Aeciusz-3

ROZDZIAŁ II

WALKA Z KOBIETĄ

Całych piętnastu wieków będzie potrzebować Historia na to, by móc ponownie dotrzeć (dopiero dzisiaj... właśnie dzisiaj: w twoich i moich, czytelniku, oczach!) do epoki równie wielkiej, równie przełomowej i w równie doniosłe następstwa brzemiennej jak ta, kiedy to z trzaskiem i łomotem waliły się w gruzy cesarstwo rzymskie i pax romana, grzebiąc pod sobą cały świat antyczny i jego duszę, których nie zdołał już uratować silny zastrzyk nowego cudownego leku — chrześcijaństwa. Piętnaście wieków — to tysiąc pięćset lat po trzysta sześćdziesiąt pięć dwudziestoczterogodzinnych dni każdy! A każda godzina to trzy tysiące sześćset sekund i tyleż serca ludzkiego uderzeń, i tyleż cichych uderzeń zegara Historii! Najgłębsze duchy, największe serca i najpotężniejsze umysły owych tak odległych od nas. a tak podobnych do naszych — czasów doskonale rozumiały doniosłość i wielką dziejową rolę swej epoki: nieraz też, niczego się już nie spodziewając dla siebie i świata lub przeciwnie, spodziewając się bardzo wiele, i to takich rzeczy, których czasy minione dać nie były w stanie — bez żalu poświęcali długie dziesiątki lat życia na zgłębienie istoty, sensu i celu dokonywających się przemian i przełomów. Piękna jednak, choć niezbyt już młoda kobieta, która w upojną noc majową czterysta dwudziestego piątego (czyli — jak sama zwykła była liczyć — pięćtysięcznego dziewięćset trzydziestego trzeciego od stworzenia świata przez Boga Ojca) siedziała w bibliotece domu biskupiego w Akwilei, pochylona nad grubymi woluminami — wcale zdawała się nie interesować istotą, sensem i celem dziejących się właśnie wielkich, przełomowych, doniosłych po wsze czasy spraw, choć sama przecież tych rerum gestarum magna pars fuit. I choć ogromnym głosem krzyczały do niej z kodeksów najgłębsze, najbłyskotliwsze. najoryginalniejsze myśli epoki; choć na kartach ich bój tytaniczny wiedli spatharii i skutarii Państwa Bożego z kohortami sług Państwa Ciemności; choć — jako dumną Rzymiankę i nabożną chrześcijankę jednocześnie — powinny były ją zająć rozważania, dlaczego Bóg, którego czci, chce, by właśnie tak się działo... by na pohańbienie i klęski wydana została Roma wielka, potężna, od wieków nietykalna, jej i tych wszystkich pisarzy wspólna ojczyzna — nic ją nie obchodziły teraz ani imponujące konstrukcje historiozoficzne i literackie, ani religijne interpretacje ducha dziejów. Chciwie natomiast pochłaniała te stronice Orozjusza Hiszpana »Historiarum adversus paganos«, na których znajdowała pięknie wykaligrafowane swoje własne imię lub dwa imiona męskie: jedno rzymskie, głośne, opromienione aureolą majestatu... drugie trudne, prawie śmieszne, barbarzyńskie, lecz stokroć droższe jej od tamtego. Gdy po długim przewracaniu tabliczek kodeksu znajdowała wreszcie któreś z tych trzech imion — serce jej uderzało szybciej i gwałtowniej, a nieco wypukłe oczy zachodziły mgłą.

Chwilami coś w książce ją gniewało — wówczas odrzucała w tył kształtną ciemną głowę i postukując długimi, zwężającymi się ku paznokciom palcami w barwne zakrętasy liter, przez zaciśnięte zęby syczała:

— Kłamie... kłamie... tak nie było.

Potem nagle milkła i nie myśląc już o książce, chciwym uchem łowiła donoszący się spoza purpurowej zasłony głęboki, równy, zdrowy oddech dwojga śpiących w sąsiednim cubiculum dzieci. Z łatwością rozróżniała cichszy i wolniejszy oddech starszej dziewczynki od szybszego nieco, głośniejszego i raz po raz przechodzącego w roztkliwiające ją sapanie oddechu sześcioletniego Placyda Walentyniana, najszlachetniejszego cezara zjednoczonego imperium rzymskiego, który nic sobie nie robiąc ze swego majestatu, rozkosznie śnił o uganianiu się za ślicznymi białymi kociakami po natłoczonej motłochem Mesie konstantynopolskiej.

Przez górny otwór cisnąć się poczęła do biblioteki szarość przedświtu. Ku końcowi miała się wonna majowa noc — pierwsza noc wypoczynku i zwycięskiego odprężenia, spędzona przez Augustę Galię Placydię tak samo jednak bezsennie jak i noce poprzednie, pełne trudów, trwóg, walki i gorączkowej pracy. Szybko spłynęły godziny dzielone między miłość macierzyńską i rojny świat wspomnień, które — nieoczekiwane, niewołane — barwnym korowodem wynurzyły się spomiędzy kart grubych ksiąg Orozjusza i aż do świtu wypełniały bibliotekę, tłoczyły się natrętne do głowy i serca, spazmem chwytały za gardło i wyciskały łzy z czarnych. nieco wypukłych oczu. A wszystkie żyły własnym bujnym żywym życiem czasów i ludzi, których już nie ma... z których nic nie pozostało prócz dwu — wstydliwie ukrywanych — białych włosów nad skroniami i kolorowych śladów w księdze hiszpańskiego prezbitera.

Niektóre z tych wspomnień, zuchwale ponure i bezlitośnie bolesne, gorącą falą rumieńców okrywają śniade, więdniejące już policzki: oto kroczy ona — siostra cesarza, córka wielkiego Teodozjusza — jako branka w orszaku najzuchwalszego z zuchwałych. Alaryka Balta... Jedynie gorąca miłość Chrystusa, którego bała się obrazić, powstrzymywała ją wówczas od rzucenia się na miecz. Co prawda, niedługo trwała ta publiczna hańba: tuż za bramą Salariańską wsadzono ją ze czcią do szczelnie osłoniętego wozu i sam Ataulf, mąż siostry królewskiej, baczył, by w niczym nie uchybiono względom należnym jej godności i dziewiczości.

Ataulf...

Jak najpiękniejsza muzyka brzmi to dziwne, dzikie, barbarzyńskie imię... Już nie tylko policzki, ale całą twarz, uszy i szyję zalewają ogniste rumieńce... rumieńce wstydliwe, dziewicze, tak jakby nie była dwukrotną wdową i matką dwojga dzieci...

Jakże to się stało, że dumna Rzymianka, córka i siostra wiecznych Augustów, wnuczka Pierwszego Walentyniana, poślubić się zgodziła gockiego rexa, półdzikiego barbarzyńcę?... Zaprawdę dziw to nad dziwy. Jakby to onegdaj było, wstaje przed jej oczyma obraz uczty weselnej w domu Ingenuusa w Narbonie: cała w bieli siedzi obok przystrojonego w królewskie szaty Ataulfa... Dookoła biesiadnicy — Goci i Rzymianie... Attalus, dawny uzurpator, niegdyś błazen w purpurze i diademie, nędzne narzędzie w ręku zuchwałego Alaryka — śpiewa epitalamium... Dziw! Dziw!

Ale jeszcze większy to dziw, że ilekroć w łożnicy wyciągnął ku niej królewski małżonek-barbarzyńca potężne, słodkie ramiona, zupełnie zapominała, iż jest arianinem, heretykiem, na ogień piekielny skazanym, i z rozkoszą zespalała się z nim w grzesznej, bo choć małżeńskiej, przecież różnicą wiar napiętnowanej miłości.

Toteż pogniewał się na nią Chrystus: mało mu widocznie było chodzenia boso po żwirze ostrym... klęczenia całonocnego na zimnej posadzce... modłów wielogodzinnych... postów całotygodniowych... Zabrał jej Ataulfa.

— Niech będzie pochwalona wola Twoja święta, Panie — szepczą więdniejące usta. — Chciałeś mię zbawić... duszę uratować... wyzwolić z sideł grzesznej miłości, z występnego związku z arianinem... Sprawiedliwieś uczynił, Panie, i sprawiedliwą karą było wszystko, coś potem zesłać na mnie raczył, ale... za bardzo to było bolesne!...

Wola ani nabożność nie mogą już powstrzymać łez żalu, bólu i wstydu, które potokiem tryskają na wspomnienie okropności sprzed dziesięciu lat.

