Aeciusz-4

4.

— Byliśmy pewni, że nie uklękniesz, Aecjuszu.

Dopiero teraz spojrzał na nią uważniej i nieomal z podziwem. Przeciwnik — zdaje się — wart gry. Pierwszy cios odbiła bez trudu i obecnie sama przechodzi do natarcia.

— Spodziewałeś się, że łamiąc uświęcone przepisy ceremoniału, rozgniewasz nas... poruszysz... wytrącisz z dostojeństwa spokoju, jaki przystoi majestatowi?!... Biedaku! przecież wiemy, żeś się; chował pomiędzy najdzikszymi spośród barbarzyńców... pomiędzy ludem, którego małpolicy król w nocy nie odróżni swego sługi od nieczystego bydlęcia... Pamiętamy te czasy, gdy wysyłał cię ojciec twój Gaudencjusz pomiędzy tych Hunów — sam wieczny brat nasz Honoriusz Augustus raczył łzę wówczas uronić litując się nad tobą i twym losem... Nie... nie mów nic... Wszystko wiemy, co chcesz powiedzieć!... Otoś pragnął rzec, że przecież znasz ceremoniał... żeś był cura palatii na dworze Jana... Śmiej się, Aecjuszu! Piękne świadectwo dajesz swemu panu, który nie nauczył cię zginać kolana przed majestatem... chyba że ani on, ani ty nie wierzyliście w to bezeceństwo, że majestat cesarski mógł wziąć rozbrat z domem Teodozjusza i spocząć na skroniach nędznika... Ale w takim razie komużeś ty służył. Aecjuszu?... Święci Justusie i Pastorze! jakże nisko spadła najprześwietniejsza krew gaudencjuszowa...

I nagle — wedle z góry ułożonego planu — zmarszczyła surowo czoło i brwi, przeszyła Aecjusza piorunującym spojrzeniem i głosem, który znakomicie odzwierciedlał wzburzenie i gniew, krzyknęła:

— Jakeś śmiał służyć uzurpatorowi przeciw prawemu swemu panu, nędzniku?...

Aecjusz rozłożył ręce.

— Niech mi twoja wieczność wybaczy... ale zaprawdę nigdym nie służył przeciw prawemu panu...

Spojrzała na niego zdziwiona, on zaś ciągnął dalej:

— Racz mię tylko wysłuchać, wieczna Augusto... Najszlachetniejszy cezar Walentynian, syn twej wieczności, jest moim prawym panem, nieprawdaż? Otóż — o ile pamięć mnie nie myli — najprześwietniejszy Helio patrycjusz obwołał najszlachetniejszego Walentyniana cezarem dziesiątego dnia przed kalendami listopada minionego roku — sługa zaś twój, Aecjusz, o wieczna, od sierpnia znajdował się już poza granicami imperium... Czyż więc mógł służyć przeciw prawemu panu?... Wtedy zaś, gdym istotnie służył Janowi. najszlachetniejszy Walentynian nie był jeszcze cezarem — nie było więc jeszcze prawego pana, którego bym mógł zdradzić...

— Błazeństwa pleciesz, Aecjuszu — ze szczerym już gniewem zawołała Augusta. — Nie masz dnia ni godziny, ni chwili, na jedno zaczerpnięcie powietrza potrzebnej, w której by cesarstwo pozbawione było prawego pana... Choć Wschód jest i Zachód, zachodni cesarz i wschodni — jedna jest władza, jeden majestat i jedno coniunctissimum imperium... Od zgonu wiecznego brata naszego aż do obwołania cezarem najszlachetniejszego syna naszego Zachód jak i Wschód jednego miały pana — wiecznego Teodozjusza Drugiego... I to był twój prawy pan...

— Za mądre to i za ciężkie jak na mój rozum, wieczna Augusto, i trudne do pojęcia twe słowa... Wszak wiesz, żem wśród najdzikszych barbarzyńców się chował, toteż i myśleć potrafię jeno jak dzikus: jeden to jeden... a dwa to dwa... Na łożu śmierci rzekł wielki Teodozjusz Augustus: ,,Dzielę jak jabłko na dwie połówki swoje cesarstwo... Oto partes occidentis... oto partes orientis... Cesarz Zachodu i cesarz Wschodu... Nie jeden, ale dwu..."

I prostackim ruchem podrapał się w głowę przeszywając Augustę tak wyzywającym spojrzeniem, że nie miała już wątpliwości: nie dwudziestu, ale najwyżej trzech takich Aecjuszy byłby wart Aspar — nie doceniała przeciwnika... Ale im bardziej malało lekceważenie, z jakim zrazu doń się odniosła, tym silniej wzbierała nienawiść. Jaka ogromna szkoda, że ten sprytny zuchwalec będzie mógł bezkarnie odejść sprzed jej oblicza, zdrowe unosząc obie ręce i nogi, i źrenice... ,,Trzeba już z nim skończyć" — pomyślała. „Nie przystoi, by wykrętną swą a sprytną mową narażał majestat na nieposzanowanie..."

Ale czy ma dalej prowadzić rozpoczętą grę udając, że za dobrą monetę bierze wszystko, co on powie — czy też od razu rzucić mu pod nogi jak kość wściekłemu z głodu psu owe nieszczęsne warunki?...

Te warunki!... Obmyśliła je wspólnie z Asparem, Feliksem i Faustusem... Jakże ich wszystkich nienawidziła wówczas gdy zmuszali ją do złożenia ofiary z zelżonego majestatu na ołtarzu dobra i bezpieczeństwa Italii!... Wargi jej poruszyły się w bezgłośnej modlitwie — prosiła Chrystusa o laskę spokoju i pokory... Gdy przyjdzie okrutna chwila poniżenia, gdy trzeba będzie wymienić warunki — niechże sprawi Chrystus, by nie wybuchła łkaniem lub nie rzuciła się na zuchwalca z ukrytą w szerokim rękawie bronią...

W czasie kiedy Placydia rozmyśla i modli się, wzrok Aecjusza znowu biegnie ku jednej z panien na mozaikowej posadzce. Szczególnie zajmuje go lampa w ręku tej panny: nie chodzi już o płomień barwy granatu — płomień, jakiego naprawdę nigdy nigdzie nikt nie widział, ale dlaczego lampa ta o kształcie przypominającym frankońską tarczę w znacznym pomniejszeniu posiada po bokach dwa równomiernie oddalone od środka otwory?... Cóż za głupiec to układał!... przecież mały Karpilio i ten już wie, że jak w lampie przebije się otwory, to cała oliwa natychmiast się wyleje...

