Maria Kuncewiczowa. Korona Kwiatów

Rozwidniało się, drzewa spłonęły w pierwszych promieniach słońca, tragarz zatrzasnął za nami drzwiczki od wagonu, drugie ustąpiły same pod naporem ramion i waliz — kurier, ledwie sapnąwszy w Puławach, ruszył dalej, a my wtargnęliśmy z naszą Koroną Kwiatów do dusznego przedziału. Pociąg szedł z Wołynia przez Lwów i ludzie, którzy razem przebiedowali noc, spojrzeli na nas wszyscy jednakowym wzrokiem jak ubogie plemię zbrojnych najeźdźców. Dopiero co wyszliśmy z ogrodu i z domu, w ustach trwał jeszcze rzeźwy smak pomidorów, dopiero co nacięliśmy masę róż, rosa jeszcze na nich błyszczała, dziewczyny świeże były ze snu, chłopcy mieli włosy zaczesane gładko mokrym grzebieniem. Stanęliśmy między ławkami i zamknęli oczy. Napuchnięte, poodciskane policzki, skołtunione grzywy, rozchełstane koszule, skorupy z jaj, mętne lepkie butelki... Za nic nie chciało się tego widzieć. Chciało się odwrócić głowy i wyjść. Nikt chyba nie miał prawu żądać, aby wonny, soczysty świat letni przełamywał się w miejską jesień tu właśnie, w tym wagonie zaśmieconym pestkami.

Adela szukała wzrokiem, kogo by zgromić; surowe rozdymając nos, upatrywała winowajcy. Zuzia kurczyła się, bliska płaczu; chłopcy z właściwą im umiejętnością izolacji — wparli spojrzenia w okno i poświstywali. Ale Danuta nie mogła grymasić: musiała troszczyć się o Koronę Kwiatów. Koronę Kwiatów należało dowieźć do miasta w pełni jej nie oglądanej tam nigdy urody. Danuta nie wiedziała, co z plaży, z rzeki, z lasu pisać do umierającej babki, kiedy w okienku chałupy ujrzała Koronę Kwiatów — ogromną girlandę niebieską, a raczej pochyły pręt obrośnięty dzwoneczkami, które zdawały się pełne eteru. Wtenczas domyśliła się od razu, że tę roślinę trzeba babce pokazać. Że babka nie powinna umrzeć, zanim nie zobaczy Korony Kwia­tów. Więc teraz szybko roztrąciła tłum, przedostała się miedzy ławki i postawiła donicę przy stoliku pod oknem. W żaden inny sposób nie można było umieścić wspaniałej kiści, tak aby nie uległa złamaniu. Pierwsza z brzegu osoba wyprężyła łokieć, jegomość bez kołnierzyka warknął: „Może jeszcze klatkę z kanarkiem? Mo­że złote rybki?"

Tymczasem dziecko, zwinięte w kłębek na ławce, z głową opartą o kolana matki, zaśpiewało. „To przez sen. Trzymać, bo dzieciak spadnie" — poradzono. Uwa­ga odwróciła się od nas: po chwili usiadłyśmy nawet z Adelą, nie robiąc tym krzywdy nikomu. Danuta zaleciła: „Pilnujcie kwiatu" — i poszła do chłopców. Zuzią zaopiekował się już jakiś nieznajomy młodzieniec.

Pociąg pędził, włosy dziecka, które przed minutą śpiewało, teraz podfruwały w przeciągu. Zastanowiła mnie twarz matki, przesadnie tragiczna, zbrużdżona, jak na wiejskich wizerunkach Madonn pod krzyżem. Tylko że w bruzdach nie płynęły łzy. Oczy były suche, szeroko rozwarte, skóra ściśle obciągała regularne rysy, jedynie koło ust i na czole leżały te głębokie fałdy. Twarz robiła wrażenie przedmiotu, który długo obmywały fale. Kobieta przytrzymywała głowę dziecka, patrząc przeze mnie gdzieś dalej. Oprowadziłam wzrokiem małe ciałko: na stopach, obutych w porządne trzewiki, także spoczywała ręka. Żylasta, męska. Z kolei przyjrzałam się ojcu. Z wąsikami na sztorc, z ciepłym piwem w oczach, niewielki, zapieczony, lat około pięćdziesięciu, sprawiał wrażenie radego życiu człowieka.

