Aeciusz-8

5

Wzrok Bonifacjusza tylko krótką chwilę bawił się widokiem złotej tęczy, która rzucona na całą szerokość ściany łagodnym, ale ostro bijącym w oczy łukiem wrzynała się między surową jednolitość szafiru a mieniącą się wszystkimi barwami mozaikę. Znacznie więcej zajęły go postacie, pod tęczą umieszczone: Chrystus z brodą (Bonifacjusz dopiero drugi czy trzeci raz w życiu oglądał brodaty wizerunek Zbawiciela!), błogosławiący bardzo długimi palcami za krótkich rąk Galię Placydię i Konstancjusza, w dziwaczny sposób mieszczących się na wspólnym, nieprawdopodobnie wąskim tronie o zielono-różowym obiciu.

— To syryjska mozaika — zaczęła wyjaśniać Augusta, która stała tuż obok, niemal dotykając Bonifacjusza ramieniem.

Patrycjusz jednak, nie odrywając oczu od ułożonej Z drobnych kolorowych kamyków twarzy Konstancjusza, skwapliwie skorzystał z pierwszej przerwy, jaką Placydia zrobiła dla przypomnienia sobie imienia syryjskiego artysty — i pospiesznie wrócił do poprzedniej rozmowy.

— Raz jeszcze błagam twoją wieczność — głos jego brzmiał miękkimi, głębokimi tonami. — Nim otrzymam z twych świętych ust ostateczny rozkaz, racz jeszcze raz wszystko rozważyć. Wszak chodzi o męża ogromnej sławy i zasługi... o niezwyciężonego wodza, zaprawdę — niech mi twoja wieczność wybaczy — równego temu oto wiecznemu twemu małżonkowi — wskazał ruchem głowy na mozaikowe oblicze Konstancjusza, ozdobione obfitą, piękną brodą, jakiej ten nigdy nie nosił.

— Stare księgi powiadają, że większych jeszcze wodzów zrzucano z Tarpejskiej Skały — odrzekła bez gniewu — a zresztą czyż my sami nie wysłaliśmy Maworcjusza, a potem Sygiswulta przeciw wodzowi, tak bardzo zasłużonemu dla nas i naszego imperium?!...

Piękna twarz Bonifacjusza stanęła w ogniach. Augusta przyglądała mu się czas jakiś z dziwnym uśmiechem, wreszcie cichym, nieco drżącym głosem powiedziała:

— Za jedno tylko winnam wdzięczność Aecjuszowi... Za schody Bazyliki Ursjańskiej... Spojrzał na nią nie rozumiejąc.

— Jakiż niedomyślny jest najchwalebniejszy patrycjusz cesarstwa — rzekła mu prawie szeptem. — Wszak gdyby Feliks żył, po dziś dzień byłby patrycjuszem... Nędzny Feliks, który omal nie pozbawił tronu najsilniejszej podpory...

— I jak mogłeś mu wierzyć! — zawołała znów głośno, z wyrzutem i prawie gniewnie.

Przecież zanim zdołał coś odpowiedzieć, już znowu ściszyła głos i prawie dotykając palcami dużej jego ręki, szepnęła:

— Ale teraz będziemy już tylko my dwoje przy wiecznym Auguście... Ty i ja, i nikt poza nami... Nareszcie... Nie cieszysz się, Bonifacjuszu?..

— Pragnąłbym się cieszyć, Augusto.

— Nie wierzysz w siebie?... boisz się Aecjusza?! Człowieku małego serca!... Wszak za tobą stoi Augusta, a za Augustą Chrystus... On zmoże przebrzydłe huńskie demony... On nie opuści gorliwej swej czcicielki i sługi umiłowanej...

— A gdyby?...

— Nie mów... nie mów... To niemożliwe. To nie do wiary. A zresztą, gdyby tak się stało — ale na Chrystusa, nie stanie się, Bonifacjuszu! — to wierzę: wieczny Teodozjusz nie odmówi gościnności i opieki swemu wiecznemu bratu, jego rodzicielce i najwierniejszemu ich słudze...

Długie, zwężające się ku paznokciom palce prawie już leżały na szerokiej, mocnej a delikatnej dłoni.

— Przenigdy, wieczna Augusto... Przenigdy, na Chrystusa i na zbawienie mojej duszy!... Nigdy już nie ujrzysz — chyba na ostatnim sądzie! — Bonifacjusza, znów pokonanego... znów uciekającego przed wrogiem... Jeśli zwycięży Aecjusz..

— Nie zwycięży... Ty zwyciężysz... musisz zwyciężyć!... Tylko przy tobie czuję się bezpieczna i silna... Wszak dopiero odkąd jesteś przy mnie, nie drżę o wiecznego Augusta... dopiero teraz spokojnie kładę się do łoża...

Dziwacznie małe uszy mozaikowego Konstancjusza na pewno nie usłyszały tego: łoża, ale przesadnie okrągłe, prawdziwie rybie jego oczy nie mogły nie widzieć, jak przy ostatnim słowie Augusty splotły się nagle w kurczowym uścisku dwie pary trzęsących się rąk, a kształtna ciemna głowa bezwładnie opadła na swą własną, w brązie rytą podobiznę. zawieszoną na dziwnie ruchliwym owej chwili łańcuchu,. Zmarły przed jedenastu laty żołnierz z Naissu zdawał się z całkowitą obojętnością dla spraw tego świata. a nawet z przyjazną wyrozumiałością dla cierpień i tęsknot surowego wdowieństwa — patrzeć na ów gwałtowny wybuch, w którym wszystko było dlań ludzkie, proste i zrozumiałe prócz jednego: jakżeż to się dzieje, iż Bonifacjusz nie tylko nie odsunął się, choćby najdelikatniej nawet, by chronić siebie i Augustę przed pokusą: on — taki skromny, wstydliwy i zawsze tak surowy dla siebie! — ale nadto, ściskając gorączkowo jej ręce, ogarniał przytuloną doń kobietę spojrzeniem tak tęsknym a zdradzającym tak wielki, bolesny i jakby dawno już niekojony głód miłości, jak gdyby wcale nie miał pięknej młodej żony, która dala mu dziecko i w której do szaleństwa był rozkochany?!