W piękny wrześniowy przedwieczerz poszedł król Ataulf samotrzeć z dwoma pachołkami do swej stajni obejrzeć nowe konie otrzymane w kornym darze od municipium miasta Barcinony. I wówczas to właśnie, podkupiony przez nienawistny ród Sarusa, skrytobójca podły — pachoł Dobbius pchnął króla z tyłu w bok nożem. Potem drugi raz i trzeci. Ileż razy przestrzegała małżonka Placydia: strzeż się wężowego plemienia Sarusa — nie słuchał, nie wierzył, śmiał się... A oto teraz brata sarusowego Sygeryka podnoszą wojownicy na tarczach: cześć nowemu królowi Gotów!... cześć temu, który nie chce pokoju z Rzymianami... który powiedzie nas jak Alaryk na Italię... na Romę!... Sygeryk wpada do domu królewskiego, z dzikim radosnym wołaniem wyrywa z objęć biskupa Sigesara pasierbów Placydii i morduje ich okrutnie w jej oczach... potem ją samą wypędza na ulicę... bije... zrywa szaty... odzianą w worek przywiązuje do swego konia i pogania batem... Jakże ciężko, choć sprawiedliwie karał ją za grzeszną miłość do heretyka Boski Chrystus!

Pod ciężarem bolesnych wspomnień kamieniem opada na zwiędłe piersi kształtna teodozjańska głowa, niemal dotykając rozpaloną twarzą zimnych beznamiętnych kart, upstrzonych różnobarwnymi zakrętasami liter. Znaki złote, czerwone, niebieskie, czarne tańczą i skaczą przed bezmyślnie utkwionymi w nich oczyma — nagle przystają, spiesznie zbiegają się gromadami w jedno miejsce i posłusznie ustawiają się w szereg pozdrawiający Augustę nie okrzykiem głośnym, jakby uczynił to szereg żołnierzy — ale spokojnym, niemym unieśmiertelnieniem zdarzeń, których wspomnienie wywołuje na ustach jej uśmiech triumfu, dumy i całkowitego zadośćuczynienia. Stało się tak, jak być powinno! Biada możnym, na których Pan Niebios podniesie karcącą swą prawicę, ale po stokroć biada tym, którzy niebacznie wezmą na się rolę narzędzia pomsty Bożej na wielkich tego świata! Nie masz nikogo, kto by zdołał bezkarnie podnieść świętokradczą rękę na majestat krwi cesarskiej, przez samego Chrystusa uświęcony sam Chrystus obali go, straci, zniszczy, skoro tylko przestanie Mu być potrzebny jako narzędzie kary i pokuty. Czyż nie stracił Sygeryka?... Po siedmiu dniach skończyła się hańba i męka Placydii — miejsce Sygeryka zajął krewniak ataulf, który wdowę królewską a cesarską siostrę otoczył wszystkimi należnymi jej względami, a wkrótce potem odesłał do Italii. Śniada twarz odsuwa się od książki z wyrazem niechęci, choćby bez końca przewracała tabliczki kodeksu, choćby po tysiąc razy przebiegała chciwym okiem niezliczone szeregi liter, nie znajdzie już dalej ani razu kunsztownie wykaligrafowanego imienia: Ataulf .Tym częściej za to powtarza się: Constantius z coraz to nowym przymiotnikiem illustns, glonosissimus. fortissimus Defensor Imperia, Victor, invictus, pius, Dux Ducum, Consul..

Konstancjusz!

Mimo całej swej czci dla stanu kapłańskiego Galia Placydia nie może powstrzymać cisnącego się na usta ironicznego, ale zarazem pełnego wyrozumiałości uśmiechu: jak zupełnie nie znają się święci mężowie, słudzy Chrystusowi, na sprawach miłości! Uśmiech ten jednak szybko ustępuje miejsca gniewnemu i pogardliwemu ściągnięciu brwi, przypomniała sobie poprzednie rozdziały… Nieprawda, nieprawda! Kłamie Orozjusz. gdy pisze, ze Ataulf poślubił ją dlatego, by spłodzić syna z córką Teodozjusza... syna którego by później wprowadził na tron Augustów, aby samowładnie rządzić za niego całym okręgiem ziemi.. Nieprawda — to nie Ataulf, to ona marzyła o purpurze dla ich syna, on zaś tylko ulegał jej woli. Milsze nad władzę było dlań siedzenie u jej stóp i mówienie o swojej do niej miłości... I czyż nie mówił jej w chwilach upojenia, że niechby tylko Placydia zapragnęła, a porzuci Galię... wyprowadzi swój lud poza granice cesarstwa i pójdzie zdobywać dla niej nowe cesarstwo w dzikich krajach Hiperborejów — cesarstwo trzykroć rozleglejsze i piękniejsze od rzymskiego imperium! Niech tylko zapragnie...

Albo ta wojna? Oto co właśnie wywołało uśmiech na jej usta: całkowita nieświadomość Orozjusza co do tego, że srogie wojny, jakie prowadzili ze sobą Ataulf i Konstancjusz, ogniem i mieczem niszcząc Galię przez długie cztery lata — o nią to były wojny! Ale święty prezbiter nic z tego nie wie, niczego nie dostrzegł, nie zrozumiał...

Kiedyś, jeszcze na długo przed złupieniem Rzymu przez Alaryka, zdarzyło się, że wracająca z orszakiem dziewic służebnych z kościoła młodziutka Placydia, wyczerpana postem i całonocną modlitwą, osunęła się nagle zemdlona na kamienną posadzkę. Dziewczyny w przerażeniu potraciły głowy i nie wiadomo, jak długo by leżała bez przytomności, gdyby z pomocą nie pośpieszył jej młody żołnierz pełniący właśnie straż w pobliżu miejsca wypadku. Przywrócona do przytomności Placydia uznała za stosowne i nie hańbiące jej dostojeństwa podziękować żołnierzowi, z którego odznak poznała, że dopiero niedawno opuścił szkołę protektorów i ma niebawem otrzymać stopień trybuna. Przyjrzała mu się: miał wielką głowę, za wielką jak na człowieka o jego wzroście i budowie; czoło bardzo wysokie, mocno sklepione; nieco za okrągłe, jakby sowie oczy i duży krogulczy nos.

— Jak się nazywasz? — zapytała łaskawie.

— Konstancjusz, o najszlachetniejsza.

Zdziwiła się.

— Dostojne masz imię... za dostojne...

Uśmiechnął się, nie rozchylając mocno zaciśniętych cienkich warg.

— Z jakiego pochodzisz ludu?...

Pytanie to cisnęła od niechcenia: od razu rzucało się w oczy, że żołnierz ów nie należy do żadnego ze szczepów barbarzyńskich. On zaś uczuł się nim widocznie dotknięty, gdyż zmarszczył lekko czarne brwi i zimnym głosem odrzekł:

— Jam Rzymianin jak i ty, o najszlachetniejsza.

— Skąd pochodzisz?...

— Z miasta Naissu, z Illirii.

— Czymże mam cię wynagrodzić, Konstancjuszu z Naissu? — pytała już głosem zimnym i wyniosłym.

I wtedy to z ust żołdaka z Naissu padło bluźnierstwo: cicho, cicho, żeby żadna ze służących nie mogła usłyszeć, szepnął z uśmiechem:

— Dawno miłuję cię, najszlachetniejsza... Pragnąłbym cię kiedyś poślubić.

Zsiniała cała. Nie wiedziała, czy ma go uderzyć co sił po tej tak zuchwałej... takiej dumnej, takiej rzymskiej twarzy... czy też może skinąć na nadchodzących eunuchów lub poskarżyć się bratu — cesarzowi?... Chwilę stała bez ruchu, dusząc się wściekłością i pragnieniem zemsty; nagle przekręciła się na pięcie i odeszła nie spojrzawszy na zuchwalca.

Wówczas to jeden jedyny raz w swoim życiu złożyła Galia Placydia Chrystusowi ofiarę ze swej obrażonej dumy i zelżonego majestatu i choć dławiona wściekłością i gniewem, przezwyciężyła się, by noc modłów ukoronować największym poświęceniem.

Minęły lata i Konstancjusz z Naissu wyrósł na pierwszego żołnierza Zachodu. O nim to — o bluźniercy i szaleńcu, za jakiego uważała go Placydia — pisał prezbiter Orozjusz:

Najprześwietniejszy. Najdzielniejszy. Obrońca cesarstwa. Zwycięzca. Niezwyciężony. Pobożny. Wódz nad wodzami. Konsul...

Pamięta Galia Placydia... Zaledwie zniknęły w oddali ostatnie strażnice wizygockie, kazała służebnej dziewczynie Spaduzie podnieść zasłony okrywające wóz, którym wracała do Italii. Był śliczny wczesnokwietniowy dzień. Na niebie ani chmurki. Pełną piersią wciągała w siebie rozkoszne powietrze. I nagle ujrzała na wschodzie blask jakby tysięcy gwiazd.

— Cóż to jest? — zawołała zdziwiona i wylękniona.

— To ostrza, hełmy i pancerze lśnią w słońcu — objaśnił agens in rebus Euplucjusz — wojsko pierwsze pragnie powitać najszlachetniejszą Galię Placydię.