Pociąg zahamowano przed stacją. Korona Kwiatów chybnęła się, obie z Adelą poskoczyłyśmy, by nie dać jej upaść; jednocześnie z obu stron przedziału wyciągnęły się ramiona. Ktoś krzyknął; „Złamie się. Trzeba oprzeć o ścianę”. Na szczęście nie złamała się, zaledwie dwa, trzy dzwonki przygniecione spadły. Pan z wąsikiem sięgnął do podłogi i podał jeden kwiatek. „Szkoda — powiedział — jakie to, o... zupełnie jedwab". Wszyscy patrzyli na Koronę Kwiatów z uwielbieniem i jak gdyby z prośbą o wyrozumiałość. Minutę temu dama o spiczastych łokciach gmerała w sakwojażu, jakiś tłuścioch potrząsał łopatkami, w które wpijały się szelki, elegant przedmuchiwał nos w perfumowaną, ale czarną chustkę, brunetka piła chciwie z zalepionej szklanki, potrącano się, każdy rozdymał mięśnie i złą wolę, żeby jak najskuteczniej zgnębić sąsiada. Teraz spokornieli, zastygli, wpatrzeni w błękitną girlandę. Korona Kwiatów drżała, siejąc eter z niebieskich kieliszków. „Jak długo to kwitnie? — pytano. — Jaka jest nazwa tego? Skąd się takie bierze?” Matka śpiącej dziewczynki milczała.

Rozpoczął się ruch z ręcznikami w stronę toalety. Deptanie po nogach, ściąganie waliz, niechlujny, nerwo­wy poranek. Skulone dziecko raz, drugi stęknęło i siadło. „Ach, Boże mój — ożywił się ojciec — Luśka nie chce spać? A Warszawa daleko“. Schylił kark, szeptał, tulił córkę do siebie. Matka wygładziła spódnicę w miejscu, skąd ustąpił ciężar, ale uporczywy wzrok nie oderwał się ani na sekundę od niewidocznego celu i nie zwrócił ku małej. Dziewczynka wstała, postąpiła parę kroków i oparła rękę na moim kolanie. „Ciocia da paciorki?” — zagabnęła. Uśmiechnęłam się, czekając, aż sama spostrzeże pomyłkę. Zajrzała mi w oczy. Pogłaskałam ją... „Ciocia da paciorki?” — powtórzyła. Zadziwiły mnie jej źrenice, duże, białawe, rozpłynięte w tęczówkach. I cała gałka oczna niesamowicie ruchoma, uciekająca raz po raz pod powiekę jak u zepsutej lalki. Zaczęłam rozumieć... i ścierpłam.

Tymczasem małe palce niecierpliwie skubały moją suknię, obiegały mnie od biodra po ramiona jak dziesięcioro żyjątek; czułam się opleciona siecią niespokojnych, badawczych, elektryzujących dotyków. Kiedy natrafiła na szyję, dziewczynka odrzuciła głowę w tył. Usta rozwarły się, nos się zmarszczył, oczy uciekły pod czoło, wyraz skupienia, graniczący z ekstazą, uczynił z pulchnej dziewczynki upiora pamięci. Przesunęła dło­nie pod moją brodę i oderwała je jak sparzona. Krzyknęła:

− To nie te paciorki. Gdzie ciocia?

Ojciec uchwycił ją, podniósł i umieścił na kolanach siedzącej obok mnie brunetki.

− Tylko już o te paciorki nie nudź — zrzędził. — Grymaśnica... Zakochała się, ciocią nazywa. A jak ona od razu zapamiętała! Raz dotknie i już wszystko a wszystko pamięta. — Toczył po sąsiadach wzrokiem rzekomo srogim, lśniącym od hamowanej czułości. Brunetka odpięła swój naszyjnik i mała natychmiast zacisnęła go w piąstce.

