Aeciusz-14

3

Ku końcowi już się ma doroczny dzień przyjaźni. Nie przerywając swej opowieści o dziwach dworu Attyli, Kasjodor daje znak sługom — niech szumiącym coekubem po brzegi napełnią pożegnalne czary. Skoro pierwsza zabłyśnie na niebie gwiazda, Aecjusz i Marcellinus uścisną gospodarza i wielkim krotońskim traktem ruszą w całonocną drogę ku Rhegium, skąd nad ranem przeprawią się na sycylijski brzeg, do Messany, pod którą patrycjusz od trzech już miesięcy gromadzi legie italskie spodziewając się rychłego napadu Gejzeryka. Jeden tylko Passus pozostanie na nocleg w prastarym brucyjskim gnieździe rodu Kasjodorów, ale o świcie i on opuści gościnny dom przyjaciela udając się do Rzymu na uroczyste posiedzenie senatu poświęcone uczczeniu pięćdziesiątej piątej rocznicy urodzin Aecjusza. Szybko więc przemija tego roku dzień przyjaźni — zaiste dzień tylko — nie dwa i nie trzy, i nie tydzień, jak to nieraz dawnymi zdarzało się laty...

Siódmy już z kolei jest ów najkrótszy dzień przyjaźni; przed siedmiu to bowiem laty po raz pierwszy rozeszła się po Rzymie i Rawennie budząca powszechny niepokój wieść, iż najchwalebniejszy patrycjusz odjechał nagle, nie wiedzieć dokąd ani na jak długo, zaniedbując — jak szeptali sobie magistrowie i magistriani — najpilniejsze nawet sprawy cesarstwa... Wszyscy zachodzili w głowę, co by to mogło się stać, gdzieby mógł pojechać — nikt przecież nie zauważył zniknięcia z portu klassyjskiego małej lotnej galery, którą w nocy niepostrzeżenie przeprawił się Aecjusz przez Adriatyk na brzeg dalmatyński by w posiadłościach Marcellina — w tej samej willi, gdzie się ongiś ukrywał przed zemstą Placydii — spędzić krótką a miłą chwilę wypoczynku w gronie tych, kogo za najbliższych swych uważał przyjaciół i szczególnymi wyróżniał względami. Działo się to w kilka dni po powrocie z Galii po czteroletnim tam pobycie, a na tydzień przed otrzymaniem żałobnej wiadomości o klęsce i śmierci Litoriusz, którego imię nieraz wspominał Aecjusz w ciągu pierwszego dnia przyjaźni, wznosząc czarę na jego cześć i wyrażając niezłomną nadzieję, że w następnym roku w gronie ich nie zabraknie już zwycięskiego magistra equitum...

Drugi dzień przyjaźni, połączony z uroczystością ochrzczenia Gaudencjusza przez nowego biskupa Rzymu, spędzono w dobrach samego Aecjusza; trzeci — w warownym zamku magistra utriusque militiae Sygiswulta, pod Caralis na Sardynii; czwarty, na którym zabrakło już Sygiswulta, poświęcono uczczeniu pamięci najszlachetniejszego z Rzymian zbierając się w sam dzień śmierci Bonifacjusza w dziesiątą jej rocznicę; piąty zaś obchodzono w willi Merobaudesa pod Fidenae, nazajutrz po mianowaniu poety magistrem utriusque militiae. Jedyny to był raz, gdy grono przyjaciół patrycjusza miast się kurczyć, powiększyło się o przybyłego z Hiszpanii Asturiusza. I jedyny to raz Flawiusz Merobaudes, miast wygłaszać własne, cudzych słuchał panegiryków, którymi zasypali go poeci z wszystkich krańców imperium, sławiąc dzień jego wyniesienia jako największe święto Muz!

A kiedy po raz szósty — w samo dziesięciolecie powrotu Aecjusza z wygnania i objęcia przezeń patrycjatu — zgromadzili się w piceńskich dobrach Bassusa, to prócz gospodarza już tylko Kasjodor zasiadał przy stole biesiadnym po prawej ręce najchwalebniejszego — po lewej zaś magister utriusque militiae i Marcellinus. A teraz — gdy ku końcowi ma się siódmy dzień przyjaźni i pierwsza gwiazda już niebawem obwieści nadejście chwili pożegnania — Marcellinus miast się cieszyć, iż zajmuje miejsce tuż obok Aecjusza, z żalem myśli, iż oto nie masz już między nimi tego, czyje miejsce jeszcze przed rokiem oddzielało go od patrycjusza. Żal ów maluje się też w smutno uśmiechniętym spojrzeniu, jakie raz po raz rzuca Marcellinus na ukochanego wodza, Aecjusz odczyta go bez trudu... odczyta i coś więcej jeszcze: niemy wyrzut i urazę... Nie rozgniewa się przecież wcale, wydmie tylko lekceważąco wargi i z niechęcią wzruszy ramionami...

Tak, prawdę mówi spojrzenie Marcellina: o jednego mniej ma przyjaciela Aecjusz, ale trudno... Wielka sława poetycka i najwyższa godność wojskowa — czy to trochę nie za wiele jak na jednego człowieka?... Marcellinus powinien wiedzieć i wierzyć, że patrycjuszowi naprawdę przykro było poświęcać Merobaudesa, ale cóż mógł uczynić?... W obronie panegirysty zrywać przymierze z senatem?... zaczynać walkę z możnymi rodami wówczas, gdy Walentynian coraz energiczniej i z każdym dniem skuteczniej skupia dookoła siebie prawników i urzędników w nowe silne stronnictwo?!.. Byłby szaleńcem, gdyby tak postąpił — bez nowych zaś panegiryków jakoś się obejdzie...

Młody poganin doskonale rozumie niemą odpowiedź patrycjusza. Aecjusz przecież już nie pojmie tego, iż Marcellinus nie tylko z żalem, ale i z pewnego rodzaju przerażeniem myśli o krzywdzie przyjaciela: oto przepełniony gniewem i goryczą Merobaudes całkowicie zerwał z dotychczasowym czynnym życiem i ukrył się samotnie w jakimś wiejskim betyckim ustroniu...

„Na święte siostry helikońskic! — szczerze wystraszony woła w duchu Marcellinus — ileż to wolnego czasu będzie on teraz miał na pisanie złych wierszy i barbarzyńskiej prozy?!..."

Bassus spogląda na niebo. Na pierwszą gwiazdę jeszcze, na szczęście, poczekają, lecz na zachodzie czerwieńsze niż zazwyczaj słońce dawno już zapaliło bladosine szczyty brucyjskich wzgórz i oto — ogromne, płomiennogrzywe, wspaniałe — stacza się coraz szybciej i szybciej poza malownicze ich zwały, ostatnim snopem promieni różowiąc mury pobliskiego miasta Scyllecium na piękny kolor dziewiczego ciała. Jeszcze chwila, a zniknie zupełnie, roztapiając się w uroczym baśniowym Okeanosie tysiąca barw i blasków tysiąca...

Kasjodor tym samym ruchem, jakim praojcowie jego wznosili kielich na pożegnanie schodzącego w ramiona Tetydy Heliosa — wznosi swą czarę na cześć udającego się na spoczynek Oka Bożej Opatrzności. Po czym znów powraca do swej relacji z poselstwa do Attyli.

— Pytam go, czy istotnie pragnie zagłady cesarstwa... czy mimo całej swej przyjaźni do Aecjusza, naprawdę — jak to mówią — przygotowuje najazd na partes Occidentis?... Uśmiecha się i przez Greka Onegeza odpowiada:

„Chwale i potędze mojej wcale nie zależy na pozbawieniu Walentyniana purpury i cesarstwa... Wszak kocham go, jak brata..." Nie ze strachem już, ze zdziwieniem patrzę w tę brzydką — sam wiesz jak brzydką, Aecjuszu — twarz... w te oczka chytrze a mądrze uśmiechnięte... na te wargi bezkształtne i kilka włosków brody... On zaś śmieje się. „Przyjaźń moja do Walentyniana tak jest wielka a tak zazdrosna, że póty się nie ukoi, aż otrzyma jakiś dowód wzajemności.. jakiś prawdziwie przyjacielski dar..." Aż się cofnąłem „Żądasz więc od zachodniego cesarstwa daniny?!..." Nie śmieje się już — rechocze!... ..Nie daniny, jeno daru" — tłumaczy Onegez. „I jakżebym śmiał żądać?... Kornie proszę.. "

Bassus i trudem hamuje cisnący się na usta śmiech. Przed dwudziestu laty tak samo przemawiał do Placydii Aecjusz!

— Za dziesięć dni, Herkulanie — zwraca się patrycjusz do Bassusa — senat musi uchwalić stały roczny przyjacielski dar dla króla Hunów — szczerze przyjaznego cesarstwu Attyli...

Twarz Marcellina oblała się lekkim rumieńcem. Kasjodor spuścił oczy, Bassus westchnął

— A jeśli wieczny Augustus powie veto? — zapytał z wahaniem w głosie.

Aecjusz roześmiał się.

— Placydus? Niech spróbuje...

Zapadła chwila przygnębiającego milczenia. Przerwał ją znowu Bassus.

— A więc cesarz partium Occidentis płacić będzie daninę najdzikszemu z barbarzyńców?!... — rzekł cicho i z nieukrywaną goryczą.

— Najpotężniejszemu  z  barbarzyńców  —  zawołał Aecjusz. — Co mówię, przyjaciele?!... Najpotężniejszemu z władców świata!... A zresztą — dodał po chwili — czyż cesarz Wschodu od dwóch już lat nie płaci mu takiej daniny?...

— Owszem, płaci — odparł Bassus — ale czy wiesz, najchwalebniejszy Aecjuszu, co bym ja — gdybym był na miejscu Walentyniana — odpowiedział na to, coś powiedział przed chwilą?...

— Zaprawdę nie wiem, Herkulanie.

Głos Aecjusza brzmiał oschle i niemal nieprzyjaźnie. Ale Bassus się nie zmieszał. Przeciwnie, jeszcze silniejsza niż poprzednio gorycz, a nadto i lekkie szyderstwo — dały się słyszeć w jego głosie, gdy zaczął mówić:

— Będąc cesarzem tak bym rzekł, przyjaciele: „Istotnie Wschód płaci Hunom, ale przecież Teodozjusz nie ma u swego boku niezwyciężonego Aecjusza..."

— I dlatego płaci siedemset funtów złota rocznie! — zawołał patrycjusz żywo, ale zupełnie spokojnie, już niemal przyjaźnie, z miejsca rozpraszając niepokój, jaki po słowach Bassusa odmalował się na twarzach Marcellina i Kasjodora. — Zachód zaś, który ma Aecjusza, zapłaci tylko połowę tej sumy... Nieprawdaż. Kasjodorze?... Czyż nie rzekł ci król Attyla, że nie chce od nas więcej niż dwadzieścia pięć tysięcy dwieście solidów rocznie?...

