Maria Dąbrowska. Przyjaźń_4

Karol się bardzo przestraszył.

– No to trzeba zaraz jechać!

– Ale — spokojnie mówił Stefan. — Gdzie zaraz: Jutro. Mało to ja operacji przechodziłem. Uśpią i nic.

– Ma się rozumieć — bąkał Karol, a serce w nim zamierało.

– Tak — zasmuciła się matka. — Ale kto to teraz pojedzie w taki świat. Kto odjedzie od siana?

– Ja pojadę — rzekł Karol.

– Co to, obcy mają być dla niego lepsi jak rodzice — odrzekła matka płacząc. — Jak co do czego przyjdzie, sama zaprzęgnę i pojadę. Ale czy to mi nie żal zostawić go tak samego w tym szpitalu?

– Żebyście przez ten żal mnie tu nie utracili — zagroził Stefan.

– Ja z nim zostanę w Warszawie — rzekł Karol i dodał: — No, do widzenia!

– Już idziesz?

Karol pochylił się i po raz pierwszy pocałował Stefana.

Ze zdziwieniem poczuł na ustach słone łzy. Lecz to zostanie tajemnicą. Nikt się nie dowie, że mężny Stefan płacze.

– Do widzenia pani!

– Do widzenia, do widzenia panu!

Karol biegł pędem ku domowi. Jakże chciał jeszcze zastać stryja. Niestety, stryj odjechał. A gdzie pan Kalikst? Pan Kalikst był w kancelarii.

– Muszę zaraz jechać do stryja. Ale zaraz — zaczął Karol od progu.

– Po nocy? Nie ma mowy. Nie dam koni. Co Karolek!

Na to Karolek poszedł do stajni i kazał sobie dać swojego wierzchowca. “Teraz?” — pytano. Nie chciano go osiodłać.

– Przejadę go naokoło klombu. Tylko dokoła klombu.

Znalazłszy się na koniu, pochylił głowę i skoczył w las na przełaj w stronę folwarku stryja. “Naprzód! Naprzód!”

Stryj był tą wizytą niby to rozgniewany, lecz od razu dało się poznać, że go to ugłaskało.

– Widzisz, żal ci się zrobiło? Cóż ten chory?

– Czy stryjek się nie gniewa?

– Nie, ale wielki Boże, co za wariat z ciebie. Nie mogłeś przyjechać jutro?

– Nie, nie mogłem – odparł Karol porywczo i opowiedział wszystko, kładąc nacisk na to, że Jasnotowie nie chcą czy nie mogą odwieźć Stefana do szpitala.

Stryj wysłuchał bardzo uważnie i był nawet przejęty. Rzekł jednak:

– Nie trzeba tak zaraz przesądzać. Na pewno się namyślą i sami go odwiozą. Zawsze rodzice, to rodzice.

Pomimo jednak takiego przekonania, stryj był gotów do wszelkiej pomocy. Nie mógł tylko zrozumieć, po co i na co tam jest potrzebna natychmiastowa obecność Karola. I co to znaczy to powtarzanie: “ja muszę z nim pojechać”.

Karol nie mógł stryjowi samej tej rzeczy wytłumaczyć. Starał się więc w ogóle swój pobyt w Warszawie przedstawić jako rzecz z wielu względów bardzo potrzebną. Mówił, że i tak ma być od wakacji w Warszawie i u różnych nauczycieli przygotowywać się do czwartej klasy. Więc dlaczego nie ma tam być już wcześniej. Właściwie jego wakacje trwają już sześć tygodni i bardzo chętnie zacząłby się uczyć od zaraz. Na razie sam. I znów zaczynał: “Jeżeli od jesieni i tak mam być w Warszawie...”

Stryj kręcił głową.

– Dobrze – mówił. – Ale jesienią będziesz mieszkał u ciotki. A teraz nikogo wcale tam nie ma. Wszyscy powyjeżdżali na lato. Gdzież będziesz mieszkał?

Karol przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć, jak ma tam zamiar mieszkać. Trzeba było powiedzieć.

– Będę mieszkał u Rozalii rybaczki. Stryj nie wie, że tam na Wiśle mieszka moja mamka Rozalia?

Stryj milczał tak długo, że kamień zaczął już spadać z serca Karola.

Wtem stryj zaczął się ruszać na swym krześle, coś przekładać na biurku — i nagle, jakby tam znalazł jakąś zabawną rzecz, roześmiał się. Potem obrócił się do Karola i spytał już poważnie:

– Czy ty masz, dziecko, dobrze w głowie?

Więc przepadło. Karol uważał swoje słowa za początek porozumienia. Pragnął powiedzieć wszystko, a może stryj zrozumie? Lecz teraz było już na pewno wiadomo, że nie zrozumie. Pozostawało milczenie. I nawet może tak będzie lepiej.

