jest poważny. Nie męcz go długo. Ja będę tu naprzeciwko w mojej pracowni. Przyjdź potem do mnie.

Karol wchodził na salę z zamierającym sercem. Sala miała okna z obu stron, na przestrzał. Były pootwierane. Zrazu Karol nie mógł znaleźć Stefana. Wszystkie łóżka były do siebie podobne, a nawet zdawało się, że wszyscy chorzy. Na wielu łóżkach siedziały czarne postacie odwiedzających, poza tym wszystko tu było białe i szare, żałośnie wypogodzone. Na koniec, błądząc pomiędzy łóżkami, usłyszał głos Stefana mówiący słabo:

– Ja jestem tutaj.

Karol podszedł na palcach i dotknął ręki przyjaciela. Ręka była rozpalona i w ogóle Stefan był niezmiernie zmieniony. Wyglądał jak napuchnięty. Oczy mu ostro błyszczały i tym świecącym spojrzeniem patrzył na Karola z milczącą, natężoną surowością. Na koniec rzekł:

– Pojutrze operacja.

Karol nachylił się i objąwszy go ręką za szyję, zadał mu ostrożnie kilka pytań. Stefan odpowiadał kiwając albo wstrząsając głową. Parę razy zapadał w sen, a potem roztwierał dokładnie oczy i wpatrywał się uporczywie w pochyloną nad łóżkiem twarz. Dopiero kiedy Karol powiedział:

– Ja już odchodzę — Stefan podniósł ręce i objął go za szyję.

Ręce jego były nie tylko gorące, ale tak bezwładne i ciężkie, że zwaliły się na ramiona przyjaciela niby ogniste uderzenia.

Stefan wyszeptał:

– Teraz mi już nic nie brak. O, jaki ja szczęśliwy.

Karol pobiegł do gabinetu doktora. Kilka razy się pomylił, nareszcie trafił do należytych drzwi.

– Boże! — zawołał. — Co się z nim porobiło! A zaraz po wypadku był jeszcze tak wesoły. Panie doktorze! Panie doktorze!

– No, cóż? Tak bywa. Odnowiło się jakieś ropne zapalenie stawu, a oprócz tego są komplikacje. Boimy się trochę wstrząśnienia mózgu.

– To znaczy, że on umrze?

– Nie, to wcale tego nie oznacza. Nie należy nigdy tracić nadziei. Będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, i... zobaczymy.

Po tych słowach Karol się znacznie uspokoił. I nawet zastanowił się: “Jeżeli wszyscy dorośli mówią podobnie i nakazują ów spokój, muszą w tym jednak mieć jakąś rację. Tak, cóż innego zostaje. Spokój i niegasnąca nadzieja”.

Doktor porozmawiał teraz najzwyczajniej o sprawach Karola. Wcale nie pochwalał jego postępku. Chory ma tutaj dobrą opiekę.

– Ja przecież nie dlatego — rzekł Karol zawstydzony. – To jest mój pierwszy, mój jedyny przyjaciel – dodał z wysiłkiem.

Nastąpiło milczenie.

– Przyjaciel – rzekł wreszcie doktor. – Przyjaciel.

Wstał i pochodził dokoła. Stanąwszy spytał:

– A gdzież ty mieszkasz?

Karol powiedział, a doktor się zaperzył.

– Do czego to podobne? – rzekł. – Zaraz od jutra przeprowadzisz się do mnie. Jestem teraz sam, żona moja na letnisku. Będziemy sobie gospodarowali.

Karol ucieszył się. To zaproszenie przychodzi bardzo w porę. Ułatwi ono porozumienie z rodzicami i ułagodzi stryja. Zgodził się bez namysłu.

Nagle, gdy już wychodził, wrócił i rzekł:

– Nie, nie, to niemożliwe.

– Co niemożliwe?

– Niech pan mi tego nie każe robić. Ja nie mogę się teraz stamtąd wyprowadzić.

– Bo co?

– Oni się bardzo ucieszyli. Ci Szostakowie. Byli dla mnie dobrzy. I co pomyślą? Że jak była bieda, to przyszedłem do nich, a teraz, jak się tylko co lepszego nadarzyło, to uciekam. To by ich upokorzyło.

Doktor długo milczał. Na koniec rzekł, pocierając włosy tak mocno, jakby je mył.

– Tak by może nie było – ale jak uważasz. W każdym razie przyjdź w niedzielę. Pójdziemy
gdzie na obiad.

– Na obiad! Dobrze – i sam upokorzony Karol dodał: – Ja za to chciałem prosić pana o jedną rzecz. Ja nie mogę czekać zawsze tylko na niedzielę i czwartek. Ja muszę widzieć go co dzień. Niech pan doktor da mi takie pozwolenie.

– Dobrze, dam ci, ale najpierw zgłoś się zawsze do mnie do gabinetu. Wcale nie wiem, czy i tak co dzień będziesz go mógł widywać. Czasem dla zdrowia chorego może być dobrze, żeby go nikt nie widział.