Długie lśniące szeregi... Tysiące nieruchomych, wpatrzonych w nią jak w ołtarz czarnych, siwych i niebieskich par oczu... Szczęk pozdrawiającej broni, pochylone znaki — złote orły i czarne smoki... To wszystko dla niej. Nie, dla niego... Poznała go od razu — tę wielką... za wielką głowę... sowie oczy... zaciśnięte cienkie wargi... krogulczy nos... Wysunięty poprzed pierwszy szereg, otoczony strojnym orszakiem, jakby daleko przed siebie wpatrzony i nieświadomy jej obecności, siedzi na białym koniu, w długim białym płaszczu, w srebrnym pancerzu — żołdak z Naissu — Konstancjusz — obrońca cesarstwa, zwycięzca Gotów, oswobodziciel Galii, prawa ręka cesarza, a właściwie sam — cesarz bez purpury, władca najwyższy... I choć udaje na razie, że nie widzi jej, jak z bijącym sercem idzie wzdłuż szeregu, zaraz zeskoczy z konia i uśmiechając się tym samym uśmiechem co przed laty, powie:

— Zdaje się. że się doczekałem...

I czy to też miało być karą Twoją, o Chryste, że w same kalendy styczniowe, równo w trzy lata po zaślubinach narboneńskich i narboneńskiej nocy miłosnej — została córka Teodozjusza, wdowa po królu Ataulfie. żoną żołnierza z Naissu?...

Gdy zostali sami i Flawiusz Konstancjusz spokojnie począł zdejmować z siebie szaty, Placydia, która stała już na środku cubiculum bosa i w luźne białe peplum jeno odziana, wybuchła nagle płaczem i dusząc się bezsilną złością, zawołała-

— Nie kocham ciebie... nie znoszę... na nic się nie zdała twa odwaga i tyloletni upór... kochałam tylko jednego i nie zapomnę o nim... W twoich ramionach o nim będę myślała... za nim będę tęskniła!... Niby kochasz mnie, a wiem: lubisz hulanki koszarowe z towarzyszami... Idźże do swego wina i swych kości... do swych comesów z ich przyjaciółkami... Nie chcę ciebie.

Stał przed nią prawie zupełnie już nagi z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Spokojnie przeczekał, aż zanosząc się od płaczu nie mogła już słowa wykrztusić ze siebie, i wówczas zaczął mówić cicho, ale dobitnie:

— Wiem. że mnie nie kochasz, ale ja kocham cię i pragnę zawsze, i nic mi w tym nie przeszkadzały hulanki z towarzyszami ani kości, ani wino — trudno, jestem żołnierzem... Mam swe przyzwyczajenia, tak jak ty masz swoje wspomnienia... I możesz je mieć... Ale jeszcze dzisiaj, zaraz, zostaniesz moją, bo spragniony jestem twego ciała i chcę mieć z tobą dzieci... Tak się stanie i nie obronią cię przed żądzą moją i mym prawem męża — prawem, które wywalczyłem sobie mieczem i krwią — cienie tysięcy nawet urodziwych królów barbarzyńskich! Lecz zanim to nastąpi, proszę cię, pomyśl rozsądnie: możesz mnie nie kochać, ale czyż nie lepiej dla nas obojga, byśmy żyli ze sobą w zgodzie?... Jesteś córką największego chrześcijańskiego cesarza, a ja — właściwym panem Zachodu: czyż może być moc większa nad nas dwoje? Nie rozbijajmyż więc tej mocy, najszlachetniejsza, ale wspólnymi siłami użytkujmy ją rozsądnie ku naszej wspólnej, każdego z nas z osobna i naszych przyszłych dzieci — chwale. Bądź mi powolną więc, żono, tej nocy i zawsze, a przysięgam — nigdy nie pożałujesz swej powolności...

I wyciągnął ku niej rękę. którą Placydia po chwili wahania uścisnęła lodowato zimnymi długimi, zwężającymi się ku końcom palcami.

I oddawała mu się całą noc żadnej nie doznając rozkoszy. Noc ta jednak uczyniła ją matką.

To, o czym dalej pisał Orozjusz. nie interesowało Placydia: ani że klęski i upokorzenia Rzymu najzupełniej zgodne są ze sprawiedliwością miłosiernego Boga chrześcijan, ani gorąca wiara pisarza-kapłana, iż Bóg wie, czego chce, a chce zawsze jak najlepiej: niedalekie więc już są czasy lepsze i szczęśliwsze, które — jak dzień po nocy — niezawodnie przyniosą ulgę i radość, i spokój po okropnych czasach zdobycia Romy i rozpadania się imperium. Augusta bowiem cała już pogrążyła się we wspomnieniach owych jak marmur chłodnych, dumnych i majestatycznych, bezmiłosnych czasów swego drugiego małżeństwa, które było zarazem początkiem jej wyniesienia się. Konstancjusz dwukrotnie jeszcze otrzymał godność konsula, a w niespełna pięć lat po ślubie podniesiony został na szczyt najwyższy: został cesarzem, Augustem, prawnym współrządcą Honoriusza. Nie zawiodła się na mężu Placydia: jej również nadano godność Augusty, a dzieciom tytuły najszlachetniejszych. Wprawdzie panujący w Konstantynopolu bratanek Teodozjusz nie chciał uznać ani Konstancjusza, ani ich dzieci, małżonkowie jednak nie pozwolili wydrzeć sobie purpury. Konstancjusz odgrażał się Wschodowi wojną.

— Co, ten syn Frankonki, ten półbarbarzyńca śmie mi odmawiać praw do diademu? — perzył się w gniewie, a wtedy nos jego garbił się jeszcze bardziej, sklepione zaś czoło na skutek marszczenia brwi wydawało się jeszcze wyższe.

Bratobójcza wojna wydawała się nieunikniona, ale oto nagle po niespełna ośmiu miesiącach panowania, po krótkiej, ale strasznej i niepojętej dla lekarzy chorobie umiera Nobilissimus Caesar Imperator Flavius Contantius Tertius semper Augustus...

Umierał spokojnie. Śmiertelna bladość już okrywała wysokie czoło, wielka głowa trzęsła się w przedśmiertnym chłodzie. a on jeszcze uśmiechał się i mówił do otaczających:

— Za wcześnie trochę, ale cóż?... zaszedłem przecież tak wysoko, że wyżej nie można... Czegóż mi potrzeba?... W historiach będą o mnie pisali, nie miałem w swych żyłach ani kropli barbarzyńskiej krwi, nie wyznawałem żadnej herezji... Odchodzę spokojnie. Żegnaj, Augusto... pamiętaj o naszych dzieciach.

Myśli o nim z podziwem: o żołnierzu, o wodzu, o władcy — ale bez miłości, bez tęsknoty i nawet bez żalu...

Ale za to o tamtym...

Coraz głośniej sapie sześcioletni chłopiec w sąsiednim cubiculum. Placydia czas jakiś nasłuchuje w milczeniu, potem mówi półgłosem do siebie, ale tak jakby naprawdę z kimś rozmawiała.

— Oto tam są twoje dzieci. Konstancjuszu z Naissu... Śpią zdrowe, szczęśliwe i — same nie wiedzą nawet — jak potężne... A mój pierwszy... syn Ataulfa i mej jedynej szalonej miłości... niemowlę Teodozjusz, dziedzic wielkiego imienia i wielkich marzeń, gnije w srebrnej trumience w kościółku pod Barcinoną...

Duża łza wolno spływa po więdniejącym policzku.

— Nicem już nie winna twojej pamięci, Konstancjuszu Auguście...

— Czyżem nie wywalczyła purpury i diademu dla twego syna?... i czy nie walczyłam z uporem, zawziętością i męstwem równym twemu męstwu i twojej zaciętości, mężu z Naissu?.. A byłam sama, niemal zupełnie sama, gdy zabrakło nam ciebie...

Gdy zabrakło Konstancjusza, dla Placydii i jej dzieci nadeszły ciężkie czasy. Poróżniła się z bratem Honoriuszem, wszczęła przeciw niemu walkę, przegrała ją i musiała uciekać z Italii, ratując wolność, a może i życie, swoje i dzieci: Honorii i czteroletniego niespełna Walentyniana. Ale i wtedy jeszcze miara jej nieszczęść nie została wypełniona po brzegi: czekało ją nowe upokorzenie. Jedynym miejscem, gdzie mogła się schronić, był dwór cesarski w Konstantynopolu: ten dwór, który odmawiał uznania godności cesarskiej jej mężowi, a dzieciom jej praw do purpury! Ileż razy miotając się w gniewie i rozpaczy po pokładzie okrętu, którym uciekała z Italii, a który wynajęła za pożyczone pieniądze — chciała już otworzyć usta, by prosić Boga, aby położył już kres jej nieszczęściom... aby zesłał burzę i zatopił w odmętach morskich okręt wraz z nią i jej dziećmi... Ale zawsze boleśnie zaciskała zęby, przekonana, że jeszcze nie czas na łaskę wiecznego odpoczynku na łonie Pana... że ma zobowiązania wobec dzieci i pamięci męża i musi je wypełnić, nie oszczędzając sobie niczego, nie cofając się przed niczym... To ostatnie zresztą przyszłoby jej bez żadnej trudności; zaciętość, surowość i okrucieństwo miała w krwi, a nieszczęścia, przez które przeszła, i krew, którą dookoła siebie tak często widziała, uodporniły jej serce nie tylko na wszelkie przejawy kobiecej miękkości, ale i na głos miłosierdzia i wspaniałomyślności, które nie obce były cesarzowi Konstancjuszowi. Z gniewnie i boleśnie zaciśniętymi ustami gotowa była znieść wszystko, co miałoby ją spotkać na dworze w Konstantynopolu — niespodzianie jednak doznała miłego rozczarowania. W sporze jej z bratem cesarz Wschodu stanowczo wziął stronę Placydii. a gdy Honoriusz zmarł przedwcześnie na wodną puchlinę, przez nikogo nie żałowany, przez wielu przeklinany — jako ten cesarz. za którego rządów Roma największego doznała poniżenia — Teodozjusz Drugi przeciwstawił uzurpatorowi tronu zachodniego, Janowi, swego małoletniego brata ciotecznego Walentyniana jako prawego dziedzica wielkiego Teodozjusza i Honoriusza — Konstancjusz zaś pośmiertnie został uznany i uczczony jako Augustus. Ponieważ Jan bynajmniej nie miał ochoty oddawać diademu cesarskiego bez walki, Konstantynopol wyprawił przeciw niemu wojsko pod wodzą A1ana Ardabura, zwycięzcy Persów, i syna jego Aspara. Placydia z dziećmi towarzyszyła wojsku, gotowa nawet życie poświęcić w tej ostatniej walce o purpurę dla syna i o rzeczywistą władzę — dla siebie.