Komuż bowiem na świecie można powierzyć tajemnicę pierwszej na śmierć i życie przyjaźni? Przyjaźni, która się tylko co zaczęła i już jest zagrożona, tak strasznie zagrożona, a przez to jeszcze droższa. Któż to zrozumie, że jeśli Stefan umrze, cały świat stanie się niemy? Że nie będzie już nigdy możliwe nikogo kochać, niczym się radować? Któż to zrozumie? Każdy powie — to nieprawda — tak wcale nie może być. Jeden człowiek dla drugiego nie może być taki ważny. Są różne ważniejsze rzeczy niż przyjaźń. Może to jest też prawda. Ale są takie chwile, kiedy wszystkie ważne rzeczy, cały świat, aniołowie i ludzie przybierają postać chłopca imieniem Stefan, który przychodzi i mówi: “Jeżeli się boisz sam, ja będę z tobą”. I to jest przyjaciel. Przez niego słyszy się głosy wszystkich rzeczy, sprawy całego świata. Właśnie dotąd widziało się tylko siebie. Najwyżej mamę i ojca. A kiedy on się zjawił, odsłoniło się tyle nowych rzeczy. Na przykład, że pięknie jest być nauczycielem. I ledwo że zaczęli te tajemnice świata odsłaniać, ledwo zaczęli swoje serca rozszerzać, już by się mieli rozstać? Na myśl tę krew zaczyna huczeć w Karolu jak spadające po kamieniach kaskady. Teraz, kiedy Stefan odjeżdża, on ma jemu powiedzieć: “Jeśli ci przykro samemu, to niech ci będzie przykro!” — tak ma może powiedzieć? O, proszę, co to, to nie. I dlatego, czy Jasnotowie syna odwiozą, czy nie odwiozą, on z nim pojedzie do Warszawy.

Tak, ale to wszystko nie było możliwe do wyznania. Karol stał nasępiony, uważając, że już nic tutaj nie wskóra.

Stryj jednak nie miał złej woli. Przeciwnie, usiłował zrozumieć.

– Czekajże, chłopcze — rzekł. — Najpierw zostaniesz u mnie na noc. Twojego konia odeślemy, żeby pan Kalikst wiedział, że jesteś u nas, i coś tam obmyślimy. Ja pomyślę i ty pomyślisz. Przecież chcę ci dopomóc. Ale mi trochę zaufaj. Rano porozmawiamy.

– Tak — odparł Karol. — Dobrze, stryju.

Pozostał. Na to ostatecznie mógł się zgodzić. Poszedł do dziewczynek i trochę wśród nich zapomniał o swej niedoli. Nata nie jest Stefanem, ale ma to do siebie, że gdy się jest przy niej, zmartwienia nie zwiększają się, przeciwnie, stają się mniejsze.

Nazajutrz stryj rzekł:

– No, spałeś dobrze? Cóżeś wymyślił? Bo ja myślę, że oprzytomniałeś, że pozwolisz twojemu przyjacielowi jechać spokojnie do szpitala. Ja tymczasem napiszę do twojego ojca i porozumiem się z jednym ze swych kolegów w Warszawie. Za jaki tydzień będę miał nieco czasu, bo skończę siano, a do żyta jeszcze kawałek. I pojedziemy do Warszawy razem na kilka dni. Zobaczysz, przekonasz się, czy temu Stefanowi tam dobrze.

Pomysł ten wydał się Karolowi tak nędznym, że nie warto było nawet go rozpatrywać. Ma się rozumieć bardzo poczciwy, ale wcale nie w duchu Karola. Na to nie było już jednak żadnej rady. Karol uczuł, że jest w dolinie bez wyjścia. Bez wyjścia prostego, zwyczajnego. Musi z tego wyskoczyć jakimś zakazanym sposobem. Nie umie już postąpić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ktoś będzie miał do niego żal. To trudno. Najważniejsze, aby to nie był Stefan.

Czyniąc skryte postanowienia, odpowiedział stryjowi:

– Dobrze — ale to potulne słowo zabrzmiało szorstko i ostrzegawczo. Natychmiast potem pożegnał się i odjechał do domu.

Nie wstępując jednakże w jego progi, prosto z bryczki ruszył na wieś.

Stefana już nie było. Ojciec zawiózł go rano na kolej i do Warszawy.

– Bardzośmy się pozlękali — mówiła matka — bo w nocy dostał okropnej gorączki i zaczął nieprzytomnie mówić.

– I tak pojechał w tej gorączce?

– Rano jakoś tak z niego spadło. Nawet napisał list do pana. Mój starszy chłopiec zaniósł go tam do dworu.

Tyle dowiedział się u Jasnotów.

Gdy szedł do domu, przypomniały mu się słowa stryja: “Zawsze rodzice, to rodzice”. Stryj miał rację. Może miał ją we wszystkim? Może trzeba rzeczywiście pozostać w domu? Cóż powie ojciec? A mama, czy nie przestraszy się? A Stefan, wspaniały Stefan, czyż nie obejdzie się beze mnie?

List Stefana zdmuchnął te myśli, nie zostawiając po nich śladu. Mężny Stefan popadł najoczywiściej w straszny upadek ducha. Pisał najprostszymi słowami zrozpaczonej przyjaźni.

