Aeciusz-9

ROZDZIAł V

PODWÓJNE ZWYCIĘSTWO

1

Długa i nużąca była zazwyczaj droga od kościoła Świętej Agaty do wspanialej insuli, którą Bonifacjuszowi nazajutrz po przybyciu z Afryki złożyły w darze trzy pobożne wdowy z możnego rodu Paulinów, pragnące w ten sposób uczcić jego gorliwość w wierze. Tego dnia jednak Pelagia, niesiona w lektyce przez czterech przywiezionych z jej rodzinnych włości Numidyjczyków, zdawała się wcale nie dostrzegać odległości — tak ją całą pochłonęły rozmyślania nad tym, co widziała i słyszała w kościele. Ów prezbiter, który udzielał końcowego błogosławieństwa w imię współpodobnego Ojcu Chrystusa Zbawiciela, istotnie miał wygląd i głos prepozyta z auxiliów. ale za to diakon!... czyż nie był naprawdę podobny do archanioła Rafaela, takiego. jakim go widziała na dyptychach?!... Był także Gotem, a tak mało miał w sobie z tego wszystkiego, co w pojęciu jej nierozerwalnie łączyło się z typem Gota! Raczej — gdyby nie te błękitne oczy i złotawe włosy — wyglądał na jednego z tych greckich czy egipskich prezbiterów i mnichów, od których zaroiła się ostatnio Italia, a którzy głoszą nową, a niepojętą dla Pelagii naukę, iż Maryja Dziewica była matką nie tylko Chrystusa-człowieka, ale i matką Boga... Co jednak tego dnia Pańskiego szczególnie głęboko poruszyło umysł i duszę Pelagii, to tak ulubiona od dzieciństwa opowieść ewangeliczna o siewcy, którą po raz pierwszy słyszała czytaną w mowie Gotów. Jak młody diakon w niczym nie był podobny do Sygiswulta ani do żadnego z jego żołnierzy, tak i w padających z kazalnicy słowach przekładu Ulfili — niezrozumiałych, a przecie pełnych jakiegoś dziwnego uroku — nic nie przypominało Pelagii owych gockich rozkazów i okrzyków, do których nawykło jej ucho w czasie oblężenia Hipponu. Czuła się szczęśliwa i dumna, iż to właśnie jej wiara — znienawidzona i pogardzana tu w Italii nauka Ariusza — głosi słowo Boże nie tylko w mowie Rzymian, ale i językiem barbarzyńców... ,,Zupełnie tak jak apostołowie, co naraz różnymi przemówili językami!" — myślała w zachwyceniu, nie spodziewając się. że za chwilę nowa spotka ją radość innego już rodzaju, ale z tego samego źródła płynąca.

Oto gdy lektyka skręciła z Argiletu na Vicus Patricius, dostrzeże wzrok Pelagii wielką marmurową płytę ze złotym napisem. Ciche klaśnięcie w dłonie i natychmiast znieruchomieją czarni Numidyjczycy. Drobne ręce z drżeniem rozsuwają okrywające lektykę zasłony, święta Agato, czyż naprawdę możliwe jest takie szczęście?! Pelagia nie wierzy własnym oczom.. czyta napis dziesięć... piętnaście... dwadzieścia razy... A gdy każe ruszyć w dalszą drogę, na każdym rogu, na każdym skrzyżowaniu ulic, pod każdym portykiem na nowo odezwie się władcze klaśnięcie: stać! Bo aż do samego już domu, z każdego skrzyżowania ulic, spod każdego portyku jedna bije w oczy radosna wieść.. wieść głosząca, iż na bliski już nowy rok — dziesiąty rok szczęśliwego panowania wiecznego Walentyniana Augusta — konsulem dla Zachodu zamianowany zostanie najprześwietniejszy Flawiusz Ardaburiusz Aspar... Aspar — człowiek jej wiary... chyba pierwszy od czasów Drugiego Konstancjusza konsul-arianin! Uczucie bezgranicznej szczęśliwości i dumy przepełniło całą duszę Pelagii.

Odkąd została wdową, jeszcze bardziej wzrosła jej nabożność i gorliwość w rzeczach wiary. Choć szczerze opłakiwała Bonifacjusza i wyrzucała sobie, iż dopiero po śmierci oceniła całą wielkość i wspaniałość jego duszy — przecież nie mogła zwłaszcza w okresie wzmożonej nabożności nie doznać uczucia jakby ulgi na myśl, że oto walka się skończyła i nikt już nie zakłóci spokoju jej ducha, nikt nie przeszkodzi jej w sprawie najważniejszej: w wychowywaniu córeczki ściśle podług zasad nauki Ariusza. Żyła w zupełnym odosobnieniu, niezwykle skromnie, mimo iż uchodziła przecież za jedną z najbogatszych kobiet cesarstwa i była taką w istocie. Zdobycze jednak Gejzeryka w Afryce pozbawiły ją wszelkiej łączności ze swymi włościami; to zaś, co miała w Italii, choć wciąż jeszcze czyniło ją przedmiotem powszechnej zazdrości, na pewno nie było tym czymś, co — wedle słów konającego Bonifacjusza — konieczne było dla ratowania pokoju rzymskiego przez Aecjusza..

O tym swoim ulubieńcu — jak go czasem ze smutnym uśmiechem nazywała w rozmowach ze sobą samą — myślała dziwnie mało, ostatnio prawie wcale. Nie wiedziała, gdzie jest, co się z nim dzieje. Najpewniej już nie żyje. W dniu, gdy Aspar zostanie ogłoszony konsulem, rok i cztery miesiące miną, odkąd ostatnią o nim miała wiadomość. Uciekał przez Adriatyk małą starą galerą... w burzliwą, okropną noc... może właśnie wówczas zginął?! Uciekał, nie wywalczywszy sobie bonifacjuszowego dziedzictwa, przez wszystkich opuszczony, pokonany, podobno oszalały ze wstydu i rozpaczy... szczuty jak najdziksza, najniebezpieczniejsza bestia! W Placydii nienawiść do Aecjusza okazała się silniejszą niż przyjaźń do byłego comesa Afryki. Zlekceważyła ostatnią wolę Bonifacjusza. Tego, którego mianował swym następcą, ogłosiła za wroga Imperium i pokoju rzymskiego... nałożyła konfiskatę na jego dobra... domagała się jego głowy i publicznego pozbawienia czci. Sygiswult i tym razem dochował jej wierności: wojska italskie nie porwały się do boju w obronie ostatniej woli Bonifacjusza. Asturiusza zaś od tych spraw dzieliło morze, Pireneje, Alpy i zacięte walki ze Swebami. Celem uczczenia zmarłego przyjaciela Augusta mianowała patrycjuszem jego młodego zięcia: z góry była pewna, że Sebastian będzie jedynie ślepym jej narzędziem... Doczekała się nareszcie upragnionej chwili: była naprawdę samowładna i jedyna! Przyjaciół i zwolenników Aecjusza pozbawiła godności, urzędów, wpływów; honesta missio dotknęła też, po niespełna dwu latach sprawowania urzędu, prefekta pretorium Flawiana. W senacie umyślnie podkreślała przy każdej okazji sprawy religijne, pragnąc w ten sposób przeciwstawić chrześcijańskie rody zaprzyjaźnionym z Aecjuszem Symmachom i Wiriuszom. Bassusa mimo wielkiej powagi, jaką się cieszył, odsunęła od wpływów, za to wspierała przemożnie Petroniusza Maksymusa, mianując go konsulem zaraz po Aecjuszu. Ów konsulat Aecjusza było to jedyne ustępstwo, jakie poczyniła jego zwolennikom i wszystkim żądającym spełnienia ostatniej woli Bonifacjusza: imienia ściganego buntownika nie wymazano z consulariów, a popiersia o szerokiej, grubo ciosanej twarzy zdobiły wszystkie publiczne miejsca jeszcze wówczas, gdy o tym, kogo przedstawiały, zaginął już wszelki słuch.