W porcie salońskim na wybrzeżu adriatyckim wojsko podzielone zostało na dwie części: piechota pod wodzą Ardabura miała popłynąć ku Rawennie, gdzie zamknął się Jan — morzem; Aspar zaś na czele konnicy, mając pod swą opieką Augustę. cezara Walentyniana i Honorię, wyruszył w pochód drogą lądową przez Illirię i Alpy Julijskie. Wprawdzie Adriatyk o tej porze roku nie był spokojny — ponieważ jednak dowiedziano się, że Jan posłał gońców z prośbą o pomoc do króla zamieszkałych nad Danubem dzikich Hunów — należało się śpieszyć: niebawem obie połowy wojska straciły siebie z oczu. Placydia i Aspar szczęśliwie dotarli do Alp Julijskich i zamierzali właśnie ominąć góry od południa, gdy dopadła ich straszliwa wieść: burza rozproszyła okręty, Ardabur z garstką tylko żołnierzy zdołał wylądować i po krótkiej nierównej walce bez trudu został pojmany do niewoli. Czy należało się cofać?... Wodzowie byli zdania, że tak, ale Placydia z uporem domagała się uderzenia na Italię. Wreszcie wola jej przemogła: konnica Aspara wtargnęła na ziemię italską i zostawiwszy Placydię z dziećmi w obronnej Akwilei, co sił ruszyła ku Rawennie. przez kilka dni Augusta nie miała żadnych wiadomości: okropny ten czas niepewności spędzała na gorączkowym wyczekiwaniu, nie śpiąc, prawie nie jedząc, budząc popłoch w otoczeniu niesłychanie wzmożoną dumną surowością i chorobliwym blaskiem bardziej niż zazwyczaj wypukłych oczu, co czyniło ją prawie brzydką. Aż oto przed domem biskupa Augustyna, gdzie zamieszkała, zatętniły kopyta: zziajany jeździec, dobrze znany Placydii z narboneńskich czasów Got Sygiswult, wpadł do atrium z radosną wieścią:

— Jan schwytany... już go tu prowadzą Aspar i Ardabur... jutro tu staną...

Nieopisana radość zapanowała w Akwilei: z Rawenny, a nawet z dalekiego Rzymu, zziajani, na śmierć zamęczając najlepsze konie, przybywać poczęli najwyżsi dostojnicy, by zapewnić Augustę o swej wierności i oddaniu; przypomnieć, że nigdy nie chcieli uznać Jana lub błagać o przebaczenie i publicznie kajać się za bezmyślny grzech odstępstwa od prawego rodu cesarskiego. Zaroiło się senne zazwyczaj miasto. Prowadzonego na postronku Jana tłumy obsypały obelgami i kamieniami — po całym mieście, w najdalszych nawet i najuboższych dzielnicach z zapałem opowiadano sobie szczegóły zwycięstwa: jak to Jan, nie wiedzieć dlaczego, nie stracił schwytanego Ardabura. ale darował mu życie, co mądrze wykorzystał przebiegły barbarzyńca, porozumiewając się z comesami i trybunami wojsk uzurpatora i namawiając ich do odstępstwa na rzecz Placydii. Toteż gdy konnica Aspara zjawiła się nagle przed Rawenną, przywiedziona pod miasto jedyną drogą, która nie była obsadzona przez oddziały wojsk janowych, a którą pokazał Asparowi jakiś pastuch (— To nie był pastuch... to był Anioł Boży! — w zachwycie wołali akwilejczycy) — po krótkiej bitwie wojsko natychmiast odstąpiło Jana wznosząc okrzyki na cześć Placydii i Walentyniana. Uzurpatora, którego rządy trwały osiemnaście miesięcy, Placydia skazała na zwykle stosowane w takich wypadkach ścięcie — wykonanie jednak wyroku poprzedzić miało publiczne pohańbienie i tortura. Dostojnicy italscy, między nimi wierny Placydii od początku prefekt Rzymu Glabrio Faustus i comes rerum privatarum Bassus, oburzeni byli tym wyrokiem. Wołali, że rzymskie prawo nie dozwala pastwienia się nad skazanym na śmierć i nazywali decyzję Augusty nieszczęsnym naśladownictwem barbarzyńskich zwyczajów, którymi prawdziwy Rzymianin musi się brzydzić. Ale Placydia była nieugięta: w Narbonie i Barcinonie pierwszy jej mąż niejeden wydał taki wyrok; uważała go za sprawiedliwszy w wypadku najwyższej obrazy majestatu przez uzurpację i bardziej odstraszający niż bezbolesne ścięcie — i przeprowadziła swą wolę. Po straszliwych mękach Jan został ścięty na arenie wypełnionego amfiteatru przez ogromnego Gota, który odrzuciwszy skrwawiony miecz, pokazał ryczącym z zachwytu tłumom spływającą strugami krwi głowę i zawołał:

— Przez to wszystko przejdzie i tak, jakeście widzieli, skończy każdy, kto nie tylko dłonią świętokradczą, ale ujawnioną myślą bluźnierczą sięgnie po diadem i purpurę Augustów, prawe domu teodozjuszowego dziedzictwo!

Zwyciężyła. Za purpurową kotarą głośno sapiąc śpi jej i Konstancjusza z Naissu syn, któremu za dwa — trzy miesiące włożą na główkę cesarski diadem, na słabe ramiona narzucą pyszną purpurę. I nikt mu już ich nie zabierze, bo nad majestatem wcielonym w dziecko, równie jak i nad niezawisłością swej władzy — czuwać będzie zazdrośnie i bronić ich będzie z zaciętością, mocą i okrucieństwem godnym małżonki króla barbarzyńców — ona — Galia Placydia!

W ciszy przedświtu głośno zahuczały liczne kroki. Gdzieś za ścianą padają wzburzone głosy. Uchylają się drzwi. Ostro wygięte łuki czarnych brwi gniewnie ściągają się nad wypukłymi oczyma Kto śmie wchodzić do komnat Augusty bez wezwania?... Zuchwalcy... Ona im pokaże...

Zdyszany patrycjusz cesarstwa Feliks i comes rerum privatarum Herkulanus Bassus zginają kolana.

— Wieczna Augusto... Aecjusz!

Głos ich jest wzburzony, oddech gwałtowny. Ale co znaczy Aecjusz?... Aecjusz, prefekt pretorium Wschodu, został w Konstantynopolu... Spokojny, nieszkodliwy grubas... Nagle przypomina sobie: ależ na pewno nie o tym Aecjuszu mówią, tylko o tym drugim... synu Gaudencjusza... o tym, którego uzurpator wysłał po pomoc do Hunów... Już rozumie:

„Nie ma wątpliwości — Aecjusz wrócił i..." Śmieje się.

— Sero venientibus ossa... — zaczyna mówić. Nagle w świetle wschodzącego dnia dostrzega śmiertelną bladość na twarzy patrycjusza cesarstwa i niepokój w mądrych oczach Bassusa.

— Co?... Co się stało?... — pyta trzęsącymi się wargami, ogarnięta nagle gwałtownym lękiem.

2

Dzień przedtem, czyli trzeciego dnia po straceniu Jana, o zmierzchu nieliczny orszak posuwał się trudną do przebycia drogą przez południowe stoki Alp Julijskich w pobliżu tego miejsca, gdzie pomiędzy Białą Skałą a źródłem Sawu zbiegają się słupy graniczne Italii, Noryku i Panonii i skąd silny posterunek wojskowy czuwa nad bezpieczeństwem wielkiego traktu biegnącego przez Santium ku Virunum. Uciążliwa droga, którą jechał orszak złożony z kilkunastu jeźdźców i trzech szczelnie osłonionych wozów, chwilami tak bardzo zbliżała się do wielkiego traktu, że czujne ucho łowić mogło turkot wozów, tętent kopyt i nawoływania żołnierzy. Z pewnym więc wysiłkiem po niejakim czasie można było przedostać się z górskiej drogi, niemal ścieżki, na przestronny i wygodny trakt — jeździec jednak w ciemnym płaszczu z kapturem na głowie, przewodzący całemu orszakowi. me zdradzał żadnej ochoty do przeniesienia się na trakt, mimo że jadący tuż za nim wyrostek kilkakrotnie wszczynał o tym rozmowę. Nieco w tyle za nimi w milczeniu posuwali się uzbrojeni od stóp do głów jeźdźcy — o potężnych mięśniach i grubociosanych twarzach barbarzyńców; jakieś ręce raz po raz rozchylały zasłony okrywające jeden z wozów i wtedy ukazywały się twarze kobiet, wylęknione, zapłakane, oraz tępe, nalane twarze rzezańców.