W mgnieniu oka przecież znaleźli się oboje w przeciwnych rogach tęczy. Bonifacjuszowi trzęsły się jeszcze ręce, a Placydii drgały gwałtownie kąciki ust i pospiesznie uderzały o siebie zęby.

A po chwili, gdy Bonifacjusz stał już na progu, Placydia rzekła zupełnie opanowanym, władczym głosem:

— Posłowie wrócili. Pojutrze senat ogłosi Aecjusza buntownikiem, uchwali wyjęcie go spod prawa i poprosi Augustę o powierzenie samemu patrycjuszowi dowództwa nad karną wyprawą. Niechże cię Chrystus prowadzi, najchwalebniejszy mężu!

Tej nocy nie przez dwie godziny, ale aż do samego świtu przechadzała się boso Augusta Placydia po grudkach ostrego żwiru. Nazajutrz nie mogła włożyć trzewików i dnia owego nikt nie dostąpił łaski patrzenia w święte oblicze majestatu

6

Jak w trwodze i rozpaczy skamieniałe niewiasty, żony wojowników — braci, do śmiertelnej ze sobą stających rozprawy — ze ściśniętym sercem i z zapartym tchem śledziły Galia i Italia rozpoczętą zaraz po idach styczniowych grę. Aecjusz — poprzedzany śniegami i przymrozkiem niby mandatorami swego gniewu i pomsty — z właściwą sobie szybkością przerzucił wojska z Belgiki do Recji i rozglądał się za najdogodniejszym przejściem przez Alpy, wówczas gdy Bonifacjusz dopiero wychodził z Rzymu, kierując się drogą Flamińską ku Rawennie. Wiódł Aecjusz około trzydziestu tysięcy ludzi, w tym ze cztery tysiące konnicy, czyli — jak obliczali znawcy w mieście — prawie wszystkie, wyłączając załogi miast, oddziały comitatenses Galii, które — prócz dwu legii — jak jeden mąż opowiedziały się za swym magistrem utriusque militiae. W ten sposób Galia zostawała całkowicie ogołocona z wojsk i wydana na łaskę federatów. Ci przecież nie ruszali się z miejsc, pochłonięci śledzeniem walki niezwyciężonego z Augustą, a przy tym tak urzeczeni jego wielkością, że ani na chwilę nie przestawali wierzyć, iż nie stanie się inaczej, niż mówił Aecjusz, który obiecywał — z tytułem patrycjusza i z głową bonifacjuszową zatkniętą na alańskiej włóczni — po dwóch tygodniach wrócić do Galii i rozprawić się jak najsurowiej z tymi federatami, którzy korzystając z jego nieobecności naruszą warunki przymierza. W Italii zdania były podzielone: znawcy w mieście twierdzili na ogół, że jeśli Bonifacjusz zdoła przeszkodzić Aecjuszowi w przeprawianiu się przez Alpy, to ostateczne zwycięstwo na pewno przypadnie Auguście; jeśli jednak Aecjusz wtargnie do Italii, to pociągnie za sobą załogi Akwilei, Mediolanu i stojące nad Padem auxilia: wówczas siły obu stron będą równe i jest rzeczą więcej niż wątpliwą, czy patrycjusz zdoła skutecznie stawić czoło niezwyciężonemu, chyba że się zamknie jak w Hipponie w którymś z warownych miast; za najodpowiedniejsze do tego znawcy uważali Mediolan, Patavium lub Ariminum.

W amfiteatrach atleci, w cyrkach — woźnice, zarówno biali, czerwoni jak niebiescy i zieloni, w teatrach tragicy, mimy, linoskoczki i sztukmistrze — wszystko to od razu jednego dnia przestało bawić obywateli wiecznego Miasta. Zakłady robiono już tylko o to, kto zwycięży: Aecjusz czy Bonifacjusz?... przede wszystkim zaś o to, co zrobi zwycięzca z pokonanym i pojmanym przeciwnikiem... Na ogół więcej interesował los Aecjusza w razie klęski. Znane były bowiem jego groźby, iż schwytanego współzawodnika uwędzi w dymie i dopiero gdy się udusi, zetnie trupowi głowę — nikt natomiast nie wiedział, jak postąpi zwycięski patrycjusz. Bonifacjusz opuszczał Rzym, wyposażony w taką władzę i swobodę ruchów, jakiej nie posiadał nawet Konstancjusz, zanim nie został cesarzem. Gdy bowiem mąż Placydii obowiązany był wszystkich pokonanych i schwytanych przez siebie uzurpatorów i buntowników odsyłać przed sąd cesarski, względnie karać ich ściśle w myśl otrzymanego z góry rozkazu — Bonifacjusz wymógł na Auguście i senacie pozostawienie mu wolnej ręki w tym, co miałby uczynić z pokonanym Aecjuszem: a więc mógłby nawet, nie odwołując się do Rzymu, poprzestać na samym oślepieniu, ucięciu prawej dłoni czy choćby tylko na wygnaniu i konfiskacie dóbr. Placydia bardzo niechętnie i dopiero po dłuższym oporze rozstała się z myślą, iż ujrzy wreszcie głowę znienawidzonego Aecjusza rzuconą pod jej stopy — zależało przecież Auguście wówczas bardziej niż kiedykolwiek na dobrych stosunkach z senatem, a właśnie senat nie tylko poparł, ale i uczcił żądanie patrycjusza przez uchwalenie wybicia medalu, na którym by uwieczniona została jego prawdziwie rzymska humanitas i miłosierdzie, jakie przystoi chrześcijańskiemu wodzowi. Senat bowiem był zdania, że zasługi, położone przez Aecjusza w obronie pokoju rzymskiego i całości Partium Occidentis są tak wielkie, iż nawet za zbrodnię buntu i wzniecenia wojny domowej nie można skazywać go bezwzględnie na stracenie. Wprawdzie Petroniusz Maksymus i Kwadracjanus w kilkugodzinnych mowach powoływali się na przykłady starożytności w pierwszym rzędzie — Manliusza Kapitolińskiego, z niedawnych zaś — Stylikona. przecież Wiriusz, Bassus, Sekstus Petroniusz i Glabrio Faustus w jeszcze dłużej trwających przemówieniach zdołali pozyskać przygniatającą większość senatorów nie tyle dzięki swej powadze, wpływom i wymowie, ile dlatego, iż trzy czwarte wszystkich najprześwietniejszych, prześwietnych i świetnych wcale nie były pewne wyniku walki — i woleli, jak tylko mogli, zabezpieczyć się na wypadek zwycięstwa Aecjusza. Również i wśród nich panował szał zakładów: Glabrio Faustus cztery wsławione w gonitwach cyrkowych kwadrygi postawił przeciw spoleckiej winnicy któregoś z licznych Licyniuszów Krassów, twierdząc, iż wszystko zakończy się pojednaniem; Sekstus Petroniusz zaś założył się po cichu z młodym Auksencjuszem o dziesięć najpiękniejszych niewolnic, jakie znaleźć można będzie wiosną na targu w Tres Tabernae, przy czym co najmniej połowę mają stanowić same Murzynki z południowych krańców Libii, szczególnie drogie w Rzymie o tej porze roku. Przedmiotem ich zakładu był nie tyle los Aecjusza w razie klęski, ile miejsce rozstrzygającej walki: Auksencjusz, który czas jakiś służył pod Aecjuszem, był pewien, że wojska galijskie bez przeszkód zejdą z Alp w dolinę Padu i, by nie dać się wciągnąć w długotrwałe oblężenie, co prędzej pospieszą przeciw Bonifacjuszowi obsadzając po drodze wszystkie znaczniejsze warownie — zmuszą go do bitwy w otwartym polu i na pewno rozbiją gdzieś między Mutiną a Bononią. Sekstus Petroniusz godził się na to, że Aecjusz bez przeszkód przejdzie przez Alpy, uważał jednak, że zajmie mu to tyle czasu, iż Bonifacjusz zdąży zamknąć się albo w Mediolanie albo w Patavium — na pewno przecież nie w Ariminum, gdyż nie zostawi na łaskę buntowników ukochanej przez Augustę Rawenny.

