Aeciusz-6

5

Herkulanus Bassus doczytał właśnie list do polowy, gdy nagle doznał ogromnie niemiłego uczucia. Zrazu nie mógł połapać się, co to właściwie mogło być, a gdy wreszcie uświadomił sobie, głośno się roześmiał i znów zabrał się do czytania. Niemile uczucie jednak nie opuszczało go już, przeciwnie: nękało coraz silniej tak, że musiał znowu przerwać. Istotnie niemiła to rzecz, gdy się czuje i wie, że się jest śledzonym... że każde drgnienie powiek, każde zmarszczenie czoła czy brwi, każde skrzywienie ust — natychmiast idzie na żer czterem parom bezlitosnych, drapieżnych oczu, patrzących nań przenikliwie z czterech rogów komnaty... I cóż z tego, że oczy te są martwe i należą do twarzy z gipsu lub brązu: podniecona bezsennością i wciąż rosnącym niepokojem wyobraźnia możnego senatora sama ożywi zagadkowym uśmiechem piękne oblicze Platona, a chłodne rysy Cycerona jeszcze bardziej zmrozi grymasem pogardy i jakby obrzydzenia. Na Pawła Apostoła w ogóle lepiej nie patrzeć — każde spojrzenie rzucone w jego stronę pogłębia tylko rysę smutnej zadumy przecinającą niskie czoło pod kędzierzawymi włosami; jedynie Oktawian August nie wypłoszył jeszcze z kącików ust życzliwego uśmiechu i zdaje się, sam by z ochotą wziął udział w czytaniu listu — tak bardzo wygięła się ku przodowi jego cienka młodzieńcza szyja. Ale Bassusowi spieszno już do końca listu i nie czeka, aż bezręki i beznogi imperator zejdzie z marmurowej kolumienki i powie: „Odsuń się nieco, przyjacielu..." Na końcu bowiem, trzykrotnie podkreślony, stoi jakiś dopisek — nie zdążył dotąd rzucić nań okiem, cały pochłonięty rozważaniem po kolei każdego przeczytanego słowa, z których żadne nie jest mniej ważne od innych. Umyślnie nie chce zabiegać naprzód: jakby do bitwy stawał z każdym nowym zdaniem, od stóp do głów uzbrojony w gruntowne przemyślenie wszystkich poprzednich. Wreszcie dobrnął do końca. Oto i dopisek: ,,Dan" — potem zamazana cyfra dnia przed kalendami czerwca — a dalej znów wyraźnie:

„w obozie na Górze Kolubraryjskiej w godzinę po zupełnym rozbiciu króla Gotów".

„A więc już" — myśli Bassus. I już chce powiedzieć sobie: ,,Postanowiłem" — czyż jest bowiem argument silniejszy?... ale w locie chwyta tę myśl, zaciera ją i topi w całym wodospadzie nowych myśli, spomiędzy których najprzychylniej powitana zostaje: „Przeczytam jeszcze raz".

Czyta drugi raz, potem trzeci i czerwienią podkreśla najbardziej uderzające ustępy:

„Wszyscy naokoło jęczą i płaczą: »Ginie imperium... bliskie jest zagłady..." Ale skoro tak jest, czy należy tę zagładę przyśpieszać? Nie, jak mężom przystało, należy jej się przeciwstawić, walczyć z nią, czynić wszystko, co czynią marynarze na tonącym okręcie. Lecz cóż uczynił Feliks, patrycjusz cesarstwa? Czy jest jakiś czyn, którym mógłby się pochwalić? Owszem, jest. Jeden jedyny. Oto odzyskał prowincję Walerię, przez wiele lat zajmowaną przez Hunów. Osądź sam, najprześwietniejszy Bassusie, czy nie lepiej by było, by najchwalebniejszy Feliks w ogóle niczego w swym życiu nie zdziałał, albo jeszcze lepiej, by wcale się nic rodził. Cóż bowiem sprawił? Poróżnił nas z królem Rugilą, który był jedynym pewnym i naprawdę najpotężniejszym sprzymierzeńcem cesarstwa. Gdy o tym wspominam, nie chodzi mi o siebie".

Bassus uśmiecha się. Dla Aecjusza odzyskanie Walerii było nieomal ciosem. Ale i cesarstwu nic z tego nie przyszło. Bassus jest pewien, że Feliks dokonał tego na żądanie Augusty jedynie po to, by zrobić na złość Aecjuszowi. Splądrowana, spalona, wymarła prowincja toż to prawdziwy ciężar dla cesarstwa! Czyta dalej i po chwili znów podkreśla nieco drżącą już ręką:

„Brutus nie żałował krwi swoich synów, Romulus zabił brata, a Dawid pognębił Absalona. A myśmy przecież też Rzymianie jak dwaj pierwsi i czcimy Jedynego jak Dawid. Przodkowie twoi, mężu najprześwietniejszy, niejedną bolesną ofiarę złożyli na ołtarzu Ojczyzny, toteż ty prędzej niż kiedykolwiek zrozumiesz, że krew, która musi się polać "

Bassus marszczy się boleśnie. Za nic nie spojrzy w kąt, skąd świdrują mu mózg gipsowe oczy Apostoła. Krew! Na Chrystusa, czyż nie zapłakał ongiś nad męką uzurpatora Jana?! Jedyne łzy w jego życiu, odkąd wyszedł z chłopięcych lat... A było to przecież  jedynie wykonanie wyroku, choć okrutnego, ale w zasadzie słusznego. Zaś tu…

„...w najcięższych, najgroźniejszych chwilach senat dobrowolnie oddawał władzę nieograniczoną dyktatorowi, by bronił ojczyzny. Kto dziś broni cesarstwa?Czy może Feliks? Widzę, jak uśmiechasz się w tym miejscu, najprześwietniejszy mężu. A przecie wedle litery prawa Feliks u boku Augusty sprawuje jako patrycjusz władzę dyktatora - tylko nie umie jej należycie użyć. A czy z woli lub choćby za zgodą senatu? sam wiesz, najprześwietniejszy Passusie. Ten zaś, kto naprawdę broni cesarstwa, a jak broni- wiesz; ten, który władzę dyktatorską patrycjusza naprawdę umiałby wykorzystać - czyż powiesz, że nie? – nie chce jej od Augusty, ale od senatu starej Romy. I niech Chrystus uchowa, by ją miał brać od jakichś pretorianów…”

Bassus myśli: „Pogróżka" i czyta dalej:

„Któż zaś z senatorów godniejszy jest od najprześwietniejszego Herkulana Bassusa, by jak najczynniej współdziałać w pracy nad odrodzeniem i wzmocnieniem mocy cesarstwa? Któż inny lepiej potrafi wyjaśnić cały rdzeń sprawy ojcom Miasta i wszystkich najprześwietniejszych, prześwietnych i świetnych przygotować na przyjęcie tego, co stanie się za kilka dni w Rawennie...

— I to ma być półbarbarzyńca, wychowanek małpolicego króla półludzi? — szepcze do siebie Bassus ze szczerym podziwem.

,,Kiedyś w czasach mojej młodości nazywałeś wróconego od Gotów zakładnika swym młodym przyjacielem. Jakże miło mu było przypomnieć o tym, gdy po latach wyjeżdżając na wojnę do Galii, pragnął mieć za plecami w Italii takiego prefekta pretorium, którego mógłby być zupełnie pewny. Ale jeszcze milej będzie mu, gdy ujrzy, że sławny ród, wielki umysł i rzetelna zasługa (rzetelna — trzykrotnie podkreślone) w pełni zostaną wynagrodzone konsulatem na najbliższy rok."

Zbudzony z rozkosznego snu majordomus z trudem tłumi ziewanie.

— Wołałeś mię, panie?

— Tak. Natychmiast kwadrygę i osiem zapasowych koni. Jadę do Rzymu.

— O świcie?

— Zaraz. Już.

Życzliwy uśmiech wciąż jeszcze kwitnie w kącikach ust Oktawiana Augusta. A to najważniejsze. Ważniejsze niemal niż dopisek na osobnym, a z takim trudem rozklejonym karteluszku:

„Bądź spokojny. Niewolnik, który ci to przyniesie, jest głuchoniemy od urodzenia."

6

—Jesteś moim więźniem, świetny Asturiuszu.

Hiszpan drgnął. A więc wszystko skończone. Głupiec! Sam sobie przygotował pułapkę! Ale na Chrystusa, jakimże sposobem to się stało? Najszybszy nawet posłaniec nie mógłby prędzej od niego przebyć drogi od domu biskupiego do insuli patrycjusza. Chyba żeby miał skrzydła. „Anielskie skrzydła" — przemknęło nagle przez myśl i Asturiusz znów drgnął.

Ale wnet się opanował. Dobrze więc: pójdzie do więzienia, na męki, pod katowski miecz — lecz nikt nie wydobędzie zeń ani jednego słowa... Myśli o tym bez podniecenia i zapału, ale i bez niepokoju: wie, że potrafi... przetrzyma... Straci życie, ale nawet po śmierci nie straci zaufania i łaski Aecjusza. Nie na próżno prawie od dziecka jest żołnierzem: o tym, że lada chwila może przestać żyć, od dawna przyzwyczaił się myśleć zupełnie spokojnie, choć i nie bez szczerej przykrości: przykrość ta jednak niewiele się różni od uczucia, jakie budzi w nim konieczność bezsennego spędzenia dwóch, trzech z rzędu nocy lub też nagły upadek sił tuż przed podziałem dziewiczych branek po zwycięskiej bitwie. Nie to więc jest w tej chwili najważniejsze, że został schwytany i na pewno czeka go śmierć; ale to, jak się Feliks o całej sprawie dowiedział i co mianowicie wie. Musi to koniecznie z niego wyciągnąć, ale na razie trzeba cokolwiek powiedzieć, choćby to:

— Gdybym nie przyszedł sam do twego domu, nie byłbym twym więźniem, mężu najchwalebniejszy — i wzruszył ramionami.