Noc w górach zapadała szybko. Ale człowiek w płaszczu z kapturem zdawał się dobrze znać drogę: nie zwolnił ani na chwilę, nie dał żadnego znaku towarzyszom, by rozejrzeli się za miejscem na nocleg i przygotowali się do wieczerzy i pełnienia nocnych straży. A może było mu wszystko jedno, którędy pojedzie i co się z nim stanie?...

Trakt musiał być znowu bardzo blisko, gdyż nawet rzezańcy i kobiety w zasłoniętym wozie usłyszeli w pewnej chwili turkot, tętent i głośny gwar. Ale co dziwniejsze — nagły ten hałas nie zatonął w ciszy równie szybko, jak się z niej wynurzył — tak jak to działo się poprzednimi razy, ale trwał i nawet wzrastał, mimo iż górska droga znowu zboczyła od traktu.

Jeździec w płaszczu z kapturem skinął na jednego z barbarzyńców: ma zsiąść z konia, wydostać się na trakt i od żołnierzy albo najlepiej od samych jadących, których musi być dużo, zasięgnąć wieści, co się dzieje. Nigdy się nie zdarza, by z nadejściem nocy taki ogromny panował na drogach ruch... Musi się dziać naprawdę coś niezwykłego...

— Będziemy tu czekali na ciebie...

Było już zupełnie ciemno, gdy wysłany barbarzyńca wrócił z wiadomością, że traktem płynie istny potok ludzki. Setki wozów, tysiące konnych i pieszych, z żonami, dziećmi, służbą, z dobytkiem — gonią z krzykiem, piskiem i płaczem... Czegoś się boją, przed kimś uciekają... ale przed kim?... i co się właściwie dzieje?... — od nikogo nie mógł nic pewnego wydobyć...

Krzyki, piski i plącz rozległy się na jednym z trzech wozów. ale jeździec w płaszczu zdawał się najmniejszej na nie nie zwracać uwagi.

— Zapalić pochodnie... — rozkazał. — Jedziemy naprzód... — I wspiął konia. Za sobą słyszał szlochy i głośne zawodzenia, ale także tętent koni i turkot kół.

Czas jakiś musieli zjeżdżać w dół, potem się wspinać. potem znów zjeżdżać — i oto nagle górska droga gwałtownie skręca, rozszerza się, ukazuje oczom szmat wolnej od zwałów skalnych przestrzeni i niespodzianie — jak Addua do Padu — wlewa się do wielkiego traktu zalanego smętnym blaskiem księżyca.

Na trakcie nie ma już tłumów — jeszcze tylko pojedynczy jeźdźcy, jakby widmem śmierci gnani, wynurzają się na światło księżycowe i w mgnieniu oka rozpływają się w ciemności, zostawiając po sobie złowieszcze echo obłąkańczego pędu. Ale od południa, z mroku, z bardzo jeszcze niewielkiej odległości, dolatuje głośna wrzawa.

— Jedziemy dalej — mówi jeździec w płaszczu z kapturem i gwałtownie skręca konia na prawo, ku Santium, w stronę wprost przeciwną tej, skąd dochodzi gwar.

Lecz oto nagle jakby spod ziemi wyrasta silny posterunek wojskowy. Żołnierze w hełmach i pancerzach, uzbrojeni w miecze, topory i oszczepy, otaczają jeźdźców i wozy.

— Zawracajcie — wołają. — Nie wolno dalej jechać...

— Dlaczego?... Co się dzieje?...

— Nie wolno i już...

Ale jeździec w płaszczu nie ustępuje. Nie pozwala zawracać wozów.

— Nie wrócę.

Zbliża się dowódca otoczony ludźmi niosącymi pochodnie. Jest to niemłody barczysty Wandal w stopniu prepozyta z ogromnymi wąsami, z lewym policzkiem rozciętym głęboką bruzdą od ucha do brody. Surowym głosem, niemiłosiernie kalecząc język Rzymian, każe podróżnym natychmiast zawracać.

Jeździec w płaszczu z kapturem długo wpatruje się w twarz Wandala. Potem ze smutnym uśmiechem zwraca głowę ku swym ludziom i uderzając konia piętami, woła:

— Jedziemy naprzód!

W mgnieniu oka zrywa Wandal z ramienia kuszę.

— Jeszcze krok i śmierć! — ryczy z .wściekłością, błyskawicznie szybko zakładając strzałę i kierując broń w pierś jeźdźca.

— Przyjacielu... jeśli pojadę naprzód, umrę, jak mówisz — spokojnie, głośno mówi jeździec — ale jeśli wrócę, także umrę...

Drgnęła dłoń Wandala. Wypuściła kuszę, wyrwała pochodnię z dłoni stojącego obok żołnierza i zbliżyła krwawe drgające światło do twarzy mówiącego.

— Ktoś jest?

Głos prepozyta, mimo że jeszcze gniewny, drżący był już i niepewny.

Jeździec odrzucił z głowy kaptur. Pochodnia wypadła z ręki Wandala z sykiem rozsypując dookoła iskry.

— Flavius Castinus, vir illustris, magister militum... — wyszeptał.

— Poznajesz mię teraz? A jam cię od razu poznał... po tej bruździe... Pamiętasz, kiedyś ją dostał, towarzyszu?... Razemeśmy wtedy rozpędzali na cztery wiatry Gotów Placydii, a dziś ty jej służysz, a ja...

Kastynusa, magistra militum, Augusta Placydia skazała jedynie na wygnanie poza granice cesarstwa, choć miała wielką ochotę oddać i jego też głowę pod miecz katowski. I nie tyle za to, że w walce o purpurę stanął po stronie Jana oddając w służbę uzurpatorowi po jego przybyciu do Rawenny wszystkie swoje wojska — ile dlatego, iż nie mogła mu zapomnieć roli, jaką odegrał w okresie sporu jej z bratem po śmierci Konstancjusza. Kastynus nie tylko podburzał Honoriusza przeciw siostrze, ale też gdy ta, doprowadzona do ostatnich granic gniewu i rozpaczy, porwała się do zbrojnej walki, magister militum potrafił większość wojsk utrzymać w wierności dla cesarza, potem zaś pobił na głowę najwierniejszego i najpotężniejszego stronnika Placydii, comesa Afryki Bonifacjusza, czym sprawił, iż dla Augusty jeden tylko pozostawał ratunek: ucieczka. Tego więc przede wszystkim nie mogła mu darować zwycięska matka cezara Walentyniana; w tym przecież wypadku musiała ustąpić naleganiom — i tak już ogromnie rozgoryczonych barbarzyńskim straceniem Jana — dostojników, tym bardziej że ściśle wedle litery prawa zdrada nie została Kastynusowi całkowicie dowiedziona. Magister militum bronił się, zręcznie dowodząc, iż został zmuszony do uznania Jana przez zbuntowanych podwładnych, którzy grozili mu śmiercią. A czyż nie został rozszarpany przez rozwścieczone żołdactwo prefekt Galii, Egzuperancjusz Piktawus? właśnie za to — za to, iż nie chciał uznać uzurpatora?! Musiała więc Augusta Placydia z bólem serca i ze źle hamowanym gniewem ograniczyć się do tego jedynie, że z consulariów po wsze czasy wymazano imię Kastynusa, który godność konsula piastował wraz z Wiktorem w roku czterysta dwudziestym czwartym od narodzenia Chrystusa; samego zaś magistra militum, zwycięzcę Franków, Wandalów i Bonifacjusza, cum infamia wypędzono poza granice cesarstwa.

— Ziemia drży.

Wyrwany z żałobnego świata swych myśli, Kastynus podniósł ku rozjaśnionemu poświatą miesięczną niebu suchą, ściągłą, gładko wygoloną twarz. Dawno już minęli ostatni posterunek wojskowy. Nie spotkali już więcej żadnego wozu ani jeźdźca. Trakt był zupełnie pusty i jak cmentarz spokojny, i cichy.