W istocie stało się i tak, i nie tak, jak obaj przypuszczali. Aecjusz przeszedł Alpy i wtargnął na trakt wiodący przez Tridentum i Weronę ku Patavium. Uczynił zaś to w czasie znacznie krótszym, niż przewidywał nawet Auksencjusz; co więcej, zaledwie stanął na ziemi italskiej, siedem z dwudziestu jeden legii auxiliów, przypadających na Italię, natychmiast przyłączyło się do jego wojsk, niwecząc liczebną przewagę jaką miał zrazu nad przeciwnikiem Bonifacjusz. Auksencjusz stawał się coraz pewniejszy swych dziesięciu niewolnic: szybkość Aecjusza uniemożliwiła nie tylko zamknięcie się w Mediolanie lub Patavium, ale nawet obronę Rawenny. Dyszącemu jednak żądzą walki i zemsty Aecjuszowi pilno było do spotkania się z przeciwnikiem. Rawennę nietkniętą zostawił za sobą i niebawem, jak Auksencjusz niesłychanie trafnie przewidział, szedł od Mutiny ku Bononii, Patrycjusz zaś, jakby wcale się nie spieszył, minął dopiero Arecjum i kierował się ku rzece Bubico. Z kolei triumfował Sekstus Petroniusz; nie ma wątpliwości — Bonifacjusz spieszy ku Ariminum, by zamknąć się tam jak w Hipponie i unieruchomić Aecjusza na tak długo, aż z Afryki nadejdą nowe, wierne Auguście wojska pod wodza oddanego przyjaciela, Aspara

— Kto pierwszy stanie pod Ariminum, kto opanuje warownię?

W odpowiedzi na te pytania mieściło się całe rozstrzygnięcie losów walki. Wedle ostatnich otrzymanych w Rzymie wiadomości Bonifacjusz był bliższy celu

— Ale Aecjusz ma nogi! — wołali gorączkowo pod portykami zwolennicy niezwyciężonego i zaraz dodawali z drwiącym śmiechem: — Wiemy... wiemy... Bonifacjusz ma książki i żonę..

Bonifacjusz istotnie wiózł ze sobą całą bibliotekę: Cezara, Liwiusza, Salustiusza, Neposa i kilkanaście kodeksów poświęconych wyłącznie sztuce wojskowej. Towarzyszyła mu też Pelagia Oświadczyła, że nie zostanie bez niego w Rzymie, a gdy Bonifacjusz usiłował się opierać, znowu sięgnęła po niezawodne Ubi tu Caius, ibi ego Caia. Nie mogła pozostać w mieście, gdzie dzięki swemu wyznaniu doznawała jeszcze liczniejszych i bardziej bolesnych upokorzeń niż w ojczystej Afryce. Augusta wyraźnie dała do zrozumienia patrycjuszowi, że nie może udzielić wstępu na swój dwór dostojnej Rzymiance, uparcie i krnąbrnie obstającej przy nienawistnej Bogu nauce Ariusza; Sygiswult zaś i inni arianie-barbarzyńcy, często spotykający się z dworem, zawiadomili Pelagię, iż zarówno Augusta, jak i biskup Ksystus namawiają Bonifacjusza do rozstania się z żoną jeżeli nie na zawsze, to na czas jakiś. „Niech sobie wraca do Afryki" — miała powiedzieć Placydia. Poza tym nie znosiła Pelagia swej pasierbicy, dorosłej już prawie córki Bonifacjusza z pierwszego małżeństwa, świeżo zaślubionej młodemu comesowi Sebastianowi, który wraz z Sygiswultem i najprześwietniejszym Petroniuszem Maksymusem towarzyszył patrycjuszowi jako bezpośredni zastępca i doradca. W ścisłej tej radzie do Maksymusa należały sprawy cywilne, wojskowe — do dwu pozostałych.

