Aeciusz-5

Rozdział III

ZAMACH STANU

1

Zbliża się północ. W namiocie świeżo mianowanego magistra utriusque militiae coraz to przestronniej. O świcie wojsko rusza na południe, ku Arelatowi, po trzech niespełna latach znowu zagrożonemu przez Gotów — każdy więc chciałby się przespać trochę, bodaj zdrzemnąć na chwilę. Andewotus, Kasjodor, młody Awitus z Arwerniów, syn byłego prefekta Galii Apollinaris, skarbnik wojskowy Waleriusz — jeden po drugim wysuwają się z namiotu po raz dziesiąty życząc naczelnemu wodzowi długich lat zawsze zwycięskiego przewodzenia wojskom Zachodu. Jeden tylko Asturiusz, który nie spał całą poprzednią noc i któremu niemiłosiernie kleją się powieki, musi pozostać: takie bowiem jest życzenie magistra utriusque militiae najprześwietniejszego Flawiusza Aecjusza.

Niespełna rok przedtem na skutek wciąż nowych zwycięstw Aecjusza i coraz to rosnącej jego sławy Augusta Placydia ujrzała się zmuszoną do nadania swemu comesowi domesticorum godności magistra equitum. W ten sposób syn Gaudencjusza uzyskiwał na początku czwartego roku swej służby dla teodozjańskiego domu tytuł i władzę, które dla ojca jego stanowiły wymarzone uwieńczenie długoletniej a pełnej trudów żołnierki. Aecjusz jednak wcale nie zadowolił się tym, że dorównał ojcu: odniósłszy walne zwycięstwo nad młodym rexem Franków Klodionem, wysłał do Rawenny comesa Asturiusza z żądaniem godności magistra utriusque militiae, tej godności, którą ostatni, a bodajże — jak Aecjuszowi się zdawało — i pierwszy piastował małżonek Placydii Flawiusz Konstancjusz.

I oto Asturiusz przywozi mu upragniony tytuł wraz z oddaniem w jego ręce najwyższej władzy nad całą siłą zbrojną Partium Occidentis. Aecjuszowi nie trudno się domyślić, jak pieniła się Placydia w chwili podpisywania nominacji i jaką kwaśną miał wówczas minę patrycjusz Feliks, który choć nigdy nie był żołnierzem, nosił tytuł naczelnego wodza.

Ale cóż oni mogli zrobić?!

W ciągu czterech lat Aecjusz sprawił niemal tyle, co Konstancjusz przez dziesięć, a może nawet więcej: zwycięstwa jego nad Gotami i Frankami głośnym odbiły się echem w całym cesarstwie. W Galii i Hiszpanii cuda opowiadano o jego męstwie, przedsiębiorczości, a przede wszystkim — ruchliwości. Na odsiecz Arelatu przybył o kilka dni wcześniej, niż się go spodziewali nie tylko Wizygoci, ale także i oblężeni. Rozbiwszy Teodoryka, z niezrównaną szybkością pomknął na zachód i północ, by przetrzepać porządnie kilka maleńkich ludków germańskich, które zachęcone przykładem Gotów spróbowały rozszerzyć swe posiadłości kosztem cesarskich prowincji. I tak już było odtąd stale: wystarczyło jakimś tam Tajfalom, Leto-Batawom czy Swebom spod Clarimontium tylko dwa, trzy wypady zrobić, dwa, trzy pożary cisnąć poza granice ziem, jakie im nadało imperium na prawach sprzymierzeńców — a już krogulcem spadał na nich Aecjusz, chwytał za łeb, pędził z powrotem, pożarem płacił za pożar, rabunkiem za rabunek, i po kilku dniach znikał, by na przeciwnym krańcu Galii w podobny sposób po ojcowsku przetrzepać niegroźnego i nieszkodliwego, ale dokuczliwego i nieuczciwego sprzymierzeńca. Dowiedziawszy się, że Frankowie wypadli z Toksandrii do Lasu Węglowego, z zadziwiającą szybkością przemierzył całą Galię i uderzył na Klodiona od tej strony, skąd go najmniej się spodziewano. Rozumie się, że tak szybko poruszać się mógł Aecjusz jedynie wówczas, gdy rozporządzał znaczną liczbą konnicy — ale też robił wszystko, by całe rzymskie wojsko w Galii przerobić na jeźdźców, tępiąc jednocześnie starorzymskie sposoby walczenia w szyku potrójnym, wedle niego zupełnie nie nadające się do walki z konnymi oddziałami barbarzyńców. W ogóle pod Aecjuszem cesarskie wojska galijskie coraz mniej się różniły wyglądem od plemion, z którymi walczyły; w Rawennie, a szczególnie w Rzymie nieraz krzywiono się na to, ale milczano: wojsko Aecjusza zawsze zwyciężało!

— Wrócisz do Rawenny...

Asturiusz z trudem uniósł ciążące jak ołów powieki. Widocznie taki już jest senny, że źle słyszy... wszak dopiero wrócił z Rawenny...

— To nic nie szkodzi... wrócisz tam znowu...

— Na długo?

Aecjusz zagadkowo uśmiecha się.