„A więc nie stanie się zadość woli Bonifacjusza... nie będzie Aecjusz mężem najbogatszej dziedziczki Afryki... nie będzie też salus rei publicae Occidentalis” — mówiła do siebie Pelagia wówczas, gdy jeszcze wracała nieraz myślami do ostatnich chwil męża i do przyrzeczenia, jakie złożyła. Bo przecież przyrzekła. I naprawdę, gdyby Aecjusz wrócił i upomniał się o swe prawo, zgodziłaby się chyba zostać jego żoną. Ale wolałaby, żeby nie wracał: znów może zaczęłaby się walka o dzieci, co by przyszły, o ich chrzest i wychowanie...

Jedynie tak o nim myślała. A jeżeli inaczej, to chyba jeszcze ze współczuciem, takim jakie się okazuje mało znanym ludziom — tym co zmarli nie doczekawszy się radości i szczęścia, o które przez całe życie walczyli. Skończyły się res gestae Aecjusza, a i tak jeszcze skończyły się lepiej i okazalej, niż mogło się zdarzyć. Bo czyż wielu jest takich mężów, o których napiszą kronikarze: „Odszedł za swego konsulatu"?!

Gdy lektyka, niosąca Pelagię z kościoła Świętej Agaty, zatrzymała się wreszcie przed istotnie jedną z najpiękniejszych insul w mieście — majordomus, który od dłuższego już czasu wyglądał niecierpliwie powrotu swej pani, spiesznie podszedł do wysiadającej i zginając się w kornym pokłonie, rzekł:

— Jakiś szlachetny mąż od godziny już oczekuje ciebie w atrium, o najdostojniejsza! Ktoś zupełnie nieznany nikomu z domowników...

Zdziwiona pospieszyła ku atrium, poprzedzana przez majordomusa i dwie ariańskie diakonisy, które stale mieszkały w jej domu i bez których nigdy nie ukazywała się oczom gości. Idąc, daremnie usiłowała zgadnąć, kogo za chwilę zobaczy. Czyżby ktoś z Afryki? A może?... Serce uderzyło gwałtowniej i twarz pobladła ze wzruszenia: może to sam czcigodny i święty biskup Maksymin, do którego na pewno dotarła już wieść o jej gorliwym obstawaniu przy świętej wierze i który przybył, by osobiście udzielić jej błogosławieństwa... Nawet nogi się pod nią ugięły — zaprawdę. czyż mogłaby pragnąć czegoś nadto?!

Szlachetny mąż jednak okazał się — ku wielkiemu żalowi Pelagii — zupełnie nieznanym młodzieniaszkiem, który — jak tylko ukazała się w drzwiach — szybko zerwał się z kamiennej ławy i złożył pokłon pełen głębokiej czci, ale przecie wolny od wszelkiej uniżoności. Jakkolwiek miał dumną i prawdziwie szlachetną postawę, a przy tym był wcale urodziwy — na pierwszy rzut oka wydał się Pelagii śmiesznym: miał w sobie coś z tego, co w dorastających chłopcach ogromnie śmieszy ich rówieśniczki. Nim jednak zdołała uświadomić sobie, co by to mianowicie mogło być, usłyszała głos — również bardzo młodzieńczy — mówiący:

— Przynoszę ci, najdostojniejsza pani, pozdrowienie od najprześwietniejszego Flawiusza Aecjusza...

Oszołomienie... takie jak po bliskim uderzeniu pioruna... i natychmiast powrót do przytomności... Pierwsza myśl: „Odprawić majordomusa i diakonisy..." Młodzieniec jednak, który zdaje się czytać w jej duszy, uśmiecha się przyjaźnie i jakby z wdzięcznością umyślnie głośno mówi:

— Cały Rzym nie dziś, to jutro dowie się o bliskim powrocie znakomitego męża... Wolą jednak Aecjusza było, by pierwsza dowiedziała się jego oblubienica...

Diakonisy patrzą na Pelagię z niepokojem i urazą. A więc nie pomnoży grona świętych wdów! Jej zaś dopiero teraz uginają się kolana, a wielka bladość okrywa całą twarz. Opada na kamienną ławę, o wiele bardziej wzruszona niż wówczas, gdy spodziewała się biskupa Maksymina.

— A więc żyje? — pyta drżącym głosem i nie wiadomo czy to radość, czy raczej przykre zdumienie i jakby zawód a żal przyprawiają głos jej o to drżenie.

— Żyje, najdostojniejsza, i — jak rzekłem — wraca niezadługo do Rzymu...

Spojrzała nań uważnie. Do serca wkradać się poczynała nagła nieufność. A może to jakiś agens in rebus Placydii, umyślnie nasłany, by się wywiedzieć, czy nie wie czego Pelagia o swym oblubieńcu?...

— Kim jesteś, szlachetny panie? — spytała surowym badawczym głosem.

— Imię moje Marcellinus.

Nic jej to nie mówiło. Ani to, że — jak się zaraz potem dowiedziała — pochodzi z Dalmacji.

— Widziałeś Aecjusza?

Roześmiał się, tak jakby zgadywał przyczynę jej nieufności.

— Piętnaście miesięcy minęło w ostatnie pridie idus — zawołał — jak w burzliwą noc samotny wędrowiec zapukał do drzwi mojego domu. Poznałem go od razu. On zaś odgadł to i rzekł: „Nie znam twego imienia, ale od dziś należy już ono do dziejopisów, cokolwiek byś ze mną nie uczynił". Przez całą wiosnę ukrywałem go u siebie, i to tak dobrze, że nie tylko szczwacze i legawce Augusty, od których roiły się Dalmacja i Adriatyk, ale nawet ty, o najdostojniejsza, nie wiedziałaś, gdzie jest Aecjusz...

— Rzekłeś; przez całą wiosnę. A oto druga minęła już wiosna i lato, i jesień już mija... Skądże więc wiesz, że teraz — gdy tu stoimy — żyje jeszcze Aecjusz... że żył rok temu?...

— Widziałem go w same wrześniowe idy. najdostojniejsza... powiem dokładnie, gdzie: u granic Panonii... w mieście Brygecji... Kazał cię pozdrowić i rzec, że niezadługo ujrzysz go w Romie...

Z kolei zaśmiała się Pelagia.

— Powitam go chętnie, jak przystoi przyrzeczonej mu niewieście. Ale czy równie chętnie powita go Italia, miasto, senat, a przede wszystkim wieczna Augusta?...

— Zapewniam cię, najdostojniejsza, że powitają go jako patrycjusza tak samo chętnie, jak przed ośmiu laty witali w nim comesa domesticorum... Aecjusz nie sam bowiem wraca... towarzyszą mu mnogie tysiące huńskich wojowników... Właśnie gdy skończyła się owa pierwsza wiosna, pożegnał mię najdostojniejszy wygnaniec i udał się do swego starego przyjaciela, króla Rugili... A że władca Hunów nie okazał się Eolem..

