Aeciusz-2

6

Flawiusz Konstancjusz, magister militum, wstrzymał konia i marszcząc czarne, zrośnięte nad nosem brwi. wycedził przez zęby;

— Wzmocnić prawe skrzydło.

Dux Drugiej Akwitanii rozłożył bezradnie ręce.

— Nie mam więcej konnicy, mężu najprześwietniejszy... Duża głowa Konstancjusza zatrzęsła się pod srebrnym, postaciami świętych ozdobionym hełmem z białą kitą; okrągłe oczy pogardliwie spojrzały na mówiącego i obróciły się ku lewej stronie, gdzie w oddali, widna jak na dłoni, lśniła ciemna tafla Śródziemnego Morza.

— Wpędzimy ich do zatoki

Dux Drugiej Akwitanii rzucił okiem na zasłane walczącymi i trupami pole, uśmiechnął się skrzywionymi ustami i powtórzył:

— Nie mam konnicy.

Konstancjusz nie spiesząc się przerzucił prawą nogę przez siodło, uniósł się na białych, wypieszczonych dłoniach i wolno spłynął po końskim grzbiecie na ziemię.

— Tarczę.

Dwadzieścia sześć par oczu pytająco spojrzało na wodza. Duża głowa znów zaczęła się trząść.

— Wracam do pierwszego szeregu. Za mną! Rzucili się do niego z okrzykami, radami, prośbami.

— Pójdziemy chętnie... Ale ty nie możesz narażać siebie, mężu najprześwietniejszy... I cóż zrobimy bez konnicy?...

Żeby choć jeszcze jeden cuneus — to by wystarczyło może... A tak nie damy rady.

— Będziemy bili się w potrójnym szyku jak Scypio.

I skinął ręką. Co sił pomknęli w stronę walczących prepozyci, niosący rozkaz magistra: konnica na obu skrzydłach cofa się poza łuczników i procarzy, by na tyłach piechoty połączyć się w jeden wielki oddział. Łucznicy i procarze mają przeszkodzić oskrzydleniu. Piechoty zgromadzić w środku... rozbić na trzy części... principes, hastatae, triarii. Zanim konnica nie odpocznie, kopijnicy będą powstrzymywać cały nacisk wroga...

— To samobójstwo... lepiej się cofnąć — mruczy comes Kryspinus.

Konstancjusz nie wybucha gniewem. Wzrusza tylko wątłymi ramionami. Wskazuje dłonią na pole.

— Barbarzyńcy walczą tak jak przed pięciuset laty... Czemużbyśmy i my nie mogli walczyć jak Mariusz?...

Głośny krzyk z dwudziestu sześciu piersi zagłuszył jego słowa.

— Patrz... patrz, mężu najprześwietniejszy... Cofają się…nie wytrzymali... idą w rozsypkę... Żeby choć jeden cuneus... jeszcze jeden cuneus... już byłoby po Ataulfie!...

Konstancjusz nie wierzy własnym oczom. Konnica na lewym skrzydle, wykonując jego rozkaz, cofała się już pod osłoną procarzy — na prawym jednak, gdzie widocznie rozkazu nie otrzymano jeszcze, szybko poruszający się obłok kurzu wyraźnie posuwał się naprzód, w kierunku przeciwległym do tego, gdzie stał na wzgórzu orszak magistra militum wydający głośne okrzyki radości i triumfu. W najniebezpieczniejszym miejscu Wizygoci się cofali.

— To też Wizygoci... nasi Wizygoci... Wizygoci Sanisa — dławił się radością dux Drugiej Akwitanii. — Nienawidzą rodu Baltów jak szatana... Patrzcie... patrzcie: mkną jak wicher... już ich rozłupali na dwoje... już oskrzydlają...

I biorąc się pod boki, spojrzał zwycięsko na comesów i trybunów orszaku. Oto nie pod niebiosa sławieni domestici, nie italskie legiony, ale dowodzone przezeń auxilia... skromne, pogardzane przez wszystkich auxilia wydzierają wrogowi zwycięstwo w ostatniej chwili!

Konstancjusz znowu wsiada na konia.

— Imię barbarzyńcy, który nimi dowodzi? — pyta wskazując wzrokiem na znikający w oddali obłok.

— To nie barbarzyńca, mężu najprześwietniejszy... to ten młodzik... zastępujący rannego trybuna, setnik... syn Gaudencjusza...

Znowu trzęsie się wielka głowa.

— Uderzyć wszystkimi siłami... Gonić... Wpędzić w morze... Naprzód!

Narażając się na skręcenie karku, orszak magistra w szalonym pędzie stacza się ze wzgórza.

Zupełnie rozbite, zdziesiątkowane wojska króla Ataulfa w bezładzie uciekały w kierunku Pirenejów. Zwycięski magister militum ze zdumieniem przygląda się dowódcy Gotów Sarusa. Syn Gaudencjusza ma na sobie rozchełstany na piersi skórzany kaftan, przez lewe ramię przewiesił na poły wyleniała wilczą skórę — w ręku ogromny germański miecz.

— Jeszczebyś hełm z rogami na łeb sobie wsadził — uśmiecha się Konstancjusz.