— Może na rok cały... może na dłużej... Słuchaj... Asturiusz wie, że skoro Aecjusz usiadł obok niego... skoro położył dłoń na ramieniu i patrzy przyjaźnie w klejące się oczy — nie wolno mu spać. Olbrzymim, bolesnym wysiłkiem woli odpędza precz senność. Czuje jednak, że bez sprzymierzeńca ulegnie, i prosi:

— Czy mogę kazać Traustyli dać mi wody?

Nie śmie wierzyć własnym oczom. Aecjusz wstaje, własnymi rękami bierze czarę, miesza w niej wodę z czerwonym massykiem, dodaje jakichś korzeni i tak przyrządzony napój podaje młodemu comesowi. Każe mu wypić od razu i z uśmiechem powiada:

— A teraz już nie śpij i słuchaj...

Asturiusz nigdy potem nie mógł sobie przypomnieć, jak długo mówił do niego wówczas Aecjusz. Wydawało mu się, że zasnął bardzo szybko po wypiciu wody z winem — gdy jednak spróbował kiedyś powtórzyć sobie półgłosem zaledwie połowę tego, co usłyszał owej nocy od Aecjusza, i to ze znacznymi skrótami — zajęło mu to ponad dwie godziny. Naprawdę zaś Aecjusz aż do pierwszego brzasku rozmawiał z młodzieńcem — tak, rozmawiał... nie tylko mówił do niego! — i Asturiusz doskonale go rozumiał, odpowiadał, pytał, przedkładał i tłumaczył, wreszcie z żarem — choć twarz miał bladą bardzo — mocno uścisnął podaną sobie rękę i zawołał:

— Tak się stanie, mężu najprześwietniejszy... Na Asturiuszu możesz polegać...

Aecjusz dobrze wiedział, że może na nim polegać. I wiedział coś jeszcze: przy boku swym wielu miał dzielnych i rozkochanych w nim młodzieńców, których nazywał synami swego ramienia; ale Asturiusz był jedynym, którego mógł nazwać synem swej głowy. Tak, rad był z wyboru, który uczynił. Ten młody Hiszpan — nie barbarzyńca, ale i nie Rzymianin — zdawał się jak najlepiej nadawać na pomocnika właśnie w takich wielkich a zuchwałych przedsięwzięciach, o jakich mówili ze sobą przed chwilą...

Szeroka dłoń Aecjusza, uwolniona z mocnego młodzieńczego uścisku, wędruje z kolei na ramię Asturiusza. Złote pierścienie przyjaźnie pobrzękują o złote ozdoby naramiennika.

— Będziesz jeszcze kiedyś konsulem, młodzieńcze...

Blada twarz oblewa się purpurą. Oczy płoną radością.

Ale dumne usta szczerze wołają:

— Ja przecież nie dlatego... Na chwałę i dla dobra cesarstwa jedynie... i z miłości a z wiary w ciebie, wodzu...

I nagle zasypia. Aecjusz uśmiecha się. Chłopak nie spał całą noc... a on, Aecjusz, od trzech już dni ani przez chwilę nie zmrużył oka. I wcale nie ciągnie go do snu. Wypija jedną po drugiej cztery szklanki wody i rozkosznie się przeciągając, siada przy stole, na którym spoczywa między dzbanami, czarami i szklanicami czarna podłużna skrzynka. Ostrożnie podnosi wieko, nie śpiesząc się wyjmuje zwinięte pergaminy, gładkie papirusy, twarde tabliczki i wszystkie układa rzędem obok siebie. Wszystkie zapisane są jednakowym pismem, wszystkie mają w nagłówku niezmienne: „Flavius Constantius Felix Flavio Aetio salutem" i ze wszystkich jednakowa tchnie wytworność stylu a słabość ducha, głowy i ramienia. Aecjusz uważnym spojrzeniem przebiega wszystkie listy: oto zawiadomienie o nadaniu mu tytułu magistra equitum... a oto list w sprawie śmierci biskupa Patroklusa — długa czarna tabliczka... Aecjusz odkłada ją i myśli: „Dać Asturiuszowi..." Potem czyta dalej: oto powinszowanie po zwycięstwie nad Frankami... lękliwa przygana za zbytnią surowość względem chłopów wzbraniających się oddać konie... Tu znów zawiadomienie o konsulacie Feliksa, a tam dalej jeden pod drugim pięć listów w sprawie Bonifacjusza... Najdłuższy spośród nich Aecjusz trzykrotnie przebiega oczyma, wreszcie bierze rylec i grubą linią podkreśla rozbite na sześć wierszy zdanie:

..Nie powinieneś, najprześwietniejszy mężu. udawać przede mną, jakoby Tobie, co najmniej tak samo jak mnie, nie zależało na pozbawieniu Pl. jedynego naprawdę oddanego, a nam obu jednako niechętnego przyjaciela".

A w innym znów liście:

„Ty jeden wiesz, że to moje dzieło, a Pl. nawet przez myśl nie przejdzie..."

„Obydwa te listy dla Asturiusza" — gryząc nasadę rylca postanawia Aecjusz.

Do namiotu licznymi szparami natrętnie wdziera się białość świtu. Magister utriusque militiae oddziela trzy listy, resztę bez pośpiechu układa z powrotem do czarnej skrzynki, którą chowa do wielkiej skórzanej torby, po czym równie niespiesznie zaczyna się rozbierać. Gdy jest już zupełnie nagi, woła:

— Traustylo!