– Ale zawsze będę miał przepustkę — rzekł Karol.

– No dobrze, dobrze. Lubisz mieć, jak widzę, drzwi otwarte — mówił doktor, zamykając szklane szafeczki.

Wychodząc ze szpitala, Karol czuł jakby lekki chłód w sercu. Taki, jaki bywa we wnętrzu wielkiego lasu lub wspaniałego kościoła. Potem wynurzyła się z tego wyraźna, rzewna i pełna pokory myśl o ojcu. Ojciec jest bardzo potężny. Wszędzie ma znajomych, przyjaciół, gdziekolwiek się znaleźć, pomimo woli, nawet bez jego wiedzy, czuje się jego opiekę.

Powróciwszy do domu, napisał do ojca. Rzecz potoczyła się już tym razem sama i wszystko zostało dokładnie wyjawione.

Dziękuję Ci, Tatusiu, że nawet kiedy tak nabroiłem, Ty się mną jakby nienaumyślnie opiekujesz i pomagasz mi. Bo co ja bym zrobił bez doktora Łopuszewskiego...

Tymi słowami kończył się list Karola. Był to też jego ostatni krok uczyniony dla wyjaśnienia tego, co zrobił. Od tej chwili wszystko przestało dla niego istnieć, gdyż Stefan był między życiem i śmiercią. Operacja niby to się udała, a jednak temperatura była coraz to wyższa, rana nie chciała się goić, chory często majaczył. Karol skupiał wszystkie swe siły do walki ze śmiercią przyjaciela. Postanowił nie dopuszczać do myśli samego nawet słowa śmierć! Lecz wygnane to słowo nadeszło wtedy do jego oczu. Przybrało złowrogą postać odstraszającego krajobrazu. Krajobrazu tego Karol nie widział naprawdę, a jednak wydawało mu się czasem, że widzi go lepiej niż to, co było naprawdę. Wyglądało to jak pochmurne, sinożelazne niebo nad czarnym ugorem. W jednym miejscu niebo się rozstępowało i widać było blade, zimne pasemko światła. Ten bezludny krajobraz oznaczał śmierć i budził tę samą grozę i rozpacz, co śmierć.

Potem śmiertelny krajobraz mijał i następowały prędkie myśli o tym, do czego też będzie podobne życie, w którym zabraknie Stefana. Nie będzie podobne do niczego. Do jakiejś niepogody, do jakiegoś nieporozumienia, niezgody, kłótni. Na myśl o marnym tym życiu Karol jeżył się z przerażenia, a potem uspokajał sam siebie, mówiąc: “Tam, do licha! Przecież nie znało się Stefana i żyło się tak wesoło”.

Tak, to była niewątpliwa prawda, tylko dlaczego nie była ona w stanie wcale Karola pocieszyć?

Za to najmniejszy objaw poprawy u Stefana pocieszał go natychmiast. Nie tylko pocieszał, ale napełniał go bezbrzeżnym przeświadczeniem, że nigdzie na świecie nikomu nie grozi nic złego.

Czasem do wzbudzenia tych uczuć wystarczało, że Stefan powiedział: “Jak już wstanę — to zrobię to albo to”. Był przytomny, mówił: “Jak już wstanę”. Cóż za rozkoszne szaleństwo wstępowało na te słowa w serce Karola.

– Będzie dobrze — mówił i wracał do domu jak upity, wracał nieomal śpiewający.

Wszystkie słowa doktora, wszystkie wyroki, wszystkie ostrzeżenia traciły siłę wobec jednego uśmiechu Stefana, jednego wesołego słowa, które wyszło z jego spieczonych gorączką ust.

Przez ten czas przychodziły do Karola z różnych stron listy. Pisano do Rozalii. Przysyłano jakieś pieniądze.

Rozalia mówiła mu, że jedne są dla niego, a drugie, że ojciec przysłał dla nich, dla Szostaków. Tłumaczyła mu długo, że oni nie chcą, że to, że owo. Karol zbywał ją mdłymi uśmiechami, na wszystko się godził, oddawał, prosił, żeby ona to sama wszystko pozałatwiała. Są to poważne sprawy, ale na inną porę życia. Nie na tę porę, gdy ma się przyjaciela — przyjaciela, który prawie umiera.

Listy rodziców Karol zaledwie czytał. Wyszukiwał tylko miejsca o mamie, odczytywał kilka razy, że mamie troszeczkę lepiej, i uspokojony wrzucał list do szuflady. Czasami zatrważało go, że w listach tych brak czegoś, co było w nich dotychczas — czaiła się w nich jakby pretensja czy żal, ale nie miał dość przytomności, ażeby zdać sobie z tego sprawę. Odpisywał krótkimi kartkami.

Jednego dnia poprosił Rozalię, żeby ona napisała do rodziców. Tak, zrobił to; Stefan miał wtedy czterdzieści stopni gorączki.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.