— Tak było, jak mówisz, najchwalebniejszy — potwierdził Kasjodor i natychmiast zwrócił się do Bassusa: — Powiedzże sam, Herkulanie, czyż nie jest to prawdziwy triumf?!... Za dwakroć mniejszą cenę osiągamy pokój, co najmniej dwakroć nam potrzebniejszy niż Wschodowi...

— Jako że Wschód — podchwycił Marcellinus — prócz Attyli jednego ma tylko wroga: Persów... a my?... Licz na palcach, mężu najprześwietniejszy... Gejzeryk, Wizygoci, Rechila ze swymi Swebami, wiecznie niespokojni Frankowie, nieustająca bakauda w Hiszpanii... A Burgundowie, Alanie, Armorykanie?... wprawdzie dziś siedzą cicho, ale czy jeszcze jutro można będzie polegać na ich wierności?.. Zaprawdę, najprześwietniejszy Bassusie, nie dwakroć i nic czterykroć, ale stokroć tańszy niż Wschód uzyskaliśmy pokój z Attylą!...

Bassus ze smutkiem potrząsnął głową.

— A więc odtąd — rzekł z gorzkim bolesnym uśmiechem — wielki i wspaniały pokój rzymski będzie już tylko pokojem z łaski Huna...

— Nie tylko pokój — opryskliwie odparł Aecjusz. — Cesarz Zachodu także będzie już tylko władcą z łaski Huna...

Jak przyjedziesz do Rawenny, Herkulanie, zapytaj, proszę, Placydusa: czy nie uważa, że za purpurę warto dać trzysta pięćdziesiąt funtów rocznie?!

— Osądź sam, Bassusie — podjął po krótkiej chwili Kasjodor — czy stać nas na opór wobec Huna, zaprawdę trzykroć tak potężnego jak zjednoczone siły Wandalów i Teodoryka, i to wówczas gdy stoimy w przededniu nowej wojny właśnie z tymi zjednoczonymi siłami ariańskich królów?!... Lada miesiąc — co mówię?!... lada tydzień uderzą na nas z dwu stron: jeden na Italię, drugi na Arelate i Arwernie... Czyżbyś chciał, Passusie, by nadto uderzono na nas spoza Renu?!...

Zapadło posępne milczenie. Wszyscy czterej pomknęli spojrzeniem ku ścielącemu się u ich stóp szczególnie pięknemu o tej przedwieczornej godzinie morzu. Wzbierał przypływ. W pewnej chwili Aecjusz zwrócił uwagę przyjaciół na odległą o kilka stadiów od brzegu małą wysepkę, na której siedział skulony nagi, ciemny, prawie brązowy wyrostek. Wzbierająca woda wolno, ale bezlitośnie wydzierała mu z każda chwilą coraz to nowy płat twardej ziemi dookoła stóp. Od brzegu płynęło ku wysepce małe czółno, w którym, szybko wiosłując, siedział jakiś brodacz, najnajprawdopodobniej ojciec zagrożonego przez przypływ chłopca. Czy zdąży na czas?... czy ocali syna, który najwidoczniej nie umie pływać? czy nieostrożnym ruchem nie przechyli zbytnio czółna i nie nabierze doń wody?... czy nie złamie mu się wiosło lub nie nadleci nagle ze wschodu gwałtowny wicher, grożący zupełnym prawie zahamowaniem biegu łodzi? — oto co najważniejsze było w owej chwili dla patrycjusza śmiertelnie zagrożonego rzymskiego cesarstwa i jego najbliższych współpracowników! Coraz silniej biły im serca, a Kasjodorowi wystąpił na czoło zimny perlisty pot. Szczególnie ciężkie do zniesienia dla wszystkich czterech było to, że chłopiec nie rzucał się, nie wymachiwał rękoma, nie krzyczał nie płakał, ale nieruchomo siedział jakby przykuty do swego miejsca, wciąż w tej samej pozycji: skulony, z kolanami podciągniętymi aż pod brodę, z twarzą ukrytą w dłoniach..

— Ja wiem, co on czuje — głuchym głosem odezwał się nagle Aecjusz — Zaprawdę nie masz nic straszniejszego ponad okrutną konieczność bezczynnego czekania na mające z zewnątrz nadejść jedyne wybawienie... Ileż razy tak samo... zupełnie tak samo jak to oto chłopię na wysepce, siedziałem z twarzą wtuloną w dłonie przy huńskim ognisku, czekając, aż powróci z wyprawy mezyjskiej przyjaciel mój, król Rugila. Wiedziałem; niech jeno przybędzie — jak triumfator wkroczy do Italii wyjęty spod prawa, szczuty i ścigany przez Placydię wygnaniec!.. Czekałem... tygodnie, miesiące, rok cały, dwa prawie lata... Nic nie robiłem — tak jak ten oto chłopiec.. myślałem tylko.. I on też na pewno myśli.. myśli o tym, że wybawienie może przyjść za późno... że nie doczeka... Jakże łatwo i szybko leci wówczas myśl!.. I jak strasznie człowiek cierpi.. bo wie, że nic nie poradzi.. że oto siedzi i czeka, a tymczasem Rugila może w ogóle nie wrócić... może polec w bitwie, zachorzeć śmiertelnie, dostać się do niewoli lub nadziać na własny miecz.. Albo wróci z odmienionym sercem.. Albo wróci taki jak zawsze, ale za późno.. Ileż to bowiem razy w ciągu tych długich miesięcy czekania strzelić mógł we mnie piorun albo ugryźć wąż, albo otruć czy we śnie zadławić jakaś mściwa, zazdrosna czy wprost przez kogoś nasłana a dzieląca moje łoże kobieta... Takie czekanie oto największa męka... Ale przecież doczekałem i mam, czegom chciał!...

Triumfująco uderzył ręką w stół, wywrócił pełną wina czarę i wcale już nie patrząc na morze, powiedział innym zupełnie głosem:

— Gwiazda już jest. Czas na nas, Marcellinie. Dzięki ci, Kasjodorze. Zechciejcie jeszcze tylko z Bassusem wysłuchać uważnie, co wam teraz powiem: słyszałem, że Petroniusz Maksymus, Faustus i Kwadracjanus żądają wprowadzenia u nas patrycjatu na sposób wschodni... Chcą, by miast jednego kilku było patrycjuszy i by nie był to tytuł przywiązany do osoby tego, co przy boku cesarza najwyższą sprawuje władzę — ale tylko najbardziej zaszczytne wyróżnienie. Chcą też, by drugim takim patrycjuszem został przy mnie Maksymus... Słuchajcież więc dobrze, co wam powiem: nie będzie tak. Póki żyję, jedynym będę patrycjuszem zachodniego cesarstwa. Maksymus zaś, jeśli chce, niech się przenosi in partes Orientis i bierze wschodni patrycjat z rąk Teodozjusza... Ja już staram się o taki sam patrycjat dla Merobaudesa (Marcellinus spojrzał na Aecjusza z głęboką wdzięcznością). I zauważcie, że gdy mówię: „Tak nie będzie", nie znaczy to, bym miał na myśli, iż musicie obalić w kurii wniosek, dotyczący zmiany znaczenia i uprawnień patrycjatu... Nie, wniosek taki w ogóle nie może być postawiony... A jeśliby ktoś miał ochotę go postawić — zapowiedz, Passusie, w senacie — że nazajutrz po tym scrinia memoriae, epistularum et libellarum i wszystkie inne urzędy, nie wyłączając prefektury miasta, precz wypędzą z wyższych stanowisk wszystkich senatorskich synków i poszukają nowych, lepszych sił wśród głodomorów, którzy dotąd do Placydusa tylko się cisnęli, a od owego dnia zaczną wielbić Aecjusza... Bądźcie zdrowi.

Czółno, wiozące brodacza z ocalonym synem, przybija już do brzegu. Kasjodor, który aż na trakt odprowadził Aecjusza i Marcellina, wraca na taras, gdzie odbywała się uczta przyjaźni, i sięgając po czarę z winem, mówi z uśmiechem do Bassusa:

— Aecjusz to istne błogosławieństwo niebios i zaprawdę wielkie zbawienie zachodniego cesarstwa — trudno przecież się zachwycać, gdy traktuje imperium i wszystko, co w nim jest, jakby to była wieś wzięta w dzierżawę od wiecznego Augusta.

— Od nas wzięta, Kasjodorze... od senatorskich rodów... — z naciskiem poprawia Bassus nie odwracając oczu od srebrnej tafli morza. — I wiesz, co ci jeszcze powiem?... Masz zupełną słuszność, ale czyż dożywotni dzierżawca nie przynosi zawsze panu włości więcej korzyści niż niewolnik lub najemnik?...

Kasjodor odejmuje od ust czarę, której dopiero co dotknął.

— Myślę, Herkulanie, że dożywotnia dzierżawa bardzo szybko przemieni się w dziedziczną włość. Niedługo już czekać. nieprawdaż?

Bassus milczy.

4

Nadzwyczajne posiedzenie rady cesarskiej, niespodzianie zwołane przez patrycjusza w czasie wyścigu w hippodromie, a wyznaczone na godzinę szóstą, nie rozpoczęło się przecież jeszcze nawet o ósmej, choć tuż po siódmej zjawił się w komnacie obrad Walentynian. Czekano na Aecjusza.

— Od trzech godzin już rozmawia z posłami króla Gejzeryka — drżącym głosem wyjaśnił cesarzowi comes sacrarum largitionum — Izydor.

Walentynian nie słyszał o żadnym poselstwie. Wygrał w hippodromie wielki zakład z Sekstusem Petroniuszem i czuł się zupełnie szczęśliwy.

— Czegóż chcą posłowie Gejzeryka? — zapytał pełen szybko narastającej trwogi i nagle uczuł, że blednie, a sprężyste, wyćwiczone nogi zaczynają trząść się jak w silnej gorączce. Dostojnicy otoczyli go ciasnym kołem, poufale, świętokradczo... (..Świętokradczo — powiedziałaby matka" — pomyślał imperator).

Nikt z nich właściwie nie wie, czego naprawdę chcą posłowie wandalscy, wszyscy przecież przypuszczają, że poselstwo nie jest niczym innym, jak tylko zapowiedzią rozpoczęcia wojny.

— Niecny heretyk Gejzeryk — szepcze, jeszcze bledszy niż cesarz kwestor świętego pałacu — w taką szatańską wbił się pychę, że albo uważa, że odkąd nie jest federatem, powinien we wszystkim naśladować obyczaje cesarstwa, a więc i rozpoczynać wojnę od uroczystego wypowiedzenia — albo chce pokazać, że tak dalece gardzi Rzymianami jako przeciwnikiem, iż zamiast uderzyć niespodzianie jak dawniej — daje im jeszcze czas do przygotowania obrony...