Do namiotu wpada huński wyrostek o twarzy tak odrażającej, że król Rugila wyglądałby w porównaniu z nim jak Merkuriusz zaślubiający Filologię. Ale Aecjusz przyjaźnie gładzi go dłonią po policzku i odsuwając zasłonę namiotu. bosymi nogami wychodzi na zlodowaciałą o tej porze roku i dnia ziemię.

Wieje zimny wiatr, którego podmuchy z wściekłą siłą podrzucają w górę nogi wisielców, setkami okrywających drzewa naprzeciw rzymskiego obozu. Wszystko to albo jeńcy barbarzyńcy, którzy nie chcieli wstąpić do służby cesarskiej, albo też coloni, co się wzbraniali oddać na użytek wojska swe konie. Aecjusz jednak nie boi się wiatru ani zimna — Traustyla włazi na wysoki stołek i wylewa na swego pana całą wielką konew lodowatej wody. Magister utriusque militiae parska jak koń, potem bierze z rąk chłopca wielką sztukę białej szorstkiej tkaniny, w którą owija się jak w togę, i woła do jakby spod ziemi nagle wyrosłego trębacza:

— Budzić obóz! Za godzinę w drogę!

2

Wielka purpurowa zasłona nagle drgnęła, pokryła się tysiącem drobnych zmarszczek i bezszelestnie się rozsunęła ukazując oczom Feliksa i Leonteusa majestatyczną postać Augusty Placydii. Uklękli obaj i czekali, aż jej wieczność raczy przemówić. Augusta jednak, choć obaj stawili się w Wawrzynowym Pałacu na jej wyraźne a wykluczające zwłokę żądanie, nie kwapiła się zbytnio do wszczęcia rozmowy. Mierzyła tak dobrze sobie znanych mężczyzn badawczym, surowym spojrzeniem, a oni musieli klęczeć. Feliks czuł, że wzbierają w nim naraz dwie fale, obie jednako niebezpieczne, bo usilnie domagające się uzewnętrznienia: fala złości i wesołości. Złościło go, że w słotny i zimny wieczór, gdy łamią go kości w całym ciele, a głównie w nogach, wyrwano go — nie wiedzieć po co — z przytulnej pracowni, gdzie z nogami troskliwie owiniętymi przez Paduzję ciepłą tkaniną, czytał przy kominku dziewiętnastą księgę »Państwa Bożego«. Śmiać zaś chciało mu się dlatego, ponieważ doskonale wiedział, czemu Augusta, do której komnat wchodził swobodnie, kiedy chciał, trzyma go tak długi czas na kolanach razem ze sługą. Był to bowiem dzień potrójnie gorliwej władczości — jeden z tych dni, kiedy to Placydia uważała za wskazane najwyższym nawet dostojnikom cesarstwa przypominać, że są jeno prochem w obliczu uświęconego przez Chrystusa monarszego majestatu i że najsurowsze nawet wymagania ceremoniału obowiązują ich na równi z najlichszymi spośród humiliorów.

Natomiast stary Leonteus, którego kości bolały na pewno znacznie dotkliwiej niż Feliksa, klęczał z twarzą pełną zachwytu, z oczyma nabożnie utkwionymi w końce trzewików Augusty. Klęczeć przed majestatem cesarskim za życia, a Bożym — po śmierci — oto co było dlań szczęściem najwyższym i w jego przekonaniu całkowicie niepodzielnym.

Wreszcie Placydia uznała widocznie, że potrójnie gorliwej władczości stało się zadość, kazała bowiem patrycjuszowi i słudze podnieść się z kolan. Zamiast jednak, jak się tego Feliks spodziewał — odezwać się do pierwszego dostojnika cesarstwa, najpierw przemówiła do Leonteusa.

— Wezwaliśmy cię tu, stary nasz sługo, abyś raz jeszcze, a to w przytomności najchwalebniejszego Konstancjusza Feliksa, opowiedział, kogoś to widział wczoraj w Rawennie...

Leonteus z gorączkową gorliwością runął ponownie na posadzkę.

— Najlichszy spośród sług twoich, o pani nasza, wracał do świętego pałacu około godziny dwunastej, zaraz po wieczornej nauce w kościele Świętej Agaty. Rozmyślając o rzeczach pobożnych szedł nie podnosząc zrazu na nikogo oczu. Dopiero koło wielkich term...

 

— Kiedyż wreszcie, najchwalebniejszy mężu — przerwała Placydia zwracając się do Feliksa — każesz zburzyć ostatecznie te termy?... Nie przystoi, by w naszej stolicy znajdował się przybytek zabaw i obyczajów iście pogańskich. i to takich, co sieją pokusę i zgorszenie.. Ileż razy zresztą mówiliśmy, żeśmy ślubowali wznieść na tym miejscu kościół świętego Apostoła — Ewangelisty... Mów dalej Leonteusie..

— A więc, jak sługa twój ośmielił się rzec, dopiero koło wielkich term wyrwał go z nabożnych rozmyślań jakiś znajomy głos... Właściwie były to dwa głosy, ale jeden tylko był znany najlichszemu twemu słudze, który by przypomnieć sobie, do kogo ów glos należy, podniósł oczy i ujrzał świetnego comesa Asturiusza...

— Słyszysz, Feliksie? Asturiusz jest w Rawennie — gorączkowo zawołała Placydia.