— Wszystko coś rzekł, choćby i prawdą było, Aecjuszu — rozlega się znowu głos Placydii — nie obroni cię przed zarzutem, iżeś służył przeciw prawemu panu... jeśli nie dawniej, to dziś... Czyś nie śpieszył na pomoc Janowi prowadząc tysiące i tysiące dzikich wojowników?... Czy nie na twój rozkaz płoną dookoła Akwilei wsie i lasy?... Czyż nie za twoją sprawą w walce z tymi dzikusami niejedna poległa setka wiernych cesarskich żołnierzy?...

Zdumiony wzrok Aecjusza przenosi się z mozaiki na twarz Placydii: ta lampa przecięta jest u dołu lekko sfałdowaną potrójną rysą...

— Twoja wieczność niesłusznie raczy sądzić Aecjusza — odpowiada. — Nie szedłem pod Akwileję, by pomścić straconego Jana — niech mnie demony porwą, jeśli kłamię!... ani nie chciałem walczyć przeciw wiernym cesarskim żołnierzom... Chciałem jedynie czuć taką moc za sobą, by móc bezkarnie a bezpiecznie stanąć przed tym uświęconym obliczem, tak jak teraz stoję;, i rzec: oto wysłuchaj mię, wieczna Augusto...

Pamięć szybko cofa się daleko, daleko w dawne minione czasy: tak... oto jest to, czego mu potrzeba... zmienić tylko osobę, miejsce i już...

Już...

— Wysłuchaj mię, wieczna Augusto... Dawno, dawno, gdyś dopiero sześć wiosen sobie liczyła, sługa zaś twój Aecjusz cztery — zwyciężył wieczny twój ojciec pogan tu właśnie, pod Akwileją. I właśnie w tym domu, w tym atrium, gdzie stoimy — jak dzisiaj twój, tak po zwycięskiej owej bitwie rozgościł się dwór ojca twej wieczności... Tam, gdzie ty stoisz, stał wielki imperator Teodozjusz — gdzie ja — stał setnik Gaudencjusz. I raczył zapytać wieczny Augustus setnika: „Maszże syna, najdzielniejszy z moich żołnierzy?..." „Mam, panie nasz" — odpowie setnik... „Jakże się zowie?" ,,Aecjusz, o wieczny"... I wówczas to uświęcona dłoń dotknęła łaską majestatu żołnierskiego ramienia, a święty głos cesarski rzekł: „Chcielibyśmy, by syn twój, Gaudencjuszu, tak służył naszym dzieciom, jak ty, służysz nam..." Słysząc te słowa zgiął kolano setnik Gaudencjusz. tak jak ja zginam je teraz...

Dłoń w szerokim złototkanym rękawie szybko zbliża się do gwałtownie falującej piersi: trzymać... trzymać... mocno trzymać, by z nagłej radości i dumy nie wyskoczyło z ciała pełne szczęścia serce... Zwyciężyła, pokonała, zgniotła!... Czyż mogła wierzyć, marzyć, śnić, że to naprawdę się stanie?... Jakiż dobry i miłosierny jest Chrystus! Radością przepełnił serce wiernej swej służebnicy, a poniżył jej wroga... Oto chwila zapłaty... chwila zadośćuczynienia i zemsty za nie przespane, pełne udręki i trwogi noce... za pełne słabości i poniżeń dni... Czyż pozwoli pędzącemu w dal czasowi porwać tę chwilę nie nasyciwszy się nią dowoli?... Nigdy, nigdy!...

— Aecjusz zgina kolano?... Aecjusz może klęknąć?...

Myśleliśmy, że niemoc, która pogrubiła mu kolano (przydało się, przydało!) uniemożliwia mu ich zginanie... Ale jest inaczej... Wszystko inaczej, niżeśmy myśleli... Aecjusz nie chciał ocalić ani pomścić Jana... chciał tylko służyć nam jak jego ojciec naszemu?!... Chwalebne to pragnienie... Ale Gaudencjusz był żołnierzem... A Aecjusz? Pytaliśmy się wszystkich: kim zasię jest ów Aecjusz?... Śmieją się wszyscy i powiadają: zakładnikiem... Całe życie tylko zakładnikiem!... U Hunów... a przedtem u Gotów... Ileś lat był brańcem u Gotów, Aecjuszu?...

— O dwa lata tylko mniej niż twoja wieczność... Pamiętam — nie raczyłaś na mnie spojrzeć... w ogóle na nikogo nie patrzyłaś... szłaś — córka wielkiego Teodozjusza — przed koniem Alaryka...

Spurpurowiała cała.

— Chrystus chciał nas doświadczyć!... nas i imperium całe! — zawołała w gniewie. — A jak dzień po nocy, tak przyszła dla nas po pokucie chwała... Wiesz, że zostaliśmy małżonką potężnego króla Gotów...

— Powinowaciśmy sobie, wieczna Augusto... Moja małżonka równie z krwi królów gockich pochodzi... Omal żeśmy nie brat i siostra...

— Córka Karpilia?... Dalekie, bardzo dalekie to pokrewieństwo z królami... A gdzieżeś ją poznał, Aecjuszu?... Przyznaj się... Uciekała do ciebie po nocach i ochłapy z wieczerzy przynosiła głodnemu brańcowi...

Nie otrzymała odpowiedzi. I znowu pomyślała: „Zwycięstwo". Uniosła w górę pyszne luki czarnych brwi i spojrzała nań z wysoka władczo, z pogardą... Ale wnet opadły brwi, zmarszczyło się czoło...

— Gdzie patrzysz. Aecjuszu?...

Nie podniósł na nią oczu.

— Na stopy twoje, o wieczna — rzekł spokojnym głosem. — Jakież małe są (przydało się, przydało!)... znać, że delikatne... niezwyczajne chodzenia szybko a po ostrym i chropawym... Jakże krwawić i cierpieć musiały, gdy bose pędziły ulicami Barcinony... Pamiętasz, wieczna? — wówczas, kiedy to niecny Sygeryk nie uszanował majestatu, a stłoczona na ulicach gawiedź wtórzyła mu naigrawaniem się z wczorajszej królowej?...