— Ziemia drży — powtórzył jadący obok wyrostek. Kastynus począł nasłuchiwać. Ziemia istotnie drżała. Z daleka zbliżało się coś, co zrazu zdawało się szemraniem wiatru w wonną letnią noc. Po chwili był to już szum fal morskich w godzinę przypływu. Potem niby gwar ludzki na forum w poobiednią godzinę powszedniego dnia. Potem to samo forum w godzinie silnego ruchu... w czas przejazdu cesarskiego orszaku... w dni głodu... w przeddzień wejścia barbarzyńców do miasta! I nagle jakby spod ziemi wyrosły ognie... dziesiątki ich, setki, tysiące... ognie ruchome, mknące w szalonym pędzle, rozsypujące miliony iskier, białych, złotych, czerwonych... Kastynusowi wydawało się, że to samo piekło wali mu się na głowę potwornym hałasem, wyciem szatanów, złowieszczym tętentem apokaliptycznych bestyj...

Zlodowaciało nieustraszone żołnierskie serce, obłąkańczy strach zjeżył włosy na kształtnej patrycjuszowskiej głowie. A więc prawda jest to, co uporczywie twierdzi Placydia, że Chrystus szczególnie upodobał sobie dom Teodozjusza i wrogów jego karze jak swoich własnych?! Oto zbuntował się przeciw domowi teodozjańskiemu Flawiusz Kastynus i oto rozwiera się przed nim, jeszcze żywym, czeluść piekielna, by z wyroku Bożego pochłonąć go wraz ze wszystkimi najbliższymi i tymi spośród sług i towarzyszy, którzy nie opuścili go do ostatniej chwili...

— Zdepczą... zdepczą... rozniosą... — rozlegają się dookoła trwożne okrzyki.

— Uciekać...

— Chryste... Chryste, ratuj...

Natychmiast wraca Kastynusowi zimna krew. Nie, to nie otchłań piekielna ogarnia go... to pędzi ze świstem i krzykiem ogromna tłuszcza ludzka, która za chwilę zmiecie jak przydrożny liść kilkunastu jeźdźców i wozy. Ale oto od czarnej, tysiącem drgających ogni rozświetlonej ruchomej masy oddziela się kilka świateł i mknie naprzód ze zdwojoną szybkością, coraz dalej i dalej zostawiając za sobą ognisty ruchomy mur. W świetle księżyca wprawne oko byłego magistra militum z łatwością ustala, że to pędzi kilkudziesięciu jeźdźców z sześciu pochodniami i czerniejącym na tle blasku smokiem — bojowym znakiem wojsk posiłkowych cesarstwa.

— Dostrzegli nasze ognie... Biorą nas za posterunek wojskowy... zaraz uderzą — rozległy się ponownie okrzyki w orszaku Kastynusa.

Tamci istotnie wzięli podróżnych za posterunek wojskowy, ale bynajmniej nie mieli zamiaru uderzać. Zwolnili o jakieś dwadzieścia stóp przed nieruchomo stojącym Kastynusem i zaczęli wołać:

— Służba cesarska!... Służba, cesarska!... Wówczas Kastynus podniósł się na siodle i natężając głos, zawołał:

— Kim jesteście?

— Prowadzimy posiłki dla wiecznego Augusta — padła odpowiedź rzucona głosem dźwięcznym i władczym, a tak dobrze znanym Kastynusowi. Zrozumiał wszystko. Uśmiech bolesnego szyderstwa wykrzywił gładko wygoloną, pociągłą twarz Nie ruszając się z miejsca, były magister militum przyłożył obie dłonie do ust i co sił w piersiach cisnął w noc okrutne, szydercze słowa:

— A dla którego wiecznego Augusta?

Był pewien, że teraz nastąpi chwila milczenia, pełnego zmieszania i niepokoju. Ale omylił się — natychmiast bowiem ten sam głos co przedtem, daleki od wszelkiego niepokoju. dźwięczny, władczy i niesłychanie pewny siebie, tylko nieco zniecierpliwiony, odpowiedział:

— Dla imperatora Jana.

Wówczas Kastynus. którego nerwy nie mogły już dłużej wytrzymać tej gry, rozdarł na piersiach szaty i do krwi rozdrapując paznokciami delikatną skórę, krzyknął głosem pełnym najwyższej rozpaczy:

— Za późno, Aecjuszu... za późno... za...

Gwałtowny skurcz gardła żelaznymi kleszczami chwycił w locie rozpoczęte nowe słowo, stłumił, wpędził z powrotem do krtani, uśmiercił... Kastynus z trudem łowił oddech; nim zdołał drugi raz zaczerpnąć ustami powietrza, tamci — spod smoka — runęli nań tętniącą gromadą oszalałych centaurów i w okamgnieniu opadli ciasnym wieńcem wylęknionych i wzburzonych twarzy, rzymskich, grubociosanych germańskich i małpich, skośnookich...

— Kastynus.. Kastynus... — szeptał nie wierząc własnym oczom barczysty jeździec w płaszczu ametystowej barwy, daremnie usiłując objąć potężnym ramieniem szyję wygnańca, który cofał się i kurczył z obrzydzeniem, jakby pod dotknięciem gada, nie przestając krzyczeć:

— Bodajbyś był przeklęty, Aecjuszu... Ty i żona, i dzieci twoje... Trzy dni... trzy dni... nędzne trzy dni...

I rwał sobie włosy na głowie, a piękne wąskie wargi do krwi gryzł wściekłymi zębami. Gdy przestawał wołać: — Trzy dni.. tylko trzy dni — to po to jedynie, by zacząć znów powtarzać: — Za późno... za późno... za późno...

Nieprzytomny wzrok jego to zapalał się złowrogą radością, gdy postrzegał, jak rozpacz i trwoga do niepoznania zmieniają otaczające go wieńcem twarze — to znów wybuchał płomieniem nienawiści, jeśli tylko w zasięgu jego pojawiało się spokojne, pewne siebie, choć zatroskane spojrzenie Aecjusza. Wówczas przestawał już zupełnie panować nad swymi ruchami, wyrazem twarzy i mową — zamieniał się w maskę skrzywdzonego Achillesa, a zarazem Erynii i zupełnie już wyczerpanym, chrapliwym głosem krzyczał:

— Bodajbyś na śmierć syna swego musiał patrzeć, tak jak ja patrzyłem na Janową... Oby mu w oczach twoich ucięli prawicę, wsadzili na osła i wozili po arenie... a potem ucięli głowę... A motłoch niechby mu pluł w twarz i kamieniami celował do krwawiącej rany... ten sam motłoch, co onegdaj padał na twarz przed nim i wołał: ,.Ave. Imperator!".. Nie masz Jana i nie masz już Kastynusa. magistra militum... Jest tylko nędzny wygnaniec i jeszcze jest podłością shańbiony Aecjusz... kunktator... zdrajca... tchórz... Za późno... za późno...

W miarę jak głos chrypł mu coraz bardziej, wszystkie spojrzenia ukradkiem przenosiły się z przekrzywionej jego twarzy na nieruchomą postać Aecjusza. Ten jednak nie zdawał się wcale przejmować słowami ani krzykiem Kastynusa. W spokoju czekał, aż w pisk przejdzie, oberwie się i załamie całkowicie chrapliwy głos i dopiero wtedy zaczął mówić:

— Nigdy nie jest za późno. Kastynusie... Spójrz tam! Widzisz ten czarny, tysiącem ogni rozświetlony żywy mur?... Sześćdziesiąt tysięcy wojowników dał Aecjuszowi król Rugila, jego przyjaciel... Czyż Aecjusza winą, że wezbrały wody i złośliwe demony jezior i rzek opóźniły nasze przybycie?... Ale powtarzam — nigdy nie za późno... Placydię, Walentyniana, ich wojska, a jeśli trzeba — to i całą Italię — zmieciemy w okamgnieniu jak kamyk na drodze... Chodź, Kastynusie! Każ zawrócić wozy i konie... Na głowę swego syna przysięga ci Aecjusz, że zobaczysz na arenie Placydię i Walentyniana w takich mękach, że Janowi w ziemi zbieleją włosy... Jedźmy!

— Nigdzie nie jadę razem z Aecjuszem.

Spod ametystowego płaszcza wysunęła się szeroka, pierścieniami pokryta ręka: grube, krótkie, złotem połyskujące palce przyjaźnie dotknęły ramienia Kastynusa, który widocznie nie miał już ani krzty sił i woli do jakiegokolwiek oporu. Zgasł gorączkowy blask jego oczu. spojrzenie stało się tępe i zobojętniało na wszystko. Nawet nie poruszył się pod dotknięciem aecjuszowej dłoni.

— Może najprzeświętniejszy mąż, wielki wódz, sławny Kastynus, jest znużony?... Może dusza jego, nerwy i mięśnie potrzebują wypoczynku? — głos Aecjusza, pełen niekłamanej słodyczy i przyjaznej wyrozumiałości, brzmiał jak głos stroskanego kochającego ojca. — Może nie ma chwilowo sił ani wiary do dalszej walki?... To nic — Aecjusz sam wszystko uczyni za dwóch: pomści Jana, z powrotem wpisze imię Kastynusa do złotych consulariów i uczciwie przepołowi zdobycz i chwałę... Jedź prosto, gdzieś jechał, Kastynusie... zajedziesz do mego przyjaciela, króla Rugili... zostaniesz, jak długo zechcesz... przyjmie cię jak brata...

Kastynus, zupełnie już spokojny, wzruszył wzgardliwie ramionami.