Pelagia ledwie na nogach trzymała się ze znużenia po trzech dniach drogi i dwu nie przespanych nocach, gdy w dali na wschodzie zamajaczyły wreszcie potężne mury Ariminum. Ale niemal jednocześnie idąca na czele wojsk czwarta legio palatina przeraźliwym wołaniem tibiów i rogów dała znać, że nieprzyjaciel się zbliża. Istotnie po godzinie jakby tysiąc słońc wypłynęło z poza lewego brzegu Bubico — niezwyciężony dux et magister utriusque militiae przyszedł na miejsce równocześnie z patrycjuszem. Bonifacjusz natychmiast zwołał radę: wprawdzie Ariminum tak jakby już było w jego posiadaniu, bo osiemnasta legia auxiliów wchodzi właśnie do miasta, ale o wprowadzeniu całego wojska bez bitwy nie może być mowy.

— Toteż postanowiłem — mówił z twarzą wzruszoną i lekko przybladłą, ale głosem zupełnie spokojnym — postanowiłem, iż prześwietny Sygiswult z osiemnastą, czwartą i jedenastą legiami auxiliów stanie w mieście, my zaś z prześwietnym Sebastianem, oparci o mury miasta, zwrócimy się twarzą ku wrogowi i jeszcze dziś wydamy bitwę...

Pelagia była tak znużona, że zaledwie wprowadził ją Bonifacjusz do sypialnej komnaty w domu obrońcy miasta, natychmiast zerwała z nóg trzewiki i rzuciła się na posłanie. Wiedziała, że właściwie nie powinna spać... że może już nie podnieść się z łoża wcale lub obudzić się w objęciach któregoś z aecjuszowych comesów... Ale nie miała sił. Od dwu godzin przecież chodzi już nieprzytomna i prawie nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi... Ostatnie, co pamięta, to szerokie, na wpół białe, na wpół czarne błonie między dwoma wojskami... Coś jej Bonifacjusz wówczas mówił... coś pokazywał... widziała nawet w oddali przed sobą lśniące złotem znaki, zupełnie te same co nad Bonifacjuszem... Dostrzegła też jakiś ruchomy czerwony punkt...

„To on... Aecjusz..." — mówił jej, zdaje się, mąż. „Ta czerwień to toga picta — strój konsula..." Waliła się wprost z nóg. Przecież gdy padła na posłanie, nie usnęła od razu. Chwilę przeciągała się rozkosznie jak dziecko cieszące się swobodą wolnych już od wszelkiego ucisku nóg i ruszając radośnie wszystkimi dziesięcioma palcami. Potem już nie wiedziała właściwie, co robi: ucałowała Bonifacjusza w czoło, w policzek i usta, powiedziała: „Niech cię Chrystus prowadzi" i, zdaje się, płakała... Nie słyszała już, jak Bonifacjusz rzekł: „Dwustu Gotów pilnuje domu... sam Sigiswult natychmiast wszystko ci powie"... Tak wyglądał, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć, ale dotknął tylko dłonią policzka, uśmiechnął się i wyszedł... Pelagia już zupełnie nie słyszała swego głosu mówiącego: „Przecież ja wcale nie będę spała... gdzież bym mogła w takim czasie spać?! Poleżę tylko chwilę... nogi odpoczną, i zaraz wstanę".

A potem widziała już tylko nagie szare pustkowie, całe jakby spopielone i spowite w dziwną szarą mgłę. Ani źdźbła zieleni na ziemi, ani skrawka błękitu nad głową. Pelagia wie... jest pewna, że to nie noc przecież, nawet nie zmierzch... Lecz oko jej daremnie wypatruje płomiennozłotej tarczy słonecznej... daremnie szuka dookoła śladu jakiegoś promienia... jakiegoś choćby odblasku... Nigdzie też ani śladu cienia. Nie rzucają go wcale ani gęsto rozsiane drobne szare kamienie — nieruchome ponure samotniki — zgryźliwe, złośliwe, ostre, bezlitosne dla stopy: niech jeno odważy się ruszyć z miejsca! Ani też surowe groźne zwały potężnych głazów, co z największej nawet oddali nigdy nie będą białe ani czarne.. ale zawsze szare... najposępniej. najokrutniej szare z całej ogarniającej świat szarości!... Nawet ciała — dwa żywe, gorące, przytulone do siebie ludzkie ciała — i te nie dają żadnego cienia na ścielącej się pod skrwawionymi stopami szarości. Pelagia doskonale ich widzi: jego i ją.. widzi, jakby patrzyła skądś z boku... A przecież to właśnie ona sama!... przecież to jej spłynęła kropla krwi z rozciętej kamieniem stopy... to ona czuje żar bijący od jego potężnego, muskularnego — zaprawdę dzikiego!— ciała, do którego się tuli, drżąca jeszcze, zalana łzami, ale już pewna, że nic się jej nie stanie, skoro jak do zbawczej jaskini wejdzie głową między szerokie, mocne, włochate piersi a dłonie, twarde, chropawe, ale jedynie drogie... jedynie wierne i po to tylko stworzone, by jej bronić...

I znowu, jakby z boku patrzyła, widzi dokładnie, że mężczyzna siedzi na dużym szarym kamieniu, zsiniałym kolanem prawie dotykając zsiniałej jej piersi — jej zaś kolana spoczęły: jedno na miałkim kłującym żwirze — rozbolałe, umęczone... drugie — ufne i szczęśliwe — na dużych, silnych, naprężonych palcach jego stopy... Kimże są?... Widzi jego twarz — szeroką, grubo ciosaną, barbarzyńską czy chłopską... Widziała ją kiedyś — tak. na pewno widziała!... ale tak jakby wyzbytą życia... martwą... kamienną...

A ona?.. Tak, to ona, ale nie zowie się Pelagia... Czyżby była Ewą?... a on Adamem?... Wygnani z krainy szczęśliwości. krainy beztroski i ułudy — cóż poczną na spopielonym nagim pustkowiu, spowitym w posępną, okrutną szarość?!... Pelagię ogarnia nie lęk już, nie rozpacz, ale zmęczenie, obojętność i niechęć do wszystkiego, za czym tęskniła... po czym płakała... Tak jakby znużyła ją śmiertelnie jakaś okrutna walka ponad siły... Niech już będzie... niech będzie... Byle z nim... bliżej niego!... I tuli się coraz gwałtowniej, coraz goręcej do twardego jak z brązu, ale żywego, palącego ciała...