− Jeden pociorek długi, drugi okrągły. Długi — okrągły. To ładne— rzekła. Zeskoczyła z kolan mojej sąsiadki, zawadziła o czyjś koszyk, zaraz schyliła się i zaczęła dotykać. — Koszyk — stwierdziła. — A czego ucho tylko jedno? Czy to nie jest koszyk? — Plasnęła dłonią o ławkę. — Tu ja stanę, tu — zdecydowała. Pan w szelkach pomógł; stanęła i wykonała ramionami ostrożny ruch, jak gdyby pływania czy obrony. Znalazła drąg, podtrzymujący półkę. — Co to jest? Co to? '

Ojciec patrzył na swoje dziecko, zmarszczone z wy­siłku ogarnięcia świata czterema tylko zmysłami, jak na kocię pełne figlarnej przekory. „Niech się bawi − mówiło jego spojrzenie. — Całe życie może nawet się tak bawić. Alboż nie stać mnie na to, żeby się dziecko bawiło?” Mała tupnęła z niecierpliwością i trzewik jej spadł. Natychmiast go jej podano; siadła i zaczęła, sapiąc, wiązać sznurowadło. Palce, takie chybkie do ślizgania się po przedmiotach, ze ślimaczą powolnością formowały kokardę. Wyszedł supeł. Dziewczynka zawołała:

− Mamo! Jedna kokarda czy dwie? Mamo!!

Kobieta o zbrużdżonej twarzy i tym razem nie poruszyła się wcale. Wpatrzona w okno, odparła półgłosem:

− Dwie, nie dwie, wszystko jedno; tak musi być,  jak jest.

Ale córka złościła się, jasne włosy opadły na but.

− Mamo, mamo, dwie czy jedna? Czy ty słyszysz, kiedy ja mówię, co?

Kobieta potwierdziła:

− Ja słyszę. Zostaw! Tak musi być, jak jest. — Patrząc nad głowami obecnych, wzięła dziecko pod pachy, uniosła i postawiła na podłodze. Po czym znowu zatonęła w przydrożnych widokach.

− Mamo, mamo — dziecko trzepotało dłońmi − gdzie ty jesteś, mamo?

Nie odezwała się. Nie było jej. Widocznie nie mogła dłużej być. Czyniła tylko najkonieczniejsze gesty; te, które nadawały jej pozór człowieka. Uzyskawszy pozór, odchodziła w żywioł nieludzki, gdzie bezsilnym wolno nie mieć siły, zrozpaczonym — duszy.

Trzepocząca dłoń natrafiła w końcu na Koronę Kwiatów. Zatrzymała się — rozwarta — nad puszystym prętem, skurcz pamięci rozwarł usta, ściągnął pulchne rysy, wywrócił, zapędził w głąb czaszki niewidzące gałki. Nic!... nic... Wspomnienie takie nie istniało. Dziewczynka żachnęła się; dłoń przybrała kształt szpo­nów.

Spuściłam powieki, podczas gdy z kilku stron naraz bzyknięto: „Nie rusz, tego nie wolno dotykać!” Zrobił się ruch w przejściu, usłyszałam głos Danuty: „Za pięć minut Warszawa” — i ostry dyszkant dziecka: „Czemu nie ruszać? Co to takiego jest?” Danuta podeszła i sięgnęła po doniczkę. Niebieskie dzwonki zadzwoniły niebieskością; unosząc je w górę, Danuta powiedziała: „To jest Korona Kwiatów. Proszę mnie przepuścić, już ją zabieram, chcę być bliżej wyjścia”. Odsunęła małą. Pan z szelkami schował nogi pod ławkę, brunetka cofnęła swój koszyk... Wysmukła kiść niosła się jak pasmo mgły nad śmietnikiem. Chciałam podążyć za Danutą. Nagle szarpnięto mnie. Drobne szpony ciągnęły mnie w tył. “Pani— zaszeptała dziewczynka — do czego jest Korona Kwiatów? Do czego?” Źrenice już odpływały pod czoło, oczy jak dwie ołowiane pieczęcie zamykały tę twarz, bruzda uwagi zeszywała brwi. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Adela westchnęła. Ale Danuta, która nie zauważyła tych ołowianych oczu, rzuciła przez ramię: „Korona Kwiatów jest do patrzenia. Tylko do patrzenia.”

Pociąg zazgrzytał, stanął. Rzuciłam się w ślad za Adelą chłopcy porwali naszą walizę. Zuzia płynęła w tłumie, chroniona przez ramiona obcego młodzieńca. Wyskoczyłam z wagonu. Danuta była już daleko. Śpieszyła z Koroną Kwiatów, żeby zdążyć, zanim babka przestanie widzieć świat.

 

1935

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.