Młody setnik szczerzy wesoło zdrowe białe zęby.

— Przydałoby się.

Konstancjusz marszczy zrośnięte brwi.

— Tyś dowodził tym cuneusem?

— Rzekłeś, mężu najprześwietniejszy.

— Nie otrzymałeś rozkazu cofnięcia się?...

Syn Gaudencjusza przysuwa się aż pod samą głowę konstancjuszowego konia.

— Otrzymałem.

— Śmiałeś nie usłuchać?...

Znów połyskują w uśmiechu dwa rzędy białych zębów.

— Sądziłem, że źle zrozumiałem rozkaz... lub nie dosłyszałem...

Po chwili milczenia Konstancjusz uderza konia piętami krótkich nóg i gotowy do odjazdu rzuca:

— W szyku potrójnym łatwiej byśmy ich zwyciężyli.

— Nie ośmielam się nie wierzyć ci, mężu najprześwietniejszy.

Konstancjusz zdziwiony znów wstrzymuje konia.

— A więc nie wierzysz?...

— Z barbarzyńcami należy walczyć tylko ich własnym sposobem — brzmi odpowiedź. — Gdybym mógł, skułbym nasze szeregi żelaznym łańcuchem.

Konstancjusz pogardliwie wydyma cienkie wargi.

— Rzymianin gardzi barbarzyńskimi sposobami walczenia — cedzi przez zęby

— Nie każdy Rzymianin — odpowiada Aecjusz.

7

W cubiculum matka oblubienicy i pronuba gaszą po kolei wszystkie lampy. Jedynie mały mosiężny kaganek, kunsztownie wyrzeźbiony w kształcie dwu nierozerwalnie splecionych ze sobą dłoni, przez całą noc będzie sączył skąpe żółte światło, tak by nowożeńcy mogli widzieć swoje twarze. Żeby światło to padało dokładnie na wezgłowie szerokiego małżeńskiego łoża, należy kaganek powiesić w odpowiednim miejscu na specjalnie przeznaczonym do tego haku. Uczynić to ma oblubieniec. Na razie krąg żółtego światła wydziera mrokom dwie duże stopy wciśnięte kurczowo palcami w miękką czerwoną tkaninę okrywającą posadzkę małżeńskiej komnaty. Posiadaczka ich jest już zupełnie gotowa na przyjście oblubieńca, odziana jedynie w bardzo luźną nocną szatę spiętą paskiem, który zgodnie ze zwyczajem oblubienica rozepnie sama, gdy usłyszy kroki małżonka. Szatę tę, która przechodzi z pokolenia w pokolenie i którą miała na sobie wiele dziesiątków lat temu matka króla Frytygerna, wkłada się tylko raz w życiu — na noc poślubną. Nie biała jak, ślubne stroje Rzymianek, ale jaskrawoczerwona, pozbawiona wszelkich ozdób prócz paska sięga do kolan jedynie, z przodu zaś jest rozcięta, odsłaniając dwie kształtne piersi.

Matka po raz ostatni całuje córkę w policzek, pronuba raz jeszcze próbuje, czy pasek da się rozpiąć należycie łatwo i szybko, po czym obie wychodzą i zapada chwilowa, cisza.

Chwilowa... bo niebawem nowy gwałtowny skurcz wielkich grubych palców na czerwonej tkaninie wyraźnie tłumaczy, iż młoda małżonka wie... czuje, że on już jest... że stoi przed nią tłumiąc gwałtowny, przerywany oddech. Stoi w pełnym świetle, ukochany, pożądany i zarazem budzący niepokój i trwogę. Wystarczy tylko unieść długie czarne rzęsy sponad bardzo jasnych błękitnych źrenic, a ujrzy go zaraz całego... Ale nie śmie i gdy drżącymi palcami rozwiązuje pasek, nie widzi nic prócz dwu par stóp, ledwie dotykających się koniuszkami palców.

Lecz i on nic ponadto nie widzi. Nie dlatego, że cała postać żony tonie w ciemnościach — wszak z łatwością mógłby mocnym, bardzo mocnym ramieniem przyciągnąć ją na środek świetlanego kręgu, ale i on nie śmie... Wszak pierwsza to kobieta w jego życiu! W życia tego dwudziestym i czwartym roku! I nie tyle prawowierne chrześcijańskie wychowanie, jakie otrzymał w dzieciństwie, ani nie stoickie zasady głoszone przez nauczyciela — gramatyka, wielbiciela Marka Aureliusza — ile trzyletni pobyt między Gotami i nasiąknięcie surową barbarzyńską obyczajnością sprawia, że oto stoi przed swą małżonką równie nieświadomy miłości jak ona!... i równie jak ona spragniony jej i ciekaw ogromnie, lecz zarazem pełen dziwnego niepokoju.

Ale jest mężczyzną i oto już po krótkiej chwili dłonie jego wpijają się w czerwoną luźną szatę matki króla Frytygerna, oczy jednak nie śmieją jeszcze spojrzeć w twarz, z której mogłyby wyczytać wszystko, co czuje, co myśli, czego doznaje teraz spragniona już łoża i poznania jego tajemnic, a zarazem pełna lęku i ciesząca się z każdej chwili zwłoki młoda kobieta...