Ale jeśli są Adamem i Ewą, czemuż nie wstydzą się swej nagości, skoro już ją poznali? Czemuż — przeciwnie — to, że są nadzy, odczuwa jako ulgę. radość i niemal szczęście w tym, iż są sami i opuszczeni?! Zaprawdę w nieszczęściu i rozpaczy to jedyne zwycięstwo... zwycięstwo!... zwycięstwo!!...

— Zwycięstwo! Zwycięstwo!! Zwycięstwo!!

Pelagia zrywa się z posłania. Ze stopy przeciętej kamykiem, który gdzieś w drodze dostał się do obuwia, istotnie spływa kropla krwi. Promieniejący Sygiswult nachyla się nad nią i nie mogąc zdobyć się z radości na żadne inne słowo — po raz dziesiąty czy dwudziesty woła:

— Zwycięstwo! Zwycięstwo! Zwycięstwo!

W komnacie ciemno. Ale oto wnoszą już światła. „Przespałam cały dzień" — myśli Pelagia, szybko wsuwając wypoczęte nogi w czerwone trzewiki. Do komnaty co chwila wpadają nowe postacie — twarze spocone, wymęczone, nierzadko skrwawione lub obwiązane, ale wszystkie rozpromienione radością, szczęściem i dumą — przede wszystkim niewysłowioną dumą... W siedmiu godzinach rozbili niezwyciężonego!

Rozbili... znieśli...

— Znieśliśmy ze szczętem! — woła młody Sebastian, który wchodzi do komnaty, lekko kulejąc, draśnięty strzałą w udo. Z zapałem opowiada Pelagii, jak to z łatwością już w pierwszej godzinie rozbił Bonifacjusz obydwa skrzydła przeciwnika i z trzech stron uderzył na jego środek. I to ma być niezwyciężony?... to ma być wódz sławiony przez kroniki i poetów?... wódz. którego imienia bez lęku nie wypowie żaden król barbarzyński?! Zaprawdę jedynie do walk z barbarzyńcami przydatny!... Rzucać auxilia na poczwórnego żółwia wyborowych legii palatinarum?! Wycofywać ze skrzydeł konnicę, zanim nieprzyjaciel nie znajdzie się pod gradowym obstrzałem katapult?! A to ostatnie?!... to najgorsze... zaiste hańbiące?!... Zbić wszystkie swe siły w jedną masę niby dla tym straszniejszego uderzenia, ale naprawdę po to tylko, by dać się z łatwością oskrzydlić?!... Taka klęska!... Wojsko zupełnie rozproszone... prawie wszyscy comesowie w niewoli... sam Aecjusz może zabity... szukają właśnie jego ciała... A Bonifacjusz jeszcze przed południem myślał, że na pół roku zamknie się w Ariminum!... Dopiero teraz pyta Pelagia o Bonifacjusza. — Ściga z konnicą Kasjodora, który z dwiema legiami ucieka w górę Bubico... Cały dzień nie schodzi z konia.. stale w pierwszym szeregu...

Pelagia sama nie wie, dlaczego twarz jej oblewa się nagle gorącym rumieńcem.

— Nic mu nie jest?...

— Jemu?... jemu nigdy nic... — zaczyna Sebastian i nagle urywa widząc, że pełne niepokoju spojrzenie Pelagii spoczęło na młodym trybunie Alanie, który wymownym ruchem wskazywał na swoje ramię.

— Ranny?!

Sama nie spodziewała się, iż tak krzyknie. Rumieńce natychmiast odpłynęły, twarz stała się biała jak rąbek tuniki talaris.

Piorunującym spojrzeniem w okamgnieniu zamienił Sebastian A1ana w istny słup soli.

— Drobiazg. Draśnięcie — powiedział swobodnym, niemal wesołym tonem. — Jakiś pocisk utkwił na chwilę pod obojczykiem... daleko zresztą od szyi... Gdy go wyjęto, ledwie trzy krople krwi wypłynęły. Nic nie znaczące draśnięcie — powtórzył i zaraz dodał: — Ale jakie znaczne zwycięstwo!... Zaprawdę największe od pogromu pogan pod Akwileją... Póki imperium rzymskiego, póty chwały Bonifacjusza!

7

Gdy Bonifacjusz otworzył oczy, skurczony do wielkości palca cień na zegarze słonecznym w perystylu wskazywał samo południe. Trzej lekarze szybko zamienili między sobą porozumiewawcze spojrzenie: „Pierwszy raz od trzech godzin... mimo wszystkich zabiegów!", wzrok zaś najstarszego i najczcigodniejszego z nich dodał: „I ostatni..." Szybko cofnęli się, odsłaniając przed bliskim skonu zwycięzcą widok na cały kąpiący się w radosnych blaskach słonecznego światła perystyl. Tuż u łoża, z twarzą jakby skamieniałą w bólu i niewymownym zdumieniu, stała Pelagia. Krzyk, jaki niespodziewanie dla siebie samej wydala przed trzema dniami na wiadomość o zranieniu Bonifacjusza, był wieszczym krzykiem. Najpotężniejszy człowiek Zachodu, zwycięzca niezwyciężonego, roztropny i uczony wódz, mężny wojownik, który przez cały czas bitwy ani razu nie cofnął się poza drugi szereg — konał w męczarniach, z krwią śmiertelnie zatrutą przez zardzewiałe ostrze pocisku, co nie wytoczył zeń więcej nad trzy krople... Usta miał już zupełnie sine, policzki ziemistoszare, głęboko zapadnięte, palce zesztywniałe w kurczowym rozcapierzeniu, a przecież z twarzy jego wciąż jeszcze nie znikał wyraz całkowicie przytomnego zatroskania sprawami świata. Na otaczających robił wrażenie wodza ugodzonego śmiertelnie w wirze walki, a nie pozwalającego na wyjęcie grotu z rany, zanim się nie przekona, że mający rozstrzygnąć o zwycięstwie triarii już podnieśli się z klęczek... już pochylili do natarcia włócznie... Pelagia, która uważała męża za człowieka o duszy słabej, niemal niewieściej, nie mogła wyjść z podziwu, patrząc nań w tych ostatnich dniach. Sygiswult jednak, który tak często widział go w ogniu bitwy, wcale się nie dziwił temu, iż patrycjusz zachowuje się w ostatnich swych chwilach właśnie w taki sposób; przeciwnie: jakby całkowicie podzielając zatroskanie, jakie odmalowało się na twarzy Bonifacjusza, ledwie tylko otworzył oczy — szybko zbliżył się do łoża i rzekł:

— Aecjusz już przybył.

