Maria Dąbrowska. Przyjaźń_3

Poszli kawałek dalej i znów stanęli.

– Widziałeś, że ja utykam na nogę?

– O, może trochę.

– No więc. Otóż powiem ci, że mi to zostało z bardzo ciężkiej choroby. Byłem chory na obie nogi, leżałem z półtora roku. Cierpiałem ogromny ból i łamanie w kościach, nogi mi bardzo popuchły. Trudno było wytrzymać. Byłem wtedy w szpitalu. Tak, leżałem tam dziewięć miesięcy i osiemnaście dni. Robili mi operację. Trzy razy. Porobili mi takie rany, żeby mi ropa odchodziła, bo mówili, że się ropa zebrała mi na kościach. Ale patrz. Z tą ropą zaczęły potem wychodzić kawałeczkami skruszałe kości. Ja sam wyjąłem garstkę. Nie — dwie. No, ale — dodał z gniewem — nie będę ci opowiadał, bo to jest przykro słuchać.

Tak, było to rzeczywiście przykro słuchać. Karol wiedział, że rozmaici ludzie mogą takie i jeszcze gorsze rzeczy cierpieć. Ale było to zawsze daleko, majaczyło na postrach jakby za granicami potocznego życia. Nawet kiedy mama zachorowała, trudno było w to uwierzyć. Tymczasem teraz — coś chropawego i bolesnego otarło się o jego serce prawdziwie i nieodwołalnie. O samo serce. I nie można było tego odepchnąć. Przeciwnie, należało się uśmiechnąć pod tym bolesnym dotknięciem i trzeba było powiedzieć:

– Dlaczego? Proszę, opowiadaj dalej.

Karol to powiedział – i smutne wrażenie natychmiast przeminęło.

– Właściwie to już wszystko. Tylko to, że w szpitalu bardzo mi się przykrzyło. Tak. Do każdego ktoś przychodził, a do mnie nigdy nikt. Nigdy nikt. Do innych przychodziły listy.

Na te słowa Karol zapytał:

– Dlaczego ty mówisz inaczej jak tu wszyscy ludzie?

– Inaczej? Ja mówię tak, jak pani nauczycielka. Jak mówiliśmy w szkole.

– Tu, w tej szkole?

– Tak. Ja tu skończyłem cztery oddziały. Ale cóż to jest. Ja muszę skończyć sześć albo siedem — żeby mnie przyjęli do seminarium. Albo przynajmniej muszę iść do preparandy.

– A co, ty chcesz być księdzem?

– Nie — nauczycielem. Preparanda nauczycielska — przygotowawczy kurs nauczycielski organizowany w pierwszych latach po I wojnie światowej dla kandydatów, którzy nie ukończyli 7 klas szkoły powszechnej.

– A, prawda, to też się nazywa seminarium – roześmiał się Karol. Był cokolwiek rozczarowany.

– Nauczycielem? — zapytał. — Po cóż nauczycielem?

– A co, to niedobra rzecz? Kiedy leżałem taki samiuchny w szpitalu, to mi rozmaite myśli przychodziły do głowy. Im więcej ludzie o mnie zapominali, tym więcej chciałem dla nich coś zrobić. Dla młodzieży, dla każdego. Chciałem być czymś, chciałem się odznaczyć, a tu wszystko rozbijało się o to zdrowie. “Zdrowia, zdrowia” – wołałem i czasem napadała mnie taka rozpacz, że nic już do nikogo nie mówiłem, chciałem nie żyć. Potem to przechodziło samo ze siebie i znów miałem nadzieję — aż raz naszła mnie z tego taka myśl — że będę nauczycielem. Od tego czasu zaczęło mi się robić coraz lepiej, no i przeszło. Że noga w jednym miejscu uraża i
że się skróciła, to tam nic. Doktor powiedział, żeby mnie jeszcze posłać do Iwonicza na kąpiele. Nawet pytał tatusia, ile ma ziemi, ile krów. Tatuś powiedział, że ma sześć morgów i dwie krowy.

– Ale to nieprawda — dodał po chwili — bo my mamy dwanaście morgów i trzy krowy.

– To oni cię nie chcą leczyć! To takiego masz ojca? — spytał Karol złowrogo.

– O, zaraz tam! Wcale nie, tylko tata myśli, że jak mam wyzdrowieć, to i tak wyzdrowieję. Myśli, że doktorzy go naciągają. Wtedy do szpitala to też oddał mnie więcej przez wstyd. Bo jak leżałem w domu, to przychodziła do mnie pani nauczycielka, przynosiła książki, mówiła, że zacznie dla mnie na szpital zbierać. Ludzie to wiedzieli i mówili: “Co za rodziców ma, że obcy o niego więcej dbają”. Wtedy ojciec mnie odwiózł. Ojciec jest dobry.