W triclinium również pogasły już wszystkie lampy prócz jednej, przedstawiającej murzyńskiego chłopca z jabłkiem w każdej ręce. Jedno jabłko jest napoczęte, drugie jeszcze nienaruszone — w obydwu płonie oliwa, żółtym blaskiem oświetlająca twarze magistra equitum Gaudencjusza i Gota Karpilia, comesa domesticorum. Biesiada weselna już się skończyła, przed chwilą właśnie opuścił triclinium najdostojniejszy gość, magister militum i konsul Flawiusz Konstancjusz — w kącie drzemie siwobrody gramatyk, niegdyś nauczyciel małego Aecjusza, dziś autor epitalamium, które wywołało prawdziwy zachwyt oblubieńców, ich ojców i gości

Kunsztownie utrefioną brodę Gaudencjusza obficie już przyprószyła siwizna, którą znać też, choć i nie tak wyraźnie, w bujnej płowej czuprynie Karpilia, długimi kędziorami spadającej ponad byczym karkiem na potężne ramiona atlety. Grubo ciosana, typowo barbarzyńska twarz Karpilia jest gładko wygolona — stroi go nie codzienny wojskowy ubiór, ale błękitna szata z najcieńszej tkaniny. Ozdobiona wiszącym na złotym łańcuchu dużym obrazem przedstawiającym uświęcone oblicze wiecznego Honoriusza Augusta. Wielka czerwona dłoń mocno ściska prawicę Gaudencjusza: od dziś przyjaźń i jedność nierozerwalna na zawsze! Połączone domy dwu najprześwietniejszych to potęga, z którą lada dzień liczyć się zacznie dwór cesarski. Prosty żołnierz z Mezji i wojownik barbarzyński z naiwnym zdumieniem i podziwem myślą o zawrotnych szczytach, na jakie doprowadziły ich drogi życia: w całym Zachodnim cesarstwie jeden jest tylko człowiek przewyższający ich dostojeństwem wojskowego stopnia; Flawiusz Konstancjusz Właśnie zastanawiają się teraz, czy dalsze drogi swoje i połączonych swych rodów uzgodnić z drogami Konstancjusza, czy też?... Są teraz silni... bardzo silni. Zbliża się właśnie godzina, gdy będą mogli tę swą siłę przejawić: Konstancjusz prze do wojny z królami dzikich Hunów, dzierżącymi Panonię — oni zaś obaj są tej wojnie przeciwni... Zobaczymy! — uśmiechają się do siebie ojcowie..

Ileż bezsennych nocy przepłakała żona Gaudencjusza nie mogąc pogodzić się z myślą, że syn jej ma poślubić kobietę z barbarzyńskiego plemienia!

— To hańba dla nas... dla mnie... dla mojego rodu — łkała, chwilami zaś ogarniała ją taka wściekłość, że ledwie pohamować się mogła, by nie rzucić w twarz mężowi: „Raz już zhańbiłam swój ród i imię zniżając się do małżeństwa z prostym mezyjskim żołdakiem... Czyż nie dość tego jednego poniżenia?!" Za to głośno wołała: — Przeklęty niech będzie ów dzień, w którym przestano szanować prawo Pierwszego Walentyniana, śmiercią karzące Rzymianina z prowincji za poślubienie barbarzynki!... przeklęty... po trzykroć przeklęty! — I znowu zalewała się łzami.

Magistra equitum jednak nie wzruszały jej łzy i błagania.

— Skoro sam wieczny Arkadiusz Augustus podzielić się raczył tronem i łożem z Frankonką, to nie rozumiem, czemu syn Gaudencjusza nie może poślubić córki dostojnego Gota, tym bardziej że nie jest mu niemiła ani on jej także... Karpilio zaś prawdziwie z rodu królów barbarzyńskich pochodzi. znacznie bliższy krwi Frytygerna niż Ataulf, którego nie powstydziła się poślubić sama najszlachetniejsza Galia Placydia, córka i siostra cesarzy...

I stało się: przy słabym żółtym świetle małego kaganka w rozkosznym uścisku miłosnym mieszała się krew rzymska — półchłopska, mezyjska — a półpańska, patrycjuszowska, italska — z obcą jej dotąd i wrogą krwią barbarzyńskich królów. Świetlisty krąg wydzierał teraz mrokom dwie złączone ustami twarze, na których malowało się to wszystko, co wstrząsało ginącymi w mroku splecionymi ze sobą ciałami... wszystko, czego doznawały piersi, biodra, spazmem rozkoszy dławione gardła, gwałtownym kurczem ściśnięte serca... W triclinium Gaudencjusz i Karpilio z utkwionymi w siebie oczyma obaj myśleli o tym samym: o wnuku...

W cubiculum z sykiem zgasł nagle kaganek. Wypaliła się oliwa i Aecjusz nie mógł widzieć, że na twarzy jego żony nie maluje się już nic prócz cichej bezgranicznej szczęśliwości, w niebieskich zaś oczach odzwierciedlają się nie znane, nie przeczuwane nigdy przedtem głębie, zrodzone z poznania tajemnicy miłości... z rozdarcia dziewiczej niewiedzy... A już zupełnie nie był w stanie stwierdzić, że i na jego twarzy, i w jego oczach odbija się prawie zupełnie to samo.