Najbardziej przecież przerażony jest Albinus Sommer, od dwu już lat piastujący upragnioną godność prefekta pretorium Italii: wysoko ponad wszystkie głowy wyciągnięta prawa jego ręka rozpaczliwie potrząsa pergaminowym zwojem. Nie dalej jak pięć dni temu otrzymał ten oto list od prefekta pretorium Galii, donoszący o niesłychanych przygotowaniach wojennych króla Teodoryka i wyrażający niezłomne przekonanie, że w tym samym dniu, kiedy Gejzeryk rozpocznie działania wojenne przeciw Italii — Wizygoci uderzą w trzech równocześnie miejscach: na Arwernie, Narbonę i Gabale; pomoc zaś osiadłych na prawym brzegu Rodami, pod Walencją, federatów alańskich, jeśli nawet i nie okaże się wątpliwa, w każdym razie na pewno nie będzie skuteczna zarówno ze względu na małą liczbę wojowników alańskich, jak i na odległość dzielącą Rodan od granicy posiadłości wizygockich... Słuchając słów Albinusa Sommera, wszyscy najprześwietniejsi jak jeden mąż utkwili w cesarzu wymowne błagalne spojrzenie: nie wolno dopuścić do wojny!... Czyż ma Gejzeryk powtórzyć to, co przed trzydziestu pięciu laty uczynił Alaryk?... Rzecz najważniejsza to bronić Miasta... bronić Italii! za wszelką cenę!... Nad Galią niech czuwa Bóg, skoro nie może jej osłaniać Pax Romana... Niech Teodoryk bierze, co chce i ile chce: resztę Akwitanii, Narbonę, północny brzeg Ligeru — byleby tylko można było ściągnąć na obronę Italii wszystkie galijskie legie...

— Widzicie! — woła w rozpaczy kwestor świętego pałacu: Rok już mija, jak uchwalono nowy podatek wojskowy — kupcy jako tako dają swoje sylikwy, ale przesławni possessorowie?!... Niech ich piekło pochłonie!... Gdyby nie ich opieszałość, mielibyśmy nowych dziesięć legii, a tak... nawet Italii nie obronimy...

W komnacie obrad powstaje popłoch.

— My nie obronimy, ale Aecjusz obroni — z głębokim przekonaniem krzyczy comes rerum privatarum.

— Czym? — gorzko uśmiecha się kwestor. — Swymi dziesięcioma palcami?! Przeciwnie, za wszelką cenę musimy go skłonić, by rzucając się w wir nierównej walki nie narażał swej osoby, swej sławy i spokoju Italii.

— Dla niego nie masz nierównej walki — upiera się comes rerum privatarum.

Przecież Albinus Sommer szepcze już cesarzowi do ucha:

— Składamy dar Hunom, możemy złożyć i Gejzerykowi.

Twarz Walentyniana oblewa się purpurą, już otwiera usta, by coś powiedzieć, ale oto nagle wyprężają się pełniący przy drzwiach straż silentiari, miecze ich głośno uderzają w tarcze

— Ave, vir gloriosissime — ryczą z przejęciem i uciechą potężne ich gardziele.

Aecjusz szybkim sprężystym krokiem wchodzi do komnaty obrad. Wnet opadną go pytające, błagalne, chciwe, gorączką trawione spojrzenia — pełne trwogi i bezbrzeżnej rozpaczy, ale także i wciąż jeszcze niezagasłej ufności... od wielu lat głęboko wkorzenionej wiary...

— Czegóż żąda król Gejzeryk? — z trudem opanowując drżenie warg. pyta cichym, bardzo cichym głosem Walentynian Augustus

— Niczego nie żąda.. nie śmie żądać... prosi jeno... kornie prosi o łaskę i zaszczyt spowinowacenia się z rodziną cesarską... Prosi wiecznego Augusta, by zechciał wyrazić swą zgodę na poślubienie starszej ze swych córek synowi królewskiemu Hunerykowi.

Gdyby stojący na progu Aecjusz zdarł nagle swą brodę, szerokie szczęki, czerstwe policzki i ukazał cesarskiemu consistorium chudą, wiecznie żółtą, wiecznie przekrzywioną grymasem cierpienia i nienawiści twarz Gejzeryka: gdyby silentiarii okazali się wandalskimi żołnierzami, a cała Rawenna jednym już tylko morzem płomieni — mniejsze by chyba zdumienie ogarnęło cesarza i najprześwietniejszych dostojników.. Patrycjusz zaś, zadowolony z wrażenia, jakie wywarty jego słowa, z uśmiechem mówił dalej:

— Dostąpiwszy tej najwyższej łaski i zaszczytu, król Gejzeryk natychmiast zawrze wieczysty pokój z ojcem swej synowej i nazajutrz po ogłoszeniu zaślubin wycofa z Sycylii wszystkie wandalskie oddziały, oddając Rzymianom Lilibeję wraz z wszystkimi zagarniętymi przez siebie okrętami. Wandalskie zaś okręty nie będą już odtąd napadały na rzymskie galery i sam król przypilnuje, by żadnych nie czyniono przeszkód ni trudności w dostarczaniu zboża mauretańskiego do Italii

— A czy przysięgnie na foedus?! — wdarł się nagle w ciszę, która zapadła po słowach Aecjusza. gorączkowy, radosny krzyk Albinusa Sommera.

— Król Wandalów nie jest i nie będzie federatem, jeno samowładnym i od nikogo niezależnym monarchą jak perski Król Królów — odparł Aecjusz — ale w kościele ariańskim na imię Boże, na krzyż Chrystusowy i na swój miecz przysięgnie dochowywać przymierza z cesarzem Rzymu jak z równym...

Albinus Sommer chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zmieszał się, spiorunowany dumnym, gniewnym pogardliwym spojrzeniem cesarza, który majestatycznie krzyżując ręce na piersiach, wycedził przez zęby:

— Bluźnisz, Aecjuszu... Nie śmiej nic już więcej mówić... Każde twe słowo — choć tylko cudze powtarza życzenie — jest obrazą dla majestatu Romy i jej Pana...

— Bluźnierstwo... majestat... świętokradztwo... wszystkie te słowa, któreś wraz z mlekiem wyssał z piersi matki, wieczny Auguście, jakże inną, niestety, posiadają dziś wartość niż w czasach dzieciństwa twej wieczności... Czyżbym śmiał na przykład wiecznej Placydii doradzić płacenie stałej daniny Hunom?... Nawet myśleć nie odważam się o tym, co by na to odpowiedziała, wieczny nasz panie... Czasy się zmieniają i my z nimi — jak to powiadał cytując jakiegoś starego poetę Merobaudes... A zresztą, panie nasz, czyż wieczny brat twój Teodozjusz nie jest synem Frankonki?... A stryj twój Honoriusz Augustus nie poślubiłże kolejno dwu córek Stylikona, takiegoż Wandala jak Huneryk?... Ale po cóż daleko szukać, panie nasz?!... Jakże mogłem od razu nie przypomnieć sobie: wszak wieczna twoja matka Placydia dobrowolnie poślubiła barbarzyńcę, i to króla federatów, nie dziedzica niezawisłego królestwa!

Walentynian przygryzł wargi. Jakże nienawidził w owej chwili wszystkich tych dostojników!... Choć utkwił oczy w posadzkę, czuł na sobie ich spojrzenia pokorne, błagalne, a już pełne nadziei, radosne, szczęśliwe. I nagle zaśmiał się wesoło a szyderczo... Jakże mógł zapomnieć...

— Wszak Huneryk ma żonę! — zawołał. — Córkę Teodoryka!..

W okamgnieniu zgasł na wszystkich twarzach promyk nadziei i radości. Opętani najpierw rozpaczą, a potem nagłą nadzieją zapomnieli o wszystkim.

— Nie ma żony — spokojnie odparł Aecjusz.

— Umarła? — zawołało naraz w upojeniu kilka głosów.

— Żyje, ale dla świata jakby umarła... Nikomu już się: nie pokaże... Gejzeryk obciął jej uszy i nos i odesłał do Tolozy...

— Dlaczego?... Za co?... Jakże to?... — opadli go gradem natarczywych pytań, w których pospolita ludzka ciekawość brała już górę nad troską o dobro cesarstwa, nawet nad rozpaczą i nadzieją.

— Za karę, że chciała go otruć... wykrył, iż nastawała na jego życie...

W głosie jednak Aecjusza, gdy mówił te słowa, grały takie figlarne i ironiczne nuty, w oczach zaś malował się taki złośliwy a wesoły uśmiech — że Albinus Sommer, również złośliwie i porozumiewawczo się uśmiechając, zawołał:

— Powiedzże całą prawdę, Aecjuszu... Naprawdę wykrył, że chciała go otruć?...

— Naprawdę wykrył — nie chce tylko nikomu powiedzieć, jak... Ja przecież myślę, że albo we śnie miał objawienie od jakiegoś ariańskiego anioła, albo — co jest pewniejsze — doznał nagłego olśnienia po nocy, spędzonej bezsennie na rozmyślaniu nad treścią listu, w którym mu tłumaczyłem, że niezależnego władcę tylko hańbi powinowactwo z królem federatów...

— Więc to ty sam, Aecjuszu... — zaczął gniewnym głosem Walentynian, natychmiast przecie zagłuszył go rozbrzmiewający niewypowiedzianym zdumieniem i radością szczęśliwy — jakby jakiegoś wielkiego odkrycia dokonał — głos kwestora świętego pałacu:

— Ależ i znienawidzi teraz Teodoryk Gejzeryka!...

Aecjusz spojrzał na niego z uznaniem i uśmiechając się, rzekł:

— Przecież o to tylko chodzi.

I nagle wszyscy, nie wyłączając Walentyniana, zrozumieli: przecież o to tylko chodzi. Od tej chwili straszliwa nienawiść i żądza zemsty, których do końca dni swoich nie przestanie żywić król Gotów do Gejzeryka, najlepszą jest rękojmią całkowitego rozbicia się jednolitej, przeciw Rzymowi skierowanej potęgi ariańskiej. A jeśli cesarz zgodzi się, wydać swą córkę za Huneryka, to Teodoryk nie tylko będzie osamotniony w swej nienawiści do Rzymian i walce o zdobycie Galii, ale nadto będzie miał przeciw sobie złączone przymierzem i węzłami krwi cesarstwo i potężne królestwo Wandalów.

Nie pokornie już i błagalnie, ale zuchwale, natarczywie, wyzywająco patrzą najprześwietniejsi dostojnicy w gniewnie pobladłe oblicze majestatu; gdy zaś przeniosą spojrzenie na patrycjusza, natychmiast podziwem, czcią i wdzięcznością rozpromieniają się zimne i bezlitosne przed chwilą twarze. Magister officiorum szybko układa w myśli przemówienie, mające surowymi słowami wzorów przeszłości wzywać cesarza do bezwzględnego złożenia ofiary na ołtarzu ojczyzny. Jeden tylko comes sacrarum lagitiorum Izydor stoi jeszcze po stronie majestatu.