Feliks śmieje się. Zawsze tak się śmieje, ilekroć poczuje w swych rękach ofiarę, której się zbytnio nie boi, ale która budzi w nim nieokreślony bliżej niepokój. Tak było i z diakonem Tytusem!

— Nic ci nie pomoże, Asturiuszu... Skoroś do mnie przyszedł, niechybny to znak, że sam Chrystus chciał, bym dostał cię w swe ręce... Teraz nareszcie się dowiem...

Asturiusz z trudnością ukrywa radosne zdumienie. Niewiele więc Feliks wie, skoro spodziewa się, że nareszcie czegoś się dowie. W myśli z błyskawiczną szybkością odbudowuje się cały dokładnie ułożony w drodze plan, zburzony słowami: ,,Jesteś więźniem"… Ale od czego zacząć? Niech myśl pracuje... pracuje szybko, choć spokojnie —jednocześnie jednak za wszelką cenę trzeba coś mówić... mówić jak najwięcej.

— Co chcesz ze mną uczynić, najprześwietniejszy patrycjuszu?...

Feliks znów się śmieje, a w uśmiechu tym twarz jego wydaje się jeszcze bardziej przyjemna i pociągająca niż zazwyczaj. Asturiusz patrzy w nią z coraz wzrastającym zdziwieniem i myśli: „Gdybym nie był w jego mocy, gdyby siły nasze były równe, nie byłby to groźny przeciwnik..." I uważnie nadstawia uszu: nie słowa, które usłyszy, ale miara i natężenie głosu, który je wypowie, ale oddech, ale ukryta za nimi dusza — oto co dlań najważniejsze!

— Co uczynię?... Pod mocną strażą poślę cię w darze wiecznej Auguście i nic już mię nie będziesz obchodził, jak do wczoraj nie obchodziłeś... Jak myślisz — ucieszy się jej wieczność z tego daru, co?

I znowu się śmieje, Asturiusz zaś patrzy nań z niekłamaną zazdrością: gdybyż tak jemu wolno było wyrzucić z siebie ten potok radosnego, triumfującego śmiechu, który rozsadza mu pierś, a dławiony, męczy i dusi: nie, żaden anioł nie przyleciał do patrycjusza z ostrzeżeniem od biskupa! A więc działać... działać co prędzej, ściśle podług ułożonego planu... ,,Żeby tylko nie kazał mnie obszukać" — zjawia się na chwilę niepokojąca myśl, nie może jednak powstrzymać cisnących się na wargi słów:

— Może ucieszy się, ale chyba nie więcej niż z listów, które jej właśnie — rzuca okiem na wielki zegar słoneczny — o dwunastej godzinie doręczą...

Feliks natychmiast przestaje się śmiać. Twarz jego, jeszcze przed chwilą taką urodziwą i ujmującą, w okamgnieniu pokrywają setki drobnych brzydkich zmarszczek.

— Jakich listów? — pyta głosem pełnym już niepokoju. Asturiusz znowu wzrusza ramionami.

— Nie mam tak znakomitej pamięci jak wódz mój, pan i ojciec prawy, niezwyciężony Flawiusz Aecjusz, nie zdołam więc ci, mężu najprześwietniejszy i najchwalebniejszy, całych wyrecytować listów, ale coś niecoś przecie pamiętam:

"Ty jeden wiesz, że to moje dzieło, a Pl. — czy to znaczy Plato, rnężu najchwalebniejszy? — a Pl. nawet przez myśl nie przejdzie" albo inne jeszcze miejsce: „Nie powinieneś udawać przede mną, jakoby tobie, co najmniej tak samo jak mnie, nie zależało..."

— Dosyć, Asturiuszu... na mękę Chrystusową, dosyć... nie mów już, nic już nie mów...

Barwa twarzy Feliksa nie różniła się zbytnio od barwy ziemi, gdy rzucił się ku Asturiuszowi, jedną dłonią porwał go za ramię, a drugą zatkał mu usta — po chwili zaś, przekonawszy się, że młody comes już naprawdę umilkł — jakby przez gada ukąszony, pobiegł ku jednym drzwiom, ku drugim, ku trzecim... podniósł purpurową zasłonę, potem drugą — błękitną, haftowaną srebrem — wreszcie przekonawszy się, ż nikt nie podsłuchiwał, wrócił na poprzednie miejsce z twarzą jeszcze bardziej ziemistą. Wypielęgnowane ręce trzęsły się, tak samo jak i ładnie wykrojone, w obfitych kędziorach brody tonące wargi.

— Skąd... skąd wiesz o tych listach?...

— Sam je przesłałem wiecznej Auguście...

— Ty?... ty?... Skąd je masz?... Na Boga, skąd je masz, Asturiuszu?

Głos Feliksa, zrazu gniewny i zionący niepohamowaną wściekłością, z każdym słowem brzmiał coraz bardziej prosząco.

— Dostałem je od najprześwietniejszego Aecjusza.

Drżącą dłonią uczynił patrycjusz znak krzyża.

— O, Chryste, Ty to widzisz i nie karzesz?... nie stracisz tego krzywoprzysięzcy?!... Na święte Drzewo Krzyżowe, na szczątki Świętych Justusa i Pastora, na strzały sebastianowe, na zbawienie duszy swego ojca Gaudencjusza przysięgał Aecjusz, że listy zniszczył, spalił lub rozdarł na drobniutkie kawałki i puścił na wszystkie wiatry... Wiarołomca! Bluźnierca! Świętokradca!

Głos jego znowu brzmiał nieprzytomną już niemal wściekłością.

Teraz śmiał się Asturiusz.

— A więc najchwalebniejszy mąż przyznaje, że listy były?

Feliks porwał się ku niemu, chwycił wypielęgnowanymi palcami za brzeg szaty, przekrzywioną wściekłością twarz przybliżył aż do samego śniadego policzka — nagle zwolnił uścisk, zachwiał się, zakrył dłonią twarz i bez siły opadł na szeroką marmurową ławkę.

— O, Aecjuszu, Aecjuszu — jęknął głucho — czyż nie byłem ci przyjacielem? czyż nie obsypałem cię zaszczytami i tytułami?... Nie osłaniałem przed wściekłym gniewem Placydii?... a ty teraz przeciwko mnie z nią... z nią razem...

— Kłamiesz, Feliksie. Nie byłeś mu przyjacielem. Nadawałeś mu dobra i stopnie, i tytuły, bo całe imperium o nie dlań wołało... dla swego obrońcy... swego zbawcy! Bo gdybyś mu ich skąpił, my — jego żołnierze, których synami swego ramienia i głowy raczył zwać — roznieślibyśmy ciebie wraz z Augustą i całą Rawenną... zmietlibyśmy na proch... Ale naprawdę, w wężowym swym sercu, toś go tylko nienawidził, szkodziłeś, jak mogłeś, rzucałeś pod nogi kłody, miast pomagać... Czemużeś, nieszczęsny, uparł się, by Hunom, przyjaciołom i jedynym sprzymierzeńcom naszym, odebrać Walerię, której cała cena — trzy sylikwy, a przez którą poróżniłeś cesarstwo z Rugilą?...

Feliks spojrzał na Asturiusza, tak jakby miał przed sobą obłąkańca.

— O, bezrozumny młodzieńcze! — zawołał. — Czyż nie pomnożyłem przez to cesarstwa?!

Po żołniersku — po żołdacku, po prostacku splunął głośno Hiszpan do śpiewnie szemrzącej w sadzawce wody.

— I taka głowa ma sprawować rządy świętego rzymskiego imperium! — krzyknął w gniewie, naprawdę szczerym, ale ze znacznie mniej szczerym zdziwieniem. Wiedział bowiem, że to nie głowie swej zawdzięczał patrycjat cesarstwa Flawiusz Konstancjusz Feliks, jeno związkom powinowactwa, dosyć dalekim zresztą, z domem teodozjańskim, przede wszystkim zaś ogromnym swym bogactwom, którymi naprawdę olśnił obie stolice i cały Zachód w roku swego konsulatu. Wiedział o tym też po trosze sam patrycjusz: od kilku już lat czuł, że zadanie, jakie wziął na swe barki, nieporównanie przerasta jego siły. zdolności, bystrość i najlepszą nawet wolę. Marmurowy posąg Atlasa, który zdobił perystyl pięknej jego insuli, budząc zgorszenie i gniew Augusty, był właśnie tajemnym wyrazem tych jego rozmyślań o ciężarze władzy. Na szczęście dla siebie (mowa o szczęściu na bardzo krótką metę!) posiadał mało wyobraźni i usposobienie nierówne, a w zasadzie lekkomyślne i beztroskie: nigdy nie dręczyły go ponure myśli o przyszłości ani o mogących mu grozić nieszczęściach, ciosach, jakichś zdradach, spiskach, zamachach, które spędzały sen z oczu Placydii. Ale też w przeciwieństwie do niej całkowicie nie był uodporniony na niepokoje tego rodzaju i gdy zdarzyło mu się — bardzo rzadko — doświadczać ich, wpadał natychmiast w nastrój krańcowo przeciwny: albo w beznadziejną rozpacz i całkowitą bezradność, albo też w bezmyślne okrucieństwo. To ostatnie ujawniło się przed czterema laty w historii z biskupem arelateńskim i diakonem Tytusem — teraz jednak zdawało się przeważać tamto: nagła rozpacz i uczucie całkowitej bezradności. Próbował z nimi walczyć.