Spojrzał na nią ze zdumieniem.

— Zaprawdę nie widzę w tym nic niepokojącego, wieczna Augusto!— rzekł, nieznacznie wzruszając ramionami. Ból w kościach dokuczał mu coraz dotkliwiej.

Z trudnością zdusiła cisnący się już na wargi okrzyk: „Głupcze!" (Potrójnie gorliwa władczość nie pozwoliła przecież na publiczne lżenie patrycjusza cesarstwa.)

— Nic?... Jak to nic?! — krzyknęła. — Czyż nie pisał przed czterema dniami do najprześwietniejszego Bassusa, że jest w Rzymie, choruje i chyba aż do kalend czerwcowych nie opuści łoża... Ale mów dalej... mów dalej, Leonteusie...

— Wówczas sługa twój, który miał niewysłowione szczęście doznać na widok świetnego Asturiusza zupełnie podobnego zdziwienia i niepokoju co twoja wieczność na wiadomość o tym — zaczął się przysłuchiwać. Tamci dwaj stali pod arkadą w mroku — sługa twój nie mógł więc widzieć twarzy tego drugiego, ale słyszał, jak ów mówił: ,,Siedzieć bez przerwy od zimy w Rawennie i nie pokazać się ani razu", świetny zaś Asturiusz zaczął się śmiać i odrzekł:

,,Przebywam przecież w Rzymie", po czym obaj podążyli do łaźni.

Zdziwienie Feliksa nie miało granic, gdy zobaczył, jak przy ostatnich słowach Leonteusa gruba dolna warga Augusty zaczęła gwałtownie się trząść. Z trudnością zdołała wyszeptać:

— Odejdź, Leonteusie...

A gdy ten w najkorniejszych ukłonach przeczołgał się na klęczkach przez całą komnatę i znikł po chwili za zieloną, różowotkaną zasłoną — jak lekki dym rozwiały się bez śladu resztki potrójnie gorliwej władczości: twarz majestatu była szara jak popiół — święte zaś ręce, zupełnie jakby były to ręce zwykłej śmiertelniczki, kurczowo wpiły się w wyszywany złotymi ptaszkami brzeg błękitnej szaty Feliksa.

— Nie rozumiesz?... Naprawdę nie rozumiesz? — w gorączkowych jej słowach brzmiały na przemian gniew, szyderstwo, niepokój, lęk i niemal rozpacz. — Myślisz więc, że Asturiusz bez powodu siedzi od zimy w Italii, miast być przy boku Aecjusza na wojnie?... i że dla zabawy udaje chorego i przykutego do łoża, w Rawennie pisząc listy z Rzymu?... I to ty... ty sprawujesz rządy cesarstwa u boku Augusty?... Cóż ty wiesz?... czym się interesujesz?... Nic cię nie obchodzi, że Aecjusz przygotowuje coś nowego... może knuje zdradę... może jak Bonifacjusz Afrykę chce oderwać od imperium Galię... a może myśli zostać cesarzem jak Jan...

— Ależ wieczna Augusto...

— Nie śmiej mi przerywać... Wiem dobrze... Czuję... Wszystkiego mu za mało... Czyż nie po to skupił w swym ręku wszystkie godności wojskowe, by uczynić mię zupełnie bezsilną... tak. bezsilną, Feliksie... powolną mu we wszystkim... Czyś ty kiedy pomyślał, przyjacielu, że jeśli Aecjuszowi przyjdzie chętka odebrać memu synowi purpurę lub oderwać mu pół imperium, nie mamy ani jednej legii, ani jednego drungusu, który by nie był mu podległy, i ja — Augusta — musiałabym w obronie majestatu podnosić przeciw swemu słudze bunt pośród jego żołnierzy!... Tak dalej być nie może, Feliksie. Ten Asturiusz to najlepsze ostrzeżenie...

— Rozkaż tylko, wieczna Augusto, a jeszcze tej nocy prefekt wyśle censualisa z trzema ludźmi, by odnaleźli Asturiusza i zaprowadzili go do więzienia.

Roześmiała się.

— Czy bylibyście z prefektem równie gorliwi, Feliksie, gdybym rozkazała zaprowadzić do więzienia Aecjusza?

— Twoja wieczność raczy żartować...

Natychmiast przestała się śmiać.

— Boicie się go wszyscy — syknęła przez zęby z taką nienawiścią, że Feliks, choć znał ją dobrze, mimowolnie drgnął. — Gdyby podniósł świętokradczą rękę na majestat, nikt z was palcem by nie ruszył... Ale macie słuszność. Ja go też się boję... I dlatego czas już skończyć...

Rozgorączkowana jej twarz prawie dotykała połyskującej złotym odcieniem brody patrycjusza. Czuła na sobie jego oddech o zapachu bynajmniej nie przykrym jak u wielu mężczyzn, ale przeciwnie: przyjemnie drażniącym. Drażniąca również była woń pachnideł, którymi natarte było całe ciało Feliksa. Kiedy indziej bliskość tego pociągającego mężczyzny i drażniące zapachy, jakie roztaczał, przypomniałyby może Galii Placydii, że już od wielu lat w surowym żyje wdowieństwie — w owej jednak chwili trawiła ją tylko nienawiść, najskuteczniejsze dla kobiety remedium na wszelkie cielesne żądze.