— Król Gejzeryk znany jest nie tylko z okrucieństwa — mówi — ale też z przewrotności i skłonności do zdrady... Czemuż więc nie przyjdzie ci na myśl, Aecjuszu, że i najszlachetniejszą Eudocję może — przed czym niech Chrystus i Maryja Theotokos bronią! — spotkać podobna krzywda z ręki teścia, jaka się przydarzyła pierwszej jego synowej?... I skąd masz pewność, iż za lat pięć czy dziesięć, uśpiwszy naszą czujność rzekomą przyjaźnią i szacunkiem dla związków krwi, nie napadnie znienacka na rzymskie posiadłości, jak to dotąd miał w zwyczaju czynić?!

Walentynian patrzy na Izydora z przyjemnym zdziwieniem i wdzięcznością: wszyscy inni — na Aecjusza z niepokojem. a pytająco

— Mądrze mówisz, najprześwietniejszy Izydorze — spokojnym. nawet przyjaznym głosem odpowiada patrycjusz. — Mylisz się przecież w jednym.. Lepiej niż ktokolwiek z was znam barbarzyńców; wiem, że choćby jakowyś najpotężniejszy z nich, Trajanowi samemu równy, całe pobił imperium, a nadto Persję. Etiopię, Indie i kraj Sinów — jeszcze by drżał przed podniesieniem świętokradczej dłoni na rzymską cesarską krew i majestat... Natomiast zupełnie godzę się z tobą, że nie za dziesięć lub pięć, ale za dwa już lata zechce Gejzeryk pogwałcić przymierze i najechać Italię... Niechże najeżdża... nic nie poradzi przeciw Romie i jej nowemu, a potężnemu sprzymierzeńcowi, niezłomnie wiernemu. gdy będzie szło o walkę z Wandalami — Teodorykowi!...

Teraz już nawet Izydor patrzy na Aecjusza z bezgranicznym zachwytem. Taka głowa! Bodajże więcej warta niż niezwyciężone jego ramię! Walentynian przecież nie ustępuje.

— Najszlachetniejsza Eudocja rozpoczęła dopiero ósmą wiosnę — woła. — Jakże może iść w hunerykowe łoże?...

— O tym też pomyślałem... Na moje żądanie posłowie w imieniu króla i Huneryka zgodzili się na to, iż do ukończenia piętnastej wiosny najchwalebniejsza Eudocja pozostanie przy boku wiecznych rodziców, a małżonek — który, ilekroć zechce, będzie mógł odwiedzać dwór cesarski — aż do tego czasu nie będzie jej niewolił, by szła z nim do łoża...

Niewypowiedziana zazdrość i nienawiść jak płomień żarłoczny ogarniają duszę i myśl Walentyniana na widok pełnych nabożnej czci i zachwytu spojrzeń, jakie całe consistorium kornie z radością ściele pod stopy zwycięskiego Aecjusza. Zwycięskiego?... Nie, jeszcze nie zwyciężył!. Wysoko unoszą się w górę czarne, ostro wygięte łuki brwi nad okrągłymi, nieco wypukłymi oczyma.. Wyniośle a szyderczo i gniewnie zarazem zacięły się teodozjańskie wargi. Walentynian czuje, że oto wchodzi weń nieustępliwy, nigdy niestrudzony w zacieklej walce z tym oto śmiertelnym wrogiem, zawsze jednakową płonący ku niemu nienawiścią — duch matki Placydii... Od niej się nauczył: „Gdy będziesz walczył z Aecjuszem, tam gdzie zawiedzie siła, chwytaj się podstępu". Dzięki ci, matko!.. Dzięki za natchnienie! Oto już gotów jest cios: porazi niezawodnie, choć nie wiadomo jeszcze, w co ugodzi — w sławę i moc obrońcy cesarstwa czy w uczucie ojca?!...

— Przekonałeś nas, Aecjuszu. — Patrycjusz drgnął: tak podobny był głos cesarza do głosu matki... i nie tylko głos, ale i sposób mówienia. — Dla dobra imperium i pokoju rzymskiego poświęcilibyśmy naszą dumę ojcowską i cesarską — przypomnieliśmy przecież sobie, że to patrycjusz cesarstwa niezwyciężony Aecjusz pragnął ujrzeć w najchwalebniejszej Eudocji małżonkę swojego syna... Jakżebym więc mógł odmówić tak zasłużonemu mężowi, przyjacielowi największemu. najgodniejszemu z Rzymian?!...

Bezgraniczne zdumienie odmalowało się na twarzach wszystkich dostojników. Aecjusz zaś wcale nie ukrywał swej radości. Zaledwie Walentynian wspomniał jego syna — od razu przeniknął, dokąd zmierzają cesarskie słowa, i teraz już z góry rozkoszował się ciosem, jaki zada za chwilę, bez trudu a z wielką korzyścią dla siebie odbijając chybione i zaprawdę samobójcze pchnięcie syna Placydii. Śmiać mu się chciało na myśl, że oto sam Walentynian ułatwia znienawidzonemu dyktatorowi ponowny triumf nad majestatem. Toteż z oczu biły mu szczęśliwość i duma, gdy zaczął mówić spokojnie i jakby niedbale:

— Zaiste wielka to dla mnie łaska i zaszczyt najwyższy, że twoja wieczność tak raczy się troszczyć o połączenie aecjuszowej krwi z cesarską... Dzięki ci za to, panie. Przysięgam, że nigdy bym się nie ośmielił marzyć o takiej twej troskliwości.. Cieszę się, że i dla ciebie, o wieczny, sprawa to równie ważna jak dla mnie, ale zaprawdę nie wierzę, by któryś z nas choć przez chwilę mógł się wahać, czy wolno mu z tych spraw złożyć ofiarę na ołtarzu ojczyzny... Na szczęście przecież dla nas obu nie wymaga Bóg takiej ofiary!... Oto bowiem dwukrotnie raczył błogosławić łono wiecznej Eudoksji Augusty, toteż gdy najszlachetniejsza Eudocja dla dobra Romy poślubi Huneryka, dla mego syna pozostanie przecież jeszcze najszlachetniejsza Placydia, może bardziej nawet dlań odpowiednia, bo rówieśniczka...

5

Pan Karyzjaku nisko pochylił głowę.

— Dzięki ci, Aecjuszu, i chwała twej niezrównanej szybkości. Jeszcze trzy, cztery dni a byłoby już po mnie i po tym — rzekł kładąc rękę na wysokim stosie pergaminowych zwojów

— Cóż to jest? — zainteresował się patrycjusz. Młody possessor cofnął dłoń. Aecjusz zobaczył nieprzejrzane szeregi heksametrów.

— Cóż to jest? — powtórzył, jeszcze bardziej zaciekawiony.

— Mój przekład »Iliady«... całkowity, wiersz po wierszu... Lepszego nikt już nigdy nie dokona... A gdybyś wiedział. z jakiego wydania greckiego tłumaczę!.. Racz przejść do biblioteki, to ci pokażę tamten rękopis... Ma już trzysta przeszło lat i jest dokładnym powtórzeniem pierwszego odpisu z kodeksu samego Pizystrata...

— »Iliada«... »Iliada«... — daremnie usiłował przypomnieć sobie Aecjusz A przecież kiedyś na pewno tę nazwę słyszał. Na świętych Justa i Pastora, starzeje się już tak świetna niegdyś pamięć!..

— „Iliada” to najpiękniejsza opowieść, jaka kiedykolwiek wyszła z ust człowieczych... opowieść o wojnie trojańskiej...

— Pamiętam, pamiętam! — radośnie zawołał patrycjusz cesarstwa. — Wojna trojańska o królowę Helenę! Był tam jakiś Achilleus. Hektor i Ulixes... Jakże, czytałem to niegdyś... jako chłopiec jeszcze, w podręczniku Marcjana Kapelli, a potem drugi raz... obszerniejszą jeszcze o tych samych dziejach opowieść, przez Dariusza napisaną... Proza to przecież była, nie wiersze...

Pan Karyzjaku pobłażliwie się uśmiechnął.

— Marcjan Kapella to nieuk i istny barbarzyńca, podręcznik jego powinno się niszczyć i palić... A Dariusz?... Dariusz to nędzne streszczenie w najlichszej prozie, prawdziwa zaś opowieść o wojnie trojańskiej napisał w najpiękniejszych wierszach greckich ślepy poeta Homer...

— Ślepy?-.. Jakże mógł pisać?!...

— Słuszne jest twe zdziwienie, najchwalebniejszy patrycjuszu. Pomyliłem się... Homer nie napisał, ale pierwszy wyśpiewał "Iliadę", a inni zapisali...

— Wyśpiewał?... Homer?... Nigdym nie słyszał tego imienia...

— Niemożliwe, Aecjuszu!... Wszak to największy poeta wszystkich czasów...

Patrycjusz zmarszczył brwi.

— Kpisz sobie ze mnie,. dostojny mężu... Największy poeta wszystkich czasów?!. Większy od Merobaudesa?...

Z trudem powstrzymując gwałtowny wybuch śmiechu, nie mogąc słowa z siebie wykrztusić, pan Karyzjaku potrząsnął tylko twierdząco głową.

„Może i nie kłamie" — pomyślał Aecjusz. ..Wszak Marcellinus też nie lubi poezji Merobaudesa.. Ale od Klaudiana chyba na pewno gorszy jest ów Homer"...

Powtórzył tę myśl głośno Possessor już opanował duszący go śmiech i tylko oczy mu się uśmiechały, gdy powiedział

— I od Klaudiana też lepszy...

— Ale od Wenancjusza to już nie?...

— I od Wenancjusza..

Aecjusza zaczynało to bawić Pan Karyzjaku na pewne kłamie — z nieświadomości prawdopodobnie, a nie ze złej woli — patrycjuszowi przecież sprawiało przyjemność grzebanie w swej pamięci i wyciąganie z niej coraz to innych imion. Jak poeci, to poeci... miał już ich całą garść: Palladas z Aleksandrii, Ewargiusz, Mariusz Wiktor, Paulinus z Noli, Prudencjusz. Jedno po drugim ciskał w młodego possessora te sławne, czczone przez gramatyków imiona, i za każdym razem słyszał to samo:

— Gorszy od Homera...

Wreszcie postanowił skończyć zabawę, dobijając przeciwnika imieniem, którego gramatyk, nauczyciel Aecjusza przed czterdziestu laty, nie wymawiał inaczej jak z modlitewną czcią. „Niezłą jednak mam jeszcze pamięć — ucieszył się szczerze patrycjusz — i przecież wreszcie przydały mi się na coś nauki gramatyka..."

— Maro! — zawołał, triumfująco patrząc na właściciela willi.

Tamten z powagą skinął głową.

— Nareszcie wymieniłeś kogoś godnego, Aecjuszu. ale to też tylko pojętny uczeń Homera, nie mogący się równać z mistrzem..

A widząc, że Aecjusz znów zaczyna marszczyć surowo brwi, zmienił pośpiesznie przedmiot rozmowy

— Gdy ukończę cały przekład, pierwszy kodeks tobie ofiaruję, Aecjuszu... Wszak tyle tobie zawdzięczamy, ja i moje dzieło...