— Jakie piękne było to epitalamium, nieprawdaż, Aecjuszu? — słyszy nagle jej głos brzmiący nie znanymi dotąd tonami?

Istotnie, epitalamium było bardzo piękne. Kunsztowne, z horacjańskiego ducha i dziedzictwa poczęte strofy — specjalnie dobraną rytmiką znakomicie oddawały zarówno powagę chwili, w której łączą się ze sobą dwa potężne domy — jak i nastrój oblubieńców... nastrój, pełen radości i dumy, i wzajemnego oddania, ale zarazem też niepokoju, niewiedzy i tęsknoty oczekiwania... Apostrofy do Venus Genitrix, inwokacje ku czci skrzydlatego chłopięcia z łukiem, Amorka, i całe nieraz dwuwiersze z owidiuszowej "Sztuki kochania" umiejętnie przeplatały się ze zwrotami czerpanymi z „Pieśni nad pieśniami”, z ustępami z psalmów Dawidowych i cytatami z listów apostoła Pawła — gramatyk, czciciel Marka Aureliusza, został na starość chrześcijaninem!...

— Gramatyk tak sławił twoją wiedzę i pamięć, Aecjuszu — w głosie córki Karpilia czułość ogromna brzmi i rozmarzenie — na pewnoś spamiętał połowę co najmniej epitalamium... Powiedz mi, panie mój... proszę cię, powiedz — dwie choćby strofy... jedną... Chcę od ciebie... z twoich ust.. słyszeć piękne te słowa o twojej do mnie miłości...

Nie może widzieć dziwnego uśmiechu, jaki po jej słowach zjawił się na twarzy męża. Cała zamienia się w słuch. Znajduje w ciemności jego rękę i podnosi do swych warg. Czeka.

I oto Aecjusz zaczyna recytować. Zaledwie jednak dwa, trzy pierwsze wypowiedział słowa — jakby gromem rażona poderwała się gwałtownie jego małżonka. Głęboko wstrząśnięta siada na łożu i daremnie usiłując pełnym oszołomienia i podziwu wzrokiem rozedrzeć czarne ciemności, wpija się boleśnie silnymi palcami w ramię męża i tak już pozostaje, wtórując jego słowom głośnym, gorączkowym, przerywanym oddechem... Czyż istotnie nie śni?

Nie mowa Horacego, Nazona i Marka Aureliusza — dziwna mowa Gotów spływa ustami młodego Rzymianina. Nie epitalamium z apostrofami do bogów olimpijskich i cytatami ze Świętego Pisma — pieśń miłosna wojów barbarzyńskich unosi się nad łożem poczęcia dziedzica patrycjuszowskiej italskiej krwi i chwałą okrytego rzymskiego imienia. A przecież nic nie masz w pieśni tej o łożu ukwieconym, miękkim, tysiącem rozkoszy nęcącym... nic o strzałach śmiertelnych miłości... nic o chwale łączących się domów... Ze strof naiwnie brzmiących, licho skleconych co chwila gubiących rytm, a nieraz i sens — bije jeno mocna wiara w czar i potęgę cnoty niewieściej, jedynej mężów uciechy... bije podziw dla miękkości, która gdy kocha, twardo znosi niedolę, ciosy i śmierć u boku poślubionego małżonka..

„Gdy dasz ucałować swą dłoń to tak, jakbym stu wrogów trupem położył... gdy jasny twój włos — to jakbym konungiem został... Błękit oka twojego niebu równy jasnemu, gniew szlachetny twój straszny — jak zorza północna..."

Silne nagie ramiona otaczają szyję Aecjusza, przyciągają jego twarz do zroszonych łzami lic. Dopiero teraz jest jej naprawdę tak bardzo bliski... najbliższy ze wszystkich! Czyż może być większe nad to szczęście, jak słyszeć z ust męża — Rzymianina mowę, którą się wyssało z mlekiem matki... pieśń, którą tylekroć słyszało się i śpiewało?... Trudno uwierzyć, by Rzymianin mógł tak poznać jej język, wniknąć weń i wczuć się. Tak jakby za gockiego młodzieńca wyszła za mąż... za królewicza, jak to jej wróżyła kiedyż stara czarownica. Ściska go coraz to gorętszym objęciem. Gdy zaś uczuje, że na nowo już go trawi ogień pożądania, oddaje mu się nie tylko nieoporna i chętna, ale wdzięczna, wszystko już wiedząca, więc sama spragniona. Na każdy jego ruch, na każde dotknięcie odpowie czynną miłością dojrzałego kochającego ciała...