– To teraz nie powinieneś tak grabić. Męczyć się. Lepiej, żebyś sobie czytał, jeżeli lubisz.

– Żebym wiedział, że tylko czytać mogę, toby mi zaraz to czytanie zbrzydło. Musi być tak, żeby człowiek poradził i to, i tamto. Żeby nie było tak, że albo jedno, albo nic — odparł Stefan. I jeszcze dodał: — Jak się nazmagam tu przy robocie i dobrze idzie, to zaraz sobie mówię: “Ha, co to za nauczyciel będzie ze mnie”. A jak mi robota zacznie z rąk lecieć i noga boli tak, że stąpnąć trudno, to mnie i od tamtego chęć odchodzi. I tak na siebie mówię: “Co to za taki łachmaniarski nauczyciel”. Ale, dlaboga, rety! Południe! Chodźmy! A czego ty się śmiejesz, “proszę pana”?

Karol śmiał się z samego siebie. Co on tu nawydziwiał, żeby udać, że nie widzi jego chorej nogi, a to wcale nie było potrzebne. Można o tym rozmawiać zażyle — i jak jeszcze! Stefan ma w sobie inną wielkość, prawie wspaniałość — coś, co jest większej ceny niż zdrowe nogi Karola. Umie powiedzieć rzeczy, które by nikomu do głowy nie przyszły. Krzepki jest w sobie, jak nikt na świecie, i na przekór swemu brakowi sił — zdobywca. Być nauczycielem! Jeszcze przed chwilą wydało się to Karolowi mało powabnym zajęciem. Lecz teraz nauczyciel nabrał wcale innego wyglądu, wyglądu Stefanowego.

– Co robisz po południu? — zapytał, kiedy stanęli na skręcie do wsi, i uderzył Stefana w ramię.

Stefan wyprostował się mocno pod tym przyjacielskim ciosem.

– Ojciec mówił, że mamy załatać dziury w dachu, bo kiedy pada, to nam ciecze.

– Przyjść tobie pomóc?

– Nie — odparł Stefan bez namysłu. — Tata by się dziwił, bo mam z nim robić. Jak będę sam miał robotę, to ci dam znać.

Mimo że słowa te zawierały odmowę, Karol je przyjął jako rękojmię przyjaźni. Można się umówić albo szczerze powiedzieć: nie — przyjaźń, jak bezpieczna opoka, ani od tego nie zadrży.

Odchodząc uczuł potrzebę takiej samej szczerości.

– Czekaj! — zawołał i rzekł zniżając głos: — Ja zełgałem wtedy. Ja się bałem. Czasami bardzo. Ale pomimo to nie przychodź na noc.

– Nie? Jak uważasz — odparł Stefan. I on też nie obraził się za to “nie przychodź”.

Dobra to rzecz jest przyjaźń. Czy godzisz się, czy odmawiasz — jedno i drugie coraz to bardziej ją zacieśnia.

W domu Karol zastał list z Włoch. Mamie jest nieco lepiej. Więc wszystko dobrze! Wszystko dobrze. Dzień się zaczął tak smutno, a skończył szczęściem bez granic.

Lecz dzień się jeszcze nie skończył.

Po południu przyjechali do Karola goście. Stryj z córeczkami. Chcieli zobaczyć, jak Karol daje sobie radę. Zobaczyli, że dobrze. Zostali przyjęci podwieczorkiem, a potem Karol zawiózł wszystkich do lasu. Z tymi stryjecznymi siostrami bawił się od najmłodszych swych lat; zwłaszcza jedna z nich, Nata, była bardzo przyjemna. To prawda, że już od kilku tygodni jej nie widział i nawet o niej nie myślał. Ale tym bardziej pragnął teraz, żeby się ubawiła.

Gdy powracali z lasu, spotkali na drodze doktora, więc obie furmanki przystanęły i zaczęto się witać. Doktor jechał na chłopskim wózku. Gospodarz, który go wiózł, był trochę zniecierpliwiony i oglądał się raz po raz na rozmawiających. Karol nie znał go, ale zauważył zdziwiony, że w jego oglądaniu się było coś znajomego.

– A do kogo to pan doktor tu jedzie? — zapytywano.

– Tu na wieś do jednego chłopca.

– Ale nie szkarlatyna? — rzekł stryj, patrząc trwożnie na swoje dziewczynki.

– Niee. Niee — zamruczał powożący gospodarz niecierpliwie.

– Do chłopca, który podobno spadł z dachu czy z drabiny — objaśnił doktor.

Karol powstał, a potem wyskoczył z bryczki.

– ...Spadł z dachu czy z drabiny. Spadł z dachu czy z drabiny — powtarzał jakby się pytał czy jakby nie dowierzał.

Stryj chciał wiedzieć, czy nic takiego mu się nie stało.