Rozwarte jej usta z trudnością łowią powietrze.

— Sygeryka poraził Pan — krzyczy — nas zaś ze czcią odesłał wiecznemu bratu Wallia król!...

Aecjusz kiwa głową.

— Pamiętam... pamiętam... głodem przycisnął Gotów dzielny Konstancjusz... cóż miał począć Wallia król?... za sześćkroć sto tysięcy miar pszenicy oddał cesarzowi siostrę... Niezła cena... Pamiętam — ileż to wozów ładownych powiózł ze sobą do Gotów Euplucjusz!

Chwila śmiertelnej ciszy. A potem głuche, zduszone:

— Idź...

Spokojne wzruszenie ramion.

— Gdzie rozkaże mi iść twoja wieczność?

Ale i Placydia po chwili odzyskuje już spokój. Tylko twarz ma niemal siną i sczerniałe jak u Jana przed ścięciem usta.

— Chciałabym... — nie mówi już: chcielibyśmy — chciałabym, by tam za drzwiami rzucili się na ciebie moi Goci... by wykręcili ci ramiona, tak abym aż tu słyszała chrzęst kości... by obleli cię smołą, a potem rzucili na mrowisko... Ale szkoda mi Aspara i biskupa — nie jesteś wart ich żywotów, Aecjuszu... Idźże. gdzie chcesz, a gdzie pójdziesz, wszędzie dosięgnie cię pomsta zelżonego majestatu...

Aecjusz zgina kolano.

— Idę, Augusto... Jaka szkoda, że niemiłe ci są me służby... Odchodzę... Powiedz swemu słudze tylko jeszcze jedno: co będzie z sześćdziesięcioma tysiącami wojowników, którzy chciwi krwi, gwałtów i łupów czekają oddaleni o pół mili od Akwilei na mój rozkaz... jutro zaś będą o sto kroków przed Akwileją?...

Trudno. Nie oszczędzi jej Chrystus jeszcze jednego poniżenia. Trzeba powiedzieć wszystko, co uradziła wespół z Asparem, Feliksem i Faustusem. Niech przeklęta będzie owa chwila!

— Żona twoja, Aecjuszu, i syn od czterech już dni są w naszym ręku... Jeszcze żyją... Ale czy będą żyli jutro?... Słuchaj więc nas, Aecjuszu. Jeśli przysięgniesz na najświętszy Krzyż i na rany Chrystusa, że odeślesz wojowników huńskich królowi Rugili, sam zaś nigdy już więcej nie powrócisz w granice cesarstwa — oddam ci żonę i dziecko, i cały twój majątek, który możesz sprzedać, a to, co ze sprzedaży otrzymasz, wszystko zabrać ze sobą...

Czuła, że za chwilę wybuchnie niepowstrzymanym potokiem łez. Już załamuje się jej głos, gdy pyta:

— Nie jestże wielką łaska cesarska, Aecjuszu?... nie cieszysz się, że ocalisz syna i żonę?... Rozumiesz chyba, co im grozi?...

— Rozumiem, wieczna... Wszak to z twego rozkazu uduszono najszlachetniejszą Serenę, malżonkę Stylikona... Przypuszczam, że moją żonę też byś udusiła... może własną dłonią?...

A po chwili:

— Ale to Aecjusz tak sobie mówi, Augusto... i takich rzeczy za złe ci nie weźmie... przeciwnie... Ani tego. coś z Janem zrobiła... Jam nie Bassus i podziwiam wolę twą i surowość... Lecz tyś się pomyliła, wieczna... Aecjusz nie może przyjąć twych warunków...

Rzuciła nań spojrzenie, pełne szczerego zdumienia.

— Jak to, Aecjuszu? Nie jestże ci drogie życie żony twojej i syna?

— Nade wszystko, wieczna, nade wszystko... Ale to, co dajesz, dajesz mnie... A cóż dostaną tysiące huńskich wojowników? Cóż ich może obchodzić życie mojej żony i dziecka?... Oni chcą krwi, łupów, kobiet... nagrody za uciążliwy pochód... Choćbym tysiąc razy chciał, nie zdołam ich zawrócić... i jutro rzucą się na Akwileję...

W glosie jego brzmiała taka szczerość, a nieomal i troskliwość, i niepokój, że Augusta, sama przygnieciona nagle nieoczekiwanym brzemieniem troski, po raz pierwszy spojrzała nań bez nienawiści.

— A ty... ty byś mógł coś na to poradzić, Aecjuszu? — zapytała po chwili.

Aecjusz znowu klęknął.

— Tylko i tylko ja mogę tu coś poradzić, o wieczna — zawołał dźwięcznym dumnym głosem — i osądź sama, czy to, co poradzę, nie posłuży dla dobra imperium i twego władztwa... Odesłać można sześciuset Hunów, ale nie sześćdziesiąt tysięcy... Toteż tak i zrobimy: królowi Rugili pośle się takiego zakładnika, który by go zadowolił... wodzom wyprawimy ucztę, damy bogate dary i odeślemy ich z powrotem, skąd przyszli... wojowników zaś przyjmiemy na cesarską służbę... Zapytaj Feliksa, zapytaj Aspara, wieczna... Wojska cesarstwa rozprzęgają się i nic dziwnego... Goci, Frankowie i Burgundowie wolą już służyć królom swego narodu niż rzymskiemu cesarzowi. Na Germanów nie możemy więc już liczyć, wieczna. Bierzmy więc Hunów — są mężni, okrutni, straszni i nie wymagający... Szczególnie oddziały domowników na gwałt potrzebują uzupełnień. Niechże więc twoja wieczność nie traci czasu — wydaj tylko rozkaz, a jutro będziesz miała sześćdziesiąt tysięcy nowych domowników...

Słuchała go z coraz to wzrastającym podziwem. Wszystko, co mówił, było prawdziwe i rozsądne.

— Czemużeś nie przemawiał tak od początku, Aecjuszu? — rzekła głosem niemal łagodnym. — Choć ciężko obraziłeś majestat, to, coś rzekł, nie wydaje się nam złe ani niemądre... Jesteś więc pewien, że jeśli tylko zechcesz, potrafisz skłonić Hunów, by miast przeciw nam za nas walczyli?...

— Rzekłaś, wieczna... Tylko...