— Słuchaj — głos jej zniżył się do szeptu, który ucho Feliksa łowiło z coraz to większym trudem — pamiętasz ów dzień, gdyście wymusili na mnie w Akwilei powolność zuchwałym żądaniom Aecjusza? O trzykroć przeklęty dniu!... — podniosła na chwilę głos, by natychmiast znów powrócić do szeptu: — Mówiłeś wówczas, że wodzowie nie tylko na wojnie giną... że nieraz z ręki własnego żołnierza...w czasie buntu... tak jak jego ojciec...

— Rozumiem cię, wieczna Augusto... ale na Chrystusa...

Pamiętasz co rzekł wówczas Glabrio Faustus?... Oto jego słowa: „Jeśli zaś będzie użytecznym i dobrym wodzeni Aecjusz, zmaże tym wszystkie swe przewiny względem teodozjańskiego domu..." A czyż nie okazał się stokroć użyteczniejszym, niż spodziewaliśmy się? Od bolesnego dnia zgonu twego wiecznego małżonka żaden wódz nie okrył się taką chwałą i nie zrobił tyle dla cesarstwa, co Aecjusz... Wszak każde jego zwycięstwo twoim zwycięstwem, Augusto...

— Każde jego zwycięstwo to moja klęska, Feliksie.

— Twoją wieczność trawi dziś gorączka, może niemoc... Zaprawdę, wieczna Augusto, gdyby nie Aecjusz, dom teodozjański trzy lata temu już by stracił Galię, a może i Hiszpanię... Wszak oto i teraz walczy Aecjusz za twoją wieczność i twego syna majestat... Może właśnie w tej chwili zderzyły się ze sobą wojska rzymskie z ludem króla Teodoryka... jeśli nie zwycięży Aecjusz, połowa Galii równie stracona dla cesarstwa jak połowa Afryki...

Uśmiechnął się.

— Biada cesarstwu, jeśli padnie w tej bitwie Aecjusz, ale skoro twoja wieczność tak pragnie jego śmierci, może i padnie... I nie będzie potrzebny żaden bunt...

— Ale jeśli nie padnie?...

— Twoje to imperium, nie moje, pani... Jam tylko sługa. Twarz Placydii ożywiła się.

— Dobrześ rzekł. Feliksie. Toteż i wola moja ma się stać, nie twoja. Zresztą czyż sam nie rozumiesz tego, przyjacielu, że póki Aecjusz dowodzi i zwycięża, twój patrycjat i twoja władza to marny cień... Czyż nie odebrał ci tytułu magistra utriusque militiae?...

— Nie, Augusto... Podzieliłem się z nim tym tytułem.

— Nazywaj to, jak chcesz... Ale pamiętaj: w auxiliach, w legiach i w oddziałach domowników nic tak nie budzi wesołości comesów, trybunów, a nawet prepozytów, jak podpis: Flavius Constantius Felix, vir gloriosissimus et illuster, Patricius Imperii Romani... a głównie — podniosła głos i jednocześnie brwi i kąciki ust — Dux et magister utriusque militiae... Zapamiętaj to sobie...

Feliks zgiął kolano.

— Co twoja wieczność rozkaże?

Spojrzała na niego przyjaznym wzrokiem, w którym nic nie było z potrójnie gorliwej władczości — głos jej jednak brzmiał surowo i władczo, gdy rzekła:

— Zabij Aecjusza.

Czekała. Czekała bardzo długo. Jedna po drugiej gasły lampy. Cisza stawała się coraz bardziej męczącą dla obojga.

Odprawiła go niemym ruchem ręki.

— Czy twoja wieczność każe uwięzić Asturiusza? — zapytał stojąc już we drzwiach.

— Każę.

Elpidia i Spaduza nie spały. Zaledwie Augusta przekroczyła próg sypialnej komnaty, rzuciły się ku niej, by zdjąć szaty. Kazała im wyjść. Gdy została sama, otworzyła ukryte w ścianie drzwi — nim jednak przeszła do małej komórki. której podłoga cała posypana była grubą warstwą ostrego żwiru, zdjęła najpierw trzewiki i z niechęcią patrząc na krótkie niekształtne palce stóp, zdradzające nieszlachetne pochodzenie walentyniańskiego domu, boso poszła po żwirze ku oświetlonej dwiema lampkami ścianie, z której co noc patrzyły na pokutę cesarzowej Rzymu trzy pary oczu: groźne, złote — Boga Ojca... czarne, smutne, jakby zapłakane — Chrystusa... i gołębie — Świętego Ducha... Tej jednak nocy nie ograniczyła się Placydia do dwugodzinnego chodzenia po żwirze, którym od ośmiu lat już dawała zadośćuczynienie sprawiedliwości Bożej za jeden jedyny grzech... Uniosła swe szaty aż do kolan i starając się nie patrzeć na grzeszną nagość, osunęła się na podłogę. Żwir tysiącem kolców wpił się w delikatne ciało — nie mogła powstrzymać jęku... Nie podniosła się jednak z klęczek. Modlitewnie złożyła na piersiach ręce i wpatrzona w potrójny wizerunek Bóstwa, zaczęła mówić półgłosem:

— Do Ciebie dziś jak zawsze najgorętsze zanoszę modły Trójco Przenajświętsza, Tajemnicza. Niepojęta, Wszechpotężna... Okaż Swą łaskę służebnicy wiernej i czcicielce gorliwej... Zlej zdrój pociechy w udręczone serce... Nie odmów... nie broń... Panie nad panami. Władco władców... Kornie Cię błagam: jak niegdyś Holofernesa straszliwego wydałeś w ręce Judyty... Hamana — w białe ręce Estery — tak też i mnie wydaj dzisiaj, Trójjedyny Boże, nienawistną głowę nędznika Aecjusza. Amen. Amen. Amen.