Na to doktor powiedział tak, jak zwykle mówią doktorzy:

– Zobaczymy.

Gospodarz widząc, że rozmawiają o jego sprawie, przestał się nudzić i objaśnił:

– Przytomność ma, ale noga mu spuchła od razu tak, jak bania, no i bojemy się, żeby się co nie wdało, bo i tak był nam już chory na tę nogę.

– No to szczęść Boże! Jedziemy. Karol, wsiadajże, chłopcze.

– Do widzenia!

– Do widzenia!

Karol wsiadł machinalnie. Gdy ujechali małą staję, rzekł gorączkowo:

– Stańmy no.

– Co takiego?

– Stryjciu, ja muszę iść dowiedzieć się o tego chłopca.

– Cóż ty mu teraz pomożesz. Czy go znasz?

– Znam go bardzo dobrze. Niedługo wrócę.

– Ale czekajże. Tam jest teraz doktor — nie trzeba przeszkadzać. My zaraz odjedziemy, to sobie pójdziesz.

– No dobrze. To jazda.

Lecz gdy wszyscy wysiedli przed dworem, Karol poczuł, że każde słowo zamienione z kimkolwiek sprawia mu nieznośny ból i nudzi go śmiertelnie. A jeśli Stefan umiera? Zapłonął z przerażenia.

– Zaraz przyjdę — rzekł i zanim się opamiętał, zobaczył koło siebie z obu stron niebieskie ściany chałup.

Ale gdy stanął koło domu Jasnotów, zabrakło mu siły, aby wejść. Stryj miał rację. Trzeba było spokojnie poczekać, pożegnać się z rodziną, a potem przyjść. Ta cisza naokoło świadczy, że nic wielkiego na pewno się nie stało. Tak, na podwórzu stoi koń zaprzężony do wózka i wyciąga ostrożnie pasemka siana z brogu. Ten widok jeszcze bardziej uspokoił Karola.

No tak, ale jeżeli Stefan umiera, to czy koń by tak samo nie żarł siana? Żarłby tak samo, gdyż taki jest zwyczaj koni. Co więc, na Boga, dzieje się tam w chałupie? Podkradł się ogródkiem pod ścianę i spojrzał w małe okienko. Zdrętwiał. Stefan leżał na stole; tuż przy oknie widać było jego głowę tak mocno odchyloną w tył, jakby nie była żywa. Karol obsunął się pod ścianę na klęczki, zakrył rękami twarz i powtarzał: — Boże, ratuj go! Boże, ratuj go!

Nie wie, jak długo tak klęczał. Wie, że się zerwał, kiedy usłyszał głośną rozmowę. To Jasnota z doktorem wyszli, załadowali się na wózek i odjechali. Nie widzieli go.

Karol wstał i zamknąwszy oczy wszedł do domu Stefana. Drzwi skrzypnęły. Matka Stefana obejrzała się i zapytała spokojnie: — Co tam?

– Ale to Karol! — zawołał na to Stefan swoim zwyczajnym, przenikającym aż do serca głosem.

– Dzień dobry! — rzekł Karol. W ustach miał tak zaschnięte, że słowa jego szeleściły jak wiórki. — No, co?

– No i nic takiego, spadłem — odparł Stefan. Leżał już na łóżku. Miał obandażowaną głowę i śmiał się głośno.

– Jeszcze nie umarłem, nie, nie — mówił.

– Stefan dopiero co mówił, że pan przyjdzie — rzekła matka. — Proszę usiąść — i obtarła stołek fartuchem.

– Wyglądasz bardzo dobrze — rzekł Karol.

– Cóż to za chwat z tego Stefana. Leżał tu jak na żarty.

– Nie mówiłem ci, że masz takich rzeczy nie robić? — wyjąkał Karol.

– Ale nic! Nigdy bym nie spadł, żeby nie to bolące miejsce w nodze. Zapomniałem o nim
na śmierć, oparłem się na nim, jakem sięgał po słomę. Jak ci mnie przypiekło, to jakby żywym ogniem. Przez to mnie zamroczyło i puściłem drabinę.

– No, widzisz, widzisz.

– Ale mówię ci — tak zabolało, że jak potem spadłem, to mi się to wydało nic. Leżałem na ziemi jak na pierzynie. I tylko taka radość, że tamto przestało boleć.

– Najgorzej, że to bolące miejsce zaraz nabrało, pewno będzie obierać — zatroskała się matka.

– No to będzie — uciął chory.

– A głowa, co? — pytał Karol, ściskając gorąco ręce Stefana.

– Głowa to głupstwo, trochę przecięta.

– Więc teraz co?

– Teraz to, że na gwałt trzeba do szpitala na operację. Doktor powiedział, że się materia w nodze w środku wylała i że to tylko do Warszawy z tym trzeba.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.