— Jakże to, Asturiuszu — szepnął — czyż listy, o których mówisz, nie najlepszym są dowodem mej przyjaźni do Aecjusza?... Razem, wspólne mając dobro i wspólne zyski na oku, postanowiliśmy usunąć Bonifacjusza od wpływu na Augustę. Czyżem nie dokonał tego?...

— Dokonałeś, Feliksie, ale po to, by pozbywszy się jednego rywala, pozbyć się potem drugiego — Aecjusza... I nie kłam, żeś razem z Aecjuszem to zamierzył... Pisałeś do niego, namawiałeś, kusiłeś, ale czyś co zyskał?... czy masz dowód... czy masz jeden choćby list, w którym by pisał Aecjusz, że pochwala twój zamiar?

Patrycjusz siedział bez ruchu, z twarzą wtuloną w coraz to bardziej sztywniejące ręce: o, głupcze nad głupcami.. mężu nieszczęsny z umysłem dziecięcia!... miał dowód... miał list od Aecjusza z mglistą wprawdzie, ale przecież nietrudną do odgadnięcia pochwałą tego, co Feliks czynił przeciw Bonifacjuszowi... I zniszczył ten list, o nieszczęsny!... zniszczył, bo tak jak i Aecjusz przysiągł na święte strzały sebastianowe, na szczątki świętych Justusa i Pastora, na zbawienie duszy ojca, na najświętsze Drzewo Krzyżowe! Przez chwilę uczepił się nagłej nadziei: powołać Aecjusza przed sąd biskupi o krzywoprzysięstwo, bluźnierstwo i świętokradztwo! Ale przecież wtedy by się trzeba było przyznać do powzięcia i wykonania całego sprytnego a kunsztownego planu przeciw Bonifacjuszowi, a tego Augusta nigdy by mu nie wybaczyła! W coraz większe więc wpadł otępienie i ani słowem nie odezwał się przez cały czas długiej przemowy Asturiusza, w której młody Hiszpan, setkami sypiąc argumenty i przykłady, dowodził, jak dalece on, Feliks, nie nadaje się do rządzenia cesarstwem — przeciwnie; ileż temu cesarstwu nie do naprawienia wyrządził szkody! Dopiero wówczas, gdy Asturiusz wypowiedział słowa: ,,Zwycięskie wojska nie ścierpią tego dłużej", zerwał się z marmurowej ławki w najwyższej trwodze i zawołał:

— Czegóż chcecie ode mnie?... Żądacie, bym ustąpiłbym…bym zrzekł się władzy, patrycjatu? Mówcie... mówcie...

Woda w sadzawce szemrała zupełnie tak samo jak poprzednio, ale Feliksowi zdawało się już, że szmer wzrósł tysiąckrotnie... że nie jest to szmer fontanny, ale głuchy, groźny pomruk setek i setek niezadowolonych żołnierzy... straszliwych Hunów... Gotów... Swebów... Wandalów... W przedwieczornej tej chwili, gdy ze wszystkich kątów wypełzły nagle nieme, bezszelestne, szare cienie, szczerze zapragnął zrzucić z siebie ciężar ponad siły... tak, wziąć w rękę ciężki młot i w szczątki rozbić marmurowego Atlasa!

Z niecierpliwością też czekał, co odpowie Asturiusz. Hiszpan zaś rzekł:

— Cóż nam przyjdzie z tego, że zapragniesz zrzec się władzy? Augusta się nie zgodzi... nie zgodzi się, bo wie, że po tobie patrycjuszem musi mianować Aecjusza... a ty nie ośmielisz się nie usłuchać jej woli...

Urwał, jakby czekał, by cienie, coraz szybciej, coraz zuchwałej, jak gady ślizgające się po posadzce, po ścianach, po ocembrowaniu sadzawki — wspinać się zaczęły po nogach patrycjusza aż do samego lękliwego serca — wreszcie podjął zniżając głos, ale tak, by Feliks nie uronił ani jednego słowa:

— Nie, Feliksie... Dla dobra cesarstwa... dla chwały Aecjusza my, wierni jego żołnierze, postanowiliśmy cię zgładzić... Ja sam miałem dokonać tego własnymi dłońmi... oto tymi dłońmi...

I wyciągnął ku niemu ręce.

Zduszony jęk wyrwał się z piersi Feliksa:

— Mordercy!

— Słusznieś rzekł, najchwalebniejszy mężu: „Mordercy!" I tak samo by mówiono w całym cesarstwie, choć dokonalibyśmy tego jedynie dla jego dobra i chwały... Oto już dziś rzucono mi w twarz to słowo. Istotnie, niemiłe słowo. I dlatego postanowiliśmy zrobić inaczej: umrzesz nie z naszej dłoni, ale umrzesz... tak jak pragniemy... umrzesz z woli Augusty jako spiskowiec i zdrajca. O Aecjuszu zaś będzie wiedziała jej wieczność, że odrzucił twe niecne namowy, a co więcej, postanowił odsłonić je i ostrzec przed ich skutkami naszą panią, mimo że tym narazi siebie na okrutne a niesłuszne podejrzenie... Wówczas to ustaną dawne waśnie między Augustą a niezwyciężonym i patrycjat z dobrowolnej łaski majestatu...

Dalsze słowa zagłuszył głośny, długo nie milknący śmiech. Człowiek lękliwego serca, który przed chwilą usłyszał wyrok śmierci na siebie, śmiał się radośnie, szczęśliwie, triumfująco. Śmiech ów nie tylko zmusił Hiszpana do milczenia, nie tylko zmieszał go i zaniepokoił, ale długo nie dawał przyjść do słowa samemu Feliksowi.

— O głupcy! — wołał, z trudem usiłując wzbić się głosem ponad własny śmiech — ustaną waśnie między Augustą a Aecjuszem?... Patrycjat z dobrowolnej łaski majestatu? — Nowy wybuch szalonego śmiechu i dopiero w długą chwilę potem znowu: — Głupcy, głupcy!... Czy wiesz, Asturiuszu, dlaczegom ci rzekł, żeś mym więźniem?... Bo Augusta wczoraj dowiedziała się, żeś w Rawennie... i poluje na ciebie!... poluje... tak jak w Afryce na panterę się poluje, nim zaczną się łowy na lwa...

Asturiusz w lot zrozumiał. Spokojnie wysłuchał, co opowiedział mu zanosząc się od śmiechu Feliks o żądaniu Augusty, by zabić Aecjusza.

— Widzicie więc, wy wierni żołnierze, że nie ode mnie największe grozi niebezpieczeństwo Aecjuszowi, którego czczę i szanuję... Niech tylko Aecjusz uchroni się przed nigdy niesytą zemstą Augusty, a Feliks z radością usunie się w cień do swych dóbr w Lukanii i sam będzie wołał w senacie o patrycjat dla Aecjusza, ale musicie mi poręczyć życie, wolność i spokój i jak ja teraz Aecjusza, tak wy mnie ochronić przed pomstą Augusty...

Było ciemno i Feliks nie mógł widzieć twarzy Asturiusza w chwili, gdy młodzieniec żywo zawołał:

— O nie, najchwalebniejszy Feliksie... nie musisz usuwać się w cień... przerzuć jeno za wielki dla siebie ciężar władzy na mocne barki Aecjusza, a zobaczysz: drugi konsulat, i to może już w następnym roku — zapewniony!... Ale musisz przyrzec, że istotnie, i to w dniach najbliższych, na posiedzeniu rady cesarskiej wyrazisz chęć złożenia władzy i wskażesz na Aecjusza jako na swego następcę... I uzasadnisz, dlaczego...

— Za wiele żądasz, Asturiuszu... Uczynię, czego chcesz, ale i ty musisz przyrzec, uroczyście przyrzec, że listy, o których mówiłeś, nie dojdą do rąk Augusty...

— Przyrzekam ci słowem żołnierza, mężu najchwalebniejszy.

— Mówiłeś, że o dwunastej godzinie doręczą Auguście te listy... Teraz jest jedenasta. Przysięgnij, że natychmiast stąd pobiegniesz w stronę pałacu i zatrzymasz człowieka, któregoś posłał z tymi listami...

— Przysięgam.

— Przysięgnij na swą głowę... na cześć swojej matki... masz córkę?...

— Mam dziewczątko...

— To przysięgnij na jej dziewiczość i cnotę, które niech straci, nim męża poślubi, jeśli mnie oszukasz... Przysięgnij na jej i swej własnej duszy zbawienie... Na krew Chrystusa... na Jego rany...

Asturiusz lewą ręką obmacał na piersi ukryte pod tuniką listy, prawą zaś wzniósł do góry i uroczystym głosem zawołał:

— Na wszystko, coś wymienił, przysięgam, że listy te nie dojdą do rąk Augusty Placydii...

I wnet dorzucił:

— A teraz ty przysięgnij, Feliksie, że Augusta istotnie namawiała cię do zabicia Aecjusza i że póki magister utriusque militiae nie przybędzie do Rawenny z wojny, nic nie po...

Urwał w połowie słowa, jako że za purpurową zasłoną zabłysło raz, drugi i trzeci coraz to zbliżające się światło.

7

Aecjusz z uśmiechem spojrzał na zgromadzonych w komnacie comesów i starszych trybunów.

— Podobno któryś z was chciał udać się do króla Teodoryka — rzekł.

Młody Awitus z Awerniów wysunął się naprzód.

— To ja chciałem, mężu najprześwietniejszy.

Aecjusz obrzucił go od głowy do stóp szczerze zdumionym spojrzeniem.

— Ty, Mecyliuszu?... zaprawdę dwór — (słowo dwór podkreślił ironicznym uśmiechem) — króla barbarzyńskiego to nie jest odpowiednie miejsce dla wypieszczonego senatorskiego syna... Brudno tam, hałaśliwie a gburowato... zaiste, nie dla ciebie. Ale skoro chcesz...

— Bardzo chcę, mężu najprześwietniejszy...