Uciekając spiesznie przed rannym brzaskiem, pochowały się gdzieś po katach cubiculum czarne ciemności. Dopiero teraz sycą się, skrzywdzone przez noc, głodne oczy. Jakże niepodobne to spojrzenie do owego wieczornego, co to na niczym nie śmiało lec prócz stóp. Z radością, z rozkoszą myśli Aecjusz, że urodą i budową nie ustąpi jego żona żadnemu posągowi bogini Venus. I wnet znowu zachodzą mu oczy mgłą żądzy, poprzez którą to tylko już widzi, że policzki córki Karpilia nagle gorącym oblały się rumieńcem. Widocznie chce coś rzec, wstydzi się tylko — toteż Aecjusz nim weźmie ją znów w ramiona, zaczeka chwilę, aż powie. Długie czarne rzęsy istotnie wstydliwie opadają na gorączkowo i razem radośnie świecące oczy — mówi jednak bez żadnego zmieszania, swobodnie, śmiało, jakby to nie pierwsza była jej noc miłosna, ale sto pierwsza:

— Powiadały gockie kobiety, że z Rzymianina niewiele się ma pociechy w łożu. Kłamały — widzę teraz — albo toś ty tylko jeden...

Nie dokończyła i nie pragnęła już odpowiedzi.

8

W wysokim stożkowatym namiocie królewskim jak zawsze pełno było dymu i najohydniejszych zapachów: szczególnie wstrętny smród roztaczały świeżo zdarte, a już zaczynające gnić skóry bydlęce, którymi obite były wewnętrzne ściany namiotu. Aecjusz jednak miał już za sobą dosyć czasu i sposobności, by przyzwyczaić się do wszystkich osobliwości życia domowego króla Rugili — co więcej, prawdziwą przykrość sprawiała mu myśl, że za kilka dni rozstanie się z tym życiem na zawsze, wracając w dawny swój świat, między ludzi i zwyczaje, od których w ciągu lat odwykł zupełnie i z którymi nic już zdawało się go nie łączyć prócz zacierających się z każdym dniem coraz bardziej wspomnień młodości. Rzym, Rawenna, żona, syn. którego nie widział więcej niż trzy razy — wojny Konstancjusza z Gotami o Galię, dziedzictwo pogańskiej Romy, nauka Chrystusowa i jej władanie nad światem — wszystko to wydawało mu się czymś bardzo dalekim i mglistym, choć nie całkowicie jeszcze obcym; czuł, że gdy tam powróci, ciężko mu będzie nagiąć się do zasad i wymagań dawnego życia. A tu mimo tego smrodu, zawsze jeszcze przyprawiającego o lekki zawrót głowy, wszystko jest takie proste, łatwe i zrozumiałe... takie odpowiednie, jak czuł, dla całej jego istoty — choćby i ten oto dzień na przykład!

Zaczął się ów dzień szalonym pościgiem za ludźmi jednego ze zbuntowanych wodzów, który za poduszczeniem wiarołomnego brata królewskiego Oelorsa napadł na najpiękniejsze stada Rugili, pastuchów wymordował, część owiec bezmyślnie wybił, a resztę pognał w kierunku miasta Sopiany, by co prędzej sprzedać je rzymskim kupcom z Noryku. Dopiero koło południa król i ci spośród jego ludzi, którzy najlepsze mieli konie, ujrzeli o jakieś sto stadiów przed sobą ogromny obłok kurzu, podniesiony na starej rzymskiej drodze Herkulia — Sopiana przez pędzone stado. Z dzikim wyciem, nie licząc, ilu ich jest, rzucili się ścigający na osiem setek jeźdźców zbuntowanego wodza: w zażartej walce najwięcej dzielności, a głównie ogromnej siły ramienia wykazał rzymski zakładnik walczący przy boku Rugili i nie odstępujący go ani o krok. Początkowo przewaga była po stronie napadniętych, po niejakim jednak czasie nadjeżdżać poczęły coraz to nowe gromady ludzi królewskich: stada odbito, większość uciekających ludzi pomordowano — Rugili jednak było tego za mało. Dowiedziawszy się, że sam zbuntowany wódz w oczekiwaniu na zrabowane królowi barany stanął wraz ze wszystkimi swymi żonami i dziećmi w małym miasteczku nad brzegiem jeziora Pelso — niezmordowany i niesyty zemsty Rugila pomknął ze swymi ludźmi na zachód, ku jezioru — miasteczko (jedną z nielicznych osad rzymskich, które w splądrowanej doszczętnie przez Hunów Walerii cudem się dotąd jeszcze ostały) zrównał z ziemią, wodza zaś, który zamknął się w chrześcijańskiej świątyni, spalił żywcem wraz z żonami, dziećmi, chrześcijańskimi kapłanami i całym kościołem...