3

Na skrzydłach Wizygoci już od południa mieli wyraźną przewagę. Aecjusz jednak nie pozwolił odciągnąć od środka ani jednego drungusu piechoty, ani jednej nawet setki konnicy.

— O dziesiątej rozłupiemy ich środek — mówił spokojnie do otaczających go comesów, rzucając w wir walki coraz to nowe vexillationes Hunów, Swebów, Alanów, którzy z pieśnią bojową na ustach mordowali i ginęli na chwałę rzymskiego oręża. A raczej rzymskiego imienia, bo oręż po obu stronach był niemal ten sam, nierzymski, barbarzyński... Długie ciężkie włócznie, ogromne dwusieczne miecze, wysokie prostokątne lub trójkątne puklerze, za którymi tylko głowa i stopy wojownika nie mogły już znaleźć osłony. Głowę jednak pokrywał mocny hełm, o stopę zaś nikt nie dbał: zraniony w nią, walił się na ziemię i klęcząc lub leżąc, rąbał, kłuł, gryzł, dusił, aż konał, sam zarąbany, pogryziony, skłuty lub uduszony, a najczęściej stratowany kopytami konnicy mknącej jak wicher przez błonie.

Tego dnia jednak konnica nie bardzo miała którędy mknąć i w ogóle niewiele do roboty — właściwie cała bitwa toczyła się o wzgórze, które obsadzone o świcie przez Wizygotów, było głównym celem wściekłego naporu oddziałów aecjuszowych. Opanować południowe stoki, wtoczyć na nie balisty i katapulty — oto zadanie, które Aecjusz za wszelką cenę musiał wykonać przed zachodem słońca. Machiny bowiem wojenne, górujące nad polem walki, bez trudu rozstrzygnęłyby o zwycięstwie, młócąc gradem pocisków zwycięskie lewe skrzydło nieprzyjaciół, którym dowodził sam Teodoryk. Zdobywać zaś wzgórze można było tylko piechotą i Aecjusz, który od pięciu lat wszystkie swe wysiłki kierował ku temu, by każdy żołnierz wojsk galijskich był przede wszystkim jeźdźcem, ujrzał się zmuszonym do walki w tak pogardzanym przez siebie potrójnym szyku. Do walki tej jednak zupełnie nie nadawali się wojownicy huńscy, którzy stanowili prawie połowę rzymskiego wojska, a teraz bezużytecznie ginęli masowo u stóp wzgórza, daremnie próbując konnym natarciem przebić niezłomny żywy mur Wizygotów. Trybuni i prepozyci naprędce ustawiali spieszonych jeźdźców w zwarte regularne kolumny; a ponieważ pozbawione swych panów konie jak oszalałe uwijały się bezładnymi kupami między szeregami, psując i łamiąc z trudem ustawiony szyk, zabijano je masowo na miejscu — te same konie, które jeszcze niedawno wojsko wydzierało wieśniakom wraz z życiem!... Sam Aecjusz zsiadł z konia i z ogromną frankońską tarczą w lewej, a długą włócznią alańską — w prawej ręce poprowadził do boju pierwszy spieszony tysiąc jeźdźców. Byli to sami prawie Goci, weterani spod znaków Gajnasa. Sarusa i Stylikona. Szli wolnym, miarowym krokiem, nic sobie nie robiąc z chmury strzał, którą powitali ich z kusz pobratymcy, powinowaci, krewni — może rodzeni bracia i synowie.. Po chwili zwarli się jak dwa potężne germańskie tury — jak rogami wparli się w siebie podwójnym lasem ostrzy i jak rykiem napełnili ziemię i niebo bojowym okrzykiem... jednym okrzykiem!... I w jednym języku zagrzewali ich wodzowie, i jedna modlitwa spływała z warg konających... Bili się mężnie, zaciekle, dziko i dziko umierali — ci pro Pace Romana, tamci — budując podwaliny przyszłego państwa i potęgi, których nawet nie przeczuwali...

Dziesiąta godzina. Walczącym z Gotami Gotom przychodzi w pomoc wyborowa legio palatina, jedyna w całej Galii, nieporównana, jeśli chodzi o walkę w starorzymskim szyku. Aecjusz, który strzaskaną włócznię dawno już zastąpił toporem, nie przestając siec na prawo i lewo, woła do postępującego za nim Kasjodora:

— Nigdy jeszcze nie było tak ciężko... Ale przecież

w sam czas...

Złote orły magistra utriusque militiae wydzierają barwnym znakom Baltów spadzisty szczyt Montis Colubrarii.

4

Biskup Egzuperancjusz z trudem unosi się na posłaniu. Dopiero teraz Asturiusz przyjrzeć się może jego twarzy: wcale jeszcze nie starej, ale wychudzonej, zżółkłej, schorzałej.

— Synu mój — pyta biskup — czy jesteś chrześcijaninem?