– Znów sam — cale miesiące. Ratuj mnie, Karol. Ciebie jednego mam takiego, że jak z tobą mówię, to mi się wszystko drugie zaraz pokazuje ważne i dobre. Ratuj mnie, napisz choć do mnie czasem.

Przeczytawszy ten list, Karol zobaczył przed sobą tylko jedną drogę. To go uspokoiło. Przeliczył pieniądze. Na podróż mu starczy, a nawet nieco zostanie. Pobrał tylko te rzeczy, które dały się upchać po kieszeniach. Z początku chciał prosić pana Kaliksta o bryczuszkę, tak niby w pole. Lecz na myśl, że chłopak zostałby wykrzyczany za to, że odwiózł go do stacji, zaniechał tego planu. Przy tym dosyć już tych wykrętów. Milczeć, działać na własną rękę — to co innego.

Popatrzył na zegarek. Piechotą idzie się dwie godziny. Zatem na popołudniowy pociąg można zdążyć.

Poszedł, zdążył. Żadna przeszkoda po drodze się nie zdarzyła. Pojechał.

Znał dosyć dobrze Warszawę i nie robiło mu to żadnej różnicy znaleźć się w jej zgiełku, chociażby nawet wieczorem.

Wieczór dopiero nadchodził. Niebieskie powietrze było pozłocone przedwcześnie zapalonymi światłami. Wesoły ruch na ulicy, olbrzymie, blade lampy na jasnym jeszcze niebie, purpurowe tramwaje, mruganie reklam świetlnych, wszystko to nie było zasmucające. Przeciwnie, podnieciło Karola i natchnęło go najlepszymi myślami.

Gdy dobrnął do domu Rozalii, było już zupełnie ciemno.

Rozalia rybaczka mieszkała na samej Wiśle. Domek ich zbudowany był na pływającym pomoście, na którym jednak nie było im wcale za ciasno. Mieli tam skrzynki z kwiatami, mieli kury, prosiaka, wszystko tak jak na ziemi.

Do takiej to siedziby wszedł Karol i zobaczył, że Rozalia sieka ryby pod oknem. Obróciła się niezmiernie powoli, gdyż była tłusta. Zrazu nie poznała Karola, potem jednakże bardzo się ucieszyła.

– Czekajże, synku, niech usiądę i niech się tobie przypatrzę. Urosłeś.

Karol przez całą drogę łamał sobie głowę, jak poprosi Rozalię o mieszkanie i jak jej z kolei to wszystko wytłumaczy.

Tymczasem poszło niezmiernie łatwo.

– Jeżeli twojej cioci nie ma, to gdzież masz być, jak nie u nas — mówiła Rozalia. — Nawet będziesz miał dobrze spać, bo niedawno kupiliśmy kanapę.

To, że Karol przyjechał do przyjaciela, który ma tu przechodzić operację, nie wywołało żadnego zdziwienia.

Rozalia też, jak była młoda, jeździła ze wsi aż do Warszawy do jednej znajomej, która tu była w szpitalu.

– Tak mnie aż tknęło, że jak nie pojadę, to już jej więcej nie zobaczę. No i tak było, bo nie przetrzymała i niedługo umarła. Ale nacieszyła się jeszcze z tego przyjazdu, jak nie wiem z czego.

Karol sposępniał na te słowa, ale po małej chwili uwagę jego pochłonęło przyjście męża Rozalii – Szostaka. Znał on także Karola i nie widział w tym nic przykrego, żeby go mieć za gościa. Zapytał tylko, czy będzie co zjeść na kolację.

– Ja mam jeszcze pieniądze i zaraz czego przyniosę — ofiarował się Karol.

– Nie, wcale nie potrzeba. Patrzcie go. Dla gościa jeść by my nie mieli. Stary nałapał uklei, wzięłam je, zesiekałam — i takie kotlety będą, że i ośmioro by się najadło, a nie troje.

Karol obejrzał się. Oprócz tych zesiekanych innych ryb nigdzie nie było.

– A gdzie są nałapane ryby? — zapytał.

– Ryby? Czy ja głupi, żebym w domu sobie rybami zaśmierdzał!? Ryby się od razu podwozi na targ. Ma się już tam taką Żydówkę, co przyjdzie, cały połów zabierze — i do miasta.

– Tak, tak — dodał wzdychając. – My tu “farsierowanych” szczupaczków nie jadamy. Najwyżej ukleje tam, okonie, karasie.

Przy jedzeniu kotletów z ryby wyjawiło się, że jednak rodzice Karola nic o jego wyprawie nie wiedzą.

– To niedobrze. O, to niedobrze — osądziła Rozalia i bardzo spoważniała. — Ale zawsze ktoś o tym wie?

– Nie. Nikt właśnie o tym nie wie.

Tym się oboje zafrasowali.

– No, więc cóż, napiszę zaraz list. Chciałem poczekać do rana i napisać już coś pewnego, jak dowiem się o Stefanie. Ale mogę napisać dziś.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.