— Tylko?...

— Tylko jeszcze jedno zechciej rozważyć... Dzicy barbarzyńcy, którzy wypełnią szeregi domowników, nieufni są, niekarni i nieobyci z rzymską służbą... Wódz, którego nie będą bliżej znali i któremu nie będą ufali, nie poradzi sobie z nimi — wywoła tylko bunt i straci życie... Potrzebny więc jest człowiek, który Hunów zna jak rodzonych braci i który...

W lot zrozumiała.

— Chciałżebyś, Aecjuszu? — zawołała głosem, znów gniewnym i wzburzonym.

— Twoja wieczność rzekła.

— Chciałżebyś zostać?...

—— Comesem domesticorum, wieczna Augusto.

Zaczęła się śmiać.

— Czemu raczysz śmiać się, wieczna? — zapytał urażony. — Czyż ojciec mój nie był nawet magistrem equitum?...

— Ale po ilu latach służby...   '

— A czyż nie był comesem domesticorum teść mój, Karpilio?

— Lecz Karpilio z królewskiej pochodził krwi, Aecjuszu...

— Bardzo dalekie to pokrewieństwo, jak przed chwilą raczyła rzec twoja wieczność...

Placydia zaczęła chodzić. Stopy jej to nurzały się w ciemności, to wypływały na któreś z dziesięciu świetlistych kół.

Aecjusz gonił ją milczącym spojrzeniem.

Wreszcie przystanęła.

— Nawet nasz wieczny małżonek, Flawiusz Konstancjusz Augustus, zaczynał służbę od dziesiętnika... — rzekła.

— Ja już byłem setnikiem, wieczna.

— Mianujemy cię trybunem, Aecjuszu.

Potrząsnął głową jakby ze smutkiem.

— To niemożliwe, wieczna Augusto.

Znów zaczęła chodzić.

— Dobrze, Aecjuszu — powiedziała nagle, nie zwalniając kroku — od dziś tyś comes... nie, nawet dux. ale w auxiliach... Hunowie dotąd zawsze służyli w auxiliach...

— Ale twoja wieczność sama raczyła przyznać, że przede wszystkim domestici potrzebują wielkich uzupełnień...

— Będzie, jak rzekliśmy, Aecjuszu.

Wówczas podniósł się z klęczek, skrzyżował ramiona na piersiach i patrząc spode łba, syknął:

— A co będzie z Akwileją?

Roześmiała się.

— Nie na darmo małżonek nasz Augustus był żołnierzem, nędzniku... Wiemy, że Hunowie nie umieją murów zdobywać... nie znają sztuki oblężniczej... Dwa lata tu postoisz, Aecjuszu, a tymczasem za trzy miesiące staną tu wojska z Galii, Hiszpanii, ze Wschodu... a już za miesiąc z Afryki...

— A za dwa tygodnie stronnictwo janowe w Rzymie obwoła nowego Augusta... a za trzy — wróci z wygnania Kastynus... Cała Italia znów podniesie głowę jak jeden mąż... Gorączka, ruch, pożar... A wieczna Placydia i wszyscy najprześwietniejsi jak w grobowcu zamknięci w Akwilei...

— Żona twoja i dziecko zginą...

— Nie zginą, wieczna. Sama wiesz, że są w Rzymie... Nim prefekt Faustus zdąży pchnąć gońca z rozkazem, by ich stracono, może Miasto będzie już miało nowego prefekta...

Podeszła do niego tak blisko, że koniuszki ich stóp na jednym spotkały się świetlistym kręgu.

— Skoroś taki potężny, Aecjuszu, a jam taka słaba, czemuż nie każesz swym Hunom zabić od razu mnie (mnie... nie nas!) i mojego syna, a nie zostaniesz sam Augustem jak Jan?...

Spojrzał jej w oczy szczerym, jasnym spojrzeniem.

— Czemu? Odpowiedź nietrudna, Augusto... Oto chcę służyć twej wieczności i twemu synowi, tak jak ojciec mój twojemu służył ojcu...

— Ale my nie chcemy twych służb.

— Ale nie chcesz także zburzenia Akwilei.

— Dosyć. Czy w Akwilei jest ktoś, kogo by sługa uzurpatora mógł nazwać swym przyjacielem? Wzruszył ramionami.

— Wydaje mi się, że najprześwietniejszy Herkulanus Bassus nie ma zwyczaju zmieniać przyjaciół wraz ze zmianą pana...

— Dziwimy się najprześwietniejszemu Bassusowi. Aecjusz zaś teraz zegnie kolano przed majestatem, po czym uda się do komnat Herkulanusa, skąd wezwiemy go jutro w południe...

Aecjusz uśmiechnął się.

— Oliwa wypala się w lampach — północ się zbliża...

A rzekłem wodzom huńskim, że o północy wrócę lub przyślę jakąś wiadomość... Jeśli będę czekał do jutra, boję się, że poganie nie uszanują świętości kapłańskiego stanu i o północy świątobliwy Augustyn...

— Za godzinę wezwiemy cię, Aecjuszu, a teraz odejdź...odejdź co prędzej...

Skłonił się nisko, ale jak przy powitaniu znowu nie zgiął kolana. Sprężystym krokiem ruszył ku wyjściu. I nagle u progu wybuchnął gwałtownym radosnym śmiechem.

Tego śmiechu Augusta Placydia nie daruje mu nigdy. Zresztą niczego mu nie daruje... ani jednego spojrzenia, ani jednego słowa... Ale tego śmiechu przede wszystkim...

Aecjusz zaś śmiał się z tego, że rozwiązał zagadkę dziwacznej lampy w ręku jednej z ewangelicznych panien. Przecież przydały się na coś nauki starego gramatyka: oto mozaika dawniej przedstawiała dziewięć Muz z matką Mnemozyną. Na żądanie pobożnego biskupa posadzkę przerobiono: malarz skorzystał z liczby postaci i przerobił je na dziesięć mądrych panien. A dziwaczna lampa z otworem to maska w ręku Melpomeny! Aecjusz długo nie przestawał się śmiać.