— Cóż cię tam ciągnie?

— Krewniak mój, Teodorus, panie, jest zakładnikiem u króla Teodoryka. Matka jego zapłakuje się z rozpaczy dniami i nocami. Pojadę: może szlachetny a dzielny władca barbarzyńców zechce oddać go matce na moją prośbę...

Wszyscy comesowie i trybuni wybuchnęli głośnym śmiechem.

— Zapewniam cię, że nie odda, mój Mecyliuszu — wzniósł się ponad śmiech potężny głos Aecjusza.

— Skoro nie odda, to ofiaruję się na jego miejsce jako zakładnik. Ty mi pozwolisz, panie?

Śmiech urwał się — Aecjusz, comesowie i trybuni patrzyli na Awitusa jak na szaleńca albo na świętego, wzrokiem pełnym zdumienia, niedowierzania, ale zarazem już i szacunku

— Ależ pozwalam, pozwalam... Tylko dziwię się, Mecyliuszu Awitusie...

— Dziwisz się mężu najprześwietniejszy?... Wszakżeś sam był niegdyś u Gotów, i to u samego Alaryka...

— Tak, byłem. Słusznieś rzekł, Mecyliuszu. Ale ja to nie ty. Zresztą...

Uśmiechnął się szerokim, wesołym i szyderczym zarazem uśmiechem.

— Dam ci gołębia oswojonego... Myślę, że za dwa, trzy dni zechcesz go wysłać — przywiąż tylko do nogi liścik. Wykupię cię zaraz za niezłą cenę sześciu głów wodzów gockich. których na razie morzę tu u siebie w lochu głodem... Jeszcze tydzień wytrzymają. A do tygodnia musi stanąć pokój.

I jakby dopiero teraz sobie coś przypomniał, pośpiesznie dodał

— Skoro naprawdę chcesz tam jechać, to oświadcz, prosimy cię, królowi Teodorykowi. że łaskawa przystajemy na jego warunki pokoju..

Głośny szmer zdumienia przebiegi przez natłoczoną comesami i trybunami komnatę. Aecjusz jednak, nie zwracając nań najmniejszej uwagi, ciągnął dalej:

— Dajemy ludowi Gotów na osiedlenie się, prócz Nowempopulanii. jeszcze Akwitanię. bez Biturygów jednak, Arweniów i Gabalów Z prowincji zaś narboneńskiej tylko Tolozę — Narbony nie... Z possessorami niech król sam się układa, miasta jednak rządzić się mają rzymskim prawem Tyle. Ale musi król Teodoryk złożyć przysięgę, i to uroczystą — w swym kościele ariańskim — na foedus.

Na foedus, czyli na wierność cesarzowi, przysięgać musiał każdy lud barbarzyński, który pragnął osiedlić się w granicach imperium. Przysięga ta nakładała nań obowiązek wiecznego przymierza, pojętego w ten sposób, że ilekroć naczelny wódz wojsk cesarskich tego zażąda, lud sfederowany musi wystąpić zbrojnie, i to bezzwłocznie, przeciw każdemu nieprzyjacielowi Rzymu, przy czym król tego ludu na czas wojny poddaje się bezwzględnie pod rozkazy cesarskiego wodza Drobne plemiona barbarzyńskie na ogół wiernie dochowywały przymierza, silniejsi jednak spomiędzy federatów, przede wszystkim zaś najpotężniejsi z nich Wizygoci raz po raz usiłowali buntować się przeciw prawnej zależności od cesarstwa, wywołując długotrwałe a niszczycielskie wojny, których celem prawdziwym nie było jednak — przynajmniej na początku rządów Teodoryka — uniezależnienie się od Rzymu, tylko wydostanie od cesarstwa wciąż nowych i nowych posiadłości w zamian za wznowione foedus. Konstancjusz pierwotnie chciał osiedlić Gotów w Hiszpanii, licząc na ich pomoc przeciw bezprawnie osiadłym tam Wandalom, Alanom i Swebom — Hiszpanii jednak, jako swej kolebki, dom teodozjański nie chciał wyrzekać się dobrowolnie i przeznaczył Wizygotom niewielki południowo-zachodni skrawek Galii. I oto po piętnastu latach potęga wizygocka rozrosła się tak dalece, że zwycięski wódz dobrowolnie godzi się oddać barbarzyńcom obszary tak wielkie, iż żadne inne plemię — nawet bezprawnie — nie może pochlubić się posiadaniem połowy choćby przyznawanego Teodorykowi po jego klęsce na Górze Kolubraryjskiej terytorium!

Dlaczegóż to Aecjusz tak robi? zdumiewali się comesowie i trybuni. Wszak po zwycięstwie jest tak silny, a nieprzyjaciel tak osłabiony, że gdyby tylko wojnę się przeciągnęło, gdyby się przeszło z obrony do natarcia — można byłoby Wizygotów tak przycisnąć, że z radością zgodziliby się na warunki sprzed piętnastu lat! Aecjusz jednak nie raczył wyjaśnić podwładnym przyczyn swego postępowania, o które zresztą przestali niebawem się troszczyć, zdumieni i oszołomieni tym, co nastąpiło po odprawieniu Awitusa do Wizygotów. Prawie każdy z nich otrzymał wyższy stopień wojskowy i dostojniejszy tytuł; poza tym magister utriusque militiae własnoręcznie zawiesił na szyi każdego szczerozłoty łańcuch z własną podobizną, którą wszyscy natychmiast z prawdziwą czcią ucałowali. Ale i to nie było jeszcze wszystko: dwudziestu sług pod wodzą Huna Traustyli wniosło do komnaty ciężkie worki z solidami i srebrnymi sylikwami, srebrne kielichy i misy, przecudnie rzeźbione hełmy, pancerze i nagolenniki. Każdy z comesów i trybunów, na wyraźne życzenie Aecjusza, mógł brać z tego tyle, ile chciał. Prócz tego ci, którzy w ostatniej bitwie otrzymali rany lub znajdowali się w pobliżu wodza, mieli udać się do jego stajni i wybrać sobie po dwa konie — wszyscy zaś bez wyjątku zaproszeni zostali na ucztę, którą tegoż wieczora prefekt pretorium Galii wydawał na cześć zwycięskiego wodza. Zaprosiwszy na tę ucztę każdego z osobna, Aecjusz pożegnał towarzyszy, jednemu Andewotusowi tylko polecając, by jeszcze został. Odeszli, rozradowani, wznosząc głośne okrzyki na cześć niezwyciężonego, któremu przysięgali służyć wiernie do ostatniego tchnienia, do ostatniej kropli krwi w mocnych, tęgich ciałach! Wieść o niesłychanej szczodrobliwości wodza szybko obiegła obóz, w żołnierzach jednak nie wzbudziła zdumienia: dziesiętnicy już od wczesnego rana chodzili pomiędzy szeregami z rozwiązanymi workami i na każdą z tysięcy wyciągniętych dłoni kładli lśniący żółty krążek, z którego jednakowo surowym wzrokiem patrzyły na Huna, na Gota, na Sweba, na Franka — nieco za okrągłe i lekko wypukłe oczy Augusty Placydii.

— Czy pamiętasz, czym byłeś przed sześciu laty, świetny Andewocie? — pytał Aecjusz.

Obwieszony złotymi i srebrnymi odznakami barbarzyńca utkwił w swym wodzu rozkochane spojrzenie.

— Nigdy nie zapominam tego, panie mój — odrzekł głosem szorstkim, nieco chrapliwym, a zarazem tkliwym nieomal. — Byłem podłym jeńcem...

— A potem?

— Dziesiętnikiem w auxiliach...

— A potem?

— Potem był rok konsulatu Walentyniana cezara... W roku tym do maja Andewotus był nadal w auxiliach. zaledwie setnikiem, a po maju...

Zgiął kolano.

— ...po maju trybunem domowników... i to trybunem orszaku comesa! — zawołał z wybuchem radosnej wdzięczności.

— Dobrą masz pamięć, Andewocie. A dziś, czymże dziś jesteś?

Nie mógł już dłużej hamować się Andewotus. Co sił grzmotnął potężnymi pięściami w opancerzoną pierś rozpieraną szczęśliwością i dumą.

— Dziś jam świetny comes!... towarzysz niezwyciężonego...

— Skłamałeś, Andewocie. Dzisiaj tyś już prześwietny i nie towarzysz, jeno przyjaciel Aecjusza... I położywszy mu dłoń na ramieniu, dodał:

— Wybierzesz trzystu ludzi...

— Rzekłeś, panie...

— Ale ani jednego Huna...

Wielkie niebieskie oczy nieomal na czoło nie wylazły ze zdumienia.

— Najlepiej samych Gotów... domowników... tych, których żony i dzieci mieszkają w Rawennie...

— Wola twoja, panie...

— Ale takich... wiesz?... najpewniejszych... Każdemu dasz po trzy sztuki złota... I po dzbanku wina. I jeszcze dziś...

— Dziś, panie...

— Ruszysz z nimi do Rawenny. Znajdziesz tam Asturiusza Wiesz, gdzie go szukać. I powiesz mu: „Czas".

— Powiem: „Czas".

Druga dłoń Aecjusza spoczęła na drugim ramieniu Andewota.

— Wiem, że lubicie się z Asturiuszem, ale mimo to przysięgnij mi, przyjacielu, że we wszystkim, co ci powie, usłuchasz go tak, jakbym to ja ci rozkazał... Przysięgnij na to, co masz najdroższego i najświętszego...

Andewotus wzniósł ku niebu płomiennowłosą głowę, czerwoną twarz, wielkie niebieskie oczy.

— Przysięgam — rzekł — przysięgam na to, abym w krwawym boju paść mógł w obronie twojego życia, o niezwyciężony, że...