W całej tej wyprawie na miasteczko i spaleniu kościoła zakładnik rzymski brał udział jak najbardziej czynny, czym całkowicie już pozyskał względy króla, zresztą od dawna dlań łaskawego. Szczególnie jednak ujęły władcę Hunów, tak że niemal na ziemię się pokładał z radosnego dzikiego śmiechu — moc męskości i pewność oka i ramienia Rzymianina: gdy gwałcono schwytane w miasteczku kobiety, żaden Hun nie mógł się poszczycić tylu napoczętymi przez siebie dziewicami co on; kiedy żywcem wziętych ludzi zbuntowanego wodza przywiązano do drzew i strzelano do nich z łuków z wielkiej odległości — również nikt mu nie dorównał w liczbie celnych strzałów. Ale to nie było jeszcze wszystko: kiedy wracano już do królewskiego obozu, tuż przed zachodem słońca nadarzyła się niespodzianie wspaniała sposobność zapolowania: z lasu wypadł nagle ogromny dzik i nim zdążył, nurzając się w wysokiej trawie. przebiec szmat wolnej przestrzeni, już mu zabiegło drogę kilku wojowników. Trzech spośród nich padło pod ciosami potężnych kłów, czwarty jednak zręcznym rzutem oszczepu przebił bestii oko, a potem w śmiertelnej walce wręcz powalił ją celnym a silnym uderzeniem krótkiego miecza. I znowu był to Rzymianin — król Rugila długo nie mógł ochłonąć z zachwytu: znał go już dawno, miłował i podziwiał, ale czegoś takiego nawet po nim się nie spodziewał! Zaprosił zakładnika do siebie na wieczerzę: własnymi dłońmi rozdzierał kawały tuż w namiocie na ogniu pieczonej baraniny i podawał co lepsze kąski Rzymianinowi — wreszcie zaszczycił go najwyższym znakiem łaski monarszej: kazał zostać na noc w królewskiej jurcie.

Małe skośne oczka Rugili zamieniały się w zupełnie wąziutkie szpareczki, gdy sponad śmiesznie wystających kości policzkowych świdrowały z zadowoleniem i podziwem dorodną, barczystą postać Aecjusza. Cała drobna postać władcy Hunów skręcała się dziwacznie w szczęśliwym śmiechu, raz po raz przerywanym dzikimi radosnymi okrzykami: o, nie na próżno on, potężny król Rugila, upodobał sobie tego młodzieńca... Wszystkich innych zakładników rzymskich przecież dawno już się pozbył, bądź wymieniwszy ich na swych towarzyszy, przez Rzymian pojmanych, bądź postarawszy się, by przypadkowa nagła śmierć rychło dopadła ich w bezkresnych, wysoką trawą porosłych równinach panońskich. Tylko tego jednego zatrzymał przy sobie, nie chcąc go wymienić choćby i na trzech najdzielniejszych wodzów huńskich. Bo któż z jego ludu tak włada mieczem i oszczepem jak Rzymianin? i któryż spośród Rzymian takie ma oko i ucho, i węch jak Hun? tak się trzyma na koniu jak syn stepów? Nikt... nikt... jeden tylko Aecjusz...

I jakiż Rzymianin potrafi tak szybko nauczyć się mowy Hunów jak on?... Zakładnik śpiewa nawet nieraz przy ognisku dzikie, przeciągłe pieśni huńskie...

— Zaśpiewajże i teraz coś, mój synu... Nie, nie... lepiej coś opowiedz... coś zabawnego i pouczającego razem... Niezadługo nas opuszczasz, nie odmówże królowi Rugili, który jedynego ciebie spośród wszystkich ludzi zowie swym przyjacielem...

Co innego mówić o jedzeniu, o łowach, bitwie, o gwałceniu kobiet... co innego nawet śpiewać przeciągle pieśni, na skrzydłach wiatru wschodniego przyniesione na równiny Panonii spod Muru Chińskiego, którego istnienia Aecjusz wcale się nie domyśla — ale opowiadać?... opowiadać o mężu, tak nieomal przemyślnym jak król Rugila i jak on prawie potężnym, zwalczającym wrogów swych podstępem, któremu równego nie było nigdy i nigdzie u żadnego ludu?... Trudne to zadanie — i czy to o koniu drewnianym mówiąc, czy o chytrych sposobach na Polifema — olbrzyma jednookiego, czy o zalepianiu uszu wioślarzom w czasie śpiewu morskich ślicznotek — raz po raz przeplatać trzeba gardłowe krótkie dźwięki huńskie, w nieskończoność, zdawałoby się, wydłużającym się słowem gockim, a nawet i łacińskim...

Wyciągnięci na ciepłych, tu i ówdzie jeszcze krwawiących skórach baranich, chrapią już głośno bratankowie królewscy, Bleda i młodziutki Attyla. Sennie też kiwa się już głowa samego władcy pasterzy — spomiędzy grubych niekształtnych warg wysuwa się szeroki, ku dołowi bezwładnie opadający język. Ale niech tylko dojdzie opowieść do miejsca, gdzie najprzebieglejszy z przebiegłych własną dłonią morduje strzałami z chytrze zdobytego łuku cały tłum gachów żony — pierzcha cała senność z powiek królewskich. Mlaska językiem, wali dłońmi po kolanach lub zaciera je radośnie jedną o drugą.

— A ty? czy ty byś tak potrafił, Aecjuszu? — pyta.

Ale niebawem naprawdę już zasypia polecając na ostatek Aecjuszowi, by w dowód nadzwyczajnej łaski królewskiej wziął sobie na posłanie którąś z tych dwu należących do samego Rugili kobiet: czekają już w oddalonym kącie namiotu, aż jedną z nich się zawoła. Aecjusz jednak ma już dosyć miłości po rannych gwałtach w miasteczku i trąciwszy ze śmiechem nogą obnażone ciało ładnej Germanki, ucieka z zaduchu jurty na świeże nocne powietrze.