5

W atrium ponownie dolano oliwy do lamp. Najszlachetniejszy cezar Placydus Walentynian, posadzony przez Spaduzę na wysokim krześle, rozparł się między poręczami w pozie sztywnej i uroczystej, do której go przyuczono już w drugim roku życia, a za której lekkomyślne nieprzestrzeganie majestat nie jeden raz oberwał tęgiego klapsa od starej Elpidii. Stojąca przy krześle Placydia zdawała się już wcale nie wstydzić łez, które obficie spływały po zwiędłych policzkach; zaledwie Aecjusz opuścił atrium, wybuchła długo nie milknącym łkaniem, które miast ustać, wzmogło się tylko, gdy do komnaty weszli Feliks i Faustus; kobieta wzięła górę nad majestatem... Nie przestawała też płakać przez cały czas narady z dostojnikami, którzy nie tylko uznali za rzecz konieczną zgodzić się na żądanie Aecjusza, ale byli ponadto zdania, że to, co mówił o rozprzężeniu wojsk oraz o potrzebie i środkach naprawy, jak najlepiej świadczy na korzyść nowego comesa domesticorum, z którego Augusta i państwo mogą mieć jeszcze naprawdę wielki pożytek. A jeśli jej wieczność tak go nienawidzi, jak mówi, to cóż łatwiejszego, jak wysłać go do Galii przeciw Gotom czy Frankom?! Wówczas zaś albo okaże się dobrym i użytecznym wodzem, czym całkowicie zmaże swe przewiny wobec teodozjańskiego domu — albo okryje się niesławą, a wtedy znowu cóż łatwiejszego, jak pozbawić go dowództwa, odwołać, osłabić, zniszczyć?!...

— Zresztą — mówił prefekt Faustus — jest żołnierzem, będzie walczyć... każdej chwili narażony będzie na niebezpieczeństwo, na śmierć... może nawet polec w pierwszej bitwie...

— Nawet niekoniecznie w bitwie — przerwał mu patrycjusz. — Łatwo można zginąć nawet z ręki własnego żołnierza...

Zalana łzami twarz Augusty ożywiła się. Ale prefekt Faustus surowo zmarszczył wysokie sklepione czoło.

— Skrytobójstwo? — zapytał z obrzydzeniem w głosie. Feliks lekceważąco wzruszył ramionami.

— Nikt nie mówi akurat o skrytobójstwie... ale czyż nie zdarzają się bunty wojskowe? Wszak właśnie ojciec Aecjusza zginął z rąk rozbestwionego żołdactwa... Wolno więc przypuszczać, że skoro syn chce wstąpić w jego ślady, to — miejmy nadzieję — we wszystkim...

— Oby Niebo zezwoliło — westchnęła Placydia. — Rzekliście, najprześwietniejsi mężowie — i wydaje nam się słuszne pójść za waszą radą... Ale przysięgamy wam na mękę Chrystusa i na głowę najszlachetniejszego syna naszego, że choćby Aecjusz stał się drugim Konstancjuszem, choćby jak piorun Boży poraził wszystkich wrogów imperium, nigdy mu nie zapomnimy, nigdy nie przebaczymy łez, któreście, po raz pierwszy i przysięgam na majestat — ostatni, widzieli w naszych oczach, o viri illustres... Tak będzie.

Dworzanie, trybuni i młodzieńcy ze szkół protektorów szczelnie wypełnili atrium. Po prawej ręce Augusty stanęli Feliks, Faustus i Ardabur, po lewej stronie cesarskiego krzesła patrycjusz Wschodu Helio, prezbiter Adelfus i comes sacrarum largitionum Rufinus. Na progu stał w towarzystwie Herkulanusa Bassusa Aecjusz.

— Niech się zbliży Aecjusz — rozległ się spokojny, uroczysty, niemal łaskawy głos Augusty.

A zaraz potem:

— Mówiłeś Aecjuszu, że królowi Rugili trzeba posłać poważnego zakładnika. Spodziewam się, że nie musi to być ani prześwietny Aspar, ani najprześwietniejszy Feliks...

— O nie, wieczna Augusto... Najzupełniej wystarczy mój syn Karpillo...

Na wszystkich twarzach maluje się zdumienie.

— Karpilio?... Wszak to dziecię jeszcze! — wola Placydia, zdziwiona i znów rozgniewana.

— Zapewniam twoją wieczność, że na całym Zachodzie nie masz cenniejszego dla Rugili zakładnika... chyba tylko najszlachetniejszy cezar...

Nowa fala nienawiści zalewa serce Placydii. Na świętych Justusa i Pastora!... raczej być ślepą, byle tylko nie widzieć tego dumnego uśmiechu na szerokiej, tak już dobrze znanej, a tak nienawistnej twarzy... Z trudem przezwycięża się, rzuca na Aecjusza łaskawe spojrzenie i szepcze coś do ucha synowi.

I oto z wysokiego krzesła spływa cienki, dziecinny głosik:

— Witamy cię, Aecjuszu... Od dziś Flawiuszu Aecjuszu, comesie domesticorum... Bądź pozdrowiony, mężu najprześwietniejszy...

— Ale, vir illustris — powtarza Placydia.

Wówczas Flawiusz Aecjusz, od tej chwili jeden z ośmiu najwyższych dostojników Zachodu, zgina jedno kolano, potem drugie, schyla czoło aż do podnóżka krzesła i dotykając twarzą zimnej mozaikowej maski Melpomeny, jakby czerpać chciał z niej natchnienie — mówi:

— Sługa twój czeka, najszlachetniejszy cezarze... Rozkazuj... Wola twoja jedyną radością aecjuszowego żywota.. Jak ojciec mój Teodozjuszowi Honoriuszowi, tak ja tobie, panie nasz, przysięgam wiernie służyć mieczem i radą... Krew moja, mienie i cześć do ciebie należą — niechże mię Chrystus wspomaga!

6

Gdy w nocną ciszę wdarły się z nagła przeciągłe smętne tony tibiów, którym wnet zawtórował potężny grzmiący głos buciny i natarczywe rogów wołanie — zbudzeni ze snu, zaspani, ściągani z posłań przez prepozytów i dziesiętników żołnierze długo nie mogli zrozumieć, co się właściwie dzieje Nie wierzyli własnym uszom. Od czterech lat, od samej śmierci Konstancjusza, nocna pobudka ani razu nie zmąciła snu domowników, najstarsi nawet żołnierze zdążyli od niej się odzwyczaić, nieomal zapomnieć o niej... I oto nagle znowu!..