Wszyscy drgnęli. Wszystkie spojrzenia, pełne zdziwienia i niepokoju, spoczęły pytająco na zsiniałych wargach Bonifacjusza — on zaś skinął na lekarzy, by go lekko unieśli na postaniu, i już siedząc rzekł świszczącym, ale zupełnie przytomnym i spokojnym głosem:

— Niech wejdzie co prędzej.

Wówczas wszystkie spojrzenia oderwały się od strasznych warg i z gorączkową ciekawością, a jeszcze większym niż poprzednio niepokojem pomknęły ku drzwiom, za którymi znikł Sygiswult, by po chwili stanąć w nich znowu... z Aecjuszem

Pelagia, która nigdy go dotąd nie widziała, omal nie krzyknęła ze zdumienia — tak znajomą i dziwnie bliską wydała jej się cała ta postać, zarys ramion i nóg.. przede wszystkim zaś twarz! Zna go.. zna go przecie bardzo dobrze... widziała tak niedawno! Ale gdzie?   kiedy?.. Gdy Bonifacjusz pokazywał jej przed bitwą Aecjusza widziała wszak tylko ruchomy czerwony punkcik.. A więc gdzie?... Na chwilę się uspokoiła: przecież tyle widziała jego posągów. popiersi, dyptychów i medali z jego podobizną! Ale nie zaraz wróciła fala pełnego trwogi zdziwienia — byłaby przysięgła na Chrystusa, najpotężniejszy, najwspanialszy twór Boży, iż niedawno... bardzo niedawno, bardzo blisko widziała tę postać żywą i tę żywą, rozedrganą wichrami uczuć twarz.. Z tym większą przyglądała mu się ciekawością; jakkolwiek znała go z tylu podobizn zupełnie inaczej wyobrażała sobie wsławionego, niezwyciężonego wodza, chlubę rzymskiego oręża i rzymskiej wśród barbarzyńców chwały. Wyglądał na barbarzyńcę.. na galijskiego lub trackiego chłopa — na wszystko tylko nie na wcielenie rzymskiej wielkości i potęgi. Bary miał szerokie, kolana grubo wiązane, czoło niskie — długie nieokreślonej barwy włosy spadały mu na oczy, na brwi, na gruby kark, szeroka twarz porosła przy tym długą ostrą szczeciną, równie nieokreślonej co włosy barwy — miejscami rudawą, gdzieniegdzie zaś czarną.. Miał na sobie tylko grubą ciemnoniebieską tunikę i crepida z niewyprawnej skóry — we włosach i na odzieniu oko Pelagii bez trudu dostrzegło kilka źdźbeł słomy i ślady błota.. ..Nic dziwnego — pomyślała — od trzech dni jak zaciekle ścigany wilk chroni się po leśnych zapadniach.. i to w zimie " Co najbardziej jednak ją uderzyło, to jego wzrok, wzrok zaciekle walczącego o swe życie zwierzęcia.. Były magister utriusque militiae, pogromca i postrach królów i ludów, patrzył spode łba na Bonifacjusza i na wszystkich obecnych z tak dziką, nieludzką nienawiścią, że Pelagia drgnęła zobaczywszy, iż otwiera usta, by przemówić: jakiż nieludzki, chrapliwy skowyt lub ryk wydrze się z tych przekrzywionych bezsilną wściekłością ust! I nie chciała wierzyć, że to naprawdę on mówi gdy nad perystylem wzniósł się dźwięczny, władczy głos mówiący

— Córka twoja nie tylko zostanie wdową, Bonifacjuszu. ale dowie się o wszystkich okropnościach mąk przez jakie przejdzie jej małżonek, jeśli choć palcem dotknie mnie ktoś z tych twoich..

Urwał i powiódł oczyma po całym perystylu. Ze szczególną nienawiścią patrzył dłużej niż na innych w szyderczo uśmiechniętą twarz Petroniusza Maksymusa; Pelagii w ogóle zdawał się nie widzieć; cały zaś oblał się ogniem. gdy opodal łoża zobaczył wyniosłą, postać Kasjodora, schwytanego przez Bonifacjusza już o pięć mil na południe od Ariminum.

— Jestem przekonany, że Sebastianowi nic złego się nie przydarzy, Aecjuszu, również jak tutaj nikt nie ośmieli się wyrządzić żadnej krzywdy osobie ani czci wsławionego wodza..

Wszyscy, nie wyłączając samego Aecjusza, z bezgranicznym zdumieniem słuchali z trudem wypowiadanych słów umierającego — on zaś ogromnym wysiłkiem woli wyciągnął ku Aecjuszowi obie ręce i mówił dalej:

— Przyjechałeś w zasłoniętej lektyce, nieprawdaż?... Umyślnie wysłałem ją po ciebie, by nikt w mieście prócz tu obecnych nie wiedział, że to ty jedziesz

— Ja zaś gdybym był na twoim miejscu, postałbym po ciebie tylko klatkę i obwoziłbym po całym Ariminum. Mów prędzej czego chcesz.. Każda darmo stracona chwila przybliża godzinę wdowieństwa twej córki.. Zresztą i ty sam niedługo pociągniesz.. Niewiele przyszło ci ze zwycięstwa nad Aecjuszem..