— Nie chcę znać twoich przyjaciół — rzekł — i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego... Pójdę gdzieś między Jutungów czy Gepidów... będę żył jak oni i umrę między nimi... byleby tylko prędzej...

I nagle znowu porwał się obu dłońmi za głowę i nie mogąc już krzyczeć, jęknął:

— Za późno... za późno...

Z sykiem pogasły dwie pochodnie. I wnet utonęła w ciemności połowa otaczających Kastynusa twarzy. Aecjusz przestał być żywą, widzialną, rzeczywistą istotą — był już tylko bezcielesnym głosem mówiącym:

— Dla Jana za późno... dla Kastynusa za późno... dla żywych — nie...

Nie zdążył jeszcze księżyc złocistym brzegiem dotknąć czarnych zwałów Alp Julijskich, a sześćdziesiąt tysięcy wojowników znów już mknęło zwartym ognistym murem ku niedalekim granicom Italii, niosąc na kopytach małych zwinnych koników postrach, śmierć i zniszczenie. Flawiusz Kastynus długo gonił ich wzrokiem, a gdy na południu zgasło ostatnie ruchome światełko, szepnął:

— Tyś się nie w Italii urodził. Aecjuszu...

I szybko przytknął brzeg ciemnego płaszcza do nagle zwilgotniałych oczu.

3

Jednej tylko radości nie zaznała Augusta Galia Placydia nawet w dniu największego swego triumfu: owej niewysłowionej radości, jaką sprawiłby jej widok ostatecznego poniżenia i upodlenia pokonanego wroga. Rzucony jej pod nogi Jan nie płakał, nie skomlał ani nie całował stóp, które niewidocznym ruchem sama podsuwała mu pod skrwawione, kamieniami rozcięte wargi. Nie sławił też wcale jej cnót, aby wymodlić — jeśli nie życie — to przynajmniej bezbolesny zgon. Milczał uporczywie. Dopiero gdy comes rerum privatarum Bassus ze łzami w oczach począł zaklinać Augustę na imię Chrystusa — wówczas po raz pierwszy przemówił nikczemny Joannes. jeszcze przed dwoma dniami cesarz i pan, pobożny, wsławiony, szczęśliwy, zawsze Augustus.

— Imperator, którego zowiecie uzurpatorem, dziękuje wam, naiprześwietniejsi mężowie — rozległ się spod stóp Placydii głos pełen godności i spokoju — ale zechciejcie już poniechać dalszych próśb i przedkładań... Czyż nie widzicie, że przecież to jest kobieta — bestia równie wściekła i okrutna jak tchórzliwa i słaba?!...

I znowu umilkł, utkwiwszy spojrzenie pełne wyrzutu, smutku i zarazem pogardy w klinobrodej twarzy Flawiusza Ardabura. któremu przed dziesięciu dniami darował życie, a który teraz najgoręcej obstawał za jak najsurowszą karą dla uzurpatora, popierając swe wywody przykładami tortur, jakimi posługiwali się królowie jego plemienia w stosunku do żywcem schwytanych wrogów. Przykłady te, podane w bardzo płynnej i poprawnej mowie Rzymian a znamionujące doskonałą znajomość rzeczy, ostatecznie rozstrzygnęły, o decyzji Augusty: nie chciała tylko skorzystać z rady Alana, dotyczącej wyrwania języka skazańcowi — spodziewała się. że przecież usłyszy jeszcze z jego ust przez mękę wydarty krzyk bólu. rozpaczy lub prośby o łaskę.

Zawiodła się. Najokrutniejsze męki, równie jak najstraszliwsze poniżenie nie zdołały wydrzeć z ust Jana słowa słabości i prośby. A przecież — Placydia wiedziała — cierpiał naprawdę nieludzko... cierpiał tak, że w całym szczelnie wypełnionym amfiteatrze nie było ani jednego człowieka, który by nie wierzył, iż chwili śmierci oczekuje Jan jak radosnego wybawienia... Toteż tu i ówdzie padły dzikie okrzyki, by mękę przedłużyć, by zmusić osła do jeszcze jednego okrążenia... Zwierzę jednak i tak już było utrudzone ponad siły. Pod ciężarem bezwładnego, na wpół omdlałego ciała co chwila waliło się na ziemię, z przerażeniem strzygąc uszami, spomiędzy których spływały na ślepia i na pysk strugi ludzkiej krwi. Dźwigane bolesnymi razami batów, grzęzło co krok w nasiąkłym lepką czarnoczerwoną wilgocią piasku i dopiero gdy uczuło na swym zadzie dotknięcie rozpalonego żelaza, z trudem zdołało dowlec się do miejsca, gdzie zamknął się wreszcie krwawy krąg, potrójnym czerwonym pierścieniem opasujący arenę amfiteatru.

Wówczas cztery pary silnych ramion ściągnęły bezwładne bezrękie ciało z oślego grzbietu i rzuciły je na piasek, tuż pod cesarskim podium. I wówczas uzurpator przemówił po raz drugi. Placydia i otaczający ją dostojnicy pochylili się jak najniżej, by nic nie uronić z tego, co powie; nie do Augusty jednak mówił Jan i nie ku niej pomknęło jego ostatnie — wciąż jeszcze pełne bezrozumnej nadziei — spojrzenie. Nalane krwią, na wpół oślepłe już oczy zatrzymały się chwilę na czerniejącej w głębi czeluści podwoi, a nie dostrzegłszy tam żadnego ruchu ni zamieszania, wzniosły się ku niebu z wyrazem nie męki i bólu, ale zdziwienia, wyrzutu i skargi, które zabrzmiały też w jego głosie, gdy ze sczerniałych, umęczonych warg spłynęło ostatnie wołanie:

— O, Aecjuszu... Aecjuszu...

Zdziwienie, wyrzut i skarga zapewne jeszcze po śmierci malowały się w zastygłych oczach, jedyny jednak człowiek, który mógł to sprawdzić — ten, czyje ramię silnym uderzeniem miecza zakończyło historię cesarza Jana — nie zadał sobie nawet trudu, by zajrzeć w martwą twarz, zanim ruchem Perseusza pokazał ryczącym tłumom kunsztownie odciętą głowę.

Nie zdążył na czas Aecjusz, nie ocalił cesarza Jana, ale gdy w trzy dni później stanął na granicy Italii, strach padł na mieszkańców Akwilei i dostojników przybyłych na dwór Augusty. Aspar wyruszył wprawdzie na czele wojska w stronę Forum Jullum — po krwawej jednak walce cofnął się, spiesznie, niezdolny stawić czoła liczbie i dzikiemu męstwu nieprzyjaciół. Hunowie szli za nim jak burza, zmiatając wszystko na swej drodze. Aecjusz triumfował, Placydia zaś ujrzała się nagle strąconą ze szczytu triumfu w otchłań trwogi i rozpaczy: okrutnie stracony Jan wyrastał spoza grobu bezlitosnym, mściwym cieniem, stokroć groźniejszym, niż był za życia. Sześćdziesiąt tysięcy dzikich wojowników, w porównaniu z którymi Goci Alaryka wydawali się wzorem łagodności i karności, groziło Italii najazdem stokroć straszliwszym niż ów sprzed piętnastu lat. Położenie pogarszało się z godziny na godzinę: Feliks, Faustus, Bassus i kilku innych najwierniejszych dostojników — nie ukrywali przed Augustą, że nie tylko w całej Italii, nie tylko w Akwilei, ale i na jej dworze, tuż pod jej bokiem, niemało jest takich, którzy w razie ujawnienia jej słabości bez żalu wybraliby się do amfiteatru przyjrzeć się obwożeniu jej na oślim grzbiecie lub mękom małoletniego cezara. A ujawnioną mogła zostać ta słabość lada chwila: jeszcze jedna utarczka z Hunami, a w rozsypkę pójdzie wojsko — przede wszystkim te oddziały, które przed kilku dniami zdradziły pod Rawenną Jana na rzecz Placydii, a teraz nie zawahają się zdradzić bezsilnej Placydii na rzecz Aecjusza...

— Niech jeszcze tylko trzy dni potrwa taki stan — przedkładał Auguście patrycjusz Feliks — a zgniecione stronnictwo Jana w całej Italii otwarcie podniesie głowę obwołując Aecjusza swym przywódcą...

W stronnictwie Jana Aecjusz nie odgrywał zrazu wybitnej roli. Za życia Honoriusza przezornie trzymał się z dala od walk między stronnictwami pracując jako wyższy urzędnik w Pretorium Italii, na którym to stanowisku ujawnił takie niecodzienne zdolności administracyjne, że obaj kolejni prefekci: Wenancjusz i Prokulus nie szczędzili żadnych wysiłków celem powstrzymania go od powrotu do wojska, ukazując mu nęcące widoki zawrotnego wyniesienia się właśnie w służbie cywilnej. Gdy Honoriusz zmarł, Aecjusz nie od razu przystąpił do stronnictwa, które postanowiło za wszelką cenę nie dopuścić Placydii i jej dzieci na tron Zachodu; dopiero gdy ujawniło się, że stronnictwo to purpurą cesarską obdarzyć zamierza przyjaznego Aecjuszowi Jana — syn Gaudencjusza bez zastrzeżeń ofiarował swe służby przyjacielowi ojca, w zamian otrzymując wysoką godność przy cesarskim dworze; do wpływu jednak na rządy dopuszczony nie został i w walce przeciw stronnictwu Placydii czynnego udziału nie brał.