8

Diakona Grunitusa obudził ostry ból powyżej lewego kolana. Zdziwiony, usiadł na posłaniu I nagle uczuł taki sam ból na łydce, ale już prawej Dotknął bolącego miejsca, podrapał — doznał uczucia niewysłowionej ulgi. Położył się znowu. I znowu ból — tak jakby coś go ukłuto powyżej krzyży. A jednocześnie okropne swędzenie na łydce, tam gdzie się podrapał. I znowu ukłucie na brzuchu. Zerwał się. Szybko zdjął ze ściany słabo płonącą lampkę i zbliżył ją aż pod samo posłanie. Już wie! Po pasiastej tkaninie, którą się okrywał, ogromne skoki robi czarny punkcik. Gwałtownym ruchem szarpnął tkaninę: czarny punkcik znikł. Zaledwie jednak Grunitus postawił lampę na stoliczku obok posłania i spróbował wyciągnąć się pod tkaniną, znowu uczuł ból, tym razem na łokciu. Począł się drapać — coraz to szybciej, coraz silniej — na łokciu, powyżej krzyży, na brzuchu... Straszliwe swędzenie i zarazem nowe ukłucie na ramieniu. Zdawało mu się, że udusi się z nagle wezbranej pod gardłem wściekłości. Porwał lewą ręką lampkę — trzęsącą się prawą cisnął jak topór bojowy na posłanie. Spod palców uniosła się w powietrze czarna plamka i po chwili opadła na wezgłowie. Nagle zesztywniałe, silne, drapieżne palce pomknęły ku wezgłowiu: czarny punkcik szyderczo i triumfująco odleciał ku nodze. Palce ku nodze, czarny punkcik skacze na brzuch. Ale Grunitus nie przerywa łowów: zgrzytając zębami, z myślą i zmysłami niesłychanie wyostrzonymi, ściga nienawistnego przeciwnika... spada całą szerokością dłoni na zapadły brzuch, szczypie się dotkliwie w udo, łamie o siebie kłamanym triumfem wysilone paznokcie, aż wreszcie dopada wroga w nogach posłania: jak skałą walącą się nakrywa go rozwartą dłonią, oszałamia, rani, unieruchamia... dopiero potem z radosnym błyskiem oczu bierze pomiędzy drapieżne palce... rozkoszuje się powolnym zwieraniem się, paznokci i zabija... rozdziera... unicestwia... A po chwili płacze.

Oto taki był zawsze dumny i szczęśliwy, że nigdy żadnego najmniejszego nawet stworu Bożego nie zabił... nie zranił... nie skrzywdził! I za taką wielką poczytywał to sobie zasługę przed miłosiernym Chrystusem! A cóż się okazało?... Oto dlatego był taki dobry, taki miłosierny, taki dbały, by nikomu i niczym przykrości nie zrobić — bo sam od nikogo przykrości nie doznał, nikt go nigdy nie skrzywdził. nikt nie był jego wrogiem...

— Zaprawdę, łatwo wówczas być dobrym i miłosiernym — szepcze do siebie, łkając — ale niech jeno zjawi się wróg — biedne, małe bezbronne stworzonko... niech jeno ugryzie dobrego, miłosiernego Grunitusa, i cóż się okazuje? — jak drapieżnik, jak poganin, jak szatan — rzuca się z wściekłością na wroga... zionie cały nienawiścią, goni, poluje, walczy, a potem męczy... męczy.. męczy...

Zrywa się z posłania, pada na kolana, bije się w nagie piersi.

— Panie, przebacz... Chryste, zlituj się... — Trzęsie się cały. Bo i cóż?... Nie trudno zgadnąć: niechby jaki człowiek wyrządził mu krzywdę, a oto porywa się miłosierny sługa Chrystusów, chwyta miecz czy oszczep i zabija... zabija człowieka!

Czyż nie wzdragał się iść ostrzegać przed niebezpieczeństwem patrycjusza Feliksa, ponieważ ów zabił jego przyjaciela Tytusa?... Skoro tak, kto wie, czy wprost by nie życzył Feliksowi śmierci, gdyby to nie przyjaciela, ale jego samego poranił ciężko patrycjusz! Łzy strugami spływają z oczu diakona: jakże daleko człowiekowi do doskonałości Chrystusowej!...

Nagle przestaje płakać i zaczyna myśleć o Feliksie i o wszystkich owych dziwnych sprawach. Zaraz... kiedyż to było? Tak, tak, to już cała oktawa mija od owego wieczora, gdy zdyszany, oblany potem, wpadł do insuli patrycjusza, kazał się zaprowadzić przed jego oblicze i nic patrząc w oczy człowiekowi, który zabił Tytusa, jednym tchem wyrzucił z siebie: „Mężu najchwalebniejszy, chcą cię zabić... Aecjusz nastaje na twe życie". A Feliks roześmiał się wówczas i rzekł: ,,Dziękuję ci, młodzieńcze... chcieli mię zabić, ale już nie chcą..." I dał mu pełny worek srebra. Grunitus wziął go i nazajutrz przed kościołem Świętej Agaty rozdał sylikwy ubogim.

Tak, to już oktawa. Piąty zaś dzień mija od wieczora, gdy niespodziewanie spotkał owego młodzieńca, co to od Aecjusza przychodził ze złymi słowy do biskupa. Sam nie wie, co go wówczas popchnęło, że podszedł do tamtego i rzekł: „Chrystusowym szczerze słowem dziękuję ci, panie żeście poniechali złych myśli przeciw patrycjuszowi najchwalebniejszemu". Tamten jakoś w mgnieniu oka zmienił się na twarzy i powiada: ..Nie pojmuję twych stów... nie znam cię wcale"... Wówczas promiennym uśmiechem oblał się Grunitus i powiedział: „Wszystko wiem. Mnie to święty biskup posyłał ostrzec najchwalebniejszego". Tamten zaś nic już nie rzekł, przyjrzał mu się tylko tak jakoś dziwnie i odszedł...

Ku końcowi ma się przecudna majowa noc. Ale Grunitus nie czuje jej czaru i nic nawet o nim nie wie — nim pocznie się ubierać, chce jeszcze tylko skończyć modlitwę, swoją własną, przez siebie ułożoną;

— Spraw, najmiłosierniejszy Panie Chryste, by najlichszy ze sług Twoich naprawdę mógł coś uczynić w imię niezmierzonej Twej miłości człowieka... Amen. Amen. Amen.

9

Jedzie, jedzie — przerwał nareszcie ciszę oczekiwania czyjś daleki głos.

— Jedzie, jedzie! — zahuczało w falującym u stóp świątyni tłumie.

Setnicy dali znak: cała prima schola scutariorum — pięć setek dorodnych młodzieńców — jak jeden mąż zadzwoniło razem ostrzami krótkich mieczy w dźwięcznie brzmiący spiż potężnych puklerzy. I natychmiast odezwała się secunda schola spathariorum: długie włócznie z ostrym szczękiem uderzyły w serca małych okrągłych tarczy. Ustawieni zaś na stopniach kościoła domestici wyrzucili z okutych ponura tajemnicą piersi głośny barritus, który zdawał się brzmieć równie niewinnie i pogodnie, jak niewinny i pogodny był ów kąpiący się w blaskach słonecznych dzień Pański, ostatni przed kalendami czerwca.

Patrycjusz cesarstwa nadjeżdżał.

Najpierw wyrosły ponad tłumem długie dzidy bucellariów. szczerym złotem połyskujące w promieniach porannego słońca. Potem biały klin pieszych gońców na dwoje rozłupał czarną kotłującą się tłuszczę ukazując oczom zgromadzonych przed kościołem żołnierzy — złotem, srebrem, purpurą i bielą mieniący się orszak patrycjusza. W pierwszej kwadrydze jechał możny i wsławiony senator Petroniusz Maksymus. w drugiej przyjaciel Feliksa młody Kwadracjanus — trzecim rydwanem zaprzężonym w czwórkę mlecznobiałych rumaków powoził sam patrycjusz mając u boku swą żonę Paduzję.

Niewysłowiony czar upojnej majowej nocy — czar, którego diakon Grunitus nie dostrzegł nawet, o którym nic nie wiedział — tak dalece opętał skromną cichą małżonkę Feliksa, że sama stała się nagle jak noc upojna, pełna niewysłowionego czaru, nabrzmiała żądzą i rozkoszą... jak noc śmiała w obnażaniu i szczodra w roztaczaniu wszystkich swych wdzięków... jak noc natarczywa, nieznużona, wszystko sobą ogarniająca. Piąty rok już mijał, odkąd w łożnicy poślubnej zetknęli się ze sobą miłośnie po raz pierwszy — a oto obojgu im: i Feliksowi, i Paduzji wydało się nagle, że przed tą nocą jakby wcale nie wiedzieli, co to miłość. Kiedy zaś ostatnie szare cienie pierzchły wstydliwie przed pierwszym natarciem blasków dnia, zdumionym oczom patrycjusza wydało się, że nie żywe, tak dobrze mu znane, a tak niedoceniane przez tyle lat ciało żony spoczywa na szerokim małżeńskim łożu, ale wspaniały posąg z różowego marmuru, przecudowne, choć grzeszne dzieło pogańskiego artysty, nieoczekiwanie złożone w darze najchwalebniejszemu i teraz skupiające na sobie wszystkie blaski równie jak Feliks zachwyconego nagłym widokiem słońca. Nigdy nie przypuszczał, że żona jego jest aż tak piękna! Toteż gdy wyraziła chęć towarzyszenia mu do kościoła, przystał natychmiast, jakkolwiek w zasadzie nie uznawał za właściwe, by wysokim dostojnikom towarzyszyły przy uroczystych wystąpieniach kobiety, choćby to miały być nawet wedle prawa Bożego poślubione żony!