W pośpiechu narzucając na siebie szaty i zbroję, klęli żołnierze soczyście i z całej duszy w kilkunastu najrozmaitszych, niepodobnych jeden do drugiego językach. Klęli Goci i Wandale, Alani i Frankowie, Burgundowie, Saksoni, Sarmaci, Swenowie, Norowie, Herule i Hunowie... Gdy zaś przychodziła im ochota dać zbiorowy wyraz swym uczuciom dopiero wtedy rozbrzmiewała mowa Latynów... rozlegały się wymyślne a sprośne przekleństwa, których się nasłuchali od swych przygodnych, zazwyczaj jednonocnych przyjaciółek tu, w Rawennie i w Rzymie, i w Akwilei...

Jeszcze do niedawna domestici, bardzo nieliczni jako samodzielna formacja wojskowa, stanowili ścisłą straż przyboczną Augustów, do której szeregów dostęp był niesłychanie utrudniony. Pod wielu względami przypominali dawnych pretorianów: za poprzednich panowań nieraz całe pokolenia domesticorum nie oddalały się nigdy od dworu cesarskiego, prawie nigdy nie zaznawały trudów i niebezpieczeństw prawdziwej wojny, jako że zwyczaj nakazywał Augustom nigdy nie rozstawać się z domownikami; cesarze zaś coraz rzadziej zjawiali się osobiście na terenach wojny. Gdy zaś niektórzy z nich, jak Teodozjusz w walce z pogańskim Zachodem, przedsiębrali dalsze wyprawy wojenne, towarzyszący im domestici korzystali z szeregu udogodnień, wyjątków i przywilejów, niedostępnych dla innych formacji. Ostatnimi jednak czasy wiele się zmieniło: Konstancjusz nieraz prowadził domowników w największy wir walk z barbarzyńcami o Galię, co znów pociągało za sobą znaczne straty w ludziach, które pokrywano naprędce, coraz mniej troszcząc się o jakościowy dobór nowego nabytku ludzkiego. Niezależnie od tego comesowie domesticorum, których ustawy wojskowe wyjmowały spod władzy magistrów militum, poddając ich bezpośredniemu zwierzchnictwu cesarzy, z biegiem lat coraz to bardziej zyskiwali na niezależności i swobodzie ruchów, rozluźniając stosunek między formacją a Augustem nieraz tak dalece, że na Wschodzie dwór przemyśliwał już nad stworzeniem nowej odmiany straży przybocznej, jeszcze bezpośredniej niż domestici podległej osobistemu zwierzchnictwu władcy. W okresie więc gdy Placydia w imieniu Walentyniana obejmowała rządy, domestici prawie zupełnie już stracili charakter straży przybocznej i lada chwila mieli być użyci do działań wojennych, które ani pół roku nie przestawały trapić prowincji galijskich czy Hiszpanii.

Niemniej jednak pozostając i nadal wojskiem wyborowym nie przestawali rościć sobie praw do wyjątkowych udogodnień, względów i przywilejów — a że liczono się z nimi, dogadzano im istotnie ponad miarę, mimo że to powodowało rozprzężenie i osłabienie ich bojowej wartości, ani nie przeciążano ich zbytnio służbą nawet w granicach bardzo pobłażliwej interpretacji przepisów wojskowych.

Toteż oburzenie żołnierzy z powodu nocnej pobudki nie miało granic. Nie tylko klęli, ale odgrażali się dziesiętnikom i setnikom — kiedy jednak któremuś z trybunów udało się przekrzyczeć wrzawę rozkazem nowego comesa, iż każdy, kto będzie się ociągał, dostanie sto kijów — ów zaś, którego schwytają na tym, iż powie do towarzysza: „Nie masz się czego śpieszyć" — natychmiast zostanie powieszony — żołnierze osłupieli ze zdumienia. Wrzawa natychmiast umilkła.

— A więc jest już nowy comes! — wołali zdziwieni i zaciekawieni ogromnie.

Gdy zaś dowiedzieli się, że zbudzono ich dlatego, iż nowy comes chce obejrzeć swoich ludzi, zaciekawienie i zdumienie nie miało już granic. Przyzwyczajeni byli, iż comesowie wysypiali się w swym pałacu do późnej godziny, rozkazywali i dowodzili przez trybunów, sami latami nieraz nie widziani przez żołnierzy. Chciwi widoku nowego zwierzchnika-dziwaka, który przeglądy chce nocą odprawiać, domownicy zbierali się i zbroili z szybkością trzykroć większą niż ta, z jaką to czynili zazwyczaj w dzień. Jedni drugich wypytywali o nowego comesa: wielu spośród nich służyło pod jego teściem Karpiliem, niektórzy pamiętali nawet jego ojca, ale prawie wszyscy: Wandalowie i Goci, Swebowie i Alani, Frankowie, Burgundowie i Saksoni, marszcząc nosy i brwi, kręcili z niechęcią głowami: „Znowu Rzymianin!..." A już zdążyli się przyzwyczaić do wodzów spośród siebie...

Na ogromnym dziedzińcu Wawrzynowego Pałacu, siedziby dworu cesarskiego w Rawennie, szpalerami lśniącymi w świetle księżyca i blasku pochodni ustawiły się głębokie czworoboki domowników. Odzienie i zbroję mieli przeważnie jednolite rzymskie, tu i ówdzie jednak między szeregami można było dostrzec stroje barbarzyńskie, rogi na hełmach, niedźwiedzie futra na ramionach, wielkie podłużne tarcze, frankońskie podwójne topory i scramasaxy lub ciężkie, całe z żelaza lane, potwornie długie włócznie Alanów.

Znowu odezwały się smętne, przeciągłe tony tibiów, znowu zagrzmiały buciny. Goci. Wandale. Alani Frankowie Herule. Sarmaci i Hunowie jak jeden mąż zwrócili głowy na prawo, skąd wolno wynurzając się z ciemności nadchodził z chrzęstem liczny orszak comesa.

Wysunięci nieco poprzed szeregi, o dziesiątki, a nieraz o setki stóp oddaleni jeden od drugiego — trybuni w jednej chwili jak jeden mąż przekręcili się na pięcie i zawołali

— Barritus!

— Barritus! — jak echo powtórzyli prepozyci.

— Barritus! — ryknęli setnicy i dziesiętnicy.