— Mnie? Bardzoś uprzejmy, Karyzjuszu.. powinieneś zostać panegirystą, zamiast tłumaczyć tego swego Homera, którego nikt nie zna i nie czyta.. A zresztą po cóż mają to czytać, gdy wszystko, co tam jest, znają już wszyscy z książek Dariusza i Kapelli?.. Dzięki ci za chęć ofiarowania mi kodeksu, ale ja go też chyba nie przeczytam, przyjacielu... Jakem był bardzo młody, lubiłem poezje, ale teraz mnie nudzą.. Nie ukryję przed tobą: lubiłem słuchać Merobaudesa — to, co o mnie pisał, a zwłaszcza o małym mym Gaudencjuszu.

— W »Iliadzie« w szóstej pieśni znajdziesz coś godniejszego swej miłości do Gaudencjusza niż wiersze Merobaudesa... A w innych pieśniach...

Ale Aecjusz już go nie słuchał Z zaciekawieniem i przyjemnością rozglądał się po atrium karyzjuszowej willi. Ogromnie mu się podobało, jak zresztą i cały dom, i sam gospodarz, choć trawił czas na nikomu niepotrzebnej robocie, w istocie zaś wcale nie znał się na poezji. Patrycjusz cesarstwa ze zdziwieniem stwierdził, że nigdy niczyje mieszkanie i żadna willa nie zrobiły na nim tak przyjemnego wrażenia... Nie rozumiał, czemu tak jest; ale już w owej pierwszej chwili, gdy na czele wojsk, mając przy boku Marcellina i Majoriana, wynurzył się z lasu i za zakrętem ujrzał srebrną wstęgę Izary, a na jej tle bladoróżowe marmury Karyzjaku, doznał uczucia nieomal takiego jak wówczas, gdy w noc poślubną podziwiał piękno rysów i ciała Pelagii. Tu też postanowił zatrzymać się na krótki odpoczynek. wysyłając jeden cuneus jazdy pod wodzą samego Majoriana aż poza Axonę po najświeższe wiadomości o miejscu obozowania i ruchach króla Klodiona.

Od czasu zaślubin Eudocji i Huneryka nagły wypad Franków z Toksandrii w kierunku Axony był pierwszym poważniejszym pogwałceniem pokoju rzymskiego przez federatów i łatwo mógł podziałać jako przykład na spokojnych od niejakiego czasu Alanów i Burgundów By zapobiec więc z góry wszelkim dalszym próbom zakłócenia spokoju w północnej i wschodniej Galii, Aecjusz postanowił osobiście wyprawić się przeciw Frankom, których zamierzał rozgromić i nastraszyć na przyszłość, tak aby już na dłuższy czas zapewnić bezpieczeństwo Belgice, a zarazem dać odstraszający przykład innym federatom. Chciał bowiem na czas jakiś opuścić Galię, a przenieść się do Hiszpanii gdzie nowy magister utriusque militae, następca Merobaudesa, Witus, z trudem bronił prowincji tarrakoneńskiej przeciw królowi Swebów wspomaganemu przez coraz to groźniejsze bunty chłopskie. Na nieco dalszą zaś przyszłość Aecjusz układał sobie plany nowej wojny przeciw Teodorykowi i okrutnej pomsty na całym ludzie wizygockim za umęczenie Litoriusza...

Pan Karyzjaku zaczął znowu mówić o »Iliadzie« i o swej pracy.

— Po cóż ty to robisz? — zapytał Aecjusz. — Na co się komu przyda ten twój przekład.

— Po to robię, by za lat dwieście czy trzysta, a może i więcej ludzie przyszłych pokoleń, którzy nie będą umieli czytać po grecku, poznali całą potęgę i czar poezji Homera i dowiedzieli się o wielkich czynach syna peleusowego Odyssa i Diomeda, i innych nie z ohydnych skrótów Kapelli i Dariusza, ale w całej wspaniałości obrazów stworzonych przez Homera...

Roześmiał się Aecjusz.

— O Homerze ani ja, ani mój nauczyciel gramatyk z Nowej Romy — nigdyśmy nic nie słyszeli... a te wielkie czyny Odyssa, Diomeda i innych, których wspominasz, za dwieście lat na pewno jeszcze mniej będą obchodziły ludzi niż teraz, a i teraz zaprawdę nawet w dalekiej Persji znający naszą mowę mędrcy wolą czytać to, co o moich czynach pisał Merobaudes... Nie mówię już o tych, co u nas czytają poezje: w Galii lub Italii...

— Zaprawdę nie masz słuszności, najchwalebniejszy patrycjuszu — żywo odparł Karyzjusz. — Twój nauczyciel — gramatyk na pewno wiedział o Homerze i czytał »Iliadę«... I ty też znałeś to imię, tylkoś zapomniał... Przysięgam ci na Chrystusa, że za lat dwieście, a może i tysiąc ludzie, co miłować będą poezję — jeśli będą coś wiedzieli o naszych i greckich poetach, to przede wszystkim o Homerze, z tych zaś, kogoś ty wymienił, o żadnym prócz Marona.. Bo miłośnik poezji nawet po tysiącu latach od razu pozna, co dobre, a co złe, i to, co złe, odrzuci precz ze swej biblioteki i pamięci swojej... I jeszcze powiadam ci, Aecjuszu, że jeśli choć jeden kodeks Homera ocaleje i po wiekach trafi do rąk przepisywaczy — za tysiąc lat i dwa tysiące moc będzie takich, co pamiętać a sławić będą czyny Achilleusa, Odyssa, Diomeda, Ajaksów i Hektora, nikt zaś prawie o twoich nie będzie wiedział czynach, tak jak my dziś nic prawie nie wiemy o Galach sprzed pięciuset lat czy Etruskach...

Aecjusz zerwał się z marmurowej ławy Nie na żarty był rozgniewany, cóż sobie myśli ten młokos?!... Karyzjusz przecież nie dał mu przyjść do słowa.

— Nie, nie — wołał — nie ruszaj się... wysłuchaj mnie do końca, Aecjuszu. Nareszcie... Nareszcie mam sposobność wyjawić to wszystko, o czym przez tyle lat myślałem... I to komu?... właśnie tobie... tobie samemu, któryś tak często był przedmiotem moich myśli. Nie powinieneś żywić gniewu do mnie za tamte słowa, najchwalebniejszy... Mówiłem, w co wierzę, lecz nie chciałem cię obrazić... Gdzieżbym ja mógł chcieć cię obrazić?! Ja ciebie?!... Ja, który cię tak wielbię i czczę... który tak wiele a od tak dawna z twojej korzystam pomocy, ja, który lepiej niż ktokolwiek — lepiej niż ty sam, wiem, kim jesteś i w czym tkwi największa twa chwała...

Aecjusz istotnie już się nie poruszył wcale i do końca wysłuchał słów pana Karyzjaku. Stał nieruchomo obok marmurowej ławy, z której się był zerwał — tak jakby był tylko swoim własnym posągiem. Z bezgranicznym zdumieniem patrzył na żywo namiętnie wyrzucającego dziwne słowa urodziwego wyniosłego possessora... Wreszcie zdobył się na to, by zawołać głosem raczej zaniepokojonym niż szyderczym

— Ty, Karyzjuszu?... Ty masz znać mnie lepiej niż ja sam siebie?...

— Tak, Aecjuszu — z żarem potwierdził Karyzjusz. — Zechciej posłuchać tylko.. Kimże ty jesteś?.. Patrycjuszem cesarstwa, dyktatorem, postrachem wrogów Romy, obrońcą pokoju rzymskiego, niebawem zaś zajdziesz jeszcze wyżej — może będziesz ojcem cesarza.. Ale czyś się zastanowił kim jesteś naprawdę? Oto napierają na cesarstwo ze wszech stron barbarzyńcy, łupią, niszczą, zdobywają — ty nas bronisz przed nimi nieprawdaż?.. Ale czy tylko nas bronisz?... Nie, Aecjuszu, bronisz tego wszystkiego, co stworzyły wieki i dziesiątki wieków.. bronisz nie tylko pokoju rzymskiego i potęgi a chwały rzymskiego imienia, ale bronisz też Homera, o którym nie wiesz, i posągów etruskich, na które nigdy nie spojrzysz, a za które setki funtów złota płaci konstantynopolski eunuch — bogacz Lauzus.. Otoś przybył na jakiś tydzień przed napadem Franków i ocaliłeś  czyż tylko mnie?.. Tylko tę willę, która tak ci się spodobała?... nie.

Aecjuszu, ocaliłeś promieniejące na cały świat piękno poezji, zaklęte w heksametrach Homera... Rozumiesz więc teraz, za com ci winien wdzięczność?... Oto póki ty żyjesz, póki rządzisz i walczysz, spokojnie mogę tu, na krańcach świata rzymskiego, na ziemi swych ojców kończyć swój przekład »Iliady«, pewny, że nic złego nie spotka mnie ani mojej pracy, póki ty nas bronisz... Ale gdy zabraknie ciebie, Aecjuszu, w gruzy runie wszystko.. cesarstwo i potęga Rzymu i Pax Romana, a wraz z nimi i ja, i mój Homer i wszystko, co pięknego mądrego i dobrego stworzyły pod osłoną Romy wieki. Rozumiesz teraz, Aecjuszu, czym jesteś?.. Ostatni Rzymianin — oto twoje imię!.. Im dłużej będziesz żył a bronił i rządził, tym liczniejsze będą cię błogosławiły ust tysiące i ksiąg setki.. Przecież i tak już o trzydzieści lat przedłużyłeś nasze i całego świata naszego życie.. opóźniłeś na czas jakiś nadejście straszliwej nocy.. Chwała ci, ostatni Rzymianinie!..

I nim zdumiony Aecjusz zdołał uświadomić sobie, co młody possessor chce uczynić, pan Karyzjaku klęczał już w kornej postawie u jego nóg i całował brzeg ametystowej szaty

Po chwili zaś już stał na nogach i skrzyżowawszy ramiona na piersiach mówił:

— Tak, Aecjuszu.. Najwyższa twa chwała, bo największa zasługa

Aecjusz drgnął Zrazu niewiele przywiązywał wagi do niezupełnie przytomnych, jak mu się zdawało, słów Karyzjusza — ale oto przecie słyszy z jego ust te same słowa, które w kalendy styczniowe w bazylice Świętego Pawła za Murami wyrzekł o nim biskup Rzymu, Leon. Ale bo też w owe kalendy styczniowe istotnie najwyższa uwieńczyła go chwała — taka, o jakiej jeszcze niedawno marzyć nawet nie śmiał. Oto wszędzie, gdzie tylko dociera słowo rzymskie, spiesznie pochylają się nad tabliczkami i pergaminami kronikarze.. Zdumieni, zachwyceni, olśnieni — wielkimi ozdobnymi literami zapisują wyjątkowe, nad wszystko inne ważniejsze wydarzenie. W Hiszpanii napiszą, że w roku czterysta osiemdziesiątym czwartym miejscowej ery... w Elidzie, iż w tysiąc dwieście dwudziestym czwartym roku po pierwszej Olimpiadzie... w Rzymie, że w tysiąc sto osiemdziesiątym czwartym roku ab urbe condita... w Konstantynopolu, iż w pięćtysięcznym dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku od stworzenia świata, a znów w Aleksandrii, że w pięćtysięcznym dziewięćset trzydziestym ósmym roku od tegoż pierwszego dnia stworzenia — wszędzie zaś, że w czterysta czterdziestym szóstym roku od narodzenia Chrystusa Syna Bożego — po raz pierwszy zdarzyło się od trzystu z górą lat, od czasów imperatora Hadriana, by oto trzykrotny piastował konsulat śmiertelnik... poddany... nie należący do cesarskiej rodziny!... Nawet Konstancjusz dopiero wówczas, gdy został Augustem, dopuszczony został do trzeciego konsulatu!...