Ale tego dnia sam pragnął: niech wszyscy najprześwietniejsi... całe wojsko... cała Rawenna — przekonają się. jak urocza jest jego Paduzja!... tak, niech ujrzą i niechaj uczczą żonę patrycjusza! Zainteresował się jednak, dlaczego właściwie chce udać się z nim razem do kościoła, i nagle uczuł się naprawdę głęboko wzruszony, kiedy głosem pełnym powagi odpowiedziała:

— Pragnę czuć, że jesteś blisko mnie w chwili, gdy będę dziękować gorąco Panu naszemu Chrystusowi, iż w Kanie pobłogosławił i cudem uświęcił związek mężczyzny z niewiastą..

Wówczas to po raz pierwszy może w życiu Konstancjusz Feliks tkliwie i zarazem ze czcią ucałował dłoń swojej małżonki

Udając się do bazyliki oboje przystroili się w jak najwspanialsze, najuroczystsze szaty; wykąpane namaszczone i skropione pachnidłami ciało Feliksa okryła najpierw ozdobna tunica palmata, na którą potem wprawne ręce szatnych narzuciły złototkaną jedwabną suknie bez rękawów wedle dalmatyńskiego kroju, wówczas właśnie rozpoczynającego swą zwycięską walkę ze wszystkimi odmianami starorzymskiej togi. Jedyną ozdobą takiej sukni stanowiły clavi — podłużne, wąskie pasy zazwyczaj w ciemnych kolorach, spływające równolegle z obu ramion aż do dolnego brzegu szaty, gdzie zlewały się z obramowaniem tej samej co one barwy. Clavi zdobiące dalmatykę Feliksa były purpurowe, równie jak wysoko sznurowane trzewiki okrywające szczelnie całą stopę i połowę łydki.

Paduzja włożyła peplum barwy nieobranego migdała i wspaniałą szafirową zwierzchnią szatę obramowaną dwoma rzędami srebrnych kółek, z których każde mieściło w sobie po trzy serca skierowane ku sobie ostrymi końcami. Patrząc z bliska, można było dostrzec, że każde serce jednocześnie jest gotowym do lotu gołębiem, ostre zaś końce — całującymi się dzióbkami. Na nogi żona patrycjusza wdziała skromne ciemne sandały.

— Będziesz wyglądać jak umbryjska chłopka! — ze zdumieniem i gniewem zawołał Feliks.

— Zobaczysz — roześmiała się Paduzja. Istotnie już po chwili patrycjusz z ponownym zdumieniem i zarazem podziwem patrzył na stopy żony: skromne rzemyki sandałów i brzydko pożyłkowane podbicie całkowicie ukryły się w fałdach długiego peplum; obnażone pozostały jedynie palce, ale i one natychmiast utonęły w blasku złota i bezcennych różnobarwnych kamieni — na każdy bowiem palec włożyła Paduzja co najmniej po dwa pierścienie. Również i paznokcie zdawały się zupełnie nie zdradzać nieprzystojnej szlachetnym niewiastom nagości nogi; każdy z nich prócz tego, że najkunsztowniej wypielęgnowany, barwiony był w kolorze klejnotu na pierścieniu.

Do bazyliki Feliks udawał się w jak najlepszym usposobieniu: Asturiusza wprawdzie nie widział więcej, Hiszpan jednak wciąż się z nim porozumiewał za pośrednictwem zaufanego barbarzyńcy i nie tylko zapewnił kilkakrotnie, że patrycjuszowi nic nie grozi od ludzi aecjuszowych przed powrotem magistra utriusque militiae z Galii, ale wyznaczył nawet dzień — nony lipcowe, w którym Aecjusz. o ile szczęśliwie zakończy wojnę gocką, pragnąłby spotkać się z patrycjuszem — nie w Rawennie jednak, ale w Mediolanie — celem obmyślenia dróg i środków wspólnej obrony przed gniewem Placydii, który wcześniej czy później dosięgnie Feliksa, choćby nawet wiadome listy i nie zostały ujawnione... Sprawa listów najbardziej niepokoiła patrycjusza — uczuł się więc całkowicie uspokojonym i szczęśliwym, gdy zaufany Asturiusza pozwolił mu z odległości pięciu kroków przyjrzeć się czarnym tabliczkom, na których z niewypowiedzianą radością odczytał własne pismo, a przede wszystkim grubo podkreślone słowa o sprawie Bonifacjusza, mogące każdej chwili zgubić go nieodwołalnie. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie rzucić się na posłańca z mizerykordią, ten jednak zdawał się z łatwością czytać w jego myślach, z przyjemnym bowiem uśmiechem oświadczył, że każdy krok naprzód lub każde podniesienie głosu, które by mogło ściągnąć służbę, patrycjusz przypłaci natychmiastową śmiercią — ponadto zaś świetny Asturiusz tylko do zachodu słońca czekać będzie na swego wysłańca, a jeśli ów do tego czasu nie wróci — hiszpański comes od razu uda się do świętego pałacu z jeszcze jednym listem, o którym najchwalebniejszy mąż, zdaje się, zapomniał. W każdym razie Feliks doznał uczucia niewypowiedzianej ulgi przekonawszy się, że Asturiusz dotrzymał złożonej przysięgi; żeby zaś całkowicie zabezpieczyć się przed aecjuszowymi ludźmi, właśnie w przeddzień ostatniego w maju dnia Pańskiego przesłał Asturiuszowi wiadomość, że zgodnie z uroczystym swym przyrzeczeniem zabrał głos na radzie cesarskiej, wyrażając chęć zrzeczenia się godności patrycjusza i wymieniając jako swego następcę Aecjusza. Mówił prawdę, nie mówił jednak całej prawdy: nie uznał za wskazane powiadomić Hiszpana, że zaledwie rozpoczął przemowę, Augusta szorstkim głosem kazała mu zamilknąć oświadczając, że nigdy nie zgodzi się na jego ustąpienie, przeciwnie: uważa go za jedynie zdatnego do piastowania tej godności, a to ze względu na wielkie zasługi, jakie położył dla dobra imperium, z których to zasług jako pierwszą i najważniejszą wymieniła odzyskanie na Hunach Walerii. „W każdym zaś razie — zakończyła — nie Aecjusz byłby twoim następcą, najchwalebniejszy mężu."

Ostatnia oktawa przyniosła ponadto jeszcze jedno wydarzenie ogromnej wagi: oto pojednanie patrycjusza Feliksa z biskupem Egzuperancjuszem, których nawet sama Augusta nie zdołała dotąd pogodzić. Ubawiony i wzruszony zarazem ostrzeżeniem, jakie za pośrednictwem młodego diakona przysłał mu biskup-wróg, patrycjusz zaraz następnego dnia udał się do Egzuperancjusza, by osobiście mu podziękować, ale zarazem też rozproszyć jego obawy i jeśli się da, wybadać, skąd biskup posiada wiadomości o knowaniach Aecjusza. Egzuperancjusz ani jednym słowem nie zdradził się, od kogo i jak dowiedział się o grożącym Feliksowi niebezpieczeństwie — na Chrystusa jednak zaklinał swego jeszcze tak niedawno wroga, by miał się na baczności — nieskłonny bowiem był wierzyć pełnym wesołości zapewnieniom najchwalebniejszego, że niebezpieczeństwo jaz naprawdę minęło. Feliks głośno wyraził skruchę z powodu przyczynienia się do śmierci diakona Tytusa i uroczyście przyrzekł wystawić mu piękny marmurowy nagrobek, wysadzany szczerozłotymi płytami, biskup zaś zgodził się odprawić w najbliższy dzień Pański najświętszą Ofiarę, dziękczynną i błagalną zarazem, mającą na celu uroczyste uczczenie wielkiego pojednania: dziękczynną właśnie ze względu na pojednanie, błagalną zaś po to, by Chrystus raczył odwrócić wszelkie niebezpieczeństwo, jakie mogłoby jeszcze zagrażać patrycjuszowi cesarstwa. Pragnąc odwdzięczyć się mężowi apostolskiemu Feliks wyraził życzenie, by najświętsza Ofiara była podwójnie dziękczynna i podwójnie błagalna, Chrystusowi bowiem należały się nadto dziękczynienia za nagłe polepszenie stanu zdrowia świętego biskupa Egzuperancjusza; błagać zaś Go należało o łaskę zwycięstwa nad heretyckim królem Gotów, o wojnie z którym od dłuższego już czasu do Rawenny żadna nie nadeszła wiadomość.

Słysząc powitalny szczęk broni i coraz to liczniejsze okrzyki: ,,Jedzie! Jedzie!", biskup Egzuperancjusz powolnym, majestatycznym krokiem ruszył w otoczeniu prezbiterów i diakonów ku propyleonowi bazyliki, gdzie już zgromadzili się liczni dostojnicy i senatorowie. Okrzyk: „Jedzie! Jedzie!" ustąpił niebawem radosnemu:

— Ave, vir gloriosissime! Ave Felix! Ave!... ave!„. ave!...

Do propyleonu Ursjańskiej Bazyliki wiodło około piętnastu stopni, okrytych z okazji święta pojednania purpurową tkaniną. Już przy pierwszej bytności Feliksa w domu biskupa postanowiono, że Egzuperancjusz powita patrycjusza w połowie schodów, nie zejdzie jednak od razu na ten ósmy czy siódmy stopień, by tam czekać, aż najchwalebniejszy się zbliży, lecz pozostanie przed propyleonem do chwili, gdy patrycjusz wysiądzie z powozu i podniesie nogę, by wstąpić na pierwszy stopień: wówczas zaczną iść ku sobie w ten sposób, by każdemu stopniowi minionemu przez Feliksa odpowiadał jeden stopień, który pozostawi za sobą biskup.

