Sędzikowska Mirosława. Świtezianki

Sędzikowska Mirosława

Świtezianki

Z „Science Fiction” nr 21 – grudzień 2002

Wiedźma w umiarkowanie złym humorze wyległa przed chatę.

— Pójdziesz! — burknęła na czarnego kota, który próbował łasić się jej do stóp. — Myszy harcują od rana do wieczora, a ten się leni — mruczała gderliwie, patrząc w ślad za umykającym kotem. Rozsiadła się wygodnie na drewnianej ławce i nieżyczliwym spojrzeniem objęła skąpany w zachodzącym słońcu wiejski krajobraz.

Łąka lśniła zielenią, niknącą w cieniu lasu, w zaroślach łyskało oczko wodne, a z pobliskiego bagienka dolatywało rechotanie żab. Ktoś mógłby powiedzieć: jak tu pięknie!, ale wiedźma nie przejawiała skłonności do tego rodzaju uwag.

— Małgosia! — wrzasnęła, odwracając się w stronę uchylonego okna. — Obiad gotowy?

Drzwi otworzyły się i w progu stanęła tęga dziewczyna o wyłupiastych oczach i pryszczatym obliczu, przyodziana w koszulkę polo i kusą spódniczkę.

— Nie potrafię gotować, — rzekła buntowniczo.

— Uwarzyć lubczyku nie potrafisz, nietoperza nie złapiesz, nawet podłogi zamieść ci się nie udało! Jesteś gorsza niż ten kot. Czego was uczą w szkołach? Chyba tylko jak napadać na samotne wiedźmy-emerytki!

Małgosia wybuchnęła płaczem.

— Nie powinna pani ranić moich uczuć! — załkała. — Przez takie krzywdzące słowa mogę dostać kompleksu niższości!

Wiedźma zawrzała oburzeniem. Kilka dni temu, kiedy przebywała na zlocie okolicznych czarownic, Jaś i Małgosia włamali się do jej chaty, bawili się wesoło całą noc, a rankiem Jaś uszedł, zapominając o Małgosi, nie zapominając natomiast o zabraniu ostatnich, przeznaczonych na czarną godzinę, oszczędności wiedźmy. Słońce stało wysoko na niebie, kiedy młodociana przestępczyni mętnie tłumaczyła się przed ograbioną wiedźmą.

— Zbłądziliśmy w lesie, a potem zobaczyliśmy pani chatę. I Jaś powiedział, że ją upolujemy...

— Zajęcy w lesie mało? — zasyczała wiedźma. — Dzików mało? Kur w kurnikach mało? Na chatę musieliście polować?

— Bo Jaś jest poetą! — zalała się łzami Małgosia. — Wszystko, co robi, jest niezwykłe! I tak mocno mnie kocha — dodała, bez związku że sprawą.

— Kocha! To dlaczego zostawił?

— Prawda, jakie to niezwykłe i zagadkowe? — ożywiła się Małgosia. — Myśli poety są zagadką nawet dla niego samego. Bo spływają prosto stamtąd — znacząco wzniosła oczy ku górze. Wiedźma też spojrzała wgórę i zobaczyła udekorowany pajęczynami sufit oraz pracowitego pajączka-samotnika.

— Aha — rzekła z nieprzeniknioną twarzą.

— On po mnie wróci — łzawo zapewniła Małgosia. — Nagle taka myśl pojawi mu się w głowie: czas wrócić po mojego warchlaka...

— Po kogo... ?

— Po warchlaka. Tak do mnie mówi — Małgosia uśmiechnęła się rzewnie. — Dlatego muszę czekać...

— Gdzie? — spytała zdjęta nagłym podejrzeniem wiedźma. — Gdzie musisz czekać?

— Tu!

— Nie ma mowy! Czekaj sobie na bagnach albo w kurniku u Pawlakowej!