Smagła twarz Hiszpana okrywa się gorącą falą purpury.

— Moja matertera maxima życie oddała za Chrystusa na arenie pod kłami dzikich bestii! — wola z zapałem i oburzeniem zarazem.

— Widzisz, synu. A ty mnie, kapłanowi Chrystusowemu, każesz na nowo Go krzyżować.

Asturiusz cofa się o krok. Drżącą dłonią czyni znak krzyża.

— Coś rzekł, ojcze święty? — mówi trzęsącymi się wargami.

— Tak, mój synu. Czyżeś nie przyszedł do mnie po to, by powiedzieć: jeden z możnych tego świata chce zgładzić drugiego; gdy to uczyni, ty, sługo Chrystusowy, masz przekląć pamięć ofiary i wezwać do modłów za mordercę...

Asturiusz wydaje głośne westchnienie ulgi. A tak się przeraził słowami biskupa. Uśmiecha się już niemal radośnie i jakby pobłażliwie.

— Niegodnym, by sądzić ciebie, ojcze święty — mówi — ale raczysz żartować z przenajświętszych słów.

Bezbrzeżny smutek odmalował się w naznaczonych piętnem cierpienia oczach biskupa.

— Ja nie żartuję, synu... Czyż nie uczono cię, że każdy cięższy grzech ludzki to dla Chrystusa nowa via crucis? A cóż dopiero taki grzech jak morderstwo...

— Ależ tu nie ma mowy o morderstwie. Chodzi o dobro imperium i o usunięcie człowieka, którego rządy wtrącają cesarstwo w otchłań... A jeśli zginie cesarstwo, to święta wiara Chrystusowa...

— Myślisz, że zginie także, nieprawdaż?

— Nie, tak nie myślę, mężu apostolski... Ale wierzę, że gdy — niech chroni nas przed tym Chrystus — rozpadnie się lub w gruzy zawali Sacrum Imperium, dla wiary świętej, jej wyznawców i Kościoła Bożego nadejdą znowu czasy tak okrutne, że zaprawdę grzechem jest lub szaleństwem zastanawiać się, czy by przeszkodzić temu, można poświęcić życie jednego człowieka...

— Synu mój, tylko Bóg ma prawo rozrządzać życiem ludzkim i tylko...

Ale Asturiusz go nie słuchał i kończył swoje:

— ...jednego człowieka, i to wroga wiary świętej, i Kościoła...

— Nie wiedziałem o tym, prześwietny mężu.

Asturiusz znów oblał się purpurą.

— Nie... tylko świetny... clarissimus.., przynajmniej na razie,

Egzuperancjusz nie mógł powstrzymać się od uśmiechu

— A więc nie wiedziałem o tym, świetny mężu... Hiszpan spojrzał na niego z bezgranicznym zdumieniem

— W jakim ty świecie żyjesz, ojcze święty? —- zawołał. — Czyż naprawdę nie wiesz, że jeszcze za poprzedniego wspólnego konsulatu wiecznych Augustów święty biskup arelatański Patroklus został tak dotkliwie zraniony przez niecnego trybuna Barnabusa. że zmarł niebawem?.. I czy wiesz, kto namówił Barnabusa do tego czynu?

— Wiem.

— Ale na pewno nie wiesz, mężu apostolski, co było prawdziwą przyczyną śmierci twego ulubieńca Tytusa...

— I to wiem, mój synu.

— Wiesz, ojcze?... wiesz?.,, i jeszcze bronisz mordercy przed sprawiedliwa karą?...

— Bóg ukarze go, synu...

— Tak, Bóg! — z zapałem zawołał Asturiusz. — Bóg, który nas powołał do pełnienia świętych Jego wyroków. Możesz zawołać wiligów lub żołnierzy, ojcze, możesz wydać mnie na męki, ale tamtego i tak to nie uratuje, ty zaś pomyśl, kapłanie Chrystusowy, czy nie winieneś radą swą, powagą i modłami współdziałać z tym, który chce świat uwolnić od wroga wiary i Kościoła... od mordercy sług Bożych...

Ciężko opadła na wychudłe ręce skołatana głowa.

— Czyż nigdy nie przestaniecie mieszać Boga i wiary do swych swarów, żądz i nienawiści, o ślepcy?! Był Jan — to Bonifacjusz wołał: „Bezbożny Jan! Ukryty poganin! Prześladowca sług Bożych!" A później przychodzi Feliks i pomstuje: ,,Bonifacjusz to obłudnik... publiczny gorszyciel... żonę ma ariankę... dziecko w heretyckim ochrzcił kościele!" A teraz znów ty z twoim Aecjuszem, synu — czyż nie to samo robicie? rozdzieracie szaty i krzyczycie: „Feliks to wróg kościoła... Feliks morderca kapłanów!" Jutro zaś przyjdzie nowy i zawoła: „Aecjusz przyjaźni się z poganami... Aecjusz w nic nie wierzy..."

— Myślisz o względach, którymi darzył najprześwietniejszego Aecjusza król Hunów, ojcze święty? — spiesznie zapytał Asturiusz, z trudem ukrywając zmieszanie.

— Nic nie myślę, mężu świetny... nie mogę myśleć...

— Cóż mam powiedzieć najprześwietniejszemu Aecjuszowi?...