W owym powitalnym zejściu do połowy schodów towarzyszyć mieli biskupowi prezbiterzy Jan i Piotr, słynny orator — Feliks zaś sam jeden miał wejść po stopniach i ucałować krzyż, który przyłoży mu do ust Egzuperancjusz. Dopiero potem, jak w towarzystwie czekającego nań przed propyleonem prefekta pretorium patrycjusz wejdzie do perystylu bazyliki — wstąpić będą mogli na schody dostojni mężowie jego orszaku. Toteż zdumienie i niezadowolenie biskupa nie miało granic, gdy ujrzał u boku Feliksa strojną postać młodej pięknej kobiety. Od razu domyślił się, że to prawa małżonka najchwalebniejszego — ale to wcale nie zmniejszyło jego niezadowolenia. Co ma począć? Jak postąpić? Czy dać jej też krzyż do pocałowania?... Ale czy w ogóle przystoi, by mąż apostolski schodził naprzeciw niewieście, która nie jest wieczną Augustą ani w ogóle nie należy do cesarskiej rodziny? Rzucił bezradne spojrzenie na prezbiterów Piotra i Jana; w oczach ich wyczytał niemy niepokój i nieomal zgorszenie: cały tak dokładnie we wszystkich drobiazgach szczegółowo obmyślony porządek uroczystości został nieodwołalnie naruszony!

Owa niepewność, jak należy postąpić, sprawiła, że gdy Feliks znajdował się już na trzecim stopniu od dołu, biskup wciąż jeszcze stał nieruchomo pod propyleonem. Coraz powszechniejszy jednak z każdą chwilą niepokój przerodził się w prawdziwe zamieszanie, gdy najchwalebniejszy patrycjusz zrobił nagle skok poprzez cztery stopnie i zapominając o wszystkim, nawet o żonie, wpadł między podwójny szereg domowników i porwał za ramię wysokiego, tęgiego comesa, którego twarz do połowy nikła w cieniu szerokich skrzydeł hełmu.

— Patrzcie... to Andewotus! comes Andewotus! — zawołał w najwyższym zdumieniu. — Jakżeż to? Przecieżeś w Galii... u boku Aecjusza... na wojnie z Gotami...

I nagle przypomniał sobie coś, od czego piękna jego twarz natychmiast pokryła się ziemistoszarą siecią szpetnych drobnych zmarszczek.

— Żyjesz? Żyjesz? — krzyknął w okropnej trwodze. — A mówiono, żeś padł... jeszcze zimą... Asturiusz mówił... Asturiusz

Nie skończył. Andewotus gwałtownym ruchem wyrwał ramię z jego uścisku i nim Feliks zdążył się zasłonić, pchnął go potężnym uderzeniem pięści w brzuch wprost na niespodzianie obnażone miecze żołnierzy. Na purpurową tkaninę trysnęła purpurowa krew. Paduzja wydała przeraźliwy krzyk — krzyk ten jednak natychmiast utonął w potężnym, dźwięcznym, spiżowym głosie, jakie wydały pięć setek mieczy uderzając o wielkie puklerze. I wnet ostrym szczękiem odpowiedzieli scutariom spatharii. Nawet przedzierająca się rozpaczliwie przez szereg domowników żona nie usłyszała jęków mordowanego patrycjusza cesarstwa!

Ostatnie, co Feliks ujrzał, było to śniade oblicze comesa Asturiusza. Hiszpan stał na szczycie schodów i wymachując obnażonym mieczem, groźnie coś krzyczał do rzucających się w popłochu tu i tam kapłanów i dostojników. Ostatkiem sił Feliks spróbował się podźwignąć: byleby tylko doczołgać się do Asturiusza... on uratuje... on wie... sam jeden tylko wie!

Nowy silny cios w głowę strugą gorącej krwi zalewa całą twarz, jedno oko, potem drugie... Nic już nie widzi patrycjusz Feliks...

Ale wszystko za to widzi diakon Grunitus. I to jak spatharii uderzają na cisnący się z wrzaskiem ku kościołowi tłum... i to jak daremnie usiłuje swym ciałem osłonić leżącego patrycjusza przybyła z nim kobieta... i to, że kapłani i dostojnicy w trwodze chronią się do perystylu bazyliki, gdzie tuż za progiem bez zmysłów pada na kamienną posadzkę święty biskup Egzuperancjusz... Żołnierze z obnażonymi mieczami pędzą po schodach, by wpaść do kościoła, ale młodzieniec, który przychodził od Aecjusza do biskupa, zatrzymuje ich jednym krótkim:

— Stać!

Mocne ramiona prezbitera Jana troskliwie usiłują wciągnąć Grunitusa do środka bazyliki. Wątły jednak diakon z ogromną siłą, jakiej by nigdy po sobie się nie spodziewał, odpycha gwałtownie czcigodnego kapłana i rzuca się pomiędzy żołnierzy. Nim zdołali pojąć, czego chce, już go zasłania swym ciałem — Achaba, Nabuchodonozora, prześladowcę kapłanów Bożych, mordercę Tytusa... Nie wie, czy Feliks żyje jeszcze, ale nie odejdzie już stąd...

— Prawda, Chrystusie, że nie pozwolisz mi już stąd odejść?...

Pierwszy cios... Jak przez mgłę widzi Grunitus obok siebie czyjąś skrwawioną, przekrzywioną zwierzęcym strachem i bólem twarz... widzi szeroko otwarte usta, wysunięty język... ale nic nie słyszy: powitalnym szczękiem oręża wciąż rozmawiają ze sobą scutarii i spatharii... Skrwawiona postać obok osuwa się na nieruchomo leżące ciało — kurczowo rozczapierzone palce opadają nagle na rękę diakona. Po raz pierwszy w życiu dotknął Grunitus dłoni niewiasty. Osłaniając ofiarnie ginącego zetknęły się ze sobą niespodzianie miłość kobiety i Chrystusowa miłość bliźniego i tak już pozostały w kostniejącym uścisku. Ogromny domesticus Got unosi nad głową Grunitusa dwusieczny frankoński topór — zmieszał go jednak widok kapłańskiej szaty... Wściekłe a nic nie rozumiejące, wierne spojrzenie — spojrzenie psa — leci ku stojącemu w pobliżu Asturiuszowi. Hiszpan patrzy na rozpostartą nad trupem Feliksa parę, przypomina sobie nagle słowa: „Wszystko wiem. Wszak to mnie posyłał z ostrzeżeniem święty biskup" i szczerze radosnym głosem krzyczy do Gota:

— Skończ!

Ostatnie, co na tym świecie widzi i słyszy diakon Grunitus, to Asturiusz uniesiony dziesiątkami ramion ponad wzburzone morze głów i krzyczący ogromnym, zaprawdę nieludzkim już głosem:

— Żołnierze! Towarzysze! Przyjaciele! Zdrajca i tchórz Feliks chciał zabić Aecjusza! Ocaliliście niezwyciężonego!...

I choć rozwarte oczy diakona ani na chwilę już nie odwrócą się od zachodniej strony forum, skąd największa dochodzi wrzawa — nie zobaczą już, jak Asturiusz płynie w powietrzu nad tysiącami głów ku wschodowi. Domestici podają go spathariom, spatharii scutariom, aż wreszcie zatrzymuje się nad tym miejscem, gdzie lśniąca granica tarcz i ostrz oddziela żołnierzy od czarnej wyjącej tłuszczy. Ku tej czarnej tłuszczy mkną teraz jego słowa:

— Cives Ravennati! Obywatele Rawenny!... Nędzny Feliks patrycjusz chciał zamordować jedynego obrońcę cesarstwa... puklerz Italii... najwierniejszego sługę Augusty, Aecjusza!

Tuż obok Asturiusza wyrasta nagle w powietrzu ognista głowa Andewota.

— Szlachetni Rawennaci! — krzyczy. — Wracam z Galii... Straszliwa potęga Gotów zagroziła cesarstwu... Toczyła się jak burza...

— Jak lawina w Alpach!... — woła Asturiusz.

— Jak lawina! — powtarza Andewotus. — Niszczyła wszystko na swej drodze... pola, winnice, wsie, miasta... Dochodziła już do granic Italii! Bliska była Rawenny!

W okamgnieniu bezładna wrzawa przemienia się w jeden ściszony pomruk niepokoju. Na tłumy pada trwoga już zupełnie innego rodzaju niż ta, którą wywołała wieść o zabiciu Feliksa.

Królujący nad tłumami Asturiusz i Andewotus czekają chwilę, aż pomruk trwogi przeleje się z forum między wąskie uliczki, i dopiero wówczas, radośnie wyrzucając ku niebu ramiona, Asturiusz znowu natęża boleśnie glos:

— Rawennaci!  Italowie!... Dziękujcie Chrystusowi!... Aecjusz was ocalił... rozgromił Gotów... wydarł wrogom biedną Galię... raz jeszcze uratował Italię...

— Chwała Aecjuszowi! — wyrywa się czyjś pojedynczy głos.

— Chwała mu! — rykną spatharii, scutarii i domestici i tak długo powtarzają okrzyk, aż podejmą go wreszcie dziesiątki, setki, tysiące głosów.

— Aecjusz wam dziękuje, Rawennaci! — ostatnich sił dobywa z płuc Asturiusz. — Jest już pod Rawenną... od trzech dni! Nie przybywał, bo wiedział, że grozi mu skrytobójstwo! Obywatele, czyż nie pójdziemy wszyscy jak jeden mąż dzięki złożyć Aecjuszowi za zwycięstwo... za ocalenie?!... zapewnić go, że nie ma już się czego obawiać?!...