— Ja muszę tu, bo inaczej mnie nie znajdzie. Jest poetą i ma słabą orientację w terenie. Na bagnach się zgubi, na podwórku u Pawlakowej wpadnie do studni! Beze mnie jest jak małe dziecko — siąknęła nosem Małgosia, a wiedźma pomyślała, że z pannicy nie wywietrzało jeszcze swojskie wino, które razem z poetą upolowali w kredensie. Jak wytrzeźwieje, to nabierze rozsądku.

Kolejne dni wykazały, że Małgosia nie ma zamiaru ani wytrzeźwieć, ani nabrać rozsądku. Trwała w stanie upojenia i albo dysponowała tajnymi dostawami trunków, albo już się taka urodziła.

Wiedźma, z nikłą nadzieją w sercu, dała ogłoszenie do miejscowej gazety:

Jasiu! Oddaj coś ukradł, bo Małgosi nie zobaczysz!

Wiedźma

Poeta, nie zwlekając, odpisał, że poznał wspaniałą dziewczynę, która ma śmierć w oczach tudzież stwierdzoną schizofrenię i w związku z powyższym Małgosią jest średnio zainteresowany.

Wiedźma zapoznała się z treścią listu, po czym wręczyła go Małgosi, która w stanie zwykłego rozkojarzenia snuła się po izbie.

— To niemożliwe!— wykrzyknęło dziewczę.

— A jednak — refleksyjnie zauważyła wiedźma.

— Ona go zniszczy! — rozpaczała Małgosia. — To sama destrukcja.

— Zaraz destrukcja! Znalazł sobie inną. Wielkie rzeczy! Ty też poszukaj sobie jakiegoś miłego chłopca...

— Nigdy! Będę wiernie na niego czekała, aż wyrwie się ze szponów destrukcji i wspomni swego warchlaka... — ale wiedźma miała już dość tych bzdur. Przegnała Małgosię i zabarykadowała drzwi. Nocą obudziło ją przeraźliwe zawodzenie. Duch wuja Leona! — pomyślała i ostrożnie wyjrzała przez okno. To nie był duch wuja Leona. Na podwórzu siedziała Małgosia, plotła wianki przy blasku księżyca i zawodziła na temat ukochanego, który odszedł w siną dal.

Wiedźma usiadła na łóżku. Śmierć w oczach i stwierdzona schizofrenia — pomyślała z goryczą. — Jakby tej czegoś brakowało! Potem wpuściła pieśniarkę do chaty pod surowym warunkiem, że zaprzestanie popisów wokalnych.

Z powodu ostatnich wydarzeń humor wiedźmy oscylował między bardzo złym, złym i umiarkowanie złym. Małgosia nie dawała się przyuczyć do żadnej pożytecznej pracy. Nawet obiadu nie potrafiła ugotować!

— A czym ty Jasia karmiłaś? — spytała wiedźma. — Trawą i korzonkami?

— Pizzą — wysiąkała Małgosia.

— To zrób pizzę!

— Ale ze sklepu!

Wiedźma już otwierała usta, aby powiedzieć coś niemiłego, kiedy dojrzała jakiś ruch w złocistej mgiełce, powlekającej wiejską drogę. Od strony internatu, którego ściany bielały tuż za drogą, szły trzy urocze świtezianki: Roksana, Ewelina i Kamila. Już nieraz zostawiały u wiedźmy swoje kieszonkowe, nabywając głównie zaklęcia nasenne, których celem było uśpienie niejakiego Klinika, wychowawcy z internatu.

— Do garów! — syknęła wiedźma w stronę zagapionej Małgosi, po czym przywołała na twarz dobrotliwy uśmiech.

— Witam, kochaneczki, w moich skromnych progach — rzekła cienkim głosem. — Co was sprowadza w ten...hm... śliczny dzionek?

— Najbardziej to mnie sprowadza — rzekła Roksana, piękna świtezianka o szarych oczach i słodkiej twarzyczce. Zniewalający uśmiech zaigrał na jej ustach i zaraz uleciał jak spłoszony motyl.

— To prawda, pani wiedźmo — potaknęła Ewelina z rumieńcem na delikatnych policzkach, z wyrazem strapienia, unosząc cieniutkie brwi.