Biskup milczy chwilę. Wreszcie podnosi na Asturiusza wielkie płonące oczy i z trudem dobywając z piersi głosu, mówi:

— Powiedz najprześwietniejszemu Aecjuszowi, że niezadługo umrę i że jedną z trosk, jakie zabiorę ze sobą do grobu, będzie troska o przyszłość cesarstwa pod jego rządami... pod rządami człowieka, który do władzy idzie przez zbrodnię... I jeszcze powiedz: gdyby zjawił się Anioł Boży i rzekł, że za cenę krzywdy jednego człowieka wróci na ziemię Raj. Powiedziałbym: „Nie trzeba raju"... A gdyby rzekł: „Chrystus tak chce", wiesz, jaka byłaby moja odpowiedź? Oto: „Nie wierzę ci. Aniele".

Urwał na krótką chwilę. Przycisnął ręce do wychudzonej piersi.

— Tyle dla Aecjusza — podjął po niejakim czasie. — A teraz dla ciebie, mój synu... Nie znam nawet twego imienia, nie chcę go znać i zapewniam cię, że za ufność nie odpłacę zdradą... Nie wydam ciebie, nie zawołam wigilów ni żołnierzy, ale wiedz: dziś jeszcze poślę do najchwalebniejszego Feliksa, by go ostrzec przed tym, co mu grozi...

— Nie zrobisz tego, ojcze...

— Na zbawienie swej duszy przysięgam, że zrobię... Czy chcesz coś jeszcze powiedzieć mi, synu?

Asturiusz był już przy drzwiach. Obrócił się i biskup ujrzał jego twarz, tchnącą gniewem i zaciętością.

— To choroba przez ciebie mówiła, nie słowo Boże — rzekł Hiszpan. — Z konającymi nie walczę... Żegnaj, mężu apostolski.

— Pokój z tobą, mój synu.

Po odejściu aecjuszowego posłańca biskup siedział czas jakiś nieruchomo ze zwieszoną na piersi głową. Potem położył się i zamknął oczy. Wnet jednak otworzył je znowu: ktoś cicho skradał się do jego loża. Może tamten wrócił... Czyżby chciał zabić? Egzuperancjusz uśmiechnął się.

— Ojcze święty...

Biskup poznał glos młodego diakona, któremu za miesiąc miał dać kapłańskie pomazanie. Nie dożyje chyba.

— Pokój z tobą, Grunitusie.

— Ojcze święty... Przeklnij mnie... wypędź... ale ja stałem za drzwiami i wszystko słyszałem...

— Dobrze, mój synu. Włożysz ciepłą poenulę, bo zimno jest i deszcz pada — i pójdziesz do najchwalebniejszego patrycjusza Feliksa...

— Jak to, ojcze, czyżbyś naprawdę chciał?...

— Mówisz, żeś wszystko słyszał, Grunitusie... a czyż nie rzekłem?

— Tak... tak... słyszałem... ale myślałem, że to tak tylko...dla pouczenia tego młodzieńca tak mówiłeś...

— Nie mam podwójnego słowa, synu... Pójdziesz do patrycjusza i powiesz mu, że Flawiusz Aecjusz nastaje na jego życie...

Grunitus padł na kolana.

— Tyś zaprawdę świętym mężem, wikariuszu Chrystusowy! — zawołał z żarem. — Ale czyś już zapomniał Tytusa... biednego drogiego Tytusa?... Razemeśmy pobierali od ciebie święte nauki, ojcze... Razemeśmy nieśli święte szaty, gdyś szedł pierwsze biskupie sprawować sądy... Razem nas miałeś namaścić... A oto nie żyje Tytus... I nigdy, nigdy świętej nie odprawi Ofiary... A kto go zabił?... Feliks... A świętego biskupa Patroklusa?... Feliks... I my mamy go ratować?...

Biskup uniósł się na łokciach.

— Przekonałeś mnie, Grunitusie — rzekł. — Oto w sąsiedniej komnacie leży pod stołem stary miecz. Jeszcze dość ostry i zdatny chyba... Weź go, synu, i idź... zabij Feliksa... Pomścij Tytusa...

Diakon zerwał się na równe nogi... w drżących dłoniach ukrył śmiertelnie pobladłą twarz.

— Nie... nie. ojcze święty... Nie mów... nie mów... Daruj już... — Wzdrygnął się cały. — Nie mógłbym zabić... nigdy owadu nie zabiłem... — dokończył.

Zapadło długie milczenie. Wreszcie pierwszy przemówił Egzuperancjusz.

— Grunitusie, synu mój, od jakich słów zacząłeś czytanie Pisma w ostatni dzień Pański?...

— Pamiętam, ojcze... „Mąż pewien jechał z Jeruzalem do Jerycho..."

— Dobrześ rzekł, synu. O czymże była tam mowa?

— O miłości Bożej, ojcze...

— A w twej wczorajszej nauce?

— Także o miłości Bożej.

— A jakeś ją zaczął?

— Słowami Pisma: „Gdy brat twój uderzy cię w prawy policzek..."

— A co teraz robisz, Grunitusie?

— Sznuruję trzewik, ojcze święty. Dom patrycjusza daleko i lękam się, czy nie zgubię obuwia.

— Wiąż mocniej, mój synu. To ważniejsze niż lęk przed zabiciem owada.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.