***

Placydia nie płacze. Z boleśnie zaciśniętymi wargami przygląda się leżącym u jej stóp ciałom. Przed godziną jeszcze tak piękna twarz Feliksa — to jedna ohydna lepka miazga. Paduzja rozdarte ma usta z lewej strony aż do ucha prawie — nie ma też ani jednego palca na rękach i nogach: wszystkie dwadzieścia odcięto wraz z pierścieniami. Odciętą też ma równo i sprawnie lewą pierś — nie ma wątpliwości: naigrawano się z niej jeszcze po śmierci. Jeden tylko diakon Grunitus od chwili, gdy zamknięto mu oczy, zdaje się spać beztrosko i spokojnie. Placydia z trudem odrywa wzrok od półnagich zwłok i z wściekłością a pogardą przenosi go na oblicza dostojników, blade, białe jak ich togi.

— Tchórze! — rzuca im w twarze. — Tchórze albo zdrajcy!

Milczą.

Przepisy ceremoniału jakby nie istniały. Stary Leonteus z głośnym tupotem wpada do komnaty. Tuż za nim wchodzą Asturiusz i Andewotus.

Na ich widok Augusta nie może już pohamować wściekłości.

— Na kolana! — krzyczy nieludzkim, chrapliwym głosem. — Na kolana, zdrajcy, mordercy!... wściekle psy! Tu, tu... całujcie tę oto jego twarz... te jej pokaleczone nogi... Sama własną dłonią utnę wam te podłe głowy... ale tępym mieczem, na Chrystusa... Miecza! Dajcie miecza!

Krzyk jej przechodzi w dziki, śmieszny pisk. Nikt się nie rusza.

— Wybacz, wieczna Augusto — zimno mówi Asturiusz — ale przyszliśmy zawiadomić cię, że najwierniejszy twój sługa, jedyny obrońca imperium, niezwyciężony Flawiusz Aecjusz, szczęśliwie uniknął skrytobójczej śmierci... Ale skoro, jak widzę, już wiesz...

Twarz Augusty natychmiast okrywa się maską dostojeństwa i spokoju.

— Flawiusz Aecjusz stanie przed nami jako więzień, oskarżony o zdradę i mord...

— Nie, wieczna Augusto, stanie tu, i to niezadługo — może już za dwie — trzy godziny — jako szczęśliwy zwycięzca króla Teodoryka...

Krótki okrzyk zdumienia i zawodu wyrywa się z piersi Placydii. Wśród dostojników ogromne poruszenie. Asturiusz zaś spokojnie ciągnie dalej:

— Stanie przed twoją wiecznością, pewny, że nie minie go należna nagroda... nagroda nie tylko za zwycięstwo — rzecz to bowiem mniej ważna, jako że dla Aecjusza zwyczajna — przede wszystkim przecież jako zadośćuczynienie za niebezpieczeństwo, jakie godziło weń zdradliwie z tyłu, wówczas gdy mężnej piersi swej w uczciwym nadstawiał boju — w twojej sprawie, o wieczna.

Z zewnątrz doleciały nagle do komnaty głośne okrzyki, dźwięki trąb, szczęk broni. Jeszcze silniej pobledli dostojnicy i senatorowie.

— Co to jest? — daremnie usiłując hamować niepokój zawołał prefekt pretorium Teodozjusz.

Andewotus uśmiechnął się.

— To legiony Italii, przede wszystkim zaś najwierniejsi spatharii i scutarii wiecznej Augusty, wychodzą na powitanie zwycięzcy. A po co tu przyszli? Być może, wydaje im się, że najprześwietniejsi mężowie pragnęliby iść na czele ich pochodu...

— Istotnie, najprześwietniejsi mężowie — podjął Asturiusz — kto idzie powitać zwycięzcę w imieniu wiecznej Augusty i senatu Romy?

Gdy zaś nie otrzymał żadnej odpowiedzi, dorzucił jakby od niechcenia:

— Kto wie, czy żołnierzom, którzy przelewają krew za cesarza i senat, nie będzie przykro... bardzo przykro, że nikt prócz nich nie chce uczcić zwycięzcy...

— Idę — rzekł Herkulanus Bassus.

— I ja — skwapliwie dołączył się Sekstus Petroniusz.

— Ja także — odezwał się młody Kwadracjanus, przyjaciel patrycjusza Feliksa.

Asturiusz spojrzał na nich z przychylnością, Petroniusz Maksymus z pogardą; Augusta nie spojrzała wcale — być może, nie mogła już nikomu pokazać swego spojrzenia.

— W imieniu legionów i szkół Italii dziękujemy wam, najprześwietniejsi mężowie — rozległ się znowu głos Asturiusza — ale śmiem myśleć, że szczęśliwemu zwycięzcy, cudem ocalonemu od skrytobójczej śmierci...

— Wstydziłbyś się przynajmniej swego tchórzostwa i kłamstwa, Asturiuszu — odezwała się nie podnosząc oczu Placydia. — Czemuż nie masz odwagi rzec: Aecjusz nam kazał i zabiliśmy... Jesteśmy silni i dziś mordujemy Feliksa, a jutro kogo innego,.. Przecież sam nie wierzysz w to, co mówisz o skrytobójczej śmierci, której uniknął Aecjusz, a więc...

Nagle stała się rzecz niesłychana. Nawet Andewotus struchlał i pobladł śmiertelnie. Asturiusz śmiałym szybkim krokiem podszedł do Augusty, niemal się oparł skrwawionym jeszcze łokciem o święte ramię i zbliżywszy swą twarz do świętego ucha, zaczął coś szeptać.

— To nieprawda... — usłyszeli dostojnicy i dworzanie nie okrzyk już, ale jęk, który zerwał się po chwili z nagle pobladłych warg.

— Sama wiesz, że to prawda, wieczna Augusto... Gdy Leonteus przyniósł ci do tej właśnie komnaty wiadomość, iż widział mnie koło term, kazałaś Feliksowi...

— Nie mów... nie mów już nic — przerwała głośno jego szept. — Skończ, coś miał przedtem rzec, Asturiuszu...

— Mówiłem, że Aecjuszowi bezsprzecznie miło będzie powitać najprześwietniejszych mężów, ale na pewno największą sprawi mu radość, jeśli najwyższemu dostojnikowi wojskowemu pierwszy złoży życzenia najwyższy na razie dostojnik cywilny...

Słowo: na razie wymówił ze szczególnym naciskiem.

— Pójdę, jeśli twoja wieczność rozkaże — rzekł prefekt Teodozjusz.

— Twoja wieczność rozkaże, nieprawdaż? — utkwił w Placydii badawcze i porozumiewawcze zarazem spojrzenie Asturiusz.

— Rozkazuję...

Teraz już wszyscy dostojnicy poczęli cisnąć się do Herkulanusa Bassusa wyrażając chęć towarzyszenia mu na spotkanie Aecjuszowi. Jeden tylko Petroniusz Maksymus nie poruszył się z miejsca, gdzie stał pochylony nad zesztywniałymi już kikutami nóg Paduzji.

— Ale co mam powiedzieć najprześwietniejszemu Aecjuszowi? — zapytał prefekt.

Wszyscy spojrzeli pytająco na Placydię. Milczała. Milczeli też Asturiusz i Andewotus.

Wówczas przerwał ciszę głos Herkulanusa Bassusa:

— Powiesz, mężu najprześwietniejszy, że wieczna Augusta dziękuje wielkiemu wodzowi a umiłowanemu swemu słudze za odniesienie wspaniałego zwycięstwa... że raduje się i dzięki składa Chrystusowi, iż ów umiłowany jej sługa uniknął szczęśliwie skrytobójczej śmierci. Tego zaś tylko żałuje, iż nędznik, który skrytobójczy ów cios gotował, nie stanie już przed sądem cesarskim, jeno wprost przed Bożym, jako że ukarał go surowo — och, zaprawdę za surowo — choć sprawiedliwie samowolny, niestety, ale zrozumiały i słuszny gniew rozkochanego w swym obrońcy i wodzu italskiego wojska i ludu... I jeszcze powiesz, że w przyszły dzień Pański mąż apostolski Egzuperancjusz na wyraźne życzenie jej wieczności odprawi w Bazylice Ursjańskiej Ofiarę podwójnie dziękczynną: z powodu zwycięstwa nad Gotami i cudownego osłonienia Aecjusza przed ciosem skrytobójcy...

— Egzuperancjusz jest konający. Nie przeżyje dnia — przerwał mu Sekstus Petroniusz.

— To jego następca! — zawołał Asturiusz nie mogąc już ukryć swej radości.

Bassus zaś ciągnął dalej:

— I jeszcze powiesz znakomitemu zwycięzcy... Przez nieskończenie długie fauces i siedem przestronnych komnat przeszła Augusta Placydia krokiem równym, spokojnym, władczym. Zaledwie jednak opadła za nią purpurowa zasłona na progu triclinium wiecznego Augusta, cesarza Partium Occidentis — bez sił runęła na posadzkę dusząc się jak małe dziecię gwałtownym, głośnym łkaniem. Ale kiedy posłyszała, że jedenastoletni Augustus zawtórował jej nagle płaczem jeszcze głośniejszym, natychmiast zerwała się na równe nogi, mocno objęła syna i tuląc czarną główkę do zwiędłych piersi, szybko zaczęta szeptać:

— Pamiętaj: Aecjusz to wściekły pies... żmija... największy, śmiertelny wróg... Nie darować mu nigdy... nigdy nie przebaczyć… nie spocząć w knowaniach, w podstępach., w zemście... Gdy mnie już nie będzie, to ty pomścisz poniżenie i łzy matki — prawda synu?

Nagle odepchnęła lekko Walentyniana i wyrzucając w górę zaciśnięte pięści, krzyknęła:

— Ale i ja jeszcze nie przegrałam! Nie ulegnę, nie poddam się, nie spocznę! Mam jeszcze przyjaciół... Mam Bonifacjusza!

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.