Kamila uznała, że już nie musi niczego dodawać, więc tylko błyskała czarnymi oczyma i nakręcała na palec koniec długiego warkocza.

— Kłopot z chłopakiem — odgadła wiedźma, skrywając znudzenie. — Chłopaki to nicponie. Był tu u mnie taki jeden, tfu, poeta! Ten wasz też poeta?

— Nie — żwawo zaprzeczyła Roksana, po czym dodała, że jak jej się zdaje, odczuwa on pewną niechęć do słowa pisanego, a zwłaszcza poezja jest mu duchowo obca.

— Tak czy siak, łobuz — wiedźma nie wnikała w szczegóły. — Co nabroił tym razem?

— Jeśli zacząć od samego początku... — nabrała tchu Roksana.

— Czasu szkoda — przerwała wiedźma. — Zacznij od środka.

Świtezianki wymieniły spojrzenia w milczącej naradzie.

— Powiedz o jeziorze — podpowiedziała Ewelina. Roksana zakryła twarz dłońmi, potem dłonie przesunęła na włosy i rzekła z determinacją:

— Powiem. Michał — tak się ów chłopak nazywa — często chodzi nad jezioro.

— Z jakąś rudą — domyśliła się wiedźma.

— Dlaczego z rudą? Ze mną chodzi.

— A. Wlecze cię nad jezioro, w odludne miejsce i dybie!

Świtezianki wymieniły skonsternowane spojrzenia, po czym zgodnie zapewniły, że nie dybie, cokolwiek by to miało znaczyć, a miejsce bynajmniej nie jest odludne, bo wbrew zakazom wychowawców chadza tam śmielsza młodzież z internatu.

— Nie dybie! Ukrywa zamiary! Po takim można się wszystkiego spodziewać! Co więc robi ten hultaj?

— Najpierw się rozbiera...

— Tak publicznie? — zgorszyła się wiedźma. Świtezianki znowu wymieniły spłoszone spojrzenia.

— Rozbiera się przed kąpielą — objaśniła Roksana. — Potem skacze do wody...

— I ugania się za rusałkami — ponuro odgadła wiedźma. — Mówiłam, że niecnota!

Dziewczęta poszeptały między sobą i orzekły, że chociaż w pełni zgadzają się z ostatnią częścią wypowiedzi mądrej wiedźmy, to w pierwszej części zaszła pewna nieścisłość: w tym jeziorze niema rusałek.

— Czyżby syrenki...?

Zmartwione dziewczyny rozłożyły ręce.

— Nie ma tam niczego, za czym można się uganiać? — ponuro odgadła wiedźma.

— Właśnie! — wykrzyknęła Roksana. — Czy to nie jest podejrzane?

Wiedźmie cała sprawa też wydała się mocno podejrzana.

— Chodzi taki jakby nigdy nic — rzekła refleksyjnie — rozbiera się, wiersze układa, aż tu znienacka jak nie ograbi samotnej wiedźmy-emerytki. Uch! Na psa urok!

Roksana spojrzała trochę zdziwiona, ale nie wnikając w szczegóły, zapewniła:

— To samo chciałam powiedzieć: zdradza mnie! Czuję, że mnie zdradza.

— Całkiem możliwe — zgodziła się wiedźma. — A z kim?

— Czy to ważne, z kim? — wtrąciła Małgosia, która podsłuchiwała za oknem. — Ja bym mojego Jasia nigdy nie zdradziła! Przenigdy! On by mnie też nie zdradził!

— Do garów! — wrzasnęła wiedźma. — Porzucił ją, a ona na niego czeka — objaśniła wiedźma.

— Ja bym nie czekała — z błyskiem w oczach krzyknęła Roksana.

— Roksana by nie czekała, jest bardzo zazdrosna — potwierdziła Ewelina.

— Okropnie zazdrosna — dodała Kamila. — Ja, na przykład o mojego Marcina nie jestem zazdrosna, bo mu ufam i wszystko sobie mówimy.