Aż oto wybiła godzina, gdy tron Flawiuszów. Walentynianów i Teodozjusza chwiać się począł pod byłym primiceriusem notariorum, złoty zaś diadem coraz to boleśniej zdawał się zaciskać dookoła siwiejących skroni. Wówczas to wyszła na jaw przyjaźń, jaką darzył gaudencjuszowego syna potężny król dzikich Hunów i znaczenie Aecjusza od razu wzrosło wysuwając go na jedno z czołowych miejsc w stronnictwie, które już tylko od zaprzyjaźnionego z nim Rugili wypatrywało pomocy przeciw nadciągającej od Wschodu burzy. Jako potężny filar tronu i obozu wyruszał Aecjusz do Panonii. Wracał stamtąd nie tylko jako przywódca, lecz jako uosobienie stronnictwa, jako jego wskrzesiciel i mściciel straconego cesarza… Toteż gdy wieść o stojących pod Akwileją Hunach rozeszła się lotem błyskawicy po całej północnej Italii — nikt zdawał się nie mieć wątpliwości, iż teraz nastąpią najdonioślejsze rozstrzygnięcia: Placydia zamknięta w Akwilei stała w obliczu przegranej; stronnictwo zaś janowe, uosabiane przez Aecjusza, odzyskiwało przewagę: walka, którą podjęło z kobietą, a której śmierć Jana położyła, zdawałoby się, kres — zuchwale rozpierała się na kartach historii żądając dla siebie jeszcze jednego rozdziału…

W oczekiwaniu owych najdonioślejszych rozstrzygnięć dwór cesarski w Akwilei trawił wolno sunące godziny w niepokoju, bezsenności i jałowych dociekaniach, co należałoby czynić. Toteż istnym gromem uderzyła w dostojników i dworzan niespodziewana wieść, że Aecjusz, którego uważano dzięki pomocy mińskiej za niezwyciężonego, wyraził chęć pojednania się z wieczną Placydią Augustą jako prawą dziedziczką purpury Walentynianów i Teodozjusza. Był to prawdziwy cios dla tych, którzy od kilku dni coraz to częściej przyznawali się w myśli do łączności z obozem janowym; niemniejszym jednak niepokojem napawała ta wiadomość wiernych stronników teodozjańskiego domu. Co za tym się kryje? Jak się to skończy?... Aspar. którego ludzie przynieśli spoza murów tę wieść, oznajmił Auguście, iż Aecjusz żąda zakładników, którzy by zapewnili mu bezpieczne stawienie się przed obliczem pani.

Przez wszystkie te dni Placydia udawała, że nie przywiązuje żadnej wagi do niebezpieczeństwa, którym mógłby jej grozić Aecjusz. Teraz jednak nie była w stanie pohamować radości.

— A więc poddaje się? — zawołała.

Aspar uśmiechając się wzruszył ramionami.

— Bynajmniej, o wieczna... Pragnie jedynie osobiście przedłożyć ci swe warunki...

Nie dała mu dalej mówić. Wybuchła szalonym gniewem. Jak to?... jakiś tam Aecjusz, nikczemny pachołek zgniecionego jak wstrętny robak nędznika — śmie jej, wnuczce, córce i siostrze Augustów, przedkładać swe żądania?... I on, Aspar. śmie jej to oznajmiać?... Nieszczęsny!... Godzien zaprawdę wydarcia języka!... Jeśli mu przebacza, to — niech wie — nie dlatego wcale, ponieważ ma mu coś do zawdzięczenia. ale dlatego, iż jako żołnierz i nie-Rzymianin, wychowany z dala od dworu, nie wie — nieszczęsny — co czyni!... Niechże więc co prędzej znika precz sprzed jej oczu!...

Aspar wycofał się z komnaty w kornych ukłonach, nie przestając się jednak uśmiechać; po chwili zaś nadeszli najczcigodniejsi dekurioni Akwilei, by na klęczkach, ze łzami w oczach błagać wieczną Augustę o łaskę dla miasta, w którego murach przeżyła chwile najwspanialszego triumfu... Zaledwie się usunęli, wystraszeni jej gniewem — zjawili się patrycjusz Feliks i prefekt Faustus. Kornie uklękli, ucałowali brzeg szaty Augusty. nawet dotknęli czołem posadzki u jej stóp — nie odeszli jednak dotąd, aż przekonali ją, iż innego wyjścia nie ma.

Wieczorem tegoż dnia udał się do obozowiska Hunów jako zakładnik Got Sygiswult — ale jeszcze zanim księżyc wypłynął nad Akwileją, był już z powrotem: Aecjusz kazał powiedzieć Auguście, iż głowa Sygiswulta nie jest warta jego życia...

— Jakich więc zakładników pragnie mieć Aecjusz? — zapytała z gniewem.

— Najprześwietniejszego Aspara i świątobliwego biskupa Augustyna...

Zdawało się, że Placydia oszaleje ż wściekłości. Jak to?... sam Aspar wart dwudziestu co najmniej Aecjuszy, a co się tyczy biskupa — czyż może nabożna Augusta pozwolić, by za jej sprawą choć jeden włos spadł z głowy kapłana Chrystusowego?... Nikczemny Aecjusz znakomicie zapewnia sobie bezkarność: włosa nie będzie mogła mu ruszyć na głowie, żeby tylko nie narazić życia zakładników! A z taką rozkoszą kazałaby go wykąpać we wrzącej siarce!...

Aspar zgodził się bez wahania. Biskup Augustyn płakał i trząsł się na całym ciele, pewny, że nie powróci już spomiędzy pogan o małpich twarzach najobrzydliwszych demonów... A przecież nie powiedział: „Nie..." Los powierzonego jego pieczy miasta wydawał mu się ważniejszy nad własne życie. Zwołał tylko najznakomitszych przedstawicieli Akwilei i zaklinał ich, by na biskupa obrali po nim prezbitera Adelfusa. Potem już zupełnie spokojny wsiadł do niewygodnej lektyki nie chcąc jechać w jednym rydwanie z heretykiem Asparem.

Minęła noc i cały dzień, który Placydia spędziła modląc się i poszcząc. O zmierzchu kazała przynieść najwspanialsze uroczyste szaty. Zamknęła się w bibliotece z synem i dwiema najwierniejszymi służebnymi. Robiło się ciemno, ale nie pozwoliła zapalić świateł. W czasie gdy młoda Spaduza wkładała jej na nogi złototkane trzewiki, a stara Elpidia, z trudnością dając sobie radę w półmroku, zapinała złotymi szpilkami czarne sploty włosów — Placydia huśtała na kolanach sześcioletniego cezara kołysząc się miarowo i nucąc smętną gocką piosenkę.

W pewnej chwili Spaduza zauważyła, iż czerwona, okrywająca drzwi kotara drgnęła, jakby dotknięta po przeciwnej stronie nieśmiałą ręką.

— Możesz wejść, Leonteusie — zaśmiała się Placydia.

Wierny stary sługa na klęczkach wtoczył się do biblioteki i zgiąwszy się jak najniżej, cmoknął w okryty złototkaną najdelikatniejszą skórką; wielki palec Augusty. Po czym zamarł w bezruchu.

— Możesz mówić — rozległ się głos spokojny i dźwięczny.

— Za pozwoleniem twojej wieczności... Najprześwietniejszy Anicjusz Acyliusz Glabrio Faustus...

Prefekt Faustus zdawał się jednakże nie pamiętać o przepisach ceremoniału. Szybkim krokiem wszedł do biblioteki i szorstko przerywając Leonteusowi. zawołał donośnym głosem, w którym nie mógł ukryć wzruszenia:

— Aecjusz czeka, wieczna Augusto.

Wolnym, majestatycznym krokiem — z rękoma ukrytymi w szerokich złototkanych rękawach — przeszła do triclinium, a stamtąd przez fauces do atrium, gdzie dziesięć wielkich lamp rzucało dziesięć świetlistych kręgów na mozaikową posadzkę, przedstawiającą dziesięć ewangelicznych panien mądrych z zapalonymi lampami w ręku. Jedna z tych panien zdawała się w jakiś szczególny sposób przykuwać do siebie uwagę Aecjusza, który dopiero po pewnym wysiłku zdołał oderwać wzrok od mozaikowej postaci, by przenieść go na żywą Augustę. Spojrzenia ich skrzyżowały się i natychmiast pomknęły jak spłoszone ku dołowi: jedno — ku jego nagim kolanom, drugie — ku obutym w złoto stopom... Oboje spostrzegli jednocześnie: ona — że kolana za grubo wiązane... on — że stopy małe... krótkie... za krótkie... szerokie... I oboje równocześnie pomyśleli to samo: „Czy to na co się przyda?..."

Walka rozpoczęła się.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.