Dziwne uczucie szczęśliwości rozpiera Aecjusza: trzykrotny konsulat... uroczyste ogłoszenie Gaudencjusza narzeczonym najchwalebniejszej Placydii... I oto ostatni Rzymianin!.. Pięknie to powiedział i może nawet niegłupio wywiódł pan Karyzjaku, ale czyż nazwa ta potrafi przeżyć tego, co ją wymyślił... oddalonego o tysiące mil od italskich stolic belgijskiego samotnika?... Pod wpływem panegiryków Merobaudesa w Aecjuszu bardzo silna rozwinęła się troskliwość o nieśmiertelność własnej sławy... Pyta więc Karyzjusza, czy zamierza ogłosić to swoje określenie: ostatni Rzymianin?...

— Czy tylko mnie samemu może chciałeś to rzec, ale tak, by nikt inny tego się nie dowiedział? — dodaje, by zatrzeć wrażenie zbytniej dbałości o sławę.

— Owszem, ogłoszę, ale dopiero wówczas, gdy dokonasz największego swego czynu...

— Gdy zniszczę Wizygotów?...

— Gdy pożyjesz tak długo i tak długo jeszcze będziesz tarczą cesarstwa, aż spokojnie skończę przekład ostatniej pieśni... Wówczas w prefacji obszernie napiszę, co dziedzictwo poprzednich wieków zawdzięcza ostatniemu Rzymianinowi...

Do atrium szybko wchodzi młody Majorianus.

— Mężu najchwalebniejszy — woła — król Klodion z tysiącami niewolników i nieprzebranymi skarbami, jakie zrabował w miastach i willach nad Axoną, pospiesznie cofa się ku Toksandrii... Jak go nie dopadniemy przed Kamarakiem, będzie prawie bezpieczny, bo w swoim kraju...

W okamgnieniu zapomina Aecjusz o Homerze, o przydomku; ostatni Rzymianin, o wszystkim, co mówi Karyzjusz.

— Jedziemy!... Uderzyć w buciny!...

— Mężu najchwalebniejszy, a wieczerza? — zdumiony pyta pan Karyzjaku. Aecjusz uśmiecha się.

— Dziś nie będziemy jedli wieczerzy... może na siodle... Majorianie. każesz zabrać wszystkie konie ze stajen Karyzjaku! — Młody possessor patrzy na patrycjusza nie rozumiejącym spojrzeniem, tak jakby się przesłyszał. — Zapłacę ci, Karyzjuszu — inaczej niż z innymi to robię — a i w powrotnej drodze wstąpię do ciebie z podarkiem... ale teraz żadnego nie zostawię ci konia... Za to zostawię wszystkich piechurów... Tak, tak, Majorianie... Bierzemy samą konnicę, pojutrze musimy dopędzić Klodiona!... Bądź zdrów, Homerze!

— Niech cię Chrystus prowadzi, ostatni Rzymianinie!... Zwyciężaj!

Aecjusz patrzy chwilę w zamyśleniu na wyniosłą piękną postać Karyzjusza i nagle ściszonym głosem (żeby nie usłyszał stojący w przeciwnym rogu atrium Majorianus) rzuca pytanie, którego nie zadawał sobie od wielu, wielu już lat:

— A jeśli zginę?...

Na wargach pana Karyzjaku zjawia się uśmiech pobłażliwej wyższości.

— Nie zginiesz... Nie możesz zginąć... Wszak nie skończyłem jeszcze nawet czternastej pieśni...

6

Drugi już dzień mkną w szalonym pędzie poprzez rozległe połacie Drugiej Belgiki — na północ od Wiromanduów, niemal doszczętnie spustoszone ogniem, mieczem i chciwością barbarzyńców. Od wyjazdu z Karyzjaku Aecjusz ani na chwilę nie zmrużył oczu, nie schodził też prawie wcale z siodła a od dziesięciu godzin nie brał już do ust pożywienia ni wina. W zniszczonej krainie niezmiernie trudno było o jakąś żywność, wojsko zaczynało odczuwać głód i znużenie — ale to tylko zdwajało szybkość i energię patrycjusza. Zanim ludzie i konie poczną wyczerpywać się naprawdę — za wszelką cenę musi dopaść Franków koniecznie jeszcze na ziemi cesarskiej, uderzyć niespodzianie i taki sprawić im pogrom, by niezdolni już byli do dalszej walki i natychmiast poczęli błagać o wznowienie przymierza. Wszystko trzeba było rozstrzygnąć jedną bitwą: o prowadzeniu wojny choćby przez dwa tygodnie nie mogło być mowy... Nie byłoby czym żywić wojska, a przy tym za szczupłe miał przy sobie Aecjusz siły, by móc walczyć z całym narodem, i to na jego własnych ziemiach... Zamierzał więc po uzyskaniu zwycięstwa i odnowieniu przez Klodiona przysięgi na foedus natychmiast powrócić do żyznych okolic Lutecji; w razie rozgromienia bowiem Franków wojsko wraz z jeńcami i zrabowanymi skarbami zdobyłoby wprawdzie także pożywienie, ale przecież bardzo niewiele — tyle tylko, by nabrać sił niezbędnych do szybkiego powrotu... Barbarzyńcy sami przymierali głodem — Aecjusz wiedział o tym i tylko temu przypisywał wypad Klodiona nad Axonę; nie ukrywał też wcale istoty i powagi położenia przed swym wojskiem, ale zarazem nęcił żołnierzy nadzieją walki, łupów (..Połowę odzyskanych skarbów weźmiecie sobie... tylko połowę bowiem oddam prawym właścicielom!"), kobiet i jednorazowej, lecz bardzo obfitej uczty. Rzymskich jeńców zamierzał odbić, ale frankońskich brać zakazał: nie będzie czym karmić...

O świcie trzeciego dnia między żołnierzy rozdano resztę żywności

— Wieczerzę musicie zdobyć sobie na Frankach! — wołał Aecjusz objeżdżając szeregi. — Wieczerzę, a po niej przyjemną noc z urodziwymi barbarzynkami!

Po krótkim odpoczynku i posiłku poczęli przedzierać się poprzez gąszcze Lasu Węglowego. Aecjusz, z trudem hamując wzruszenie, poznawał miejsce jednego z pierwszych swych zwycięstw Oto tu przed osiemnastu laty comes domesticorum pobił młodego króla Klodiona!... I teraz znowu nań uderzy, w tym samym niemal miejscu... „Obaśmy się postarzeli od tego czasu" — myśli patrycjusz.

Ileż to wiosen upłynęło... ile zmian przeszło... ilu wielkich rzeczy się dokonało!... A król Franków tym samym jest, czym wówczas był.. Czemu tak się dzieje?... Czy sprawia to klodionowa małość, czy może raczej jego aecjuszowa wielkość, na której tle — jak powiada Merobaudes w jednym z panegiryków — niby gwiazdy na tle nieba nocnego poruszają się mali ludzie i małe ich sprawy.. A nawet wielkie potężne planety w owym niebieskim bezmiarze wydają się nie większe od małych gwiazdeczek..

Istotnie, były też i wielkie planety... nieraz potężne... Wschodziły nagle na tle jego życia i potem znikały na zawsze, a on trwał niezmienny. Ojciec, Konstancjusz, Rugila, Jan, Kastynus, Placydia, Feliks Bonifacjusz, Litoriusz, Sygiswult, Merobaudes... Zjawiają się. znikają, a on trwa... Prawdę zdają się mówić biedny, skrzywdzony Merobaudes, biskup Leon i ten dziwak z Karyzjaku: on, Aecjusz, jest największy! I nagle nie wiedzieć skąd zjawia się niewołana, niepożądana, zuchwała myśl, a w ślad za nią niemiłe, niemal bolesne uczucie wszak i król Klodion sam sobie wydaje się na pewno niebem nieruchomym, niezmiennym co trwa, a Aecjusz na jego tle niby gwiazda mała wschodzi... Tak jest zawsze i wszędzie: czyż nie napisał jakiś prezbiter afrykański historii sławnego a czystego żywota prawdziwie chrześcijańskiego wodza Bonifacjusza, na tle życia którego Aecjusz jak i Placydia, i Feliks — to zaprawdę jeno gwiazdy na tle niezmiennego nieba?!...

Rozgorączkowana myśl powraca do Klodiona... A może jeszcze tego wieczora zejdzie na zawsze planeta — Aecjusz z niezmiennego nieba: życia króla Franków?...

Gniewnie marszczy brwi. Po raz drugi już w ciągu trzech dni zjawia się myśl o śmierci. Nie zwalniając konia, odwraca głowę: o jakieś pięćdziesiąt kroków za nim jadą Rycymer, Marcellinus i młodziutki Majorianus, syn starego przyjaciela Waleriusza, od dwu dopiero lat pełniący służbę jako trybun, a potem comes w auxiliach (przedtem był w szkole protektorów), a już znaczną okryty sławą, Aecjusz bardzo go ceni, ale niezbyt lubi ..Kłamie przecież Maksymus — myśli patrząc na urodziwego młodzieńca — jakobym zazdrościł mu jeszcze prędszego nad swe własne wyniesienia i bał się, że zaćmi mą sławę... Niech spróbuje zaćmić! Chciałbym zobaczyć, jak to zrobi... I muszę zapytać Marcelina, co znaczą te słowa Petroniusza: »Majorian przy Aecjuszu to młody Sulla przy Mariuszu... Mariusz?... Sulla?.. To coś przed Cezarem jeszcze..."

Cezar... Lubił siebie z nim porównywać.. I znowu nagła myśl, czy zginie też jak Cezar?... Czy inaczej? Silnym szarpnięciem lejc gwałtownie pohamował bieg konia... Skinął na Marcellina.

— Słuchaj, przyjacielu — rzekł cichym głosem, gdy tamten z nim się zrównał — Gdybym miał dziś zginąć...

W pięknych, mądrych oczach Marcellina odmalowało się bezgraniczne zdumienie.