Głośny krzyk z wielu tysięcy piersi uderzył w ciszę upojnej italskiej nocy. Duma, moc i nieustanna ochota mężów do walki rozbrzmiewały w tym prastarym zawołaniu bólowym dzikich borów germańskich, co przeniesione z tamtej strony Renu i Danubu nad Tyber, Bosfor i Rodan, z łatwością wypierało z szeregów cesarskich wszystkie rzymskie okrzyki wojenne. Idący na czele świetnego orszaku niewysoki mężczyzna w ametystowym płaszczu podziękował żołnierzom za barritus podniesieniem szerokiej dłoni

— Ale, vir illustris! — ryknęli Goci. Wandale. Frankowie. Alani i Sarmaci.

Patrzyli na niego pełnym radosnego zdumienia, już przyjaznym, bliskim rozkochania wzrokiem. Nie chcieli wierzyć by miał to być Rzymianin: każdemu z nich zdawało się, że swego pobratymca poznaje w tej twarzy zupełnie nierzymskiej, szerokiej, płaskiej, o wystających grubych szczękach i niewysokim czole, w tych mięśniach potężnych, w owych barkach szerokich i tym spojrzeniu przenikliwym, upartym, surowym.

— Ave!... ave!... ave!... — długo nie milkły okrzyki. On zaś posuwał się wzdłuż szeregów szybkim sprężystym krokiem, prawie nie uginając nieco za grubo wiązanych kolan. Za nim szli Maworcjusz, Gallio. Kasjodor, młody Asturiusz, Andewotus i inni, których imion żołnierze nie znali, a z których każdy zdawał się niechcący stawiać kroki równie sprężyście i równie osobliwie jak długowłosy comes.

Domownicy spodziewali się, że zaraz usłyszą przemowę: każdy wódz-Rzymianin chętnie przemawiał do żołnierzy. Słyszeli już oracje Konstancjusza. Kryspina, Kastynusa, a niektórzy z nich i Teodozjusza, a nawet Wandala Stylikona. Nowy comes jednak nie zdawał się kwapić zbytnio do wygłoszenia mowy: szybkim uważnym spojrzeniem przebiegał szeregi. Od razu spostrzegł: w orszaku jego jeden tylko był barbarzyńca — Andewotus. Wśród trybunów również przeważali Rzymianie, ale między prepozytami stanowili już mniej niż połowę, między setnikami czwartą zaledwie część, w zwartych zaś szeregach bystre oko Aecjusza daremnie szukało choćby jednej rzymskiej twarzy.

Żołnierze widzieli, jak uśmiechnął się nagle i szepnął coś do Andewota. Potem szybko zbliżył się do szpaleru, niemal dotykając potężną piersią znieruchomiałych na naprężonych ramionach puklerzy, i niespodziewanie zwrócił się do starego żołnierza, który odziany w krótką tunikę, w starorzymskiej lorice i rzeźbionym hełmie z czerwoną kitą, zamarł w bezruchu niby żywy posąg legionisty Scypiona lub Cezara.

I jak jeden człowiek drgnęły nagle dwie trzecie wszystkich domowników. Nowy comes domesticorum mówił do żołnierza, który z wyglądu mógł być pomnikiem triariów spod Metauru i Pidny, w najczystszym języku gockim... Zapłonęły oczy starego żołnierza-barbarzyńcy.

— Gdzieś dostał tę bliznę? — pytał wódz wskazując upierścienionym palcem na przecięty policzek Gota.

— Za wiecznego Teodozjusza Augusta, pod Akwileją, mężu najprześwietniejszy.

Twarz Aecjusza ożywiła się.

— Znałeś może ojca mego Gaudencjusza, dzielny wojaku?

Pod starorzymską lorką w łuk wypięły się potężne piersi.

Niebieskie oczy omal nie wyskoczyły z radości i dumy spomiędzy długich ciemnych rzęs.

— Dwa razy w życiu spałem z nim w jednym namiocie, panie...

Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz nowego comesa. Ściągnął z palca pierścień i wkładając go w dłoń żołnierza, zapytał:

— Maszże syna, towarzyszu mego ojca?...

Opadła na potężne piersi stara głowa.

— Oddal gniew swój ode mnie, panie — rozległy się ciche, jakby wstydliwe słowa. — Syn mój służy królowi swojego ludu...

— I pewnie ładniej mu z turzymi rogami na hełmie niż w rzymskiej zbroi! — żywo zawołał Aecjusz. — Pamiętaj, gdy spotkasz go niezadługo w ogniu walki, nie zabijaj...

I ruszył dalej wzdłuż lśniącego szpaleru. A między żołnierzami szmer przeleciał: ,,Pójdziemy na króla Gotów..."

Na nielicznych tylko twarzach smutek się odmalował i niepokój. Większość płonęła radosnym ogniem, radośnie też uderzały pod pancerzami barbarzyńskie serca: iluż to bowiem spośród nich jeno uraza, żal lub dziedziczna nienawiść do króla swego narodu i jego ulubieńców przygnała tu, pod rzymskie znaki!... I oto dla wielu z nich zbliżał się teraz dzień rozrachunku i pomsty.

Znowu zatrzymał się Aecjusz. Tym razem przed młodym olbrzymem, Wandalem. I do niego też przemówił w języku Gotów, którym każdy prawie barbarzyńca w wojsku rzymskim rozmawiał.

— Byłeś już w jakiej bitwie?...

— Jeszcze nie, wodzu...

— Niedługo będziesz... Chciałbym, byś taki był dzielny jak twój pobratymiec, wielki Styliko...

Ostatnie słowa wyrzekł w języku Rzymian, głośno i swobodnie. Zdumieli się starsi żołnierze, struchleli dostojnicy i wodzowie z orszaku: od siedemnastu lat nikt nigdy nie mówił do żołnierzy o Stylikonie inaczej niż z szyderstwem i obelgami.

A Aecjusz znowu przed innym już zatrzymał się żołnierzem. Kładąc mu palec na lśniącą pierś, znów odezwał się w mowie Gotów:

— Tyś z ludu Alanów rodem, nieprawdaż?... Pamiętajcie... bierzcie od Rzymian to tylko, co mądre i przydatne... Czemuś na tę cienką, ładnie błyszczącą, ale jakże łatwą do przebicia zbroję zamienił pancerz z kopyt końskich, jakie nosili ojcowie twoi na dalekim Kaukazie?