— Ale Michał nie chce mówić — zawołała Roksana. — Jak mu mogę zaufać, kiedy nie chce powiedzieć, z kim mnie zdradza?

— Taki słowa prawdy nie powie — posępnie rzekła wiedźma. — I zdolny do najgorszego!

— O tak, pamiętacie to pijaństwo w internacie?

— Zwabił was do swojego pokoju i spoił napojami wyskokowymi? — z oburzeniem domyśliła się wiedźma.

— Taak — z wahaniem rzekła Roksana. — To znaczy prawie tak, bo — jak wyznała — to one przyniosły napoje wyskokowe celem spojenia Michała i uzyskania informacji na okoliczność popełnionej zdrady.

— Bardzo rozsądnie — pochwaliła wiedźma. — I co, zaczął mówić?

— To całkiem możliwe — odrzekły po krótkiej naradzie świtezianki. — Niestety niczego nie pamiętają, ponieważ napój wyskokowy okazał się bardzo silny w działaniu.

— Więc jednak spoił — złowieszczo rzekła wiedźma. — A ty, biedaczko — sękatym palcem wskazała Roksanę — obudziłaś się pewnie w ramionach tego niecnoty.

Dziewczęta szybko wyjaśniły drobne nieporozumienia. Nie Roksana, lecz Ewelina obudziła się w ramionach, ale nie Michała, tylko pana Klimka.

— Wychowawcy...? — zgorszyła się wiedźma. — Dla mnie to obrzydliwe.

Ewelina wyznała, że dla niej również było to przeżycie nad wyraz traumatyczne.

— Budzę się, a nad sobą słyszę sapanie. Bo pan Klimek się zasapał, kiedy znosił mnie z pierwszego piętra na parter, do naszego pokoju.

— Obrzydliwe — z roztargnieniem powtórzyła wiedźma. — A temu chłopakowi uszło wszystko na sucho?

— Za karę musiał odśnieżać boisko. Akurat była zima.

— Dobrze mu tak. A czego, kochaneczki, ode mnie chcecie?

— Czy ma pani eliksir prawdy? — spytała Roksana.

— Ja wszystko mam — chytrze rzekła wiedźma. — Ale eliksir jest tylko do konsumpcji na miejscu.

Oczywiście, żadnego takiego eliksiru nie posiadała, lecz była zdania, że przy pomocy barwionej wody i własnej mądrości, wspartej bogatym doświadczeniem, bez trudu z prostego, wiejskiego chłopca wyciągnie każdą informację.

— Przyślijcie mi go jutro rano pod jakimś pretekstem.

— Koraliki! — wykrzyknęła Roksana. — Powiem, że u pani zostawiłam. — Zsunęła kolorową bransoletkę z dłoni.

— Zapłata z góry, córuchny — z dobrotliwym uśmiechem rzekła wiedźma,

Świtezianki. sięgnęły do kieszonek spodni i solidarnie się złożyły. Potem odeszły wyzłoconą słońcem wiejską drogą.

Następnego dnia o świcie ktoś energicznie zastukał w drzwi.

— Czego? — burknęła zaspana wiedźma. Wyjrzała przez okno. Do drzwi dobijał się zgrabny młodzieniec,odziany w obszerny brązowy sweter i niebieskie dżinsy.

— Jaki wymiarowy — mruknęła do siebie wiedźma, a jej zaspane myśli zdążyły ocknąć się na tyle, by dokonać wstępnych, przymiarkowych pomiarów pieca i paleniska.

— Co tak o świtaniu, szlachetny panie — rzekła cienko przez szparę w oknie. — Pozwól, niech się trochę ogarnę.

— Miałem, przyjść rano, to przyszedłem — krótko rzekł młodzieniec. — Moja dziewczyna zostawiła tu wczoraj bransoletkę.

— Są, są koraliczki! U mnie nic nie zginie! — zasapała wiedźma, dokonując błyskawicznych porannych ablucji. Po chwili wyszła przed dom.