— Tacy jak Aecjusz nie giną w bitwach! — odparł dopiero po dłuższej chwili tonem głębokiego przekonania. — Ale co się stało, najchwalebniejszy?... Nigdym nie słyszał takich słów z twoich ust. Czyżbyś czuł się nieszczęśliwym, panie?...

— Wcale nie, Marcellinie... Przeciwnie... Po raz pierwszy pomyślałem, że mogę zginąć, w chwili gdym czuł się bardzo szczęśliwy i pełen radości a dumy...

Jakiś czas jechali milcząc, w głębokim zamyśleniu.

— Słuchaj, Marcellinie — podjął wreszcie Aecjusz. — Czy wiesz o tym, że od śmierci Litoriusza jesteś największym, najdroższym i najbliższym mi przyjacielem?...

Młody comes schylił głowę tak nisko, że aż dotknął czołem czerwono malowanej końskiej grzywy.

— Podwójnie jestem szczęśliwy i pełen dumy, panie — rzekł wzruszonym głosem — jako Marcellinus i jako wyznawca starych bogów. I czymże to zasłużyliśmy sobie na taką łaskę, że patrycjusz chrześcijańskiego cesarstwa nie spomiędzy współwyznawców wybiera sobie przyjaciół?... Zaiste odzwyczailiśmy się już od takich zaszczytów...

— Sam nie wiem czemu, Marcellinie... Najpewniej to przypadek tylko... A może?... Może bliżsi mi jesteście, bo mniej w was owej miękkości ducha niż w chrześcijanach... Rozumiesz mnie, przyjacielu? Mówię o miękkości ducha, nie serca. A może dlatego jeszcze, że jakoś więcej w was czuję z dziedzictwa wielkości i mocy starej Romy. Czyż to nie jest dziwne, Marcellinie?... Pamiętasz posąg Konstancjusza na Forum Trajana?... Któż go wystawił, kto najtrafniej zgłębił myśli i ocenił zasługi najżarliwszego z chrześcijan? Poganin Symmachus! Dlaczego?... Bo myśli i zasługi Konstancjusza obracały się dookoła ratowania dziedzictwa starego Rzymu... I kimże są najwięksi przyjaciele chrześcijańskiego bądź co bądź — uśmiechnął się — patrycjusza Aecjusza?... Poganami... Dlaczego?... Może dlatego, żem jest — jak orzekł onegdaj pewien dziwak — ostatni Rzymianin...

— Po trzykroć jestem szczęśliwy, najchwalebniejszy mężu...

— Dumna to i pełna chwały nazwa: ultimus Romanorum, alem przecież nie ostatni — ciągnął poprzednią myśl Aecjusz i nagle utkwił w poganinie bystre przenikliwe spojrzenie

— Czy kochasz dom teodozjański, Marcellinie? — zapytał, dobitnie wymawiając każde słowo.

— Kocham majestat Romy i Aecjusza — w lot zrozumiawszy wszystko, równie dobitnie odrzekł Marcellinus.

Aecjusz przechylił się na siodle i położył dłoń na ramieniu comesa.

— Czy przyrzekniesz mi — rzekł bardzo cicho, niemal szeptem, ale wciąż bardzo wyraźnie i dobitnie — jeśli zginę dzisiaj, dopilnować, by krew teodozjańska połączyła się z aecjuszową i by po długim, spokojnym życiu Walentyniana Trzeciego zasiedli na tronie wieczna Placydia Młodsza i wieczny pan imperator Gaudencjusz zawsze Augustus?...

Marcellinus przybladł.

— Tak, przyrzekam — odpowiedział nieco drżącym głosem.

— Gaudencjusz Augustus... jedyny cesarz Wschodu i Zachodu... Dominus Coniuctissimi Imperia, jak mawiała stara Placydia — szeptał dalej Aecjusz. — Ty zaś, Marcelinie, zostaniesz patrycjuszem zjednoczonego cesarstwa... Możesz być tym przy Gaudencjuszu, czym ja przy Walentynianie.. i ożenisz swego siostrzeńca z jego córką... Ale pamiętaj, jam nigdy nie był przyjacielem Konstancjusza, tak jak ty jesteś moim...

Marcellinus uśmiechnął się.

— Krew aecjuszowa nie potrzebuje przy tronie patrycjuszy na twą miarę, najchwalebniejszy... Zresztą, choćbyśmy chcieli, nie zdołamy powtórzyć tego, co było... W dziejach — choć wiele jest rzeczy podobnych — naprawdę nigdy się nic nie powtarza... Bieg czasu nie da się powstrzymać ni odwrócić...

A po chwili dodał jeszcze bardziej niż Aecjusz zniżając głos:

— Czy za wiecznego Gaudencjusza Augusta powrócą do świątyń i serc stare bogi?...

Patrycjusz wspiął konia. Szybko ruszył naprzód.

— Sam rzekłeś, że bieg czasu nie da się powstrzymać ni odwrócić, Marcellinie! — zawołał, już nie patrząc na pozostałego w tyle przyjaciela.

I dopiero gdy już odsunął się od niego o jakie pół stadium, nagle coś sobie przypomniał, znów zwolnił bieg konia i obracając się na siodle zawołał:

— Czy wiesz coś o poecie Homerze, Marcellinie?...

— To największy poeta wszystkich czasów!...

Na spienionym koniu przypadł do Aecjusza ulubieniec jego, trybun auxiliów Optyla.

— Ave, vir gloriosissime! — zawołał zdyszanym głosem. — Frankowie obozują między rzeką Samarą a Wsią Heleny... Nie spodziewają się nas dzisiaj... Myślą, żeśmy dopiero pod Bibraksem... Król Klodion uroczyste gody wyprawia bratanicy swej czy pasierbicy... Wszyscy ucztują, nad Samarą żadnych straży...

Aecjusz puścił wodze, klasnął w ręce.

— Spieszmy więc na gody! — zawołał radośnie. — Z życzeniami! z darami! z niespodziankami dla dziewic ślubnego orszaku!... Prędzej!... Prędzej!... Spóźnimy się na ucztę i jeszcze głodni pójdziemy spać z sytymi Frankonkami... Naprzód! Naprzód!

— Naprzód! — powtórzyli comesowie, trybuni, prepozyci.

— Naprzód! — odgrzmiał potężnie stary Węglowy Las

Aecjusz przebiega szeregi. Niewiele tego wojska prowadzi za sobą, ale za to same wyborowe oddziały konnicy. Zwycięzcy Gotów, Norów, Burgundów, Armorykanów, Alanów. I nikt teraz nie będzie śmiał w razie zwycięstwa powiedzieć, iż to Attyla zwyciężył, nie Aecjusz. Ani stu Hunów nie masz w tych oto kuneach najlepszej aecjuszowej konnicy. Naprzód! Naprzód!...

Pędzą jak wicher. Oto już przebłyskuje poprzez leśną gęstwinę srebrzysta wstęga Samary. Wraca wysłana na wywiad vexillatio: istotnie żadnych straży na brzegu!

Aecjusz pierwszy rzuca się w bystre nurty Samary. Tuż za nim Majorianus. Potem Rycymer, Marcellinus, Optyla.

Ani przez chwilę nie zatrzymując się na tamtym brzegu mkną co sił dalej...

Na czoło wojska wysuwają się oddziały bucellariów. własnych, za własne pieniądze utrzymywanych żołnierzy patrycjusza. Wszyscy mają na pancerzach złote, srebrne lub mosiężne krążki z jego podobizną. Aecjuszowa również twarz spogląda z niesionych przed ich szeregami znaków. Oto już słyszą coraz bliższy gwar obozowiska... widzą pierwsze frankońskie straże.. Silnie, boleśnie biją piętami w boki swych koni i z obnażoną bronią, z pochylonymi oszczepami jak burza spadają na strażników, głośnym, potrójnym wołaniem obwieszczając ucztującemu obozowi straszliwą wieść:

— Aecjusz! Aecjusz! Aecjusz!

Sam patrycjusz cesarstwa pędzi w pierwszym szeregu Każdy odróżni go z łatwością.. Któż w Galii nie słyszał o wysokim hełmie bez żadnych ozdób i krótkim ametystowym płaszczu?... Oto już pierwsze świsnęły koło ucha strzały... Frankowie odlegli o sto kroków... o pięćdziesiąt... o trzydzieści... Wyraźnie już widzi dzikie, okrutne, gniewne twarze... zaplecione w warkoczyki włosy.. długie, zwisające wąsy... nastroszone brwi... Już ciskają w niego strasznymi franciskami — krótkimi, podwójnymi toporami... już się najeżyli potrójną szczeciną długich, ciężkich włóczni — framei... już lśnią ogromne, obosieczne scramasaxy... Okrągła tarcza Majoriana z triumfalnym szczękiem odbija celnie rzuconą franciskę... drugą — przeznaczoną dla Aecjusza — zręcznie łowi w swą pierś wysoki stary Got oddając za wodza. cesarstwo i pokój rzymski cóż?... tylko własne życie!.. Do konającego krzyczy patrycjusz: — Aecjusz ci dziękuje przyjacielu. — I rzuca swego konia w sam środek lśniącej szczeliny..

**

— Cóż, nie spodziewałyście się pewnie, że wraz z oblubienicą same poznacie uciechy małżeńskiego łoża?! — ze śmiechem pyta Aecjusz przyglądając się ośmiu dziewicom ślubnego orszaku, samym córkom grafiów, czekającym z zastygłym na twarzach przerażeniem, aż podzielą je między siebie zwycięscy wodzowie.

Los dwu najmniej może urodziwych, choć też wcale niebrzydkich, jest już rozstrzygnięty: jedną dostaje trybun auxiliów Optyla. drugą syn Gota, który poległ na początku bitwy osłaniając własnym ciałem Aecjusza.

— Należy mu się za ojca — mówi patrycjusz.

Młody Got, zwykły żołnierz, nawet nie dziesiętnik, długo nie śmie wierzyć własnemu szczęściu. Czyż to naprawdę możliwe?... Dostanie na wyłączny własny użytek młodą ładną dziewicę, i to z bardzo dostojnego, niemal królewskiego podobno rodu?!... Duma go rozpiera i radość bez granic. Jakże zazdrościć mu będą towarzysze z jego drungusu!... Dziw! Zaprawdę dziw!... Jak comes albo jak żonaty nie potrzebuje nikomu oddawać swojej niewiasty...

Z niedowierzaniem i niepokojem patrzy na daną mu kobietę.

— A może nie jest dziewicą? — ośmiela się w tej najważniejszej dla siebie sprawie zwrócić drżącym głosem do samego patrycjusza.

— Nigdy nie spałaś dotąd z mężczyzną? — dość gładko pyta Aecjusz w narzeczu Franków salickich.

— Nigdy...

Patrycjusz przechodzi znów na język Rzymian.

— Jeśli okaże się, że kłamie, możesz ją zabić — mówi do Gota.

,,Zresztą i tak pewnie ją zabije" — myśli, gdy żołnierz padłszy mu do nóg odszedł wraz ze swą wybraną. „Tyle kobiet wzięliśmy... Nie mam czym ich żywić... Każdy kawałek chleba więcej dziś wart niż złoty pierścień zdobyczny... Przynajmniej połowę kobiet trzeba będzie pozabijać..."