Do każdego przyjaznym odezwał się słowem: do Franka, do Burgunda, do Sweba. O każdego narodzie i obyczajach coś wiedział, coś przypomniał, pochwalił. I nagle usłyszeli żołnierze, jak mówi w innym znów języku, dziwnym, dzikim, śmiesznym, do żadnego innego niepodobnym. Znowu mówi płynnie, prędko. Wszystkie głowy zwróciły się tam, skąd rozlegał się dźwięczny jego głos. Ujrzeli go stojącego przed niskim, jakby pokręconym, ale barczystym i silnym człowiekiem o pałąkowatych nogach i malutkich skośnych oczkach. Człowiek ten radośnie wyszczerzył zęby i raz po raz przerywał słowa wodza głośnymi, radosnymi okrzykami.

— Niezadługo dużo będziesz tu miał towarzyszy ze swego ludu — z uśmiechem mówił do niego Aecjusz. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nagle wzrok jego padł na stojącego o kilka kroków dalej żołnierza i zatrzymał się na jego postaci ze zdumieniem i jakby z szyderstwem.

Był to szczupły, wątły młodzieniec, prawie chłopię. Widać było, że ugina się pod ciężarem zbroi, tarczy i włóczni. Wielkie czarne oczy jego utkwione były w twarzy Aecjusza. W spojrzeniu ich wyczytał comes domesticorum rzeczy tak dziwne i tak nieoczekiwane, że uderzywszy przyjaźnie skośnookiego Huna po ramieniu, szybkim krokiem podążył ku miejscu, gdzie stał, ogromnym wysiłkiem zmuszając się, by nie chwiać się na nogach, wątły młodzieniec. Od stóp do głów zmierzył go Aecjusz przenikliwym wzrokiem; im dłużej się weń wpatrywał, tym silniej drgały kąciki ust żołnierza. Wargi Aecjusza wydęły się jakby z lekceważeniem. Chwilę kiwał w zamyśleniu głową i nagle zapytał ze złośliwością w głosie:

— Co tu robisz?...

— Służę Romie — padła odpowiedź.

Aecjusz wzruszył ramionami i wskazał głową dookoła.

— Oni wszyscy jej służą — rzekł i zaraz nowe dorzucił pytanie: — Z jakiego jesteś narodu?

Jeszcze gwałtowniej zadrżały kąciki ust młodzieńca. Ale wielkie czarne oczy wyzywająco patrzyły w szeroką, uśmiechniętą twarz. Odpowiedział głośno, a w słowach jego brzmiały wyrzut, uraza, ale też jakby wzgarda:

— Niestety, jam tylko Rzymianin, wodzu.

Milczał chwilę Aecjusz. Potem wolnym ruchem położył szeroką dłoń na wątłym ramieniu i potężnym głosem, by słyszeć go mogły najdalsze szeregi, zawołał nie przestając się uśmiechać:

— To nic. Jam także Rzymianin.

I nagle pochyliwszy się ku młodemu żołnierzowi, ucałował go w policzek.

7

Czyż widma przeszłości nigdy nie zostawią jej w spokoju? Czyż zawsze będą wracały natrętnym korowodem bolesnych lub rozkosznych wspomnień? Czegóż chcą jeszcze od niej? Czyż nie wiedzą: owego dziesiątego dnia przed kalendami listopada, gdy na Forum Romanum obwołał patrycjusz Helio jej syna imperatorem Augustem — na zawsze zatrzasnęła w swej duszy Galia Placydia bramę, przez którą pozwalała się wślizgiwać cieniom minionych czasów i uczuć minionych... Skończyło się na zawsze! Teraz nowe rozpoczęło się życie... ku przyszłości jedynie twarzą zwrócone... Ale czemuż w takim razie nagle powracają znowu dawno zapomniane postacie?... czego chce od niej Got Anaolzus, który w Narbonie przy stole weselnym siedział między Ingenuusem a oblubieńcem?...

— Czego... na miłość Chrystusa, powiedz, czego żądasz ode mnie, Anaolzusie?...

— Chcę cię pozdrowić, królowo...

Tak, to widmo mówi: ,,królowo", nie: „Augusto"... Ale skąd się w takim razie wzięła ta głęboka blizna na szyi, której wówczas, w Narbonie, nie miał... Pyta widma:

— Skąd masz tę bliznę?...

— Zraniono mię w bitwie... pod Arelatem... — słyszy wyraźną odpowiedź.

Placydia nie rozumie. Nigdy nie słyszała o żadnej bitwie pod Arelatem. Pewną ręką robi znak krzyża. Ale widmo nie rozpływa się w półmroku, jaki ogarnia tronową komnatę. Placydia decyduje się. Klasnęła w ręce. Wniesiono lampy. Robi się jasno... widmo nie znika... Żywy, rzeczywisty Anaolzus!

Z jakąż trudnością zmusza się do zachowania spokoju — nie może zdradzić swej radości — przeciwnie, musi zmarszczyć brwi i surowo skarcić Gota za to, iż rzekł: „królowo", nie: ..Augusto"...

Nagle coś sobie przypomina. Twarz jej rozpogadza się w mgnieniu oka — przebaczy mu...

— Witaj, szlachetny Anaolzusie — woła. — Przybywasz jako poseł od króla Teodoryka?

Cóż to za rozkosz będzie zawrzeć z Teodorykiem pokój za plecami Aecjusza, gotującego się właśnie do walnej z Gotami rozprawy!... Naprawdę ma ochotę klaskać w dłonie jak dziecko.

— Nie, królowo, przybywam jako jeniec... Oczy Placydii stają się jeszcze bardziej wypukłe, jeszcze okrąglejsze niż zazwyczaj. Trzęsą się długie, zwężające się ku paznokciom palce.

— Powiedz... powiedz, Anaolzusie...

— Aecjusz przysyła mnie tobie, królowo... jako dar... jako niewolnika... Aecjusz-zwycięzca... Pod Arelatem zniósł całe nasze wojsko... król Teodoryk ledwie z życiem uszedł, ranami okryty... Najstarsi wojownicy goccy, nie pamiętają takiej klęski... Ciesz się, królowo, wygrałaś...

,,Przegrałam" — myśli Placydia. pełna bezbrzeżnej rozpaczy. „Znowu przegrałam... Z nim..."

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.