Wszędzie światła... tysiące tysięcy świateł... Ile gwiazd na niebie, tyleż ognisk na ziemi... Patrzy na jedne i na drugie i nagle zaczyna myśleć o tym, że wszystkiego już prawie zapomniał, czego uczył go gramatyk, że ani jednego już wiersza nie umiałby wyrecytować z tej historii, którą przed chwilą opowiadał Rugili. Również wiele zapomniał już i z tych nauk pobożnych, których niegdyś udzielał mu stary diakon w Durostorum: raz tylko ze śmiechem przypomniał je sobie dokładnie — wtedy gdy bawiło go jeszcze pasanie owiec królewskich... Myśli też, ale to już z przyjemnością, o dniu minionym: o szalonym pościgu, o walce z dzikiem, o kościele spalonym i nieludzko wrzeszczących jeńcach, do których tak celnie strzelał z łuku. Szczególnie wspomnienie walki wręcz z rozwścieczoną i oszalałą z bólu bestią napawa go jakąś dziką, zwierzęcą niemal, bezgraniczną szczęśliwością. Szczerzy w radosnym uśmiechu zdrowe białe zęby i co sił wali się w piersi potężną jak młot pięścią. Kocha siebie i swą olbrzymią żywotną moc!... A zarazem czuje, że nie tylko to... nie, coś nadto jeszcze jest powodem wielkiej jego szczęśliwości... Przecież nie to chyba, że za kilka dni wraca do swoich... Nie, coś innego... Czuje się tak, jakby odkryta mu nagle została prawda o sensie i istocie ludzkiego życia... Tak wierzy, wie... Posiadł tę prawdę — czuje to... Nie umie jej tylko nazwać, wypowiedzieć słowami. Wie tylko, że to samo czują i w istocie wiedzą, choć nie umieją sobie tego opowiedzieć ani nazwać, tysiące i tysiące półnagich dzikich Hunów, którzy, jak okiem sięgnąć, mrowiem czarnych cieni obsiedli liczne jak gwiazdy ogniska.

9

Włosy matki zupełnie już są siwe; zupełnie starczo też trzęsie jej się szczęka, gdy dochodzi do najboleśniejszej części swego opowiadania.

— …gdy zrywali z niego szaty, bili, kłuli w twarz ostrzami dzid — nawet wtedy gdy powalili go na ziemię — milczał... Ale kiedy jeden z łotrów, jakiś Grek, uderzył ciężko podkutym butem w twarz, krwawą miazgę czyniąc z oczu, ust i nosa — nie wytrzymał i zawył: „Boli!.. jak boli!..." Słyszałam... wszystko słyszałam... Boże, jakież to było straszne!.. I słyszałam też głos tego Greka: „Na Chrystusa, przecież o to chodzi, by bolało..."

Łkając ukryła przekrzywioną grozą wspomnienia starczą twarz na kolanach syna i trwała tak jakiś czas bez ruchu tylko chude ramiona drgały jej co chwila.

— Teraz płaczę, alem wtedy nie płakała — podjęła po jakimś czasie — łotry, nie udało im się widzieć moich łez... Ale ja za to widziałam!... Widziałam, jak ryczeli ze strachu, kwiczeli jak wieprze, wyli padając do nóg setnikom gdy przyszła legia z Arelatu, rozbroiła buntowników i zabrała się do wieszania co piątego na drzewach... Chodziłam... cały wieczór chodziłam po tym lesie wisielców... Tylko miłość Chrystusa sprawiała, żem się hamowała przecie by nie pluć w te oczy na łeb wylazłe... na te języki, na brodę wywieszone... Alem tego Greka nigdzie nie znalazła.. A cały wieczór chodziłam, szukałam..

Aecjusz nic nie odpowiada. Gładzi tylko szeroką szorstką ręką siwe matczyne włosy. Myśli o okropnej śmierci ojca. Żal mu go, ale czyż u Hunów nie przyzwyczaił się do rzeczy stokroć sroższych?... do widoku śmierci gwałtownych. niewypowiedzianie okrutniejszych?... Toteż myśl szybko odrywa się od zgonu ojca i zaczyna wirować dookoła spraw publicznych. Tyle zmian zaszło w Cesarstwie zachodnim w czasie jego pobytu u Hunów: Flawiusz Konstancjusz poślubił odebraną Gotom siostrę Augusta Placydię i sam został Augustem, współrządcą Honoriusza — po to, by umrzeć po ośmiu niespełna miesiącach panowania. Na dworze w Rawennie szeptali coś jeszcze niedawno o rzekomych występnych stosunkach między cesarskim rodzeństwem, ale teraz już każdy spacerowicz na Alta Semita wie, że poróżnili się Honoriusz i Placydia i zanosi się na poważną walkę. Co zrobić?... Do czego się wziąć?... Po czyjej stronie stanąć?... Oto co głównie pochłania myśl świeżo przybyłego od Hunów Aecjusza. Wrócić do wojska?... Magister militum Kryspinus nie był przyjacielem ojca — to i nie trzeba na razie do wojska! Zaczekać, zobaczyć — na pewno nastąpią jakieś ważne zmiany... Wieczny Augustus coraz to ciężej zapada na wodną puchlinę... Najlepiej porozumieć się z prześwietnym Janem: primicerius notariorum w dobrych pozostawał stosunkach z ojcem i zdawał się lubić młodego Aecjusza... A więc przed wieczorem każe się zanieść do Jana... teraz chce jeść i spać... Chciał jeszcze kobiety, ale już ją miał...