I zaczyna radzić się comesów. Zwycięstwo istotnie wspaniałe, trzecia część chyba Franków na polu została. Kolodion, dwakroć ranny, ledwie życie w ucieczce ratował... Łupów moc, ale żywności za mało... Jutro trzeba wracać.. Cóż robić z kobietami?... Na zady końskie ich nie weźmiemy — zresztą po co nam będą potrzebne, gdy wrócimy do Lutecji?...

Marcellinus radzi oddać wszystkie kobiety Frankom. Tą łaskawością łatwo zdobędzie ich serca. Aecjusz i Rycymer wybuchają śmiechem. Łaskawość?!... Dwanaście lat już walczy przy boku Aecjusza Marcellinus, a jeszcze nie wie, jak należy postępować z barbarzyńcami. Łaskawością tylko ich rozzuchwalisz!... Ale zgwałcić i wymordować z pół tysiąca kobiet — to ich dopiero zmiękczy... Niech jeno wojownicy dowiedzą się za tydzień, że żony ich i córki pozabijaliśmy, te zaś, co ocalały, przeszły co najmniej przez trzydzieści, czterdzieści rąk i wrócą do swych osad rodzinnych z rzymskim płodem — natychmiast zmuszą Klodiona do zawarcia pokoju i przysięgi na foedus, byleby uchronić przed podobnym losem pozostałe kobiety...

— Nie wiem więc nawet — kończy Aecjusz — czy warto oszczędzić te dostojne córki grafiów... Zabraliśmy Frankom wszystko... wykupu żadnego nie dadzą... a tak są zawzięci w sprawach cnoty niewieściej, że własną dłonią zabijają często swe zhańbione kobiety...

 

Uradzono, że co się tyczy dostojnych dziewic orszaku, to ci, między których zostaną podzielone, sami na własną rękę będą o każdej rozstrzygali, jak z nią, gdy noc się skończy, postąpić... Resztę zaś zdobytych kobiet, które od godziny już przechodzą z rąk do rąk zwycięskich żołnierzy — niemal o sto kroków od trupów swych mężów i ojców — podzieli się rano na dwie części: sto lub dwieście puści się wolno w kierunku Kamarakum; pozostałe — około czterystu — trzeba będzie pozabijać...

Wodzowie przystępują do podziału kobiet. Jeden po drugim opuszczają namiot patrycjusza uprowadzając każdy swą wybrankę... Tylko Majorianus nie zbliżył się do żadnej.

— Czyś ślubował czystość, Juliuszu? — pyta go z uśmiechem Aecjusz, gdy zostali już tylko sami w namiocie.

Lecz Majorianus miast odpowiedzieć, także zadaje pytanie.

— Kto w bitwie dzisiejszej najbardziej odznaczył się, mężu najchwalebniejszy?

Aecjusz nie chce być niesprawiedliwy.

— Ty, młody przyjacielu — mówi kładąc mu dłoń na ramieniu.

— A więc w takim razie zasłużyłem chyba na nagrodę?

— Zasłużyłeś, Juliuszu.

— Na najwyższą nagrodę?... na nagrodę dla najdzielniejszego?...

Aecjusz z trudem hamuje coraz to silniejsze rozdrażnienie.

— Tak, najwyższą... Rzeknij tylko, czego pragniesz...

Majorianus krzyżuje ramiona na piersiach. Na ustach jego igra dumny, spokojny uśmiech.

— Chcę frankońskiej królewny.

Aecjusz zrywa się na równe nogi. Grube szczęki szybko poruszają się pod obficie obrastającą całe policzki brodą.

— Młodym jeszcze jesteś wojownikiem, Juliuszu — zaczyna mówić coraz bardziej świszczącym głosem — toteż wolno ci nie wiedzieć, że najwyższą nagrodę po zwycięskiej bitwie bierze zwykle nie najdzielniejszy żołnierz, ale najwyższy wódz...

— Czyżbyś chciał, najchwalebniejszy mężu?...

Majorianus nie uśmiecha się już wprawdzie, ale zdziwienie, jakie maluje się w jego spojrzeniu i brzmi w głosie, jest tak wymowne i wyzywające, że Aecjusz nadludzki musi zrobić wysiłek, by nie roztrzaskać zuchwalcowi głowy lub nie wyrzucić go z namiotu... A nie wolno mu tego uczynić:

w Rzymie i Rawennie będą mówili, że zazdrości młokosowi... że boi się, iż zaćmi aecjuszową sławę, zagrozi jego władzy... Majorianus zaś — tak jakby czuł, co powstrzymuje Aecjusza — z każdą chwilą stawał się coraz bardziej zuchwały.

— Jam młody i podobno urodziwy, mężu najchwalebniejszy, i krew we mnie szumi... ty zaś, niezwyciężony, osiągnąłeś już szczęśliwy wiek rozwagi i ostudzenia krwi... Wszak mógłbyś być ojcem królewny...

Aecjusz, choć miota nim straszliwa burza uczuć, zewnętrznie całkowicie już się opanował. Czyż ma się ośmieszać? narazić się na to, by w Rzymie i Rawennie tysiączne dowcipy opowiadano sobie o tym, jak to pięćdziesięciopięcioletni dyktator, opętany nagłą żądzą, stanął do walki o brankę z urodziwym dwudziestolatkiem?... Nigdy! Ale jakże się tu wycofać tak by znów się nie narazić na śmieszność?!

— Rozumiem, Majorianie — mówi po chwili — jesteś młody i jeszcze zachorujesz, jeśli nie dostaniesz kobiety... Ale to jest królewna — uczcijmy więc jej godność... przecież i bez tego jakże wielkie ją spotkało nieszczęście!... Miała pójść do łoża z umiłowanym małżonkiem, ale oto oblubieniec leży z rozłupaną głową o dwa stadia stąd, a królewna musi oddać swe dziewictwo zdobywcy, niechże więc to ma przynajmniej, że sama wybierze, kogo z nas dwu będzie chciała...

Majorianus nawet się nie uśmiechnął. Jakże łatwo ustąpił twardy, niezwyciężony Aecjusz... Młodzieńca rozpiera coraz to większa duma, a przy tym czuje, że oto już gorącą falą napływa mu do głowy wzburzona krew... Widział już królewnę... Zaiste przecudna... Ale widział tylko jasnowłosą jej główkę, a teraz zobaczy całą... i taką piękną weźmie w objęcia... pierwszy!... pierwszą najdostojniejszą dziewicę mężnego narodu!...

,,Żebym tylko uśmiech mógł wywołać na tę zastygłą w dumnej boleści twarz... Musi być stokroć piękniejsza, gdy się uśmiecha... Pewnie wciąż rozpacza po swym oblubieńcu, ale zaprawdę nie powinienem mniej jej się podobać niż najpiękniejszy choćby Frank..."

Gdy po chwili stanęli obaj przed najdostojniejszą branką, Aecjusz w narzeczu salickim wytłumaczył jej, czego od niej żądają. Mówiąc, z trudem hamował żal, gorycz i zazdrość: jakaż ona piękna i młoda... Ale też jak bardzo piękny i młody jest Majorianus... najurodziwszy bezsprzecznie młodzieniec, jakiego kiedykolwiek znał.. Wspaniała para...

Powtarzając raz jeszcze z groźnym naciskiem, że koniecznie musi dokonać wyboru, czepia się przecież patrycjusz nadziei, że nad strach silniejsza okaże się w niej surowa cnota frankońska, i raczej na miecz się rzuci, niż zgodzi się oddać zdobywcy... Ach, jak triumfowałby wówczas Aecjusz nad młokosem!

Ale królewna, jakby wcale nie była Frankonką, a nawet dziewicą, z zaciekawieniem patrzy przez dłuższą chwilę na jednego, potem na drugiego i nie spuszczając oczu, pewną ręką dotyka ramienia Aecjusza.

— Z tobą pójdę...

**

— Ile masz lat? — pyta Aecjusz uwierzywszy wreszcie, że to wszystko nie było snem.

— 'W zimie siedemnastą rozpocznę wiosnę...

— Mogłabyś być moją wnuczką...

Królewna nie odpowiedziała. Stoi przy łożu i — tak jak jej kazano — zdejmuje z siebie szaty. Ściągnęła już z nóg trzewiki, z ramion zrzuciła purpurową, przetykaną złotem, w jakiejś rzymskiej willi zrabowaną suknię. Ale gdy dotknęła dłońmi długiego, aż po same palce stóp sięgającego peplum („Też zrabowane" — myśli Aecjusz. „Może ściągnięte ze zgwałconej i zabitej Rzymianki?"), zatrzęsła się cała i zasłoniła twarz dłońmi.

— Nie mogę — wyszeptała osuwając się do stóp łoża.

Patrycjusz patrzy na nią ze zdziwieniem.

— Czemuś mnie wybrała, nie jego? — pyta.

Frankonka nie odpowiedziała.

**

Aecjusz jest nasycony, dumny i szczęśliwy. Z zachwytem, wdzięcznością i niemal rozrzewnieniem patrzy w przecudne oczy frankońskiej królewny, co chwila zmieniające barwę. Oto są bladobłękitne, przejrzyste, głębokie... oto znów jakby zielone, zamglone, pełne złotych błysków.. a potem szare, stalowe, zimne... „Takie być musi Morze Północne, rodzime saal mężnego jej ludu..." — myśli patrycjusz rzymskiego imperium i zaczyna mówić cichym głosem, w którym brzmią tony miękkie, delikatne, tkliwe:

— Dałaś mi wiele radości i rozkoszy... Wdzięczny ci jestem i nie chcę, byś była pokrzywdzona, nieszczęśliwa i zhańbiona. Najchętniej wziąłbym cię ze sobą w cesarskie ziemie, ale nie mogę... Odesłałbym cię więc do krainy twojego ludu z bogatymi darami i otoczoną setkami branek, które by tylko tobie zawdzięczały życie i wolność... Znam przecież surowe obyczaje waszego ludu i boję się, by od swoich nie spotkała cię jeszcze gorsza krzywda: by nie przeklęta cię matka, a ojciec nie podniósł na cię okrutnej ręki — i by młode przyjaciółki, czyste dziewice, nie odwracały się plecami od tej, z którą byłem przez chwilę szczęśliwy...

— Zaprawdę nie tylko u Franków — odpowie królewna — ale i u Saksonów, Turyngów, Burgundów i Jutungów nie masz takiej czystej, najczystszej choćby dziewicy, która od jutra patrzeć będzie na mnie, myśleć o mnie, mówić do mnie inaczej niż z zazdrością, podziwem i czcią. Bo czyż może być większa chwała i większe szczęście dla córki ludu wojowników nad zespolenie się z mocą i krwią największego z mężów, jakiego kiedykolwiek stworzyli bogowie — syna Tora i Walkirii, Aecjusza?!...

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.