Wybuchnął głośnym, szczerze wesołym śmiechem, Bonifacjusz zaś patrzył chwilę w milczeniu w brzydko zarośniętą, szeroką, roześmianą twarz — wreszcie gdy śmiech nieco ucichł, rzekł:

— Mylisz się, Aecjuszu. Bardzo wiele przyszło mi z tego zwycięstwa. Nie o sławie mówię, nie o panegirykach ni o kronikach — za godzinę skonam i nic z tego nie przeczytam i nigdy się nie dowiem, czy ktoś to czyta... Co innego mam na myśli. Najpierw wiedz, że zawsze chowam dla ciebie podziw i cześć..

Aecjusz kurczowo zacisnął wielkie pięści.

— Jeśli nie naigrawasz się ze mnie teraz — zawołał głuchym głosem — jeśli szanujesz mnie choć trochę, to każ, niech na czas, póki ja tu jestem, wyjdzie stąd obmierzły zdrajca i niewdzięcznik! Wskazał zaciśniętą pięścią na Kasjodora

— To nie zdrajca, Aecjuszu... — zaczął mówić Bonifacjusz. ale tamten nie dał mu skończyć:

— Nie zdrajca? — krzyknął — nie sprzedawczyk?... A cóż w takim razie robi on tutaj — wolny i wyniosły — gdy towarzysze jego gryzą śnieg lub wiją się na mękach...

— Żaden z nich nie jest na mękach ani nawet w więzieniu. Aecjuszu. Mocą swej władzy patrycjuszowskiej zaraz po bitwie ogłosiłem powszechną łaskę dla tych wszystkich, którzy walczyli po twej stronie, przy czym każdy, kto by tylko chciał — comes czy prosty łucznik — może wrócić do cesarskich szeregów na poprzednie stanowisko...

Pelagia ze zdziwieniem spostrzegła, że wzrok Aecjusza, stropiony i nagle zgasły wędruje ku posadzce, a wielkie pięści rozwierają się i rozprostowują.

— Dzięki ci — usłyszała jego jeszcze bardziej głuchy głos — dzięki ci za nich wszystkich..

Po chwili zaś, wciąż nie podnosząc oczu, zapytał prawie nieśmiało i jakby wstydząc się zdradzanej przez siebie ciekawości:

— A dużo... dużo ich wstąpiło pod twe znaki?... Mówię... o comesach...

— Trzech tylko.. Nie, nie, Aecjuszu — mylisz się... Kasjodor nie należy do nich… Wierz mi — to naprawdę, najwierniejszy twój przyjaciel.. Jest tu dziś dlatego tylko, iż go wezwałem...

Znów skinął Bonifacjusz na lekarzy. Po chwili siedział już zupełnie wyprostowany w krzyżach. Patrzyli nań z podziwem, twarz wyglądała mniej trupio... oczy żywo płonęły.. nawet palcami jednej ręki poruszał już znacznie swobodniej...

— Najprześwietniejszy Petroniuszu — zwrócił się do Maksymusa — czy możesz tu, w obecności świętego męża apostolskiego biskupa Jana i w obliczu najprześwietniejszego Flawiusza Aecjusza przysiąc na mękę Chrystusa i na swe prawe pochodzenie od tego, kogo mianujesz swym ojcem, iż senat miasta Rzymu wyposażył mnie we władzę i prawo rozrządzania losem pokonanego Aecjusza, tak jak uznam za dobre — wieczna zaś Augusta tę uchwałę senatu raczyła zatwierdzić?...

— Przysięgam — rzekł Maksymus i pełen niepokoju, zmarszczył brwi — nim jednak zdążył coś nadto powiedzieć, Aecjusz rzucił się ku łożu z twarzą przekrzywioną grymasem wściekłości i przez zaciśnięte zęby syknął:

— Nic mi nie możesz zrobić... nic... nic!... Męża twej córki wsadzą moi Hunowie na ostry pal albo przywiążą nogi, każdą do innego konia, i...

— Proszę cię, racz mnie wysłuchać spokojnie, Aecjuszu — przerwał mu patrycjusz bardzo osłabionym nagle głosem — Widzisz... moja chwila się zbliża... Muszę się spieszyć.. Słuchaj więc uważnie... Coraz ciężej mi mówić... I wy słuchajcie wszyscy.. wszystkich powołuję na świadków.. ciebie, mężu apostolski.... ciebie, najprześwietniejszy Maksymusie.. ciebie, Pelagio, a osobliwie was, dzielni żołnierze — Sygiswulcie i Kasjodorze..

Urwał, by zaczerpnąć powietrza, oddech miał już chrapliwy i raz po raz przerywany; wówczas widać było, jak się dusił i cała twarz stawała się sina jak wargi.

— Słuchajcie uważnie — podjął po chwili — słuchajcie i niech Bóg was pokarze, jeśli zgadniecie myśl, a nie usłyszycie z martwiejących ust słowa i rzekniecie, żeście nie słyszeli.. Wielem zgrzeszył przeciw Bogu, Panu naszemu.. wielem pobłądził,   alem nigdy nie zgrzeszył złą wolą i krnąbrnością, jeno — chwilę się dusił i lekarze myśleli, że to już koniec — jeno słabością i serca żarem.. pychą gniewem zapamiętałością i nierozwagą, I teraz.. teraz chcę winy swe zmazać a błędy naprawić… Pierwsza wina największa iżem sięgnął po patrycjat, jednemu tylko mężowi na Zachodzie przynależny — najprześwietniejszemu Aecjuszowi. Gdzież mnie z nim się równać?! Z wodzem mężnym, roztropnym.. szczęśliwym. I druga moja wina: iż wiedziony pychą, a nie rozwagą, pozbawiłem cesarstwo i pokój rzymski najpotężniejszego męża, jedynego obrońcy, bijąc go pod Ariminum.. Czy wybaczysz mi te krzywdy. Aecjuszu? Czy wybaczą mi tę drugą dziejopisy?.