Wtulona w kąt atrium córka Karpilia ze zdumieniem, strachem i głuchą nienawiścią patrzy na zwróconego wreszcie jej, przez tyle lat z takim bolesnym utęsknieniem wyglądanego małżonka. Chryste, jak strasznie się zmienił mój Aecjusz! W jasnoniebieskich oczach nie obeschły jeszcze łzy. Kurczowo zaciskają się pięści. Jak on śmiał?! Jak on śmiał?! Zaledwie wszedł do gineceum, natychmiast, nie czekając, aż zawiśnie mu z radosnym okrzykiem na szyi, aż okryje pocałunkami jego usta, policzki, oczy — zaczął zrywać z niej gwałtownie stolę... Wymyka mu się zręcznie z rąk, składa błagalnie dłonie i prosi: czuje się słaba, nie może... niech Aecjusz będzie cierpliwy... poczeka dzień, dwa... tak jak ona czekała tyle lat... tyle lat!... Nie mówi nic, marszczy tylko brwi, zaciska zęby i zaczyna drzeć białą delikatną tkaninę... Błaga go znowu, płacze... niechże ją wysłucha... przecież ona sama też pragnie... tyle się naczekała... On jednak nie słucha, obnaża jej piersi, brzuch, biodra... Nie, nie Aecjuszu!... Wyrywa mu się. dusi się z żalu i gniewu, ale wciąż jeszcze sili się na spokój... uśmiecha się przez łzy... podsuwa mu pod usta swą rękę... I właśnie wtedy ją uderzył. Czyżby śniła?... Czuje okropny ból w ręce, ale czyżby to było możliwe?... Przez głowę przemknęło:

…Ucałuję twą dłoń — to tak jakbym mężów stu zabił..." A ciosy sypią się na ramiona, na plecy, na odsłonięte piersi... Córka Karpilia nic nie wie o tym, jak zdobywają uległość kobiet Hunowie! Płacze. A on już niesie ją na łoże i po chwili syci swą żądzę jej ciałem, wciąż jeszcze jednako młodym, jędrnym i pięknym.

Na środku atrium u stóp sadzawki cicho siedli niebieskooki jasnowłosy chłopiec, o subtelnym partrycjuszowskim profilu, ale szczękach szerokich, brzydko wystających, gaudencjuszowych. Jest mu smutno i ledwie się hamuje, by nie wybuchnąć głośnym płaczem. Nie tylko czuje, że coś niedobrego zaszło między matką a ojcem — ale jakże inaczej wyobrażał sobie tego ukochanego, nie znanego rodzica!... Nie opiera się, gdy Aecjusz wyciąga ku niemu ramiona, ale też nie odpowiada wcale uśmiechem na szeroki, szczerze radosny uśmiech ojca.

Twarzyczka jego nie rozpogadza się nawet wówczas, gdy silne ręce unoszą go jak piórko wysoko ponad ojcowską głowę i przyjemnie kołyszą w rytm szmeru fontanny.

— Co chcesz robić? — rozlega się głos aecjuszowej matki.

— Jeść i spać...

— Ja nie o tym... Co ze sobą chcesz robić?...

Aecjusz wzrusza ramionami. Nie należy kobietom zdradzać swoich myśli Ale matka spogląda nań pytająco i jakby z niepokojem, rzuca więc:

— Może zostanę urzędnikiem u prefekta! — I znów kołysze chłopca, teraz już niżej, tuż przy swojej piersi. Głos matki jednak wywołuje znowu obraz śmierci ojca, a potem obraz lasu wisielców, spomiędzy których, jak to zawsze bywa przy tłumieniu buntów wojskowych, przynajmniej połowa to ludzie zupełnie niewinni... A Greka nie powieszono... rozumie się... Tak zawsze bywa...

I nagle doznaje jakby olśnienia. Wie już, co go tak cieszyło w ową noc przed namiotem Rugili. Uświadomił już sobie to, co uznał wówczas — choć i nie umiał tego nazwać — za prawdę o życiu... prawdę, którą czuły, choć także nie umiały jej wypowiedzieć tysiące i tysiące Hunów przy ogniskach licznych jak gwiazdy. Gwałtownym ruchem tuli Aecjusz chłopca do swej piersi i szeptem, żeby kobiety nie podsłuchały, mówi mu do ucha. chociaż wie, że chłopiec nic z tego prawie nie zrozumie:

— Całe życie to łowy. Karpilio, synku mój... nieustanne, bezlitosne łowy... Nie będziesz sam łowcą — to zaraz zapolują na ciebie inni, zaszczują, zagryzą... Lepiej więc samemu polować i samemu szczuć, gryźć, dławić... Bądźże więc zawsze gotów na łów.. zawsze silny... zawsze czujny, drapieżny. bezlitosny... Nie daj nigdy sobie wydrzeć zwycięstwa. bo to — śmierć... A zwycięstwo to radość, upojenie, szczęście... Zawsze zwyciężaj.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.