— Cóż to za Eol? — przerwała mu zdziwiona.

— Eol, najdostojniejsza? — Spojrzał na nią równie zdziwiony. — Wszak to ów bóg wiatrów, który Ulissesowi...

— Bóg wiatrów?! — zawołała w najwyższym oburzeniu. — Ty wierzysz w jakiegoś boga wiatrów, szlachetny Marcellinie?...

— Wierzę w innych jeszcze bogów, najdostojniejsza... we wszystkich bogów, silnych, mądrych i pięknych... Oto i teraz, gdybym nie był już do dna wychylił kielicha z massykiem, jakim uraczył mię twój majordomus, z ochotą i skwapliwością strąciłbym kilka kropel na cześć bogini Wenus, aby przebłagać gniew jej i zazdrość... Bo zaiste nie może ich nie żywić na widok tej, która jak samo Szczęście wejdzie do łożnicy wielkiego męża, co raczy zwać mię swym synem...

Gniewnie zmarszczyła brwi.

— Albo drwisz sobie ze mnie, albo kłamiesz, młodzieńcze. Nie wierzę, by najprześwietniejszy Aecjusz zwał swym synem poganina, wyznawcę obmierzłych bogów i wszetecznych bogiń...

Marcellinus wzruszył ramionami.

— Najprześwietniejszy Aecjusz. — odpowiedział z tym samym co poprzednio uśmiechem — zbyt wiele widział w swym życiu najprzeróżniejszych krajów, ludów, świątyń i ołtarzy, by nie rozumieć, iż zaprawdę tylu prawie jest bogów, ile serc ludzkich...

Tak, teraz dla Pelagii wszystko jest jasne. Wie już, dlaczego na pierwszy rzut oka Marcellinus wydał jej się śmiesznym. I jakże to się dzieje, że dopiero teraz rozumie, choć przygląda mu się od tak dawna?!... Oto młodzieniec ów miał brodę, rzadką, śmieszną, dziwnie nie pasującą do jego twarzy, a niezwykle troskliwie wyhodowaną — jednocześnie zaś jakby umyślnie zaniedbaną i przesadnie niechlujną... Podobną brodę widziała Pelagia u jednego z Aureliuszów Symmachów — mówił jej wówczas Bonifacjusz, iż w ten sposób czczą poganie pamięć cesarza Juliana, obmierzłego apostaty... Ale Symmachus przynajmniej nie był dojrzałym mężem! Ten zaś naprawdę jest tylko śmieszny. Na niego nawet oburzać się trudno. Równie jak i o to, co mówi...

— A jeśli nawet, jak raczysz mniemać, najdostojniejsza, Aecjusz wierzy w jednego Boga — w Boga chrześcijan, to zaprawdę ta jego wiara nie przeszkadza mu miłować i cenić tych swych przyjaciół i bliskich, którzy wierzą inaczej — kończy poprzednią myśl Marcellinus i zaraz dodaje, zupełnie innym już tonem: — Ale już cię pożegnam, najdostojniejsza. Muszę dziś jeszcze zanieść pozdrowienie od Aecjusza najprześwietniejszemu Herkulanowi Bassusowi.

Resztę dnia spędziła Pelagia jak w gorączce. Nie czytała żadnej nabożnej księgi, nie mówiła wcale z córką o prawdziwej wierze, nie pokazała już się więcej na oczy majordomusowi ni diakonisom. Choć ogromnie podniecona, była przecież zupełnie spokojna o to, co ma uczynić. Nie wierzy jeszcze, by Aecjusz wrócił, ale jeśli wróci, stanie się zadość ostatniej woli Bonifacjusza. Co dziwniejsze — gdy myśli o tym, doznaje nawet uczucia pewnego zadowolenia, którego źródła nie może przecież w swych myślach się doszukać. Dopiero w nocy, gdy obudziła się nagle po krótkim śnie — zaledwie pomyślała o tym, od razu pojęła, co ją ucieszyło. Aecjusz na pewno jest dobrym chrześcijaninem, ale może istotnie wiara jego nie przeszkadza mu miłować i cenić takich, co wierzą inaczej — jak mówił Marcellinus. Gdy zasypiała ponownie, na twarzy jej igrał radosny uśmiech: skoro Aecjusz przyjaźni się z poganami, na pewno nie będzie krzywo patrzył na odmienne od swego wyznanie żony. A to przecież najważniejsze.

2

— …Jeden z nich miał srebrne krążki na lorice, drugi mosiężne... Poznałem: prepozyt i setnik... I to nie z auxiliów — ze szkoły protektorów... Prepozyt wyrywał setnikowi mizerykordię z ręki i krzyczał: „Jeśli Chrystusa się nie boisz, to pomyśl... pomyśl, głupcze, że przecież Aecjusz jeszcze wróci!"

Głos Bassusa drgał głębokim wzruszeniem, jakby to on sam był owym prepozytem, co zaklęciem na powrót aecjuszowy ratował towarzysza przed samobójczą śmiercią.

— Widziałem na własne oczy! Słyszałem tak dobrze, jak przed chwilą wszyscyśmy słyszeli najmędrsze słowa najprześwietniejszego Wiriusza Nikomacha! Zaprawdę, to był głos ludu, ojcowie! Vox populi — vox Dei... viri illustres! viri spectabiles! viri clarissimi! A co najważniejsze — na ustach mówcy zaigrał szczerze wesoły, ale zarazem jakby ironiczny uśmiech — był to głos ludu zbrojnego, o patres conscripti! Zapytajcie któregoś z nich: kto jest nasławniejszym mężem cesarstwa?... Każdy odpowie bez wahania: Aecjusz. Kto wiódł was na łup i zwycięstwo? Aecjusz. Kto jedynie godzien, by wami dowodzić, tak byście go czcili, bali się i kochali zarazem? Aecjusz.

Urwał, by otrzeć chustą spływający z twarzy gęstymi kroplami pot — skorzysta z tej przerwy konsul Petroniusz Maksymus, szybko wbiegnie na mównicę i zawoła:

— Aecjusz, Aecjusz. wciąż Aecjusz! Zaprawdę godzien, byśmy o nim tylko mówili! Któż bowiem tyle dźwiga na sobie zbrodni i grzechów przeciw majestatowi i prawu?! Aecjusz. Kto podstępnie zgładził najchwalebniejszego Feliksa, by sięgnąć po osierocony patrycjat? Aecjusz. Kto podeptał prawo i wolę wiecznej Augusty, odmawiając posłuchu dla prawnie mianowanego patrycjusza? Kto wszczął po trzykroć zgubną wojnę domową, która tę jeno korzyść przyniosła, że wykazała całą nieudolność i śmieszność żądań buntownika? Kto? Zaprawdę nikt, tylko Aecjusz. I kto stoi dziś u granic Italii grożąc krajowi i miastu ogniem i mieczem? Kto przeciw własnej ojczyźnie zwraca dzikość i moc tysięcy barbarzyńców? Rzekłem: Aecjusz.

Zaledwie skończył, okropna wrzawa wybuchła między wszystkimi krzesłami i na wszystkich ławach. Jak stado białych gołębi zatrzepotał nagle cały senat skrzydłami białych kurulnych tog.

— Recte dicis, Herculane! — wołali Bassowie, Waleriusze,. Symmachowie i Wiriusze.

— Recte, Maxime! — grzmieli Paulini, Grakchowie i najliczniejsi Anicjusze.

— Aecjusz! Aecjusz! Chcemy Aecjusza! — coraz głośniej, coraz natarczywiej i odważniej krzyczeli pierwsi.

— Nie chcemy — to Tarkwiniusz! Katylina! Koriolan! Wrogów Rzymu na pomoc sobie ściąga... obcą grozi przemocą!.. Zdrajca! Koriolan! Koriolan! Koriolan! — topili wołania tamtych w głośniejszej wrzawie zwolennicy Maksymusa, który czując za sobą liczebną przewagę, triumfującą twarz obrócił ku siedzącemu na wzniesieniu patrycjuszowi cesarstwa i uroczystym, choć nieco ochrypłym głosem powiedział:

— Racz donieść wiecznej Auguście, najchwalebniejszy i najprześwietniejszy Sebastianie, że senat miasta — równie jak jej wieczność — rozumie i czuje, że jak przed wiekami, tak i dziś nie masz w Rzymie miejsca dla Koriolanów...

— Jaka szkoda, że najprześwietniejszy konsul ma tak mało pociągające oblicze — padł nagle czyjś głos z tylnych ław. — Nie będzie mógł nam zastąpić ani Weturii, ani Wolumni..

Cała ogromna sala zatrzęsła się jednym potężnym wybuchem śmiechu i burzą oklasków. Petroniusz Maksymus zbladł, nim jednak zdołał coś powiedzieć. Herkulanus Bassus znowu zażądał głosu.

— Nie czas teraz na żarty i śmiechy, przesławni ojcowie — rzekł z powagą, niemal surowo. — Italii i miastu grozi niebezpieczeństwo dziesięćkroć większe niż nieszczęsnej pamięci najazd Alaryka. Sto tysięcy Hunów pod samym królem Rugilą czeka tylko na znak...

— Który ma dać uwielbiany przez najprześwietniejszego Bassusa Aecjusz — przerwał mu Sebastian. — Zaiste widowisko godne dziejopisów! Gdy wyjęty spod prawa wygnaniec grozi najazdem najdzikszej tłuszczy, przesławni ojcowie rozważają, czy...

Nagle spurpurowiał cały z gniewu, wielkie żyły nabrzmiały mu na czole i zaciśniętych pięściach, młoda twarz od razu zestarzała się o dziesiątki lat.

— Nie macie co rozważać! — huknął na całą salę. — Nie jesteście władzą.. jesteście sługami majestatu i gdy majestat zechce, pójdziecie wszyscy do pierwszego szeregu auxiliów walczyć z Hunami Aecjusza! kopać rowy! karmić sobą sępy!

Petroniusz Maksymus z wściekłością i rozpaczą gryzł wargi. Każde słowo Sebastiana to cios w stronnictwo przeciwaecjuszowe. To samo z radością pomyślał Bassus i ogarniając spojrzeniem przycichła w najwyższym wzburzeniu salę, rzekł:

— Złą przysługę oddajesz wiecznej Auguście i majestatowi, najchwalebniejszy patrycjuszu! Oto masz tu przed sobą osiem setek przedstawicieli najdostojniejszych rodów Romy. Spójrz na nich: każdy z nich myśli inaczej, ale wszyscy czują jednako: nie jesteśmy w Persji, najchwalebniejszy... ani w dalekiej krainie Sinów... Niczyimi nie jesteśmy, a jeśli tak się mienimy, to dlatego jedynie, by uczcić majestat... czyj? Majestat wiecznej Romy, wcielony w osobę pierwszego obywatela rzymskiego — imperatora... Tak, najchwalebniejszy, pierwszy spomiędzy wolnych obywateli którymi rządzi...

Rzucił wymowne spojrzenie na cztery rzędy ław, wypełnione samymi Bassusami — Lekaniuszami i Herkulanami. Jak jeden mąż zawołali:

— Prawo!

Teraz klaskali już nie tylko zwolennicy Aecjusza, ale Grakchowie, Paulini. Krassowie, Korneliusze i znaczna część Anicjuszów. Herkulanus Bassus zaś ciągnął dalej:

— Dobrzeście rzekli, przesławni mężowie: prawo. Owo prawo, które zabrania karmić senatorami sępy, a które wymaga, by w chwili grożącego granicom Italii niebezpieczeństwa naczelny wódz, patrycjusz, magister utriusque militiae znajdował się przy wojsku, nie zaś w murach miasta..

Ostatnie słowo utonęło w nowej wrzawie i burzy oklasków. Patrycjusz. śmiertelnie pobladły, przeszył Bassusa nienawistnym spojrzeniem, potem obrzucił okiem salę, jakby chciał zapamiętać sobie twarze krzyczących, wreszcie rzekł:

— Nie ma żadnego niebezpieczeństwa, Aecjusz siedzi w Brygecji od kilkunastu miesięcy i gdyby mógł, dawno by już zagroził nam Hunami. Nie dopiero teraz, gdy wam to wygodnie, przesławni mężowie... A prawo, o którym mówicie?... Najprześwietniejszy Bassusie, sam nie wierzysz w to, co mówisz! Czyż nie rzekłeś przed chwilą: głos zbrojnego ludu. oto głos Boży! Ale nie głos zgranych w kości setników i pijanych prepozytów, najprześwietniejszy mężu. Głos wodzów, za którymi stoją auxilia, domestici, legiones palatinae...

I znowu zerwały się huczne oklaski. Stronnictwo przeciwaecjuszowe, ponownie zdobyło przewagę, przeciągając znów do siebie Krassów, Korneliuszów i Grakchów. Po czym zapadła chwilowa cisza, którą przerwało żądanie głosu przez wsławionego i możnego Faustusa Acyliusza Glabriona. Pragnął przeczytać senatowi jakiś list.

— ,,Flavius Sigiswultus Acilio Fausto, vivo illustri, salutum" — zabrzmiał jego spokojny, równy głos. — ,,Pytasz, mężu najprześwietniejszy, czy istotnie grozi jakieś niebezpieczeństwo Italii i czy możemy polegać na dowodzonych przeze mnie wojskach. Piszę: przeze mnie. gdyż najchwalebniejszy patrycjusz nie przybył jeszcze nawet do Rawenny, choć niebezpieczeństwo jest tak groźne, że nawet owo sprzed ośmiu lat — gdy Aecjusz jak dziś prowadził za sobą chmary Hunów — nie może być z nim porównane. Prowadzi bowiem sto tysięcy pogan sam król Rugila, który dopiero wrócił z wojny, jaką od roku toczył w Mezji z wodzami partium Orientis..."

— Oto odpowiedź na to, coś raczył mówić przed chwilą, najchwalebniejszy patrycjuszu — zwrócił się do Sebastiana z triumfującym uśmiechem Bassus. — Oto dlaczego dopiero teraz ruszył się Aecjusz...

— „Co zaś tyczy się wojska — czytał dalej Faustus — to może by i potrafiło stawić czoło Hunom lepiej niż przed ośmiu laty. ale... — Faustus urwał na chwilę, przeczekał, aż gorączkowe podniecenie sali dojdzie do szczytu, i nagle cisnął w martwą ciszę: — ...ale wojsko nie chce walczyć przeciw Aecjuszowi, który zresztą dziś jest czterykroć silniejszy niż wówczas po straceniu Jana!... A oto dlatego, że idzie za nim dwakroć tyle Hunów, co wtedy... że prowadzi ich sam król... i wreszcie dlatego, że wówczas szedł na Italię nieznany nikomu przyjaciel uzurpatora, a dziś idzie wódz, pod którym prawie każdy z moich żołnierzy walczył i zwyciężał, każdy go widział w boju i każdy niemal uzyskał odeń przyjazne słowo, życzliwy uśmiech lub nagrodę... Gdy rozmawiam z żołnierzami, każdy — od comesa do ostatniego łucznika — daje wyraz przekonaniu, iż Aecjuszowi stała się wielka krzywda, i zaprawdę bardzo nieroztropnie, mężu najprześwietniejszy, czynią ci doradcy wiecznej Augusty, którzy pragną przymierza z królem Teodorykiem przeciw Hunom i Aecjuszowi... Sam jestem Gotem, ale wiem, że żołnierze, którzy pod Aecjuszem dwakroć rozgromili Gotów pod Arelatem..."

— Oto prawdziwy glos ludu zbrojnego — zawołał nagle Sekstus Petroniusz Probus. — Czyż trzeba czegoś nadto, przesławni ojcowie?...

— Tak, trzeba czegoś nadto — rzekł Herkulanus Bassus. — Posłuchajmy ostatnich słów listu prześwietnego Sygiswulta.

Sebastian zerwał się z miejsca.

— A więc to zmowa! zdrada! — krzyknął. — Bassus z góry wie, co czytać będzie Glabrio Faustus!

Nikt jednak nie zdawał się zwracać na niego uwagi. Senatorowie jak jeden mąż opuszczali krzesła i ławy cisnąc się tłumnie do mównicy, by lepiej słyszeć.

— „Dziwię się, że najprześwietniejszy Petroniusz Maksymus nie pokazał ci, przesławny mężu, listu, jaki doń wysłałem w same kalendy. Sądzę jednak, że na pewno to uczyni, gdy się dowie, iż Aecjusz. który niczego innego nie pragnie, jak współpracy z senatem, rzekł: »Nie rozumiem tej współpracy bez czynnego w niej udziału najprześwietniejszego Maksymusa...«".

Dziesięć długich, pełnych doświadczeń i przeżyć lat nie uczyniłoby z młodego Sebastiana męża tak dojrzałego, jakim się stał w ciągu tych kilku chwil, słuchając z twarzą zasłoniętą togą zupełnie nie panującego już nad sobą głosu Petroniusza Maksymusa:

— Oto ów list... oto on... „Flawiusz Sygiswult najprześwietniejszemu Petroniuszowi pozdrowienie. Byliśmy razem przy łożu konającego Bonifacjusza, mężu przesławny. I wówczas po raz pierwszy ujrzałeś, jak płacze Sygiswult. Dlaczego płakałem? Zapytaj o to wiecznej Augusty. Rzekła mi kiedyś: »Sygiswulcie, wierny sługo, czy chciałbyś być naczelnym wodzem wojsk Zachodu?" "Jeszcze nie, o wieczna." Zdziwienie odmalowało się na świętym obliczu. "Czemuż to, Sygiswulcie?« Odrzekłem jej wieczności to samo, co odrzekłbym Bogu, gdyby zapragnął powołać mnie niegodnego na swoje tono: "Jeszcze nie, o Boże, wszak nigdym jeszcze nie walczył pod Aecjuszem«."

Czytając ów list, ułożony na życzenie Sygiswulta przez poetę Merobaudesa, Maksymus to bladł, to czerwieniał na przemian: och, jakże musi triumfować Bassus... jakże szydzą teraz wszyscy wrogowie Petroniuszów... Ale on już naprawdę nie był zdolny do panowania nad sobą. Współpraca z Aecjuszem?! Nareszcie! Nareszcie można zrzucić maskę... można stać się sobą!...

I żaden już głos wewnętrzny nie mówił mu o zamordowanym okrutnie a podstępnie Feliksie... i nic już nie wiedziała o tym pamięć, iż Aecjusz palił w Panonii kościoły... Zresztą nie on sam znajdował się w takim stanie ducha: cały senat oszalał. Nikt już nie krzyczał: „Katylina! Koriolan!"... Tylko Glabrio Faustus, który przecież najwięcej przyczynił się do zmiany usposobień, zawołał w pewnej chwili jakby ze smutkiem:

— I znów wszystko tak samo jak wówczas, gdy Aecjusz został comesem domesticorum...

— Wszystko inaczej... wszystko inaczej! — odkrzyknął triumfująco Bassus. — Czyż wówczas pytał kto senat o zgodę?!

Słowa te do szczytu doprowadzają szał radości najprześwietniejszych, prześwietnych i świetnych. Zapomniany zaś przez wszystkich najchwalebniejszy patrycjusz cesarstwa płacze bezgłośnie pod togą, oparty zbolałym młodzieńczym czołem o złotego dwugłowego orła, zdobiącego poręcz patrycjuszowego krzesła. Ale oto rozsuwają się fałdy togi i nagle wielka ciężka łza opada na tę z orlich głów, która patrzy na zachód.

Łza szybko obeschnie i nie zostawi nawet śladu na złotolitej głowie, którą po sześciu tygodniach za gardło porwie nagle oratorskim gestem ręka patrycjusza cesarstwa. Szeroka, pierścieniami okryta ręka. Nie ośmiuset — ale tysiąc ośmiuset tłoczących się w okropnym ścisku senatorów pojmie ów ruch jako obraz barbarzyńców opadających Zachód... tych barbarzyńców, od których uwolni imperium nowy patrycjusz. Przy słowie: uwolni uścisk się nieco rozluźnia, ale orla głowa, gdyby mogła czuć, widzieć i rozumować, na pewno by stwierdziła, że to nie barbarzyńcy, jeno szeroka, pokryta pierścieniami ręka ścisnęła jej gardło. Nowy patrycjusz z wysokości wspaniałego krzesła rzuca między zbite głowy i serca mocne, władcze, dźwięczne słowa, a na każde z nich sala odpowiada nieprzytomnym rykiem-

— Ave, vir gloriosissime! Ave, ave! ave! Już go porywają na ręce — senatorzy, żołnierze, mieszczanie. Któż bowiem przywrócił dawne znaczenie senatu? Kto poprowadzi do nowych zwycięstw?.. Kto sprawił, że król Hunów nie najedzie już Italii i miasta? Obok niego niosą na rękach Sygiswulta, Bassusa, Petroniusza Maksymusa. Potok ludzki płynie od Forum Romanum przez Argiletum i Vicus Patricus. wreszcie zatrzymuje się przed wspaniałą insulą. Wsuwając jedną rękę pod ramię Sygiswulta, drugą — pod łokieć Petroniusza Maksyma, patrycjusz kroczy tak samotrzeć przez pusty perystyl fauces, atrium, a gdy staje na progu triclinium. uśmiecha się i mówi:

— Flawiusz Aecjusz pozdrawia swą oblubienicę. Czy pamiętasz, coś przyrzekła najwspanialszemu z mężów w godzinie jego śmierci, Pelagio?

A ona:

— Nigdy nie zapomniałam. Gdzie ty Gajus, tam ja Gaja.

3

— Ależ tu ciemno jak w wozowni cyrkowej! Nawet nie wiem, gdzie jesteś... Dwieście kijów dostanie jutro przełożony cubilulariów... takie haniebne niedbalstwo! A może to święte diakonisy? Ciekawym: gdyby tak którą z nich zechciał jaki mąż wziąć sobie do łóżka, czy także by gasiła światła w łożnicy?!

Stojąca już za progiem Pelagia cicho westchnęła. Nie, daremne są jej nadzieje! Ciskane w ciemność słowa takim tchną rozdrażnieniem, a zarazem tak bezgranicznym zdziwieniem, że zaprawdę nie ma już co się łudzić, iżby cytatami z listów Pawła można było odmienić bieg nadchodzących rzeczy! A już tak wielką gotowa była ponieść ofiarę: chciała powołać się nie tylko na słowa patriarchy Attykusa. którego przecież uważała za heretyka, ale nawet na wszystko, co o małżeństwie, dziewictwie i wdowieństwie mówił i pisał wielki jej wróg — Augustyn hippoński! Teraz jednak już wie, że wszystko na nic, mówi więc tylko:

— To ja kazałam pogasić lampy, Aecjuszu!

— Ależ przecie ja chcę widzieć swoją żonę w łożnicy! — Głos jego, szybko wzbierający gniewem, wciąż jeszcze najsilniej rozbrzmiewa zdumieniem. — Czy ty kpisz sobie ze mnie, Pelagio?... Cóż to za dziewicza czystość?! Wszak już dawno...

Nagle przerywa samemu sobie i rzuca z progu w nieprzeniknione mroki sypialnej komnaty pytanie, nabrzmiałe równie silnie zdziwieniem jak głęboką urazą:

— A ty, czyżbyś naprawdę nie chciała mnie widzieć, Pelagio?... Czy mniemasz, że moje ciało nie warte bonifacjuszowego?!...

— Przecież cię tyle razy jeszcze zobaczę, Aecjuszu... Przyzwyczaiłeś się do kobiet, które znikają z loża skoro świt, i dlategoś taki niecierpliwy...

Ale on już nie słucha. Pelagia widzi, że postać jego nie przysłania już rozświetlonego czworokąta drzwi. Słyszy głośne dudnienie jego stóp o posadzki faucium, tablinum, wreszcie atrium. I już pędzi z powrotem. Niesie w ręku wielką, silne, jasne światło rzucającą lampę. Pełen jest gniewu i niepokoju. Cóżby miało znaczyć dziwne zachowanie się oblubienicy-wdowy?... Czemu kazała pogasić światła? Czyżby miała nogi jak laski albo skrzywioną łopatkę, albo wstrętnie zwisające piersi?... A przecież nie wygląda na taką. Zaraz ją obejrzy. Wszystkiego by się spodziewał, ale nie takiej sztuczki z gaszeniem świateł... I to właśnie wówczas, gdy przede wszystkim pragnie na nią patrzeć! Jakie to wszystko dziwne... jakie zupełnie inne... w niczym niepodobne do owej nocy poślubnej sprzed osiemnastu lat!

„Tak, w niczym niepodobne!" — powie sobie raz jeszcze, wchodząc do cubiculum i rzucając silny snop światła na postać spokojnie rozbierającej się Pelagii. Bo choć świetlisty krąg jak i wówczas przed osiemnastu laty przede wszystkim zagarnia w siebie dwie stopy, z których przed chwilą zsunęły się czerwone, złotem przetykane trzewiki — nawet te stopy — tak zdawałoby się podobne do siebie u wszystkich ludzi — w niczym nie przypominają Aecjuszowi córki Karpilia. Nic innego też w całej postaci ani zachowaniu się Pelagii nie przypomina mu pierwszej żony. Wdowa po Bonifacjuszu jest niezbyt wysoka, ale wysmukła i gibka... płeć ma matową, ciemną... oczy czarne, zawsze błyszczące — nawet wówczas gdy opadną na nie długie, jeszcze ciemniejsze rzęsy... Obojętnym — może nieco tylko zdziwionym spojrzeniem patrzy na zupełnie już niemal obnażonego Aecjusza: ani słowem też się nie odezwie, gdy lampę przybliży pod same jej piersi. Obnażonymi, bardzo ciemnymi ramionami wyjmuje z lśniących splotów długie złote szpilki, a skończywszy z nimi, zaczyna zdejmować szeroką purpurową wstęgę, poczwórnym diademem opasującą kształtną, choć nieco za krótką głowę Gdy zaś włosy niby gęste kłębowisko czarnych wężów ześlizną się szybko na ramiona, piersi i plecy — zręcznym ruchem zrzuci z siebie ciężką, złototkaną czerwoną suknię, pozostając w samej tylko tunice talaris.

Nocna szata, jaką w noc poślubną przed osiemnastu laty miała na sobie córka Karpilia — jaskrawo czerwona, z grubej tkana wełny, odsłaniała całe piersi i nogi aż poza kolana; tunica talaris Pelagii okrywa ją całą od szyi aż po kostki, ale uszyta z drogiej delikatnej tkaniny, jaką z dalekiego kraju Sinów sprowadza dla elegantek Zachodu kupiec aleksandryjski Dominus — wydaje się być jedynie przejrzystą zasłoną, której bladoróżowy kolor przedziwne tworzy połączenie z ciemnym ciałem numidyjskiej dziedziczki. Aecjusz już wie. że żona jego nie ma ani łydek jak laski ani krzywych łopatek, ani wstrętnie obwisłych piersi. Pochłania ją wzrokiem tak chciwym i tak promieniującym, że Pelagia zaczyna odczuwać niepokój' czy nie zgrzeszyła wkładając na się tę kosztowną tunikę, której tak zazdrościła jej pasierbica?...

Aecjusz zaś doznaje uczucia ogromnego zadowolenia: przed czterema miesiącami rozpoczął czterdziesty piąty rok życia, a więc daleko już ma za sobą te lata, gdy mężczyzną, jego czynami i myślami kierują wszechwładnie żądze cielesne, których on, Aecjusz, nigdy zresztą nie był niewolnikiem. Ale długie miesiące, jakie do niedawna musiał spędzać wśród Hunów, zrodziły w nim przemożną tęsknotę za pięknem kobiecego ciała i oblicza. Na pewno ani córka Karpilia, która dawnymi laty syciła — ani Pelagia, która odtąd będzie sycić jego żądzę, istotą swej kobiecości prawie wcale się nie różniły od huńskich niewiast, pieszczotami swymi wypełniających Aecjuszowi smutne noce wygnania. Ale biorąc z ich ust, piersi i bioder rozkosz nie mniejszą od tej, którą w swoich ustach, piersiach i biodrach taiły pierwsza żona i Pelagia — za zawadę tylko uważał wszelkie światło, okrutnie odsłaniające całą niewypowiedzianą brzydotę kobiet szczepu huńskiego... brzydotę, której widok — nawet w nim, tak bardzo zżytym z tym ludem! — zdolny był z łatwością ugasić i zniweczyć najpotężniejszą nawet żądzę, budząc zarazem przemożną, bolesną tęsknotę: za kobiecą pięknością. I oto ma ją przed sobą.

— Proszę cię, zdejm i tę też szatę z siebie, Pelagio... W głosie jego brzmią tony miękkie i delikatne, takie, jakich nigdy nie słyszeli w tych ustach ani Placydia, ani Bonifacjusz, ani Bassus ni Feliks, Kasjodor, Andewotus ni król Rugila

— Nie, Aecjuszu.

I więcej ani słowem nie odezwała się tej nocy, choć przecie po kilku godzinach Aecjusz, obficie napojony, a nawet przesycony i znużony już miłością, zaczął zasypywać ja pytaniami, które zadawał głosem coraz bardziej sennym, ale wciąż pełnym szczerego zainteresowania i zdziwienia Nie otrzymawszy jednak żadnej odpowiedzi zasnął, by obudzić się dopiero wtedy, gdy słońce będzie już wysoko na niebie.

Spał jak zawsze bez żadnych snów. Obudziwszy się, przypomniał sobie od razu najdokładniej wszystko, co się z nim działo tuż przed zaśnięciem. Spojrzał na Pelagię. Ciemna barwa jej ciała jeszcze więcej zyskiwała w świetle promieni słonecznych. Wzrok jego ponownie ze szczerą radością, choć i całkowicie wyzbyty z żądzy, błądzić począł po całej jej postaci. Z ogromnym zdumieniem spostrzegł, że za szybko, za wysoko — jak na poranny sen — falowały ciemne piersi, prawie nietknięte działaniem czasu: pięciu lat małżeństwa i macierzyństwa... Coraz bardziej zdziwiony wzrok Aecjusza ześliznął się wreszcie na twarz… na usta.. na policzki... na oczy szeroko rozwarte... Nie spała! W spojrzeniu jej wyczytał rzeczy tak dziwne i niepojęte, że natychmiast nachylił się nad nią, prawie dotykając twarzą szeroko rozchylonych nad zaciśniętymi zębami warg... I nagle wgryzły się weń te wargi... Ciemne, gibkie ramiona w okamgnieniu oplotły całego potężnym wężowym uściskiem... tak dobrze znana twarz odmieniła się nie do poznania, przeobrażona żądzą tak oszalałą, że czterdziestopięcioletni Aecjusz nie mógł się powstrzymać, by nie cofnąć się instynktownym ruchem niedorostka i nie zapytać drżącym szeptem:

— Co ci jest?...

Ogromne oczy patrzyły weń z dzikim rozkochaniem się jakby nie pojmując, co mówił.

— Nie wiedziałam... nie wiedziałam, że miłość to takie szczęście... — usłyszał wreszcie po długiej, długiej chwili. Drgnął całym ciałem.

— Przecieżeś wdowa! — zawołał w najwyższym zdumieniu.

4

W najbliższe wrześniowe nony osiem lat minie od owego wieczora, kiedy to w kartagińskim domu Pelagiuszów odbywały się zaślubiny ostatniej dziedziczki rodu z potężnym comesem Afryki. Na morzu szalała wówczas burza: pro-konsul Georgiusz. który spóźnił się na ucztę weselną, przyniósł smutną wiadomość, iż w pobliżu portu kothońskiego zatonęła mała zbożowa galera i osiemnaście rybackich łodzi. Silny wicher, nacierający z północy, od strony Megalit, nie dochodził wprawdzie aż pod samą Byrsę, na której stokach wznosił się dom Pelagiuszów — hamowały bowiem siłę jego naporu wysokie mury akweduktu; przecież prowadzona do sypialnej komnaty oblubienica wyraźnie słyszała głuchy. żałosny pojęk wiatru, jak najlepiej odpowiadający ówczesnemu jej usposobieniu. Bo choć Bonifacjusz podobał jej się bardzo — urodziwy był, a taki dworny i delikatny w całym swym obejściu — raz po raz nadto rozpierała ją duma, iż będzie najdostojniejszą matroną Afryki (prokonsul Georgiusz nie był żonaty); przecież przestępując próg cubiculum. gdzie czekało już szerokie, miękkimi tkaninami wyścielone łoże — doznawała wrażenia, iż przestępuje próg bramy piekielnej, która zatrzaśnie się zaraz z hukiem i szczękiem, odcinając ją na zawsze głuchym, nieprzebytym murem od wszystkiego, czym dotąd żyła: od modlitwy i świętych obrządków... od nadziei na zbawienie... od Boga samego... Zdawało jej się, że trawiący ją wewnętrzny ogień... ogień wstydu i strachu — to już początek wiecznych płomieni, które palić ją będą zawsze... zawsze... bez końca!. a nie spalą nigdy... Pojęk wiatru zamieniał się raz po raz w poświst i wówczas Pelagia była pewna, że słyszy śmiech samego szatana... Za często stykała się z donatystami i ich surową nauką, by dać się uspokoić zapewnieniom, że to, co do południa jeszcze było najstraszliwszym grzechem — najokropniejszą obrazą Boga — teraz jest już czymś zupełnie niewinnym i koniecznym; przeciwnie zaś: grzechem będzie odtąd nieposłuszeństwo i wszelki opór, jaki by stawiała woli małżonka, wzbraniając się zaspokoić sobą — ilekroć zechce — jego żądze. O tym, co za chwilę się stanie, miała Pelagia bardzo mętne wyobrażenie: potrzeba przedłużania rodzaju ludzkiego, wstyd, ból, strach, jakaś grzeszna nieczysta przyjemność, a zarazem ohyda i wstręt — wszystko to mieszało się w jej myślach i uczuciach, w przeczuciu i świadomości — w jakąś straszliwą, szatańską orgię, nie wiedzieć czemu uświęconą uroczystościami rodzinnymi, powagą obrzędów i błogosławieństwem kapłańskim. Jedno tylko wiedziała na pewno: dziewiczość, która zbliżała ją do Chrystusa, aniołów i nieba, opuści ją na zawsze... odejdzie bezpowrotnie, a wraz z czystością ciała skalana zostanie ohydnie i czystość jej duszy... Gdy służebne kobiety zbliżyły się do niej, by rozebrać z szat i przygotować na przyjęcie oblubieńca — w oczach Pelagii odmalował się taki strach i taka męka, że stara siostra jej ojca, która zastępowała tego dnia nieżyjącą matkę, choć sama wdowa, ogromnie surowa i wstydliwa, nie mogąc dłużej znosić tej jej męki, szybko podeszła do siostrzenicy i siląc się na wesoły, niemal płochy uśmiech, szepnęła jej do ucha:

— Raduj się! Na swą cześć przysięgam, że czeka cię dziś największa rozkosz, jakiej na tym świecie zaznać może kobieta...

— Jesteś ogromnie dobra — prawdziwa matka. Tak mię chciałaś wczoraj uspokoić i pocieszyć! — rzekła do niej nazajutrz w południe Pelagia, ze czcią i wdzięcznością całując starczą, pomarszczoną dłoń.

Stara kobieta ze zdziwieniem spojrzała w jej uśmiechniętą twarz, gdy zaś siostrzenica usiadła u jej nóg na małym stołeczku i poczęła szczerze, swobodnie opowiadać o wszystkim, co przeżyła tej nocy — zdziwienie owo przekroczyło już wszelkie granice. Nie było żadnej rozkoszy, nawet przyjemności najmniejszej — ale też nie doznawała wcale bólu, ohydy ni uczucia skalania się i upadku — jedynie zmęczenie, a potem niemal znudzenie... I nic już teraz nie rozumie! Gdzież więc się tai owa okrzyczana grzeszna, szatańska rozkosz? gdzie się znajduje ta straszliwa granica między dziewiczością a upadkiem?... Czegóż właściwie kazano jej się bać i czego od najwcześniejszych lat uczono się wstydzić? Wydaje się jej, że mogłaby zupełnie nago wyjść na ulicę — naprawdę nie może pojąć, gdzie w tej nagości i w czynności tworzenia nowych ludzi czai się nieczystość i grzech?!... Na wszystko, czego od niej mąż żądał, godziła się bez ochoty, ale i bez niechęci. Jednego tylko nie rozumie: czemu twarz Bonifacjusza raz po raz tak bardzo bladła, a oczy powlekały się dziwną mgłą?!

Stara kobieta, która zrazu przerażona, zgorszona, zatykała sobie palcami uszy — słuchała teraz z wytężoną uwagą i nie tylko już ze zdumieniem, ale z podziwem i zazdrością. Jakież zupełnie inne były jej własne wspomnienia z lat małżeństwa!... wspomnienia, których tak bardzo wstydziła się przed samą sobą i za które aż do ostatniego tchnienia płacić będzie sprawiedliwości Bożej najsurowszą pokutą i umartwieniami!

— Córko moja — rzekła podnosząc się uroczyście ze swego miejsca, gdy Pelagia zakończyła wreszcie swe wyznanie — ciesz się i dziękuj Panu Niebieskiemu... Oto spodobało Mu się zlać na ciebie, drogie dziecię, moc tak ogromną, a tak rzadką, że zazdrościłyby ci jej, gdyby wiedziały, mnogie tysiące kobiet... Bacz więc, byś roztropnie a zgodnie z wolą Bożą użytkowała władzę, jaką raczył dać ci Pan nad potężnym Bonifacjuszem... władzę, tę samą, którą niegdyś walczące z Panem piekło darzyło Ewę, Dalilę, Jezabel...

Długo mówiły ze sobą tego dnia Pelagia i stara siostra jej ojca — a gdy wreszcie odeszła do swych komnat, młoda małżonka comesa Afryki umyślnie obrała jak najdłuższą drogę do triclinium, gdzie czekał na nią mąż: dłuższego bowiem potrzebowała czasu, by odpędzić precz z twarzy natrętny radosny uśmiech... uśmiech dumy i triumfu, płynący ze świadomości własnej potęgi, jeszcze przed kilku godzinami zupełnie nie przeczuwanej... Stara zaś kobieta goniła ją spojrzeniem, w którym bodaj że więcej niż podziwu było teraz dziwnego zamyślenia i nieomal współczucia. Choć stara, choć nabożna, wstydliwa, surowa i zadręczająca ducha i ciało pokutą — była przecież kobietą i naprawdę nie wiedziała, czy zgodziłaby się świat swych (grzesznych i przeklętych! — jak zawsze sobie mówiła) wspomnień zamienić na zaiste ogromną a rzadką moc, jaka przypadła w udziale Pelagii...

Moc tę oboje — Bonifacjusz i Pelagia — poczuli bardzo prędko. Gdy między małżonkami wybuchła pierwsza poważna sprzeczka, spowodowana listem biskupa kartagińskiego Aureliusza, który w jak najsurowszych słowach gromił tych prawowiernych, co poślubiają heretyczki — Pelagia przez całą oktawę nie pokazywała się mężowi na oczy, a kiedy raczyła wpuścić go do swej komnaty, żadnej mowy już nie było o liście Aureliusza. W pół roku zaś później, gdy którejś nocy Bonifacjusz trzymając już żonę w ramionach powiedział ze smutnym uśmiechem, iż powinna mu dać syna, który by został mnichem i przebłagiwałby Boga za oziębłość ojca w sprawach wiary — Pelagia spokojnie wyśliznęła się z jego objęć i otuliwszy się jakąś tkaniną, wyszła z komnaty wołając z gniewnym szyderstwem: „Do tego weź sobie inną niewiastę — nie heretyczkę!" I nie wróciła już tej nocy ani następnej — mimo gorących błagań i namiętnych zaklęć okrutnie dręczonego żądzą i rozpaczą męża. Ta jej przewaga, wypływająca z niewspółmierności uczuć i pragnień, jakie w sobie wzajem budzili, nie tylko pozwoliła jej wytrwać w wierności dla nauki Ariusza — ale uczyniła ją panią myśli i czynów nie tylko Bonifacjusza — rozkochanego w niej małżonka, ale i Bonifacjusza, głowy domu: patris familias. a nawet Bonifacjusza, comesa Afryki! Wszak uraza, jaką żywiła do Placydii za jej ciągłe wyrzuty, że przyjaciel Augusty zhańbił się małżeństwem z heretyczką — niemało przyczyniła się do zerwania Bonifacjusza z Rawenną: również jak na okrutne stracenie pokonanego wodza Maworcjusza nie pozostał bez wpływu jego list, w jakim, wyruszając przeciw zbuntowanemu comesowi Afryki, obwieszczał szlachetnym Afrykanom. iż jedzie nie tyle po głowę buntownika, ile po to, by w myśl słów Pisma odciąć jego prawicę, jako że gorszy wszystkich, zatruta śmiertelnym jadem herezji.

Wola Pelagii, triumfująca nad prawowitą władzą męża — patris familia, nie zawdzięczała przecież bynajmniej wszystkiego sprawom ciała i żądzy. Młoda małżonka nieraz ze zdziwieniem myślała o tym, że wszak Bonifacjusz, gdyby chciał, mógłby jej mocy przeciwstawić inne siły, i to niemniej potężne: mógł wypędzić ją z domu... publicznie zbezcześcić... zacząć morzyć ją głodem... wynaleźć jakieś udręki lub choćby nawet bić, jak to podobno nierzadko czynią z samowolnymi lub krnąbrnymi żonami inni mężowie... Przecież nieraz sam mówił ze smutnym uśmiechem: „Czemuż nie jestem inny?! Wtedy byś poznała, co to jest władza mężowska... Inni nie tak robią..." Ale nigdy nie uczynił nic takiego, co by robili z nią ci inni... Nigdy w niczym jej bezpośrednio nie skrzywdził... W chwilach największego choćby gniewu lub nawet zupełnie słusznego żalu nie tylko nie tknął jej palcem, ale nigdy nie ubliżył żadnym ostrzejszym słowem.

Robił za to wiele innych rzeczy, które ją tylko dziwiły i śmieszyły. Już w pierwszą noc po zaślubinach, zanim wziął ją w ramiona, złożył swą głowę na jej kolanach i tak trwał bez ruchu czas dłuższy, aż w końcu osunął się do samych stóp i z żarem począł całować długie, cienkie, lekko zakrzywione palce. Czytając kiedyś później zupełnie przypadkowo znaleziony w bibliotece ojca kodeks pogańskiego poety Marcjalisa o różnych osobliwościach miłosnych, jakie przejawiają się nieraz u ludzi, u mężczyzn zaś szczególnie — pomyślała odrzuciwszy ze wstrętem książkę: „A może to właśnie taka Bonifacjusza osobliwość?... Niewinna a śmieszna..."

Niebawem jednak zmieniła zdanie. 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.