— Oto bransoleteczka. Jest, a gdzieżby miała być? Ale... — Wiedźma usiłowała schować bransoletkę za plecy, lecz młodzieniec bez ceremonii wyjął jej koraliki z ręki.

— To te — rzekł, spojrzawszy uważnie. Odwrócił się, aby odejść.

— Nie tak szparko! — wykrzyknęła wiedźma. — Czy nie mógłbyś wejść na chwilę do chaty...

— Nie.

— Tylko na chwilę, bo... eee — w rozkojarzeniu mamrotała wiedźma, podczas gdy jej myśli nadal dokonywały pomiaru i przeglądu pieca.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo nie zadaję się ze starymi, podstępnymi wiedźmami — zwięźle objaśnił młodzieniec. Odwrócił się, a wtedy wiedźma w desperacji złapała go za ramię. Zaraz zresztą puściła. Pod rozciągniętym swetrem kryły się mięśnie twarde jak kamień.

— Nawet nie próbuj mnie dotykać — ostrzegł młodzieniec.

— Ja... tego... robak siedział na sweterku, strząsnąć chciałam...

Znienacka drzwi się otworzyły i z chaty wyskoczyła Małgosia, potargana i ze skromnym tłumoczkiem pod pachą.

— Mogę pójść z tobą? — zagruchała.

— Droga jest dla wszystkich — odrzekł obojętnie.

I poszedł. A w ślad za nim potruchtała Małgosia.

— Miałaś czekać na swojego poetę?

— Nie znam żadnego poety! — odkrzyknęła Małgosia.

 

* * *

Wczesnym popołudniem trzy urocze świtezianki przybiegły do chaty wiedźmy.

— Zdemaskował się — zawołała Roksana. — Przeczucie mnie nie myliło! Oprowadza się z taką jedną!

— Same widziałyśmy — potwierdziły szybko Ewelina i Kamila. — Oprowadza się z taką dużą dziewuchą z wyłupiastymi oczami.

— Gdyby nie pani, nadal by mnie oszukiwał — westchnęła Roksana.

— Niecnota — bąknęła wiedźma. Niczego więcej nie zdążyła dodać, bo do chaty wkroczył następny gość.

Był to szczupły blondasek z gitarą przewieszoną przez plecy. Rzucił sakiewkę na stół i spytał rzeczowo:

— Gdzie mój warchlak!?

— Kto? — wiedźma już była zajęta przeliczaniem swoich oszczędności.

— Gdzie Małgosia? — z emocją wykrzyknął Jasio. — Miałem ją odebrać w zamian za panine marne grosze! Pani mi obiecała zwrot dziewczyny!

— Zwrot dziewczyny! — wykrzyknęła bardzo rozzłoszczona wiedźma. — Miała nogi, to poszła!

Jasio zrzucił ze stołu szklaną kulę.

— Chcę dziewczynę! .

— Tylko bez takich wybryków! Chcesz dziewczynę? Stoją trzy, wybierz sobie jedną. Ta czy inna, co za różnica.

Świtezianki umknęły z piskiem. Poeta przystąpił do demontażu kredensu.

— Gdzie mój warchlak? Jedyny, niepowtarzalny, spontaniczny! — szalał poeta.

Wiedźma wyskoczyła za próg.

— Ratunku! Policja!

— Czy ja dużo chcę od życia? — zapytywał poeta, goniąc wiedźmę wokół chaty. — Chcę tylko mojego jedynego, niepowtarzalnego, spontanicznego warchlaka! Czy to znaczy, że mam roszczeniowy stosunek do świata?

— Tak. Nie. A skąd mam wiedzieć — dyszała przerażona wiedźma.

Na szczęście duch wuja Leona, który akurat straszył w pobliżu, wkroczył do akcji i ogłuszył poetę jego własną gitarą.

* * *

Tymczasem jedyny, niepowtarzalny, spontaniczny warchlak swoją wiernością tak mocno dał się Michałowi we znaki, że zgnębiony młodzieniec przyszedł po pomoc do wiedźmy. Ale to już całkiem inna historia.

Mirosława Sędzikowska

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.