— Ależ mężu najchwalebniejszy! — zawołał Petroniusz Maksymus

— Nie przerywajcie mi... Zaraz umrę... Ta druga wina była jednak zarazem i łaską Bożą.. Czemu — myślicie? — dał mi Pan zwycięstwo nad Aecjuszem? Mnie, którym niegodny być jego comesem?! Oto by doświadczyć Bonifacjusza w godzinę śmierci.. doświadczyć, czy zachłyśnie się pychą i umrze, wraz z sobą w otchłań strącając pokój rzymski, czy opamięta się i pójdzie za głosem sumienia?.. Jam robak przed Panem, ale — chlubię się — przetrzymałem pokusę jak Hiob.. Słuchajcie! Chcąc naprawić krzywdę uczynioną wielkiemu Aecjuszowi i pragnąc ratować cesarstwo i pokój rzymski — mocą swej władzy, jaką wziąłem z rąk wiecznej Augusty i senatu, czynię obecnego tu Aecjusza swym dziedzicem.. dziedzicem wszystkiego, co posiadam, i mianuję go naczelnym wodzem.. duxem i magistrem utriusque militiae i patrycjuszem cesarstwa.. Nie mów nic, Maksymusie! Spójrz na twarz Sygiswulta... na jego oczy... jego uśmiech... Żołnierz, choć wierny sługa Augusty, wie, jakiego mu potrzeba wodza... Tak będzie... Taka moja wola... A teraz czy odpuścisz mi, Aecjuszu!...

— To podstęp... to jakaś zdrada!... — nieprzytomnym krzykiem napełnił Aecjusz cały perystyl. — Chcecie mnie uśpić i wywabić z ukrycia jakimiś sztuczkami, a potem... O, nie... ja się nie dam... jam nie Styliko!...

— Zaprawdę tyś nie Styliko — prawie szeptem powiedział Bonifacjusz. — Styliko to był barbarzyńca z duszą Rzymianina... a ty, Aecjuszu... ty jesteś Rzymianinem z duszą barbarzyńcy, lecz tylko taki ocalić może ginące cesarstwo...

Aecjusz powiódł dokoła pełnym bezgranicznego zdumienia wzrokiem. Petroniusz Maksymus stracił całe panowanie nad sobą: tupał nogami i gryzł rąbek togi. Kasjodor utkwił w Bonifacjuszu spojrzenie pełne czci i zachwytu. Sygiswult klęknął przy łożu i podniósł do ust znowu zesztywniałą rękę: po twarzy jego, jakby grubo w brązie ciosanej, spływały łzy. Biskup Jan cicho się modlił. Pelagia uklękła z drugiej strony łoża. Ku niej leciał gasnący wzrok Bonifacjusza.

— Pelagio — szepnął — miłowałem cię ponad wszystko na świecie i zawsze — nie tak jak przystało mężowi — czyniłem wszystko wedle twej woli, nieraz narażając zbawienie swej duszy... Czy ty — pomna na to — gdy skonam, uczynisz to, czego teraz od ciebie zażądam?...

— Wszystko.. wszystko... — łkała

— Słuchaj więc... i ty też, Aecjuszu... By rządzić, rozkazywać, walczyć — mało miecza, nawet twojego... mało nawet głowy, równej największej umysłom przeszłości... Trzeba jeszcze czegoś... A to coś ma właśnie ona — Aecjuszu... Pelagia, najbogatsza dziedziczka Afryki... Weź ją, Aecjuszu — widzisz: jest urodziwa, mądra, nie tak jak inne niewiasty... uparta wprawdzie i zawzięta — trudna — ale dla mnie, nie dla ciebie, Aecjuszu... I ty zechciej go poślubić, Pelagio: on jeden zdoła Wandalom odebrać twe wiano... on jeden uczyni twe imię nad spiż trwalszym... A wspominajcie mnie. Niechże was Chrystus błogosławi...

Dopiero teraz spojrzał Aecjusz na Pelagię, nim jednak któreś z nich zdążyło wyrzec słowo — Bonifacjusz opadając na posłanie wyrzucił z siebie chrapliwym głosem:

— Czas na ciebie, Aecjuszu... Boję się, iż gdy skonam, będą tu tacy, dla których obojętne jest, iż w żałobie nieutulonej pozostawię trzy wdowy: Pelagię, moją córkę i pacem romanam... Spieszże do swoich... O dziedzictwo moje ciężka cię czeka walka, ale wiem — wywalczysz je...

— Wywalczę, Bonifacjuszu. Bywaj zdrów.

— Vale. Podaj mi swą dłoń, najchwalebniejszy patrycjuszu... A gdy wyjdziesz stąd, obróć raz jeszcze oblicze i rzeknij: Salve aeternum...

— Żegnaj, najszlachetniejszy z Rzymian...

— Żegnaj, zbawco zachodniego cesarstwa... Vale... vale... magna... rei publicae... Occidentalis... salus...

Gdy zaś znikła w drzwiach krępa postać Aecjusza i Petroniusz Maksymus załamując ręce i do krwi gryząc wargi przypadł do łoża — Bonifacjusz ostatnim wysiłkiem uśmiechnął się doń przyjaźnie i odwrócił się do biskupa, głuchy już na wszystko, co gorączkowo przedkładał senator

— Ojcze święty... — rozległ się po chwili ponownie jego szept — czy wyznajesz naukę o łasce?...

— Tak, mój synu — z dumą odrzekł Jan. — Nie było wieczora, bym poszedł spać nie posiliwszy przedtem ducha zbawienną nauką Augustyna...

— Ojcze... Czy odchodzę w łasce?...

Biskup Jan nic już nie odpowiedział. Łkanie odebrało mu głos — łzy białą mgłą powlokły stare oczy, chciwie patrzące na śmierć żołnierza. Skinął tylko głową.

Wówczas Bonifacjusz wzniósł oczy ku jaśniejącemu nad perystylem promiennemu błękitowi i składając ręce na piersiach, wyszeptał:

— Jakże święte i prawdziwe były twe słowa, najmędrszy ojcze Augustynie... Zaprawdę póoty nie zazna serce nasze spokoju, póki w Tobie nie